Pamiętam jak mówiłem podówczas, że maraton jest dystansem, którego nie powinno się pokonywać "na wynik". Podobną refleksję, podkreśloną jeszcze obietnicą, że nigdy więcej nie będę próbował przebijać się poniżej dotychczasowej życiówki, miałem w 2017 roku. Zdruzgotany po fatalnej próbie zbicia rekordu poniżej 3:20 miałem ochotę w ogóle odpuścić bieganie maratonów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 13 kwietnia 2019
Codzienność | 46. Maraton Dębno - relacja
Dwudziestego kwietnia 2015 roku przeleżałem pół dnia na kanapie. Głowa bolała mnie tak mocno, jak po bardzo ciężkiej imprezie. Miałem problem z przemieszczaniem się - dokuczały mi mięśnie nóg i odciski na stopach. Czułem się wyjałowiony jak nigdy. Dosłownie tak jakby ktoś wypłukał ze mnie całe, calusieńkie zapasy minerałów. Mimo to byłem diabelnie szczęśliwy. Dobrze zrealizowane przygotowania przed biegiem i odpowiednia strategia w trakcie (chociażby bidony pełne wody podawane przez Najbliższych) zaowocowały nowym rekordem życiowym w maratonie - 3:28:03. Znakomity wynik, choć okupiony ogromnym, przeogromnym wysiłkiem.
środa, 24 października 2018
I znów pierwszy krok
Biegnąc dziś mój pierwszy "oficjalny" trening pod kwietniowy maraton w Dębnie przypomniałem sobie moje pierwsze wpisy na jeszcze starych blogach, o których już trochę zapomniałem. Pisałem relacje z całych treningów, przeżywałem kolki, kace, gorsze samopoczucia czy zbyt duży ruch samochodowy na Rzgowskiej (serio!). Pamiętam, że każde wyjście z domu na trening było wyzwaniem. Świetną przygodą, to fakt, ale nigdy nie wiedziałem czego się spodziewać.
Dziś? Wyszedłem z domu zrobić swoje. Zacząć. Jak? Najlepiej z wysokiego "c". Czy się udało? Oczywiście, że tak. Czemu miałoby się nie udać? Znakomicie przepracowałem lato, mam już sześć lat doświadczenia, a przede wszystkim - mam chęci. Złapałem coś czego baaardzo dawno nie miałem. Potrzebę przekraczania granicy na każdym treningu.
Dziś? Wyszedłem z domu zrobić swoje. Zacząć. Jak? Najlepiej z wysokiego "c". Czy się udało? Oczywiście, że tak. Czemu miałoby się nie udać? Znakomicie przepracowałem lato, mam już sześć lat doświadczenia, a przede wszystkim - mam chęci. Złapałem coś czego baaardzo dawno nie miałem. Potrzebę przekraczania granicy na każdym treningu.
sobota, 20 października 2018
Iskierka
Pamiętam mój pokój, ciemny prawie jak w nocy, chociaż była to jakaś godzina koło południa. Leżałem na łóżku i nie chciało mi się kompletnie nic. Prawdopodobnie zmagałem się z depresją, ale wtedy nie byłem świadomy, że to może być ta choroba, a poza tym... nigdy nie zdecydowałem się wybrać do specjalisty, żeby potwierdzić czy to faktycznie było to. Dziś nie ma to właściwie żadnego znaczenia. Istotne jest to, że pamiętam siebie całkowicie odrętwiałego, z poczuciem, że niczego nie osiągnąłem i już raczej nie osiągnę. Że zawsze marzyło mi się zrobić coś bardzo dużego i że Dziadek Jasiu mówił, że Mateusz kiedyś zajdzie naprawdę wysoko, a ja go zwyczajnie zawodzę.
I od lutego 2001 roku nie mogę mu powiedzieć o tym, że mi Go naprawdę brakuje. Wnosił do mojego życia beztroską radość, której później bardzo zabrakło, zresztą pewnie nie tylko mnie.
I od lutego 2001 roku nie mogę mu powiedzieć o tym, że mi Go naprawdę brakuje. Wnosił do mojego życia beztroską radość, której później bardzo zabrakło, zresztą pewnie nie tylko mnie.
środa, 3 października 2018
Szczęście | 40. PZU Maraton Warszawski - relacja
Jest 6.00 w niedzielę. Jestem w środku urlopu. Obudziłem się dosłownie minutę temu, bez budzika. Wyłączyłem go, zanim zaczął dzwonić. Nie powinienem pospać tego dnia dłużej? Zabalować mocniej w sobotę? Wyjechać na koniec świata i położyć się spać o świcie (czyli tego dnia o 6.38, ale to w Łodzi, a nie na końcu świata ;))?
Zdecydowałem, już jakiś czas temu, że nie. Że moim celem będzie zdobycie Korony Maratonów Polskich, a to oznacza przebiegnięcie pięciu maratonów w dwa lata. Pierwszy krok wykonałem (a ze mną oczywiście mój Tata) w Krakowie, 22 kwietnia, w piekielnym upale kończąc 42,195. Byłem trochę rozczarowany tamtym biegiem i swoją dyspozycją, ale wiedziałem, że w taki gorąc i przy takiej trasie (bardzo kiepskiej!) wiele więcej bym nie wyciągnął.
sobota, 29 września 2018
UDOWODNIJ
A co gdyby zamiast mózgu mieć papkę? Kierować się tylko popędami - jeść, pić, wydalać, rozmnażać się. Urodzić się, przewegetować, umrzeć. Szczerze? Wyszłaby z tego całkiem kusząca propozycja, pod warunkiem, że byłoby co jeść, co pić i z kim rozmnażać się. Zostać pierwotniakiem, tylko zamiast nibynóżek mieć prawdziwe nóżki. I generalnie całkiem ambitną fizjonomię.
Cześć, to ja, Mateusz. Chłopak dość rozsądny, żeby ogarniać swoje to i owo. Doświadczyłem kilku nieprzyjemnych rzeczy, które siedzą mi głęboko w głowie do dziś. Nie chcę porównywać się z innymi, bo skali traum i cierpienia nie da się w żaden sposób zmiarkować. I tak każdy uważa, że jego ból i rany są najgłębsze. Prawda jest taka, że organizm leczy się i regeneruje w zadziwiający sposób, często bez żadnej ingerencji z zewnątrz, a przeciążonego umysłu... cóż, nie sposób doprowadzić do porządku nawet latami.
Cześć, to ja, Mateusz. Chłopak dość rozsądny, żeby ogarniać swoje to i owo. Doświadczyłem kilku nieprzyjemnych rzeczy, które siedzą mi głęboko w głowie do dziś. Nie chcę porównywać się z innymi, bo skali traum i cierpienia nie da się w żaden sposób zmiarkować. I tak każdy uważa, że jego ból i rany są najgłębsze. Prawda jest taka, że organizm leczy się i regeneruje w zadziwiający sposób, często bez żadnej ingerencji z zewnątrz, a przeciążonego umysłu... cóż, nie sposób doprowadzić do porządku nawet latami.
wtorek, 28 sierpnia 2018
37
37. Mam wrażenie, że gdyby zapytać maratończyków o pierwszą liczbę, jaka kojarzy im się z królewskim biegiem, to podaliby właśnie tą. Nie 42 (i 195 metrów), ale właśnie 37. Owiane złą sławą. Legendarne. Dlaczego?
37 kilometr to najczęstsze miejsce występowania tzw. "ściany". Człowiekowi odcina prąd, kumulują się zmęczenie, ból, a umysł w żadnym wypadku nie pracuje racjonalnie. W nogach jest już na tyle dużo, że cierpienie jest gigantyczne, a do mety wciąż daleko, wciąż pięć długich kilometrów.
Pozornie straszne przeżycie, ale realizowanie takich wielkich, długodystansowych celów ma swoje plusy. Przychodzi taki absolutnie wyjątkowy moment, kiedy umysł zaczyna się wyłączać. Nie ma myśli. Nie odbiera się bodźców. Jest tylko muzyka - biały szum, jaki gra krew sunąca w tętnicach i żyłach w rytm werbla - serca.
37 kilometr to najczęstsze miejsce występowania tzw. "ściany". Człowiekowi odcina prąd, kumulują się zmęczenie, ból, a umysł w żadnym wypadku nie pracuje racjonalnie. W nogach jest już na tyle dużo, że cierpienie jest gigantyczne, a do mety wciąż daleko, wciąż pięć długich kilometrów.
Pozornie straszne przeżycie, ale realizowanie takich wielkich, długodystansowych celów ma swoje plusy. Przychodzi taki absolutnie wyjątkowy moment, kiedy umysł zaczyna się wyłączać. Nie ma myśli. Nie odbiera się bodźców. Jest tylko muzyka - biały szum, jaki gra krew sunąca w tętnicach i żyłach w rytm werbla - serca.
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
17. Cracovia Maraton
Są naukowcy, którzy twierdzą, że nie istnieje coś takiego jak "zmęczenie". Ich zdaniem organizm człowieka ma dalece większe możliwości niż wskazywałyby na to wskaźniki (na przykład badania wydolnościowe) i są one właściwie nieograniczone. Mechanizm nazywany "zmęczeniem" istnieje po to aby mimo wszystko oszczędzać "osprzęt" i nie eksploatować go nadmiernie. Ot, taki zdroworozsądkowy zawór bezpieczeństwa. Według tej teorii najlepsi różnią się od pozostałych właśnie poziomem "oszukiwania" tego mechanizmu.
Po co Wam to właściwie piszę, skoro teoria ta wydaje się być dość naciągana i dla mnie raczej mało wiarygodna (choć na pewno w jakimś stopniu wysoki poziom wytrenowania sprawa znacznie większą odporność fizyczną i psychiczną na ból i zmęczenie)? Chciałbym zwrócić Waszą uwagę na fakt, że według tej tezy (i wielu innych) większość zawodów sportowych rozgrywa się nie na bieżni czy boisku, ale w głowach uczestników.
Po co Wam to właściwie piszę, skoro teoria ta wydaje się być dość naciągana i dla mnie raczej mało wiarygodna (choć na pewno w jakimś stopniu wysoki poziom wytrenowania sprawa znacznie większą odporność fizyczną i psychiczną na ból i zmęczenie)? Chciałbym zwrócić Waszą uwagę na fakt, że według tej tezy (i wielu innych) większość zawodów sportowych rozgrywa się nie na bieżni czy boisku, ale w głowach uczestników.
środa, 28 czerwca 2017
Pobiegane na wiosnę
Półmaratonem w Piotrkowie zakończyłem wiosenne bieganie. Po przeorganizowaniu życia okazało się, że mogę sobie pozwolić na start w wielu różnorodnych imprezach, dzięki czemu miałem okazję sprawdzić się w uczciwych warunkach w półmaratonie, albo pierwszy raz od czterech lat przebiec "piątkę". Wszystkie starty, poza jednym, dały mi ogromną frajdę, więc z przyjemnością do nich wrócę. Przy okazji - dziś zerkam na pewne kwestie na chłodno, z perspektywy i przede wszystkim bez emocji. Wnioski "dzień po starcie" okazują się być zupełnie inne, niż "dzień po sezonie".
Teraz czeka mnie tydzień przerwy od treningów, a w lipcu ruszam z przygotowaniami do jesiennej "kampanii", przy okazji obchodząc w serduchu obchody piątej rocznicy rozpoczęcia przygody z bieganiem :).
Teraz czeka mnie tydzień przerwy od treningów, a w lipcu ruszam z przygotowaniami do jesiennej "kampanii", przy okazji obchodząc w serduchu obchody piątej rocznicy rozpoczęcia przygody z bieganiem :).
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Ile jestem w stanie dać? | DOZ Maraton Łódź 2017
Jak zapewne większość z Was już wie, chociażby z facebooka czy instagrama - we wczorajszym maratonie nie udało mi się osiągnąć żadnego z postawionych celów (poza ukończeniem). Ani nie poprawiłem życiówki, ani nie zszedłem tak blisko jak się da do 3.20, ani, przede wszystkim!, nie zaliczyłem kolejnego przyjemnego, choć wymagającego biegu na królewskim dystansie.
W sobotę zadałem pytanie - "da się?". Przez ostatnie jedenaście kilometrów i wszystkie godziny, które upłynęły od przekroczenia przeze mnie linii mety zmuszony byłem postawić inne - "ile jestem w stanie dać?".
W sobotę zadałem pytanie - "da się?". Przez ostatnie jedenaście kilometrów i wszystkie godziny, które upłynęły od przekroczenia przeze mnie linii mety zmuszony byłem postawić inne - "ile jestem w stanie dać?".
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
7. Pabianicki Półmaraton
Są takie dni, kiedy wstajesz i po prostu wiesz, że tego dnia wszystko Ci się uda. Takie, kiedy nie bierzesz z domu parasolki, chociaż nad miasto nadciąga wielgachna, burzowa chmura, bo jesteś pewien, że ulewa przejdzie bokiem.
I przechodzi.
Pabianicką "połówkę" od początku traktowałem jako przetarcie i sprawdzian przed zbliżającym się wielkimi krokami łódzkim maratonem. Praca jaką wykonałem na treningach od października była... dziwna. Z jednej strony harowałem jak wół z częstotliwością i intensywnością jakich nie zaznałem od dwóch lat (a nie wiem czy nie od przygotowań do maratońskiego debiutu), ale z drugiej - zdarzyło mi się kilka tygodniowych przestojów, spowodowanych życiowymi wybojami.
I przechodzi.
Pabianicką "połówkę" od początku traktowałem jako przetarcie i sprawdzian przed zbliżającym się wielkimi krokami łódzkim maratonem. Praca jaką wykonałem na treningach od października była... dziwna. Z jednej strony harowałem jak wół z częstotliwością i intensywnością jakich nie zaznałem od dwóch lat (a nie wiem czy nie od przygotowań do maratońskiego debiutu), ale z drugiej - zdarzyło mi się kilka tygodniowych przestojów, spowodowanych życiowymi wybojami.
środa, 15 marca 2017
Na pustyni łatwiej się rozpędzić
Tak się składa, że jestem osobą, która (trochę naiwnie) wierzy w sprawiedliwość. Może niekoniecznie w taką opartą na prawie, bo akurat na te bajeczki nie dam się nabrać, ale w taką na zasadzie - każdy otrzymuje tyle na ile zasługuje, jak najbardziej.
Podobnie zresztą wierzę w równowagę. Wszystkie działania związane z jakimś tematem muszą ZAWSZE, w konsekwencji, prowadzić do wyniku równego jeden. Albo do stu procent. Pozostaje jedynie kwestia podziału wkładu poszczególnych składowych tego procesu. Kto włożył ile wysiłku? Czyj wysiłek był istotniejszy? Kto powinien czerpać korzyści w pierwszej kolejności? Kto weźmie na barki straty? Obrazowo tłumacząc - nie ma znaczenia czy dojdziemy do celu idąc w lewo, a później prosto, czy najpierw prosto, a później w lewo. Efekt będzie jednakowy. Pytanie brzmi tylko - co będzie się działo po drodze?
Podobnie zresztą wierzę w równowagę. Wszystkie działania związane z jakimś tematem muszą ZAWSZE, w konsekwencji, prowadzić do wyniku równego jeden. Albo do stu procent. Pozostaje jedynie kwestia podziału wkładu poszczególnych składowych tego procesu. Kto włożył ile wysiłku? Czyj wysiłek był istotniejszy? Kto powinien czerpać korzyści w pierwszej kolejności? Kto weźmie na barki straty? Obrazowo tłumacząc - nie ma znaczenia czy dojdziemy do celu idąc w lewo, a później prosto, czy najpierw prosto, a później w lewo. Efekt będzie jednakowy. Pytanie brzmi tylko - co będzie się działo po drodze?
niedziela, 26 lutego 2017
V Bieg Powstańca
Dziś miałem okazję drugi raz pobiec w Biegu Powstańca w Dobrej, nieopodal Strykowa. Impreza ma na celu upamiętnienie bitwy pod Dobrą (24.02.1863), z której zapamiętać należy fakt, że powstańcy styczniowi dostali solidnie po tyłku (a jak wiadomo polscy powstańcy trudnili się zazwyczaj obrywaniem po pośladkach). Kontekst historyczny mamy już ogarnięty ;), więc przejdźmy do istotniejszej kwestii - czy biegacze wygrali swoją dziesięciokilometrową batalię, czy też musieli wrócić do domu z pupami obitymi jak jabłka spadające na beton?
piątek, 21 października 2016
Coś o bieganiu
Wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania. Takiego, wiecie, bez wymówek, odpuszczania co drugiego treningu i wmawiania sobie, że forma jeszcze zdąży przyjść, choć zostały dwa tygodnie do startu. Zamierzam ciężko przepracować zimę i sprawdzić się w kwietniu w łódzkim maratonie. Tak docelowo marzy mi się w dwa lata zejść z mojego 3:28 na 3:15, a na 30 urodziny (Boże kochany, mam realne plany na to co zrobię po trzydziestce...) "pyknąć" 3 godziny. Oprócz tego, w międzyczasie koniecznie chcę zaliczyć jeden maraton z Kubusiem i po głowie chodzi mi choć jeden, mały, nawet osiedlowy triathlon.
Zna ktoś jakieś osiedlowe triathlony, dla takich jak ja, co chcieliby wszystko, ale ich doba nadal ma 24 godziny?
W związku z tym, że wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania, to na treningach daję odpłynąć myślom. Jedną z pierwszych było: dawno nie pisałem nic o bieganiu. Muszę napisać coś o bieganiu.
Zna ktoś jakieś osiedlowe triathlony, dla takich jak ja, co chcieliby wszystko, ale ich doba nadal ma 24 godziny?
W związku z tym, że wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania, to na treningach daję odpłynąć myślom. Jedną z pierwszych było: dawno nie pisałem nic o bieganiu. Muszę napisać coś o bieganiu.
wtorek, 9 sierpnia 2016
Kredens cz. 1
Słońce wzeszło już kilka godzin temu, oświetlając przyjemnie pokój. Okna były na północ, więc nie świeciło po oczach, ale białe ściany, firanki i pościel robiły swoje. Zerknąłem na zegarek. Była dziewiąta. Uśmiechnąłem się i z satysfakcją zacząłem wyciągać mięśnie, wciąż leżąc na łóżku. Nie pamiętam nocy, żebym się tam nie wyspał. Doskonałe miejsce do odpoczynku. W końcu jedenastolatkowie latem nie próżnują.
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.
Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!
***
Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.
Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.
Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...
***
W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.
***
Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...
***
"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).
Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.
***
Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.
Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.
Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.
***
Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!
***
Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.
Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...
Ciąg dalszy nastąpi...
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.
Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!
***
Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.
Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.
Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...
***
W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.
***
Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...
***
"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).
Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.
***
Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.
Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.
Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.
***
Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!
***
Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.
Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...
Ciąg dalszy nastąpi...
wtorek, 29 grudnia 2015
Najlepiej w mróz
No siema, siema. Żyję, żyję, bez obaw! O dziwo mam ciągle jakieś nowe wyświetlenia, więc mimo upływu 3 miesięcy od ostatniego wpisu, wciąż są desperaci, którzy liczą, że coś wrzucę!
Wrzucam!
Dziś o niczym konkretnym. No trochę o mrozie, trochę o bieganiu, trochę śmiesznych śmieszności, a na koniec i tak nie będziecie ani odrobinę mądrzejsi, niż w tym momencie :).
Uwaga! Włączyłem tryb maratoński na początku grudnia! Co to oznacza? Oznacza maraton w maju! Jeeee, będę biegł w Wysowej po raz drugi 22 maja! Przynajmniej tak planuję, bo nigdy nie wiadomo jak to będzie wszystko wyglądać za pół roku.
A dlaczego nie będzie wiadomo? Bo mi się synek urodzi gdzieś między marcem, a kwietniem! Ci co nie wiedzieli niech się cieszą, ci co wiedzieli niech też się cieszą, razem ze mną i moją ukochaną :).
No właśnie taki to będzie rok szalony, jeszcze szaleńszy niż ten! W tym wydarzyło się mega dużo: były rozstania i powroty, były sprzeczki, było takie godzenie się, że ho ho, były życiowe rekordy i starty do zapamiętania na całe życie, było mnóstwo fajnych wyjazdów i mnóstwo fajnych dni w Łodzi. Dobry rok.
Przyznam Wam się szczerze, że wchodzę w ten nowy z zajawką, jakiej dawno nie miałem. Motywację daje mi perspektywa zostania ojcem, ale też w końcu znalazłem motywację w sobie, taką dla samego siebie. Zaczynałem pisać na tym blogu od "Egoisty" i dziś wreszcie jestem tym egoistą jakiego w sobie lubię. Pozytywnym, szczęśliwym, zadowolonym, ambitnym i optymistycznym.
Pozostaje tylko praca!
Najlepiej pracuje się w mróz, tyle Wam powiem! Szczególnie jeśli chodzi o bieganie, hłe hłe. Polaków mniej na chodnikach, nie pocisz się jak świnka i brakuje jeszcze tylko fruwających płatków śniegu!
Żeby nie było, że tylko bieganie i dzieci mi w głowie, to przyznam się Wam do czegoś. Nie mogę się doczekać sylwestrowej imprezy. W końcu nie da się ukryć, że życie to wieczna balanga. W związku z tym balanga jest kwintesencją życia!
Dlatego też życzenia noworoczne złożę Wam (i sobie :)) tak:
Mam nadzieję, że spędzicie tego sylwestra w gronie ludzi, z którymi chętnie spędzilibyście cały rok. Nie ważne czy będzie to jedna osoba czy sto dwadzieścia głów, niech to będą twarze za sto punktów! Jak znam ten naród, to większość z Was pierwsze kroki skieruje do lodówki, po flaszeczkę. Tak najprościej... i bardzo dobrze, bo najprostsza droga zawsze najlepiej prowadzi do celu! Toastów wzniesiecie pewnie co niemiara, niech każdy jeden, oznacza jeden ogromny powód do radości w 2016.
Wiem, że wśród czytających są też tacy, którzy z lodówki wyciągną sok pomarańczowy, albo jakąś smakowitą przekąskę. I super, człowiek nie tylko samymi używkami żyje! Sztuką jest cieszyć się bez wspomagaczy, bo najlepszy narkotyk każdy z nas ma w głowie i wydziela się samoczynnie u wszystkich szczęśliwych! Pijaki - uczcie się od niepijących!
Co więcej? Skoro już musicie żłopać, to jak Was gorzałka w przełyk zapali, to pamiętajcie, że w życiu nie zawsze jest super i trzeba się trochę wycierpieć, żeby poczuć choć odrobinę przyjemności :). Oj tak, każdemu po trochu gorzkich chwil życzę! Nie za dużo, ale dla zbalansowania słodyczy życia się przyda!
Tyle co przetańczycie, spędźcie (proporcjonalnie do całego roku lenie!) ćwicząc swoją kondychę, tyle co przesiedzicie na kanapie i przegadacie, albo przeoglądacie "z Dwójką" - spędźcie na czytaniu dobrych książek! Ile razy wyjdziecie przewietrzyć się (albo na fajkę :)), tyle razy wyjedźcie (razy 10!) i tyle ile gwiazd zobaczycie na niebie, tyle razy śpijcie pod gołym niebem! A jak będą chmury to niech będą, ile chmur tyle razy kiepska pogoda nie popsuje Wam ambitnych planów.
A jak już popijecie, pogadacie, potańczycie i złożycie sobie płomienne życzenia o północy, to rano wstańcie z kapciem w buzi, pociągnijcie sowity łyczek mineralnej i z czystym sumieniem poobijajcie się przez cały ten pierwszy dzień w roku, bo przecież każdy zasługuje na chwilę nicnierobienia (tato, pamiętam, że pracujesz, ale Ty masz 70 dni urlopu na ten rok, to jeszcze się poobijasz :))!
O, tego i w ogóle wszystkiego naj Wam życzę na ten 2016.
I jeszcze pewnej grupce zapaleńców sukcesów kadry na Euro! O matko, o matko, a co będzie jak im się w końcu, pierwszy raz za mojego żywota coś uda?! :)
No, to tyle życzeń. Postanowienia? Ambitne i dużo, chociaż wiem, że to bez sensu takie "od nowego roku nowe życie", ale jakoś nie da się oprzeć takiej unikalnej możliwości zmotywowania! Jak też macie podobnie jak ja milion planów, to pamiętajcie, żeby wytrwać chociaż dalej niż za 3 poniedziałek stycznia. Podobno to najgorszy dzień w roku, bo do tej pory zdążymy już uświadomić sobie, że nie zrealizujemy naszych entuzjastycznych postanowień, już na starcie porażka, a tu jeszcze cały rok... Trzeba oszukać system i załamać się w 4 poniedziałek!
Tyle ode mnie. Mogę jeszcze dodać, że w sobotę 2 idę biegać, więc jak ktoś postanowił sobie "biegam!" to nie ma wymówek! Nawet jak będziecie niedospani i będą bolały głowy. Jak ktoś chce to może iść ze mną, proszę pisać, ale ja nie odpuszczam! No dobra pierwszego odpuszczam, ale... litości! :)
Do zobaczenia w nowym roku!
Wrzucam!
Dziś o niczym konkretnym. No trochę o mrozie, trochę o bieganiu, trochę śmiesznych śmieszności, a na koniec i tak nie będziecie ani odrobinę mądrzejsi, niż w tym momencie :).
Uwaga! Włączyłem tryb maratoński na początku grudnia! Co to oznacza? Oznacza maraton w maju! Jeeee, będę biegł w Wysowej po raz drugi 22 maja! Przynajmniej tak planuję, bo nigdy nie wiadomo jak to będzie wszystko wyglądać za pół roku.
A dlaczego nie będzie wiadomo? Bo mi się synek urodzi gdzieś między marcem, a kwietniem! Ci co nie wiedzieli niech się cieszą, ci co wiedzieli niech też się cieszą, razem ze mną i moją ukochaną :).
No właśnie taki to będzie rok szalony, jeszcze szaleńszy niż ten! W tym wydarzyło się mega dużo: były rozstania i powroty, były sprzeczki, było takie godzenie się, że ho ho, były życiowe rekordy i starty do zapamiętania na całe życie, było mnóstwo fajnych wyjazdów i mnóstwo fajnych dni w Łodzi. Dobry rok.
Przyznam Wam się szczerze, że wchodzę w ten nowy z zajawką, jakiej dawno nie miałem. Motywację daje mi perspektywa zostania ojcem, ale też w końcu znalazłem motywację w sobie, taką dla samego siebie. Zaczynałem pisać na tym blogu od "Egoisty" i dziś wreszcie jestem tym egoistą jakiego w sobie lubię. Pozytywnym, szczęśliwym, zadowolonym, ambitnym i optymistycznym.
Pozostaje tylko praca!
Najlepiej pracuje się w mróz, tyle Wam powiem! Szczególnie jeśli chodzi o bieganie, hłe hłe. Polaków mniej na chodnikach, nie pocisz się jak świnka i brakuje jeszcze tylko fruwających płatków śniegu!
Żeby nie było, że tylko bieganie i dzieci mi w głowie, to przyznam się Wam do czegoś. Nie mogę się doczekać sylwestrowej imprezy. W końcu nie da się ukryć, że życie to wieczna balanga. W związku z tym balanga jest kwintesencją życia!
Dlatego też życzenia noworoczne złożę Wam (i sobie :)) tak:
Mam nadzieję, że spędzicie tego sylwestra w gronie ludzi, z którymi chętnie spędzilibyście cały rok. Nie ważne czy będzie to jedna osoba czy sto dwadzieścia głów, niech to będą twarze za sto punktów! Jak znam ten naród, to większość z Was pierwsze kroki skieruje do lodówki, po flaszeczkę. Tak najprościej... i bardzo dobrze, bo najprostsza droga zawsze najlepiej prowadzi do celu! Toastów wzniesiecie pewnie co niemiara, niech każdy jeden, oznacza jeden ogromny powód do radości w 2016.
Wiem, że wśród czytających są też tacy, którzy z lodówki wyciągną sok pomarańczowy, albo jakąś smakowitą przekąskę. I super, człowiek nie tylko samymi używkami żyje! Sztuką jest cieszyć się bez wspomagaczy, bo najlepszy narkotyk każdy z nas ma w głowie i wydziela się samoczynnie u wszystkich szczęśliwych! Pijaki - uczcie się od niepijących!
Co więcej? Skoro już musicie żłopać, to jak Was gorzałka w przełyk zapali, to pamiętajcie, że w życiu nie zawsze jest super i trzeba się trochę wycierpieć, żeby poczuć choć odrobinę przyjemności :). Oj tak, każdemu po trochu gorzkich chwil życzę! Nie za dużo, ale dla zbalansowania słodyczy życia się przyda!
Tyle co przetańczycie, spędźcie (proporcjonalnie do całego roku lenie!) ćwicząc swoją kondychę, tyle co przesiedzicie na kanapie i przegadacie, albo przeoglądacie "z Dwójką" - spędźcie na czytaniu dobrych książek! Ile razy wyjdziecie przewietrzyć się (albo na fajkę :)), tyle razy wyjedźcie (razy 10!) i tyle ile gwiazd zobaczycie na niebie, tyle razy śpijcie pod gołym niebem! A jak będą chmury to niech będą, ile chmur tyle razy kiepska pogoda nie popsuje Wam ambitnych planów.
A jak już popijecie, pogadacie, potańczycie i złożycie sobie płomienne życzenia o północy, to rano wstańcie z kapciem w buzi, pociągnijcie sowity łyczek mineralnej i z czystym sumieniem poobijajcie się przez cały ten pierwszy dzień w roku, bo przecież każdy zasługuje na chwilę nicnierobienia (tato, pamiętam, że pracujesz, ale Ty masz 70 dni urlopu na ten rok, to jeszcze się poobijasz :))!
O, tego i w ogóle wszystkiego naj Wam życzę na ten 2016.
I jeszcze pewnej grupce zapaleńców sukcesów kadry na Euro! O matko, o matko, a co będzie jak im się w końcu, pierwszy raz za mojego żywota coś uda?! :)
No, to tyle życzeń. Postanowienia? Ambitne i dużo, chociaż wiem, że to bez sensu takie "od nowego roku nowe życie", ale jakoś nie da się oprzeć takiej unikalnej możliwości zmotywowania! Jak też macie podobnie jak ja milion planów, to pamiętajcie, żeby wytrwać chociaż dalej niż za 3 poniedziałek stycznia. Podobno to najgorszy dzień w roku, bo do tej pory zdążymy już uświadomić sobie, że nie zrealizujemy naszych entuzjastycznych postanowień, już na starcie porażka, a tu jeszcze cały rok... Trzeba oszukać system i załamać się w 4 poniedziałek!
Tyle ode mnie. Mogę jeszcze dodać, że w sobotę 2 idę biegać, więc jak ktoś postanowił sobie "biegam!" to nie ma wymówek! Nawet jak będziecie niedospani i będą bolały głowy. Jak ktoś chce to może iść ze mną, proszę pisać, ale ja nie odpuszczam! No dobra pierwszego odpuszczam, ale... litości! :)
Do zobaczenia w nowym roku!
niedziela, 12 lipca 2015
Ja, robot
Nie, nie przeczytacie dziś recenzji filmu, którego nigdy nie widziałem. Ważniejsze jest co innego - ważne jest to, że, niezależnie od tytułu, w końcu przeczytacie coś ode mnie!
Znaczy się, że żyję :).
Ciekawym jest to, że nie pisałem akurat w tym samym czasie, w którym zaprzestałem biegania. Jak się okazuje, bieganie motywuje mnie na tyle do życia i wszelakiej ambitniejszej aktywności, że bez niego... może nie rozleniwiam się, ale częściej pozwalam sobie na bezproduktywne trwonienie czasu. Czasem trzeba!
Nie znaczy to oczywiście, że nie robiłem nic, bo udało mi się w tym czasie wyremontować mieszkanko, spędzić bardzo miłe, ale zbyt krótkie dwa tygodnie z przyjaciółmi z Londynu (pozdrawiam Was, moi zagraniczni fani ;)), czy popracować nad tematem, o którym napiszę kilka akapitów dalej.
Zresztą właśnie przez nawał obowiązków związanych z pracą i przerabianiem chałupki "po swojemu", ostatnimi czasy czułem się właśnie jak ten tytułowy robot. Wielokrotnie miałem ochotę napisać o czymś tutaj, ale brakowało mi choćby sekundy na zebranie jakiegoś materiału, a nawet naskrobanie kilku zdań o byle czym.
Jednak nie ma tego złego - odrobina dystansu i wyluzowania, pozwoliła mi dojrzeć do paru kwestii i wpaść na kilka ciekawych pomysłów. Cóż to takiego?
Po pierwsze - zdecydowałem się troszkę uporządkować i skonkretyzować tematy na jakie będę pisał tutaj. Chciałbym zająć się w dużej mierze kwestiami Łodzi i regionu.
Oczywiście po swojemu, toteż na dzień dobry zaproszę Was na mój cykl artykułów, w których postaram się pokazać moje miasto... w inny sposób. W jaki konkretnie? Opiszę to w oddzielnym poście. Tak czy siak - od przyszłego tygodnia, co niedzielę będę wrzucał kolejne "odcinki" i zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że spodoba Wam się to, a jeśli tak to będę kombinował takie serie częściej.
Oprócz tego planuję co jakiś czas, już bez obiecywania kiedy dokładnie, zamieszczać wpisy o moich ulubionych zakątkach miasta, a także o najciekawszych miejscowościach województwa łódzkiego. Myślę też nad robieniem wpisów na temat ciekawych miejsc, inicjatyw, wydarzeń, et cetera, mających miejsce w Łodzi i nie tylko.
I w tym momencie kieruję się do Was z prośbą - jeśli będziecie organizować jakieś wydarzenie lub prowadzicie jakąś ciekawą działalność (Wy, Wasi znajomi, Wasi nieznajomi o których chcielibyście poczytać, whatever ;)), dawajcie znać - chętnie o tym napiszę! Przy okazji relacji z MBN udało się fajnie połączyć mój wpis na blogu i promocję biegu na maratonypolskie.pl, myślę że w innych kwestiach można by podobnie "wyczarować" korzyści dla kilku stron.
Swoją drogą - jestem także otwarty na wszelkie propozycje w kwestii publikacji moich tekstów lub pisania ich na potrzeby innych serwisów, portali, czasopism, publikacji czy czego tam jeszcze. Jeśli podoba Ci się to co piszę i chciałbyś nawiązać współpracę - pisz śmiało!
Wracając do głównego tematu - żeby nie pozostać monotematycznym, będę starał się co jakiś czas wrzucić co nieco o innych zagadnieniach - bieganiu, literaturze, może muzyce, a czasem po prostu o życiu ;).
No i na koniec - wisienka na torcie. Przynajmniej tak mi moje wybujałe ego nakazuje to nazwać :). Powoli, zbliżam się do końca pracy nad moją książką! Zostało mi już bardzo niewiele, więc proszę mocno trzymać kciuki, żeby udało się jak najszybciej doprowadzić temat do końca! Nie mam pojęcia jak wygląda rozkręcanie całej wydawniczej machiny (lub maszynki, nie wiem co z tego wszystkiego wyjdzie póki co ;)), ale ja mam cichą nadzieję zamknąć temat do Bożego Narodzenia. A potem? Dla mnie sława i kokosy, a dla Was możliwość mówienia - "Bajas? Pfff, czytałem go jeszcze zanim stał się sławny" ;).
Jeśli Wam się podoba to zachęcam do komentowania, udostępniania, promowania!
A ja biorę się do pracy!
Znaczy się, że żyję :).
Ciekawym jest to, że nie pisałem akurat w tym samym czasie, w którym zaprzestałem biegania. Jak się okazuje, bieganie motywuje mnie na tyle do życia i wszelakiej ambitniejszej aktywności, że bez niego... może nie rozleniwiam się, ale częściej pozwalam sobie na bezproduktywne trwonienie czasu. Czasem trzeba!
Nie znaczy to oczywiście, że nie robiłem nic, bo udało mi się w tym czasie wyremontować mieszkanko, spędzić bardzo miłe, ale zbyt krótkie dwa tygodnie z przyjaciółmi z Londynu (pozdrawiam Was, moi zagraniczni fani ;)), czy popracować nad tematem, o którym napiszę kilka akapitów dalej.
Zresztą właśnie przez nawał obowiązków związanych z pracą i przerabianiem chałupki "po swojemu", ostatnimi czasy czułem się właśnie jak ten tytułowy robot. Wielokrotnie miałem ochotę napisać o czymś tutaj, ale brakowało mi choćby sekundy na zebranie jakiegoś materiału, a nawet naskrobanie kilku zdań o byle czym.
Jednak nie ma tego złego - odrobina dystansu i wyluzowania, pozwoliła mi dojrzeć do paru kwestii i wpaść na kilka ciekawych pomysłów. Cóż to takiego?
Po pierwsze - zdecydowałem się troszkę uporządkować i skonkretyzować tematy na jakie będę pisał tutaj. Chciałbym zająć się w dużej mierze kwestiami Łodzi i regionu.
Oczywiście po swojemu, toteż na dzień dobry zaproszę Was na mój cykl artykułów, w których postaram się pokazać moje miasto... w inny sposób. W jaki konkretnie? Opiszę to w oddzielnym poście. Tak czy siak - od przyszłego tygodnia, co niedzielę będę wrzucał kolejne "odcinki" i zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że spodoba Wam się to, a jeśli tak to będę kombinował takie serie częściej.
Oprócz tego planuję co jakiś czas, już bez obiecywania kiedy dokładnie, zamieszczać wpisy o moich ulubionych zakątkach miasta, a także o najciekawszych miejscowościach województwa łódzkiego. Myślę też nad robieniem wpisów na temat ciekawych miejsc, inicjatyw, wydarzeń, et cetera, mających miejsce w Łodzi i nie tylko.
I w tym momencie kieruję się do Was z prośbą - jeśli będziecie organizować jakieś wydarzenie lub prowadzicie jakąś ciekawą działalność (Wy, Wasi znajomi, Wasi nieznajomi o których chcielibyście poczytać, whatever ;)), dawajcie znać - chętnie o tym napiszę! Przy okazji relacji z MBN udało się fajnie połączyć mój wpis na blogu i promocję biegu na maratonypolskie.pl, myślę że w innych kwestiach można by podobnie "wyczarować" korzyści dla kilku stron.
Swoją drogą - jestem także otwarty na wszelkie propozycje w kwestii publikacji moich tekstów lub pisania ich na potrzeby innych serwisów, portali, czasopism, publikacji czy czego tam jeszcze. Jeśli podoba Ci się to co piszę i chciałbyś nawiązać współpracę - pisz śmiało!
Wracając do głównego tematu - żeby nie pozostać monotematycznym, będę starał się co jakiś czas wrzucić co nieco o innych zagadnieniach - bieganiu, literaturze, może muzyce, a czasem po prostu o życiu ;).
No i na koniec - wisienka na torcie. Przynajmniej tak mi moje wybujałe ego nakazuje to nazwać :). Powoli, zbliżam się do końca pracy nad moją książką! Zostało mi już bardzo niewiele, więc proszę mocno trzymać kciuki, żeby udało się jak najszybciej doprowadzić temat do końca! Nie mam pojęcia jak wygląda rozkręcanie całej wydawniczej machiny (lub maszynki, nie wiem co z tego wszystkiego wyjdzie póki co ;)), ale ja mam cichą nadzieję zamknąć temat do Bożego Narodzenia. A potem? Dla mnie sława i kokosy, a dla Was możliwość mówienia - "Bajas? Pfff, czytałem go jeszcze zanim stał się sławny" ;).
Jeśli Wam się podoba to zachęcam do komentowania, udostępniania, promowania!
A ja biorę się do pracy!
czwartek, 28 maja 2015
Entuzjazm
Muszę robić dobrą minę do złej gry. Uśmiechać się ładnie, słuchać co mówią do mnie inni, rozumieć ich prośby i polecenia, spełniać je. Rozglądać się po okolicy i myśleć, że jest ładna o tej porze roku. Słuchać gwaru i odnajdywać się w nim, jakby był czymś całkowicie normalnym, zgodnym z moją naturą. Żyć, tak jak zwykłem do tej pory.
Tylko zaraz... jakiego lenistwa? Czy tamten czas spędziłem mało aktywnie? Nie wydaje mi się. Ba! Mam wrażenie, że to właśnie tutaj robię mniej! Częściej się lenię, częściej trwonię czas tylko po to, żeby szybciej zleciał. Tam jest zawsze coś do roboty. Idę na spacer, idę pobiegać, wskakuję do wody na basenie, gram w planszówki, czytam książki i czasopisma. Brakuje doby, żeby to wszystko pomieścić!
Niewiele się zmieniło, w zasadzie nic. Ja jestem ten sam, moje towarzystwo jest takie samo, moje otoczenie, znane mi tak dobrze, nie różni się ani odrobinkę od stanu w jakim je zostawiłem. Co to jest te kilka dni? Co takiego się dzieje, że wracam do dobrze znanych mi miejsc, a czuję jakbym przyleciał na inną planetę?
To wszystko przez to, że mogłem sobie pozwolić na 10 dni lenistwa! Jestem pewien, że to tego wina! Tutaj po prostu mam więcej obowiązków do wykonania, więcej jest na mojej głowie. To w tym nie mogę się odnaleźć!
Tylko zaraz... jakiego lenistwa? Czy tamten czas spędziłem mało aktywnie? Nie wydaje mi się. Ba! Mam wrażenie, że to właśnie tutaj robię mniej! Częściej się lenię, częściej trwonię czas tylko po to, żeby szybciej zleciał. Tam jest zawsze coś do roboty. Idę na spacer, idę pobiegać, wskakuję do wody na basenie, gram w planszówki, czytam książki i czasopisma. Brakuje doby, żeby to wszystko pomieścić!
"No dobrze..." ktoś powie "...ale to są same przyjemności, nic specjalnie męczącego! To tak jakbyś się lenił!". W sumie racja. Jednak - po pierwsze - zdarzają się czynności specjalnie męczące, na przykład maraton ;). Po drugie - tam będąc też trzeba wypełniać obowiązki. Śniadanie samo się nie zrobi, a nawet jak się zrobi, to samo się po nim nie posprząta. Nikt nie lubi chodzić po brudnej podłodze, to trzeba ją ogarnąć. Śmieci pozbierać, wywalić do kubła. Poprać brudne gacie. Zrobić zakupy z dłuuuugą listą i dotaszczyć je do domu. Drobiazgi? Pewnie, ale często myślę, że to właśnie te drobiazgi są najgorsze, najbardziej uwierają, niczym mikroskopijne drzazgi.
Praca? Na pewno też ma wpływ, ale z drugiej strony - ile razy bywało tak, że miało się i 5 dni wolnego, a i tak nie było to to samo. Żadna czynność nie smakowała tak dobrze, brzydka pogoda od razu psuła nastrój ("jak zwykle - ja mam wolne i leje!"), a najczęściej to i tak nic się nie chciało i trwoniło się cenną wolność na bezużytecznych, irytujących błahostkach.
Znaczy się - trzeba poszukać gdzie indziej. A może po prostu wystarczy spojrzeć inaczej? Podczas maratonu w Łodzi strasznie odbijało mi się, po mojej pustej głowie, angielskie słowo feedback. Zazwyczaj wolę polskie określenia, ale to wydaje mi się dużo lepiej pasujące niż złowieszczo brzmiące "sprzężenie zwrotne"...
Obserwowałem siebie kiedy zachęcałem kibiców do głośniejszego dopingu i kibiców kiedy byli zachęcani. Działało to tak: widziałem grupkę, podskakiwała mi adrenalinka, krzyczałem do nich, machałem rękami itp., od razu czułem radość, oni wyrywali się z tej, było nie było, monotonii i zaczynali dopingować chętniej i głośniej. To dodawało mi jeszcze większego kopa, na skutek czego mimochodem się uśmiechałem. Oni to widzieli i nawet kiedy ich już mijałem, słyszałem bardziej ożywione brawa. Serducho waliło przyjemnie, zachęcane adrenaliną i endorfinami, z głowy wyparowywały, choć na chwilunię, złe myśli, ból jakby cichł na sekundkę.
Gdy nie robiłem tego, nie zachęcałem ich, nie działo się kompletnie nic. Szarzyzna.
I wydaje mi się, że właśnie o to chodzi!
Nie lubię miasta. Nie lubię tłumu. Nie lubię hałasu. Nie lubię gadania o niczym i robienia byle czego. Nie jaram się. Nie odpowiada mi moje otoczenie, cały ten mikro i makroklimat. Ciężko więc, żebym cieszył się tym co robię, cokolwiek to jest....
Lubię naturę. Lubię kameralną, klimatyczną wieś. Lubię ciszę, uspokajającą i przyjemnie masującą umysł. Lubię ciekawe rozmowy, w ciekawych miejscach, z ciekawymi ludźmi. Na spokojnie, bez pośpiechu i tego dziwnego, miejskiego ciśnienia.
Wtedy ładuję baterię. Wtedy cieszę się wszystkim. Podchodzę z entuzjazmem do każdej rzeczy jaka tylko mi się przytrafia. Zapomniałem czegoś kupić? Nie jojczę, że już mi się nie chce wychodzić, ale ubieram buty i wyskakuję na deszcz i wiatr z uśmiechem na ustach. Smakuję życie pod każdą postacią - porannej jajecznicy, południowej kawy, wieczornego szumu rzeki, migotania nocnego nieba.
Jest mi tu źle, bo wiem, że znalazłem swoje miejsce na świecie. Wiem gdzie chciałbym żyć i co chciałbym tak robić. Pewnie to minie z czasem, ale teraz czuję się jak podczas rozstania. Wydaje mi się, że już nie dam rady normalnie żyć, póki nie wrócę w tamte zakątki, nie odetchnę tamtym powietrzem.
Co z tym zrobię? Feedback. Zacznę działać. Nakręcać spiralę działania, która, mam nadzieję, zaprowadzi mnie kiedyś do mojego domu, takiego jak sobie wymarzyłem, z Dominiką leniwie wyciągniętą na leżaku, obok jej ukochanych, wymarzonych psiaków, a ja będę sobie na to zerkał spod drzewka, gdzie poszedłem poczytać i porozmyślać, niczym Włóczykij.
Źle mi i ciężko, ale gotuje się we mnie. Natura naładowała moje baterie do maksimum. Dała mi tę samą niewidzialną energię, jaka powoduje, że kibice zachęcani dopingują głośniej, a ja później biegnę szybciej.
Jestem pełen entuzjazmu. Jaram się!
Praca? Na pewno też ma wpływ, ale z drugiej strony - ile razy bywało tak, że miało się i 5 dni wolnego, a i tak nie było to to samo. Żadna czynność nie smakowała tak dobrze, brzydka pogoda od razu psuła nastrój ("jak zwykle - ja mam wolne i leje!"), a najczęściej to i tak nic się nie chciało i trwoniło się cenną wolność na bezużytecznych, irytujących błahostkach.
Znaczy się - trzeba poszukać gdzie indziej. A może po prostu wystarczy spojrzeć inaczej? Podczas maratonu w Łodzi strasznie odbijało mi się, po mojej pustej głowie, angielskie słowo feedback. Zazwyczaj wolę polskie określenia, ale to wydaje mi się dużo lepiej pasujące niż złowieszczo brzmiące "sprzężenie zwrotne"...
Obserwowałem siebie kiedy zachęcałem kibiców do głośniejszego dopingu i kibiców kiedy byli zachęcani. Działało to tak: widziałem grupkę, podskakiwała mi adrenalinka, krzyczałem do nich, machałem rękami itp., od razu czułem radość, oni wyrywali się z tej, było nie było, monotonii i zaczynali dopingować chętniej i głośniej. To dodawało mi jeszcze większego kopa, na skutek czego mimochodem się uśmiechałem. Oni to widzieli i nawet kiedy ich już mijałem, słyszałem bardziej ożywione brawa. Serducho waliło przyjemnie, zachęcane adrenaliną i endorfinami, z głowy wyparowywały, choć na chwilunię, złe myśli, ból jakby cichł na sekundkę.
Gdy nie robiłem tego, nie zachęcałem ich, nie działo się kompletnie nic. Szarzyzna.
I wydaje mi się, że właśnie o to chodzi!
Nie lubię miasta. Nie lubię tłumu. Nie lubię hałasu. Nie lubię gadania o niczym i robienia byle czego. Nie jaram się. Nie odpowiada mi moje otoczenie, cały ten mikro i makroklimat. Ciężko więc, żebym cieszył się tym co robię, cokolwiek to jest....
Lubię naturę. Lubię kameralną, klimatyczną wieś. Lubię ciszę, uspokajającą i przyjemnie masującą umysł. Lubię ciekawe rozmowy, w ciekawych miejscach, z ciekawymi ludźmi. Na spokojnie, bez pośpiechu i tego dziwnego, miejskiego ciśnienia.
Wtedy ładuję baterię. Wtedy cieszę się wszystkim. Podchodzę z entuzjazmem do każdej rzeczy jaka tylko mi się przytrafia. Zapomniałem czegoś kupić? Nie jojczę, że już mi się nie chce wychodzić, ale ubieram buty i wyskakuję na deszcz i wiatr z uśmiechem na ustach. Smakuję życie pod każdą postacią - porannej jajecznicy, południowej kawy, wieczornego szumu rzeki, migotania nocnego nieba.
Jest mi tu źle, bo wiem, że znalazłem swoje miejsce na świecie. Wiem gdzie chciałbym żyć i co chciałbym tak robić. Pewnie to minie z czasem, ale teraz czuję się jak podczas rozstania. Wydaje mi się, że już nie dam rady normalnie żyć, póki nie wrócę w tamte zakątki, nie odetchnę tamtym powietrzem.
Co z tym zrobię? Feedback. Zacznę działać. Nakręcać spiralę działania, która, mam nadzieję, zaprowadzi mnie kiedyś do mojego domu, takiego jak sobie wymarzyłem, z Dominiką leniwie wyciągniętą na leżaku, obok jej ukochanych, wymarzonych psiaków, a ja będę sobie na to zerkał spod drzewka, gdzie poszedłem poczytać i porozmyślać, niczym Włóczykij.
Źle mi i ciężko, ale gotuje się we mnie. Natura naładowała moje baterie do maksimum. Dała mi tę samą niewidzialną energię, jaka powoduje, że kibice zachęcani dopingują głośniej, a ja później biegnę szybciej.
Jestem pełen entuzjazmu. Jaram się!
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Obudziłem się...
...nie, nie wczoraj. Dużo, duuużo wcześniej. Nie wiem kiedy to było dokładnie, na pewno byłem jeszcze dzieciakiem. W każdym razie, kiedyś zaświtało mi w głowie marzenie "chcę przebiec maraton". Próbowałem zaczynać przygotowania wielokrotnie, za każdym razem po jakimś czasie odpuszczałem. Na pewno każdy zna to uczucie.
Tym bardziej, że kibice pomagają się nakręcać. Na 13 kilometrze już nie pamiętałem o dołku z początku. Czułem się świetnie, biegłem swoim tempem, czerpałem dobrą energię ze świata i starałem się oddawać jej jak najwięcej światu. Piąteczka maratonie!
W końcu podjąłem decyzję - teraz albo nigdy. Było to w czerwcu 2012 roku, kiedy planowałem przenieść się do Wrocławia i tam ułożyć sobie życie. Łódzki maraton w kwietniu 2013 miał być okazją do odwiedzenia rodzinnego miasta. W drugiej połowie lipca zacząłem biegać. (Uwaga wyświechtane sformułowanie!) Do końca życia nie zapomnę pierwszego treningu. 23 lipca 2012 roku założyłem zwykłą bawełnianą koszulkę i stare, śmierdzące buty do tenisa (! ;)) i poleciałem. Wróciłem do domu z sowitą zadyszką (myślałem, że mam kondycję, naprawdę dużo wtedy się ruszałem - jeździłem na rowerze i pływałem), po dwudziestu minutach i zastanawiałem się, jak to jest możliwe, żeby biec przez godzinę bez przerwy.
Obudziłem się... wczoraj. Bez najmniejszego problemu, mimo że była 6.30. Spało mi się bardzo przyzwoicie. Przeciągnąłem się leniwie i wziąłem sowity łyk mineralnej. Wszystkie rzeczy miałem naszykowane już w sobotę wieczorem, więc pozostało je tylko wrzucić do maratońskiego worka depozytowego (tm). Wiecie jakie jest śniadanie mistrzów? Buła z dżemem, tyle że podzielona na trzy kanapki.
Kto czytał "Święto?" pamięta jaki jest największy problem przed startem. Okazało się, że z tym problemem problemu nie było - poszło gładko ;). Humor mi dopisywał, czasu miałem nadmiar, wszystko było tak jak miało być. Wyszedłem na autobus duuużo wcześniej, ale jakoś szybko zleciało mi czekanie na niego. Nawet nie działał mi na nerwy tłum dzieciaków w autobusie (wiedziałem, że będą mnie później dopingować, więc co się miałem boczyć ;)).
Godzinka czasu w Arenie to akurat na przebranie się i odstanie swojego w kolejkach do depozytu i toalety. Buty, za którymi nie przepadam, udało mi się wyjątkowo zawiązać dobrze już za pierwszym razem. Numer startowy poprawiałem tylko raz, co nie zdarza się zbyt często. 8.40 wygoniłem ojca na dwór, chociaż marudził, że jeszcze chwilę. Ostatecznie na linii startu byliśmy dosłownie dwie minuty przed startem. Swoją drogą musieliśmy skakać przez ogrodzenie między torem dla biegaczy na 10 i 42,195 km.
Kilka szybkich ćwiczeń dogrzewających i odliczanie do startu z Hanią Zdanowską. Niespecjalnie czułem podniecenie z okazji startu, może dlatego, że tak szybko się to wszystko działo? W każdym razie nie zdążyłem się zorientować, a już biegłem. Cel - średnio 5 min/km i przyspieszenie na ostatnich dwóch, trzech, wykorzystując finiszową adrenalinkę. Czas na mecie? Wymarzone 3:29:59 lub szybciej.
Plany musiałem szybko zweryfikować. Komfortowym tempem okazało się mniej więcej 4:50 min/km. Szybko wyprzedziłem balonik z napisem 3:30 i... miałem. Dopiero kilka punktów i punkcikow kibicowania dodało mi werwy. Wiedziałem, że na 13 km będą czekać na mnie moje dziewuchy, więc odliczałem kroki do tamtego miejsca. Poza tym po 40 minutach zawsze wchodzę w lepszy rytm i tym razem było podobnie.
Było podejrzanie dobrze. Wiecie jak to jest - jak za dużo rzeczy idzie ok, zaczynamy się zastanawiać kiedy coś się spieprzy i pójdzie nie tak. Zupełnie niepotrzebnie, bo jeśli jest dobrze, to trzeba się tym nakręcać i będzie jeszcze lepiej!
Tym bardziej, że kibice pomagają się nakręcać. Na 13 kilometrze już nie pamiętałem o dołku z początku. Czułem się świetnie, biegłem swoim tempem, czerpałem dobrą energię ze świata i starałem się oddawać jej jak najwięcej światu. Piąteczka maratonie!
Kolejne kilometry to walka z problemem. Tak, z tym problemem, który miał nie być problemem, bo wszystko z nim poszło bez problemu. Minąłem toi toi na Politechniki. Nie, jeszcze nie teraz, albo odpuści, albo przy następnej okazji będę musiał skorzystać. Chwilę później znów spotkałem moje dziewczyny i później jeszcze raz, więc na chwilę przestałem o tym myśleć!
Jakieś 500 metrów dalej już biłem rekord w korzystaniu z drugiej opcji toi toia... 40 sekund, może minutę, na pewno nie więcej. Myk, myk i znów na trasie. Ciekawi mnie co by było gdybym tam nie zajrzał. Tzn. gdyby mi się nie chciało. Może czas byłby lepszy? A może ta chwila oddechu pomogła i pozwoliła dalej pędzić przed siebie?
Gdybać sobie można, a tymczasem na leniwych Nowych Sadach i św. Franciszka zbliżałem się do połówki. Bałem się, że trzymając to tempo, które trzymam, w końcu mnie odetnie i skończą się moje marzenia o zyciówce. Tymczasem po przekroczeniu połówki zacząłem jeszcze bardziej przyspieszać i nadróbka rosła z każdym kilometrem. Około 25 kilometra już wiedziałem, że będzie musiało stać się coś straszliwego, żeby 3:30 nie zostało złamane.
No ale poczekajmy! Wbiegałem przecież na Maratońską! Nie cierpię tej ulicy. Nienawidzę, pluję, depczę i obrażam. I niech się wali, bo nie wymiękłem, chociaż przez chwilkę poczułem się nieco gorzej! Dłuuuuga i trudna psychicznie pętla była szybko zjadana i byłem coraz bliżej Zdrowia i 30 kilometra. W międzyczasie moje niezłomne kibicki i błyskawiczny, bidonowy pitstop.
Maraton to nie 42,195 kilometrów biegu. Maraton to 30 kilometrów biegu i 12,195 maratonu. Zaczyna się po 30 (nawet jak do 30 brakuje Ci jeszcze kilku lat, albo masz już "górkę"). Bałem się jakiegoś dołka, kryzysu, nie daj Bóg ściany. Tymczasem - nic. Nadróbka utrzymywała się na niezłym poziomie, kibice pomagali, wcale nie było gorzej! Tym bardziej, że każdy kilometr do mety to mniejsze ryzyko, że coś pójdzie nie tak, nawet jeśli mnie odetnie.
Około 35 kilometra - szok. Usłyszałem za sobą grupowe dyszenie. FUCK. Balonik mnie dogonił. W pierwszej chwili chciałem im uciekać, ale uznałem, że skoro mam nadróbkę, to oni też. Czemu więc nie połączyć sił? Tym bardziej, że pacemakerzy, a szczególnie Jakub Tracz z Piotrkowa (pozdrawiam gorąco!), dodawali otuchy i powera, tym bardziej, że zbliżał się ten legendarny 37 kilometr. Najgorszy, najtrudniejszy, najbardziej dołujący. Przeleciał mi nie wiem kiedy, 38 też, tym bardziej, że pozbyłem się zbędnego już bagażu.
Popełniłem wtedy chyba jedyny błąd. Za wcześnie się podjarałem, że to już. Balonik nieco mi uciekł i na 39 kilometrze zacząłem ich gonić. Dopadłem na wysokości 40 kilometra i... zaczęło mi brakować energii. Zacząłem czuć jak drętwieją mi nogi i dłonie. Zaczęły się zawroty głowy. Wspomniany już Kuba robił co mógł, żeby dodać mnie i innym otuchy. Gadałem do siebie "nie zatrzymuj się, nie poddawaj się, dasz radę, to już blisko". Jakoś doczłapałem się do 41 kilometra i za chwilę minęliśmy wielką flagę z cyfrą 9. Oznaczenie z dychy. Kilometr do mety. Westchnąłem głośno, chyba trochę zwolniłem. Nie wiem czy nie zamarudziłem. Nie wiem też czy było to konkretnie do mnie, ale usłyszałem głos Kuby z tyłu "NIE ODPUSZCZAJ, BO DOLECISZ TAM NA KOPACH!". Nie było już mowy o odpuszczaniu.
Wbiegłem na teren Areny, przestawałem kontaktować. Zbiegam na dół i... zaczynam machać łapami i się drzeć. Zdjęcie nieostre, ale jedyne, na którym widać moją szaloną radość.
Nie wiem skąd na mecie wziął się Kuba, ale darł się z nami i gratulował wszystkim, którzy dobiegali w jego grupie. Finisz, i dziki wrzask radości. Czułem rozbawione spojrzenia innych maratończyków. Jeden z nich odwraca się do mnie i rzuca mi się na szyję. Ściskamy się mocno, za chwilę ściskam się z kimś innym. Cały czas się drę. Widzę kobietę, szczęśliwą z rękami wysoko w górze. "UDAŁO SIĘ, PIĄTECZKA!" drę się do niej, a ona, z szerokim uśmiechem na twarzy, choć nieco zdezorientowana, przybija. Biedactwo, które dawało mi medal, cicho szepnęło "gratuluję", wydawała się dość przerażona. Dwa kroki dalej widzę kogoś z obsługi medycznej. Jakaś dziewczyna. "Wszystko w porządku?". Patrzę się na nią i nie rozumiem pytania. Po chwili zatrybiam. "Taaaaak" i szczerzę się jak psychol. Idę po wodę i pochłaniam pomarańczę w jakieś dwie sekundy. Spoglądam na stoper.
3:28.02.
Marzenie się spełniło.
Dziękuję mojemu fan clubowi i gratuluję tacie poprawienia życiówki (wiem, że miało być lepiej, ale przekonać maraton do swojego zdania jest jednak trudniej niż w drugą stronę!)! Jakubowi Traczowi za wsparcie na ostatnich kilometrach! Wszystkim kibicom na trasie, którzy dodawali otuchy i brali udział w przekazywaniu energii!
Etykiety:
atlas arena,
bieg,
bieg maratoński,
bieganie,
biegi,
doping,
Jakub Tracz,
kibic,
kibicowanie,
łódź,
łódź maraton,
maraton,
marzenia,
marzenie,
pacemaker,
rekord życiowy,
życiówka
niedziela, 12 kwietnia 2015
Święto?
Do łódzkiego maratonu został tydzień. W zasadzie to już mniej niż tydzień, bo przecież start o 9...
Dziś biegło Dębno, za tydzień Kraków, za dwa wiosenna Warszawa. Biegów na krótszych dystansach obrodziło tyle, że ciężko to wszystko ogarnąć. W mediach zaczyna się pompa. Jak sobie radzić ze stresem, jak przygotować się do debiutu, co jeść, co pic, na którym boku spać i miliony innych wartościowych porad. Z doświadczenia wiem już, że takie artykuły fajnie się czyta, trudniej stosuje, a na trasie i tak ma się w dupie to wszystko, byle przetrwać :).
Mniejsza z tym - artykuły czy programy trafiają się lepsze i gorsze, mniej i bardziej ciekawe, mniej i bardziej użyteczne, ale łączy je jeden mianownik. Górnolotnie brzmiąca narracja, że o to już niedługo/jutro/dziś ŚWIĘTO biegaczy na ulicach jakiegoś tam miasta. Tysiące zapaleńców opanuje, na ten przykład, Łódź mierząc się z królewskim dystansem maratonu! Będzie adrenalina, emocje, walka o najlepsze wyniki i wspaniały doping kibiców.
Brzmi cudownie, prawda? Na wyborczej nie napiszą przecież jak jest naprawdę. Czemu? Zapraszam do zapoznania się z moim opisem przed, w trakcie i po maratonie, bez upiększania :).
Na tydzień przed: mnie już trzeci raz udało się wyjechać na "obóz przygotowawczy" z dala od Łodzi (dziękuję Tato!) i relaksować się przed startem nad morzem. Nie każdy ma taki luksus, często zdarza się pracować i na dzień przed startem. Co poradzić... Stres, zmęczenie, fajnie by było tego pozbyć się przed startem, bo na maratonie wszystko "wyłazi" z organizmu z ogromną siłą, a im większy kilometraż tym gorzej. Przyznam szczerze - ja już od tygodnia mam motyle w brzuchu i czuję tremę przed startem. Dzięki Bogu nie jest to taka paraliżująca panika jak rok temu, ale nerwy zawsze są. Zresztą, jeśli ktoś przestanie się bać maratonu, to niech lepiej sobie odpuści, bo zostanie przezeń najpewniej zniszczony...
Na dzień przed: jedziesz odebrać pakiet. Tam oczywiście milion stoisk reklamowych, zaczepia Cię tłum naganiaczy i wolontariuszy, kiedy Tobie marzy się w spokoju odebrać ten cholerny numer i jechać do domu zbierać myśli w całość... W końcu jest po wszystkim i dociera do Ciebie świadomość, że to JUŻ. Nic nie dzieli Cię od startu, żadnego czekania formalności. Kilka, max kilkanaście godzin i będziesz walczyć z liczbą 42,195. Wiesz (z artykułów ;)), że trzeba dobrze i rozsądnie zjeść, ale żołądek jakiś taki skurczony. Starasz się pic ile wlezie, ale nawet woda nie "wchodzi" tak jak powinna. Nic to.
Wieczorem szykujesz ciuchy, żeby rano się nie stresować, pewnie już od paru dni wiesz co zjesz na śniadanie, prysznic i kładziesz się do łóżka. Marzysz o szybkim zaśnięciu i długim, twardym śnie, ale niestety, na 90% będziesz długo kręcić się po łóżku, a kiedy sen wreszcie przyjdzie to zadzwoni budzik, dużo za wcześnie (koło 6, przed Poznaniem o 5...)...
Przed samym startem: Ze spania nici. Śniadanie ledwo wchodzi, chociaż mózg wie, że powinieneś zjeść na maksa. Kończy się to najczęściej na bułce z dżemem, popitej szklanką wody. Tysiąc razy sprawdzasz czy wszystko jest jak trzeba, buty, numer startowy, ciuchy i co tam jeszcze masz za talizmany i gadżety.
Jedziesz autobusem, nerwowo żartując z tymi, którzy też jadą na start. Masz ich w dupie, prawdę mówiąc, chcesz już tylko biec, a nie pierdzielić farmazony.
Docierasz do startu. W szatniach, depozycie ZAWSZE jest tłoczno i ZAWSZE jest kolejka. Nie ma innej opcji, z tym trzeba się pogodzić. Zresztą to to nie problem. Depozyt szybko leci, a przebrać można się wszędzie. Wpółdo 9. Zaraz na start, ale zaraz...
Fuck. Ciśnie Cię dwójka.
Okrutny temat. Siknąć dasz rade wszędzie, z tym drugim problemem jest gorzej. Ładujesz się do WC, gdzie, jeśli masz szczęście to nie ma kolejki (to znaczy, że pewnie jeszcze ze dwie godziny do startu ;)). Wokół Ciebie znajomy zapach i nieznajome, ale jakże bliskie cierpiące twarze. Wbijasz się do środka, z trudem robisz co trzeba... i zaczynają się konwersacje.
90% rozmów przed maratonem tyczy się kwestii gastrycznych. Przykład? Z Poznania, od taty:
Ktoś: Oooo, no to 0,4 lżej!
Tata: To tak precyzyjnie masz to wyliczone?
K: Pewnie, że tak, pełne przygotowanie!
T: A na trasie będzie gdzie w razie co?
K: A ty na ile biegniesz?
T: Na 4 godziny.
K: Eeee, to poczujesz gdzie!
Na 15 min przed startem KAŻDEMU chce się siku, więc kolejki są ogromne i nie licz, że przy 150 toi toiach uda Ci się wbić bez czekania. Nerwy są do samego końca. Później ustawiasz się na starcie i udajesz rozgrzewkę. Coś tam się pogibiesz, ale w zasadzie to masz to w poważaniu, chcesz już tylko biec. Czas, który do tej pory pędził staje w miejscu. Każda minuta jest jak godzina...
W końcu zaczyna się odliczanie. Tłum zbija się w, nomen omen, kupę, a spiker nakręca atmosferę. 3...2...1... START!
I co? Nie, nie pędzisz. Zanim ruszy przód to trochę minie. Na największych biegach trzeba czasem spacerowac i 20 minut, zanim miniesz start i zaczniesz biec... Nie muszę mówic jak to przyjemne i podnoszące na duchu...
W końcu lecisz! Tu już pełna plejada uczuć. Górki, kryzysy, euforia, przeplatana z poczuciem totalnej beznadziei. Raz marzysz, żeby być samemu, a za chwilę pragniesz biec w grupie. Non stop coś Cię boli, a im dalej tym bardziej masz wrażenie, że boli wszystko, chyba nawet włosy na plecach (nawet jak nie masz).
Zdarza się, że patrzysz z optymizmem w przyszłość...

...ale częściej masz dosyć i zastanawiasz się co tu robisz... (wybacz Ojciec ;)).

Nie jest lekko, a jeśli wydaje Ci się, że jest, to znaczy, że zaraz "strzeli" Cię kryzys. Z psychiką dzieją się dziwne rzeczy. Mijają Cię wyjące karetki i zaczynasz się martwic o samego siebie. Za chwilę czytasz etykietkę batonika, który masz "na przegryzkę"... Brakujące do końca kilometry liczyłem ostatnio myśląc "jeszcze 9, to tyle co palców u dwóch rąk, jakby mi jeden odrąbali siekierą...".
Dziś biegło Dębno, za tydzień Kraków, za dwa wiosenna Warszawa. Biegów na krótszych dystansach obrodziło tyle, że ciężko to wszystko ogarnąć. W mediach zaczyna się pompa. Jak sobie radzić ze stresem, jak przygotować się do debiutu, co jeść, co pic, na którym boku spać i miliony innych wartościowych porad. Z doświadczenia wiem już, że takie artykuły fajnie się czyta, trudniej stosuje, a na trasie i tak ma się w dupie to wszystko, byle przetrwać :).
Mniejsza z tym - artykuły czy programy trafiają się lepsze i gorsze, mniej i bardziej ciekawe, mniej i bardziej użyteczne, ale łączy je jeden mianownik. Górnolotnie brzmiąca narracja, że o to już niedługo/jutro/dziś ŚWIĘTO biegaczy na ulicach jakiegoś tam miasta. Tysiące zapaleńców opanuje, na ten przykład, Łódź mierząc się z królewskim dystansem maratonu! Będzie adrenalina, emocje, walka o najlepsze wyniki i wspaniały doping kibiców.
Brzmi cudownie, prawda? Na wyborczej nie napiszą przecież jak jest naprawdę. Czemu? Zapraszam do zapoznania się z moim opisem przed, w trakcie i po maratonie, bez upiększania :).
Na tydzień przed: mnie już trzeci raz udało się wyjechać na "obóz przygotowawczy" z dala od Łodzi (dziękuję Tato!) i relaksować się przed startem nad morzem. Nie każdy ma taki luksus, często zdarza się pracować i na dzień przed startem. Co poradzić... Stres, zmęczenie, fajnie by było tego pozbyć się przed startem, bo na maratonie wszystko "wyłazi" z organizmu z ogromną siłą, a im większy kilometraż tym gorzej. Przyznam szczerze - ja już od tygodnia mam motyle w brzuchu i czuję tremę przed startem. Dzięki Bogu nie jest to taka paraliżująca panika jak rok temu, ale nerwy zawsze są. Zresztą, jeśli ktoś przestanie się bać maratonu, to niech lepiej sobie odpuści, bo zostanie przezeń najpewniej zniszczony...
Na dzień przed: jedziesz odebrać pakiet. Tam oczywiście milion stoisk reklamowych, zaczepia Cię tłum naganiaczy i wolontariuszy, kiedy Tobie marzy się w spokoju odebrać ten cholerny numer i jechać do domu zbierać myśli w całość... W końcu jest po wszystkim i dociera do Ciebie świadomość, że to JUŻ. Nic nie dzieli Cię od startu, żadnego czekania formalności. Kilka, max kilkanaście godzin i będziesz walczyć z liczbą 42,195. Wiesz (z artykułów ;)), że trzeba dobrze i rozsądnie zjeść, ale żołądek jakiś taki skurczony. Starasz się pic ile wlezie, ale nawet woda nie "wchodzi" tak jak powinna. Nic to.
Wieczorem szykujesz ciuchy, żeby rano się nie stresować, pewnie już od paru dni wiesz co zjesz na śniadanie, prysznic i kładziesz się do łóżka. Marzysz o szybkim zaśnięciu i długim, twardym śnie, ale niestety, na 90% będziesz długo kręcić się po łóżku, a kiedy sen wreszcie przyjdzie to zadzwoni budzik, dużo za wcześnie (koło 6, przed Poznaniem o 5...)...
Przed samym startem: Ze spania nici. Śniadanie ledwo wchodzi, chociaż mózg wie, że powinieneś zjeść na maksa. Kończy się to najczęściej na bułce z dżemem, popitej szklanką wody. Tysiąc razy sprawdzasz czy wszystko jest jak trzeba, buty, numer startowy, ciuchy i co tam jeszcze masz za talizmany i gadżety.
Jedziesz autobusem, nerwowo żartując z tymi, którzy też jadą na start. Masz ich w dupie, prawdę mówiąc, chcesz już tylko biec, a nie pierdzielić farmazony.
Docierasz do startu. W szatniach, depozycie ZAWSZE jest tłoczno i ZAWSZE jest kolejka. Nie ma innej opcji, z tym trzeba się pogodzić. Zresztą to to nie problem. Depozyt szybko leci, a przebrać można się wszędzie. Wpółdo 9. Zaraz na start, ale zaraz...
Fuck. Ciśnie Cię dwójka.
Okrutny temat. Siknąć dasz rade wszędzie, z tym drugim problemem jest gorzej. Ładujesz się do WC, gdzie, jeśli masz szczęście to nie ma kolejki (to znaczy, że pewnie jeszcze ze dwie godziny do startu ;)). Wokół Ciebie znajomy zapach i nieznajome, ale jakże bliskie cierpiące twarze. Wbijasz się do środka, z trudem robisz co trzeba... i zaczynają się konwersacje.
90% rozmów przed maratonem tyczy się kwestii gastrycznych. Przykład? Z Poznania, od taty:
Ktoś: Oooo, no to 0,4 lżej!
Tata: To tak precyzyjnie masz to wyliczone?
K: Pewnie, że tak, pełne przygotowanie!
T: A na trasie będzie gdzie w razie co?
K: A ty na ile biegniesz?
T: Na 4 godziny.
K: Eeee, to poczujesz gdzie!
Na 15 min przed startem KAŻDEMU chce się siku, więc kolejki są ogromne i nie licz, że przy 150 toi toiach uda Ci się wbić bez czekania. Nerwy są do samego końca. Później ustawiasz się na starcie i udajesz rozgrzewkę. Coś tam się pogibiesz, ale w zasadzie to masz to w poważaniu, chcesz już tylko biec. Czas, który do tej pory pędził staje w miejscu. Każda minuta jest jak godzina...
W końcu zaczyna się odliczanie. Tłum zbija się w, nomen omen, kupę, a spiker nakręca atmosferę. 3...2...1... START!
I co? Nie, nie pędzisz. Zanim ruszy przód to trochę minie. Na największych biegach trzeba czasem spacerowac i 20 minut, zanim miniesz start i zaczniesz biec... Nie muszę mówic jak to przyjemne i podnoszące na duchu...
W końcu lecisz! Tu już pełna plejada uczuć. Górki, kryzysy, euforia, przeplatana z poczuciem totalnej beznadziei. Raz marzysz, żeby być samemu, a za chwilę pragniesz biec w grupie. Non stop coś Cię boli, a im dalej tym bardziej masz wrażenie, że boli wszystko, chyba nawet włosy na plecach (nawet jak nie masz).
Zdarza się, że patrzysz z optymizmem w przyszłość...
...ale częściej masz dosyć i zastanawiasz się co tu robisz... (wybacz Ojciec ;)).

Nie jest lekko, a jeśli wydaje Ci się, że jest, to znaczy, że zaraz "strzeli" Cię kryzys. Z psychiką dzieją się dziwne rzeczy. Mijają Cię wyjące karetki i zaczynasz się martwic o samego siebie. Za chwilę czytasz etykietkę batonika, który masz "na przegryzkę"... Brakujące do końca kilometry liczyłem ostatnio myśląc "jeszcze 9, to tyle co palców u dwóch rąk, jakby mi jeden odrąbali siekierą...".
Na dodatek po 30 kilometrze zaczyna się to przedziwne uczucie "wyłączenia" ze świata. Nie umiem tego porównać z niczym innym, ale polega to na tym, że przestajesz odbierać bodźce z otoczenia, czujesz się jak w kokonie, kompletnie niespójny z otaczającą rzeczywistością.
Na 37 km - kryzys na bank, bo to już tyle w nogach, ale jeszcze aż 5 do końca. Straszny moment, a jak jeszcze masz ścianę, to już kompletna katastrofa. Walczysz, dosłownie walczysz, myślę że można porównać to do walki tonącego o utrzymanie się na powierzchni. Nic już nie jest takie jak być powinno. Im bardziej się starasz, tym bardziej idziesz na dno. I tak gdzieś do 40 kilometra.
Wtedy nagle... robi się lepiej. Ból znika. Na ustach pojawia się uśmiech. Nogi zaczynają nieść same. Im bliżej mety tym bardziej pędzisz jak wariat, byle przekroczyć tę cholerną linię na końcu. Dobiegasz tam, a adrenalina rozsadza żyły.

Masz ochotę się drzeć, płakać, skakać, szaleć, ale po wręczeniu medalu nie masz siły na nic. Jest to jedno z najpiękniejszych uczuć jakie znam i nie podejmuję się prób jego opisywania. Leżysz w bezruchu i jest po prostu cudownie.
Dopiero tam zaczyna się święto...
Mam wrażenie, że brzmi to wszystko strasznie. Samo cierpienie, ból i ogólny bezsens. I tak jest, od wewnątrz...
Jednak celowo pominąłem to co z zewnątrz. Kibiców. Tych zorganizowanych i tych przypadkowych, wszystkich. To oni dodają sił w trudnych chwilach. To oni pozwalają na 37 kilometrze przetrwać, kiedy ktoś kompletnie nieznany wydrze się do Ciebie "DAWAJ MATEUSZ, NIE ODPUSZCZAJ, DASZ RADĘ". Przybijają z Tobą piątki, biją brawo, czasem po prostu się uśmiechają. Samemu to nie ma sensu, nie ma szans. Tylko ze wsparciem da się tę mękę przetrwać.
Stąd mój apel - jeśli nie biegniecie - zajrzyjcie pokibicować! Stańcie gdzieś na trasie i bądźcie tym największym pozytywem! Postójcie chociaż pół godzinki, pomachajcie chociaż dwudziestu osobom. Sami byśmy nie dali rady, chociaż serca i nogi mamy mocne! Rozważcie to, poważnie. Startujemy o 9, biegniemy do, mniej więcej 14-15, więc jest szansa i się wyspać i zdążyć na "Familiadę". Trasę tegorocznego Łódź Maratonu wrzucam tutaj (jest w pdfie).
Mam nadzieję, że do zobaczenia 19 kwietnia!
Na 37 km - kryzys na bank, bo to już tyle w nogach, ale jeszcze aż 5 do końca. Straszny moment, a jak jeszcze masz ścianę, to już kompletna katastrofa. Walczysz, dosłownie walczysz, myślę że można porównać to do walki tonącego o utrzymanie się na powierzchni. Nic już nie jest takie jak być powinno. Im bardziej się starasz, tym bardziej idziesz na dno. I tak gdzieś do 40 kilometra.
Wtedy nagle... robi się lepiej. Ból znika. Na ustach pojawia się uśmiech. Nogi zaczynają nieść same. Im bliżej mety tym bardziej pędzisz jak wariat, byle przekroczyć tę cholerną linię na końcu. Dobiegasz tam, a adrenalina rozsadza żyły.
Masz ochotę się drzeć, płakać, skakać, szaleć, ale po wręczeniu medalu nie masz siły na nic. Jest to jedno z najpiękniejszych uczuć jakie znam i nie podejmuję się prób jego opisywania. Leżysz w bezruchu i jest po prostu cudownie.
Dopiero tam zaczyna się święto...
Mam wrażenie, że brzmi to wszystko strasznie. Samo cierpienie, ból i ogólny bezsens. I tak jest, od wewnątrz...
Jednak celowo pominąłem to co z zewnątrz. Kibiców. Tych zorganizowanych i tych przypadkowych, wszystkich. To oni dodają sił w trudnych chwilach. To oni pozwalają na 37 kilometrze przetrwać, kiedy ktoś kompletnie nieznany wydrze się do Ciebie "DAWAJ MATEUSZ, NIE ODPUSZCZAJ, DASZ RADĘ". Przybijają z Tobą piątki, biją brawo, czasem po prostu się uśmiechają. Samemu to nie ma sensu, nie ma szans. Tylko ze wsparciem da się tę mękę przetrwać.
Stąd mój apel - jeśli nie biegniecie - zajrzyjcie pokibicować! Stańcie gdzieś na trasie i bądźcie tym największym pozytywem! Postójcie chociaż pół godzinki, pomachajcie chociaż dwudziestu osobom. Sami byśmy nie dali rady, chociaż serca i nogi mamy mocne! Rozważcie to, poważnie. Startujemy o 9, biegniemy do, mniej więcej 14-15, więc jest szansa i się wyspać i zdążyć na "Familiadę". Trasę tegorocznego Łódź Maratonu wrzucam tutaj (jest w pdfie).
Mam nadzieję, że do zobaczenia 19 kwietnia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





