Są takie dni, kiedy wstajesz i po prostu wiesz, że tego dnia wszystko Ci się uda. Takie, kiedy nie bierzesz z domu parasolki, chociaż nad miasto nadciąga wielgachna, burzowa chmura, bo jesteś pewien, że ulewa przejdzie bokiem.
I przechodzi.
Pabianicką "połówkę" od początku traktowałem jako przetarcie i sprawdzian przed zbliżającym się wielkimi krokami łódzkim maratonem. Praca jaką wykonałem na treningach od października była... dziwna. Z jednej strony harowałem jak wół z częstotliwością i intensywnością jakich nie zaznałem od dwóch lat (a nie wiem czy nie od przygotowań do maratońskiego debiutu), ale z drugiej - zdarzyło mi się kilka tygodniowych przestojów, spowodowanych życiowymi wybojami.