Tak się składa, że jestem osobą, która (trochę naiwnie) wierzy w sprawiedliwość. Może niekoniecznie w taką opartą na prawie, bo akurat na te bajeczki nie dam się nabrać, ale w taką na zasadzie - każdy otrzymuje tyle na ile zasługuje, jak najbardziej.
Podobnie zresztą wierzę w równowagę. Wszystkie działania związane z jakimś tematem muszą ZAWSZE, w konsekwencji, prowadzić do wyniku równego jeden. Albo do stu procent. Pozostaje jedynie kwestia podziału wkładu poszczególnych składowych tego procesu. Kto włożył ile wysiłku? Czyj wysiłek był istotniejszy? Kto powinien czerpać korzyści w pierwszej kolejności? Kto weźmie na barki straty? Obrazowo tłumacząc - nie ma znaczenia czy dojdziemy do celu idąc w lewo, a później prosto, czy najpierw prosto, a później w lewo. Efekt będzie jednakowy. Pytanie brzmi tylko - co będzie się działo po drodze?