- Uspokój się, to że jesteś w obcym mieście, nie oznacza wcale, że sobie nie poradzisz! - wołało do mnie sumienie, kiedy obudziłem się w jakiejś średniej wielkości, europejskiej metropolii. Powiedzmy, że gdzieś w Skandynawii. Wybierzcie sobie Wasze ulubione skandynawskie miasto i mnie tam połóżcie. Gdziekolwiek sobie życzycie - na ławce w parku, na chodniku, w szalecie, na barze knajpy dla tureckich emigrantów albo, jak człowieka, w łóżku blondwłosej Szwedki z dużą potrzebą rozmowy o nowym numerze National Geographic.
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Teraz właśnie woła sumienie. Biorę kilka głębokich wdechów. Sprawdzam kieszenie. Portfel jest, telefon też. Sprawdzam zasięg - łapie. Co ma nie łapać. T-mobile łapie wszędzie, bo jest wszędzie. Myślę do kogo by tu zadzwonić. Przerzucam listę kontaktów, ale po chwili się rozmyślam.
Tuk-tuk-tuk i już włączyłem sobie lokalizację. Kilka sekund i już wiem, że jestem w ... (tak, tak! To jest tekst interaktywny, angażujący czytelnika! Sami se wpiszcie!). Okej. Ciekawe czy mam jakiś hajs ze sobą?
Mam kartę Visa!
To powinno wystarczyć. Dzięki aplikacji Google'a na moim Androidzie błyskawicznie znajduję najbliższy bankomat Euronetu. Wypłacam pieniądze z konta w BGŻ BNP Paribas i upycham gotówkę niedbale do portfela. Potrzebuję przede wszystkim odświeżyć umysł, żeby zaplanować co dalej. Dwa skrzyżowania dalej powinno być Costa Coffe.
Przy kubku kawy obmyślam plan na później. Złapię jakiś samolot SAS, Lufthansy czy innego KLM, byle dostać się do Warszawy, w najgorszym wypadku Berlina. Tylko muszę się przebrać bo te ciuchy, które mam na sobie nie są zbyt wygodne. Po godzince jestem już świeżutko wystrojony w t-shirt, bluzę i dresy z H&M.
Na lotnisko trzeba podjechać kilkadziesiąt kilometrów. Chyba wypożyczę na tę okazję auto. Bardzo przypasowało mi Volvo. Wezmę Volvo. Dam zarobić Szwedom. A Volvo to szwedzka firma, tak jak polski jest Wedel czy Biedronka. Prawda?
W głośnikach auta lecą Ellie Goulding i Coldplay. I fajnie. Lubię ich. Cieszę się, że nawet tu rozbrzmiewają znajome nuty. Parkuję na lotnisku. Bilet kupiłem już wtedy, kiedy piłem kawę, więc muszę tylko jakoś przetrwać 3 godzinki do startu samolotu. Głodnieję. Widzę na piętrze lotniska znajome kolory. Powiększony zestaw z McDonald's z obowiązkową Coca Colą napełnia mój brzuch akurat aż do powrotu do Polski...
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Ach. Dobrze. Jestem w domu. Dominika wolno oddycha nadal śpiąc. Kuba już rozpoczął poranne śpiewy do sufitu. Obracam się na plecy i uśmiecham. Co za dziwaczny sen. Wylądowałem w jakimś obcym zakątku świata, a mimo to czułem się jakbym wyszedł na miasto w Łodzi. Nawet nie do końca pamiętam co to mogło być za miasto. Chyba gdzieś na Węgrzech. Albo w Austrii.
Jakie to uspokajające i cudowne, że świat nam się homogenizuje. Jak serek. Z Danone rzecz jasna, bo przecież nie z Jogo. Będąc nigdzie jesteśmy wszędzie. Będąc wszędzie jesteśmy nigdzie.
Mnie nie smakuje jałowe. Lubię sobie sowicie przyprawić. Ostatnio mam fazę na czarny pieprz, bo w Kredensie mają taką pizzę, z czarnym pieprzem. Poza tym Dominika kupiła młynki do pieprzu i soli morskiej i mogę się wyszaleć.
Tak, tak, jestem hipokrytą. Jem pizzę, globalny symbol wyżerki dla absolutnie każdego. Z pieprzem, tak obrzydliwie powszechną przyprawą, że aż wstyd z nim wyjeżdżać w takim wpisie.
Czemu więc o nich wspominam? Bo to konkretne zestawienie, w tej konkretnie knajpie ma charakter. Różni się od innych cudnymi detalami, które każą mi zamawiać to danie bez patrzenia w kartę, zawsze pierwszego dnia pobytu w Jastrzębiej i zawsze po sezonie (w tym roku sezon ordynarnie zrobił nas w ... i się przedłużył).
Mówi się, że konsumpcja to zło. Konsumpcja nie jest zła. Złe jest to co się konsumuje. Masowo przemieloną papkę, dla masowo przemielonych ludzi, pracujących w masowo przemielonych "Sp. z o.o". Bez smaku, charakteru i wyrazu. Ble.
Jak ja kocham to co inne. To co małe. To co wypracowane poharatanymi dłońmi, ze ślicznym sznytem niedoskonałości, nazywanym powszechnie "tym czymś". Jakże wolę gapić się na zdjęcie zrobione całkowicie spontanicznie podczas spaceru, niż wymuskane pejzaże wmuszane we mnie przez Windows 10.
Uwielbiam jak ludzie mają pełne ręce roboty. Swojej roboty. Jak realizują się w tym co sobie ukochali albo chociaż w tym co robią na mistrzowskim poziomie. I doskonalą się z dnia na dzień w tym pasjonującym pędzie ku niedoścignionemu ideałowi. Ideałowi który nie istnieje, ale i tak pociąga, jak fantasy.
Rozleźmy się po tym ogromnym świecie. Każdy niech znajdzie swoje miejsce i w nim osiądzie, bez nikogo wokół. W małych, pachnących smarem warsztatach. W studio pełnych przybrudzonych farbą pędzli. Za biurkami wiecznie zasypanymi żółknącymi z czasem pędzlami. Na ulicach, kryjących zagadki, tajemnice i ciekawostki wielkości znaczka pocztowego. Tam terminujmy. W znoju, czując zapach krwi i skwaśniałego potu doskonalmy się, aż będziemy mogli nazwać się mistrzami.
Wtedy spotkajmy się. Nie w halach produkcyjnych (jakkolwiek cudownych architektonicznie, panie Poznański), ani przypudrowanych kołchozach. Spotkajmy się na kawę w kawiarenkach z zapomnianych uliczek. Na obiad w restauracjach gdzie ten sam makaron smakuje codziennie nieco inaczej. Słuchając koncertów kapel, które mają równie dużo do powiedzenia na scenie jak do opowiedzenia przy barze. A w wolną niedzielę skoczmy na spływ kajakowy rzeką, którą wykorzystamy dziś tylko my, kaczki i łabędzie.
Jakże bardziej wolałbym chodzić z moją opowieścią od karczmy do oberży, zabawiając gawiedź za chleb, wino i łóżko na dzisiejszą noc, aniżeli promować ją na Facebooku i zliczać like'i... Ale cóż. Signum temporis. Nie odwrócę się do rzeczywistości plecami, bo już tego kiedyś próbowałem. Nawet ją odwróciłem, ale wszyscy wiemy, że z tyłu jest zawsze dupa. I wszyscy wiemy jakie ryzyko niesie ze sobą dupa.
Rzuciłem robotę. Zamierzam pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Inspirację znajdować na ulicach, w lasach czy górach, podczas spacerów, przejażdżek, a pewnie i podróży. Uczyć się języków po to żeby w nich gadać, a nie żeby się tylko w nich doskonalić. Tworzyć swoje rzemiosło, zamiast dokładać cegiełkę do cudzego.
A jeżeli uważasz, że życie to gówno to mam do Ciebie dwie sprawy. Po pierwsze odwróć rzeczywistość w dobrą stronę. A po drugie, to nawet masz rację. Tylko nie zapomnij, że lepiej turlać własną kupkę gówna, niż cudzą
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 września 2016
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Kredens cz. 3
Odpowiedź na to pytanie wydaje się być kluczowa do pojęcia co różni moją ostatnią podróż pociągiem, od biegania w cudowny, śnieżny wieczór.
Tym bardziej, że część opisanych przeze mnie na początku wydarzeń miała miejsce już PO, a nawet grubo PO moim załamaniu z 2010. A jednak nosiły w sobie cechy tego co było przed.
Piszę o tym teraz, bo dopiero teraz czuję, że wyczerpałem wszelkie zapasy tego dawnego "czegoś". Stoję przed jednolitą ścianą w labiryncie i pozostaje mi albo dowiedzieć się gdzie skręciłem źle, albo poczekać aż w tym miejscu zostanie kupka moich kości.
Kto mnie zna ten wie. Prędzej przebiję się przez ten pieprzony mur przede mną, niźli stanę w miejscu i pogodzę się z tym myśląc, że tak mi było pisane. Wychowałem się na Legia - Widzew z 18.06.1997. Ja nie przegrywam meczy, które jeszcze trwają.
Są pewne cechy, którymi opisałbym te fajne wydarzenia z pierwszej części i pewne pasujące tylko do klimatu części drugiej. W tym po jednej kluczowej i na nich się skupię.
Co widzę w pierwszej? Swobodę. Nie! Nie Ewę Swobodę, ale lubię sobie zawiesić na niej wzrok jak już ją widzę... Swobodę myśli. Zaistnienie tych czynności nie wynikało z jakiegokolwiek planu. Wydarzenia, jakie są z nimi związane płynęły swoim nurtem. Raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze po swojemu. Decyzji, o którejkolwiek z tych rzeczy nie podejmowałem działając według planu, reguł i ustaleń. One się działy.
Nie działy się same. Nic się nie dzieje samo. Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie jest nam pisany los w gwiazdach. Piszemy go sami. O losie w gwiazdach mówią ci, co wiecznie coś partolą i muszą uzasadnić swoje nieszczęście złym układem planet. Akcja ma reakcję, a to czy te reakcje nam się podobają czy nie, to już nasz problem.
W związku z tym, że nurtu tamtych wydarzeń nie zaburzało z mojej strony nic, żadne kontrdziałanie czy mechanizm obronny, to były one po prostu dobre. Miałem ochotę siknąć w krzaki? Sikałem. Chciałem skopcić jointa w pokoju bursy? Kopciłem. Rozpierała mnie chęć pobawić się w łazience u babci z moją kobietą? Bawiłem się. A jakby mnie ktoś przyłapał, to trudno. Każdy ma coś na sumieniu.
Notabene, ci co mają najwięcej na sumieniu piszą najlepsze książki i robią najlepszą muzykę.
Jednak szeregi niepowodzeń, błędów, bolesnych konsekwencji, plus ta nikczemna świadomość nieuchronnego końca wykształciły we mnie masę blokad i jeden obrzydliwy pomysł. Wszystko co robię musi być dobrze przemyślane i zaplanowane.
Serio, ja non stop myślę o tym co zrobię jutro, pojutrze i popojutrze, jaki to będzie miało wpływ na mnie i moją przyszłość i zastanawiam się czy to co zrobiłem na pewno było ok i czy nie można było lepiej.
Skutek? Bezsenne noce, nadwrażliwość na wszystko, nadmierne pobudzenie i brak poczucia szczęścia. A kiedy już zerwę się ze smyczy, to tak przegnę, że później mam siebie jeszcze bardziej dosyć. Jak w tym pieprzonym pociągu. Bo jestem tak głodny tego co podświadomie pragnę, że zamiast się tym najadać regularnie, to raz na jakiś czas się przeżeram. Powiedziałbym, że jak świnia, ale nie chcę obrażać świni. Tylko człowiek jest zdolny to tak absurdalnych, autodestrukcyjnych zachowań.
Przez to też przestało mi zależeć na czymkolwiek. Nic dla mnie nie ma smaku. Wszystko jest mi obojętne. Każde danie, jakie sobie zaserwuję, zdaje się mieć smak kartonu.
I to jest ta różnica. Kiedyś nie chciałem niczego, ale mi na wszystkim zależało. Dziś chcę wszystkiego, ale na niczym mi nie zależy.
Ciąg dalszy nastąpi.
Będzie wrzesień. Ubiorę się wieczorem w ulubione jeansy i ulubiony t-shirt i pójdę na piwko do Kredensu. Usiądę przy stoliku z brzegu i będę chłonął atmosferę tego unikalnego miejsca. Będę cieszył się ciepłem kominka, wiedząc, że za chwilę zejdę na plażę i solidnie zmarznę, wdychając do nosa słony zapach morza. Wychodząc zerknę na stojący przy barze "tytułowy" kredens. Zobaczę leżącą na nim małą monetę. Schowam ją do kieszeni. A nuż jest magiczna?
Rano obudzę się, przyjemnie wyspany i spojrzę w oczy mojej kobiety i mojego syna. Uśmiechnę się do obojga i wezmę się za parzenie herbaty, koniecznie z dużą ilością cytryny. Parę dni później wbiegnę na metę augustowskiego półmaratonu, pewnie w średniej formie, ale wiedząc, że mam już bazę do poprawy na wiosnę życiówki w maratonie. Bo jednak konkretny, wysoki cel nakręca mnie najlepiej. Dzień po połówce wstanę pierwszy i zbiegnę na dół Piecuszka, szybko wyskoczę na werandę i puszczę sika w kierunku Biebrzy. Napiszę smsa, czy może byśmy nie spalili się na amen, na przykład w następną wolną sobotę, czyli dla mnie w listopadzie. Wykonam międzynarodowe połączenie, aby upewnić się, że na wiosnę rozłożymy jeszcze raz ten basen i zrobimy sequel Killera. I nie będę potrzebował ulewy, żeby się z Tobą bawić, gdzie tylko dusza zapragnie, a najlepiej tam gdzie lepiej się nie przyznawać, że to miało kiedykolwiek miejsce.
A do pociągu będę wsiadał już tylko po to, żeby cieszyć oko widokami, duszę klimatem kolei, a PKP płaceniem im fortuny za normalne bilety.
I najlepiej, jeśli żadna z tych rzeczy się nie spełni.
Ale to już moja decyzja.
wtorek, 9 sierpnia 2016
Kredens cz. 1
Słońce wzeszło już kilka godzin temu, oświetlając przyjemnie pokój. Okna były na północ, więc nie świeciło po oczach, ale białe ściany, firanki i pościel robiły swoje. Zerknąłem na zegarek. Była dziewiąta. Uśmiechnąłem się i z satysfakcją zacząłem wyciągać mięśnie, wciąż leżąc na łóżku. Nie pamiętam nocy, żebym się tam nie wyspał. Doskonałe miejsce do odpoczynku. W końcu jedenastolatkowie latem nie próżnują.
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.
Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!
***
Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.
Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.
Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...
***
W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.
***
Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...
***
"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).
Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.
***
Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.
Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.
Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.
***
Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!
***
Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.
Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...
Ciąg dalszy nastąpi...
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.
Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!
***
Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.
Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.
Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...
***
W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.
***
Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...
***
"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).
Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.
***
Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.
Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.
Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.
***
Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!
***
Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.
Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...
Ciąg dalszy nastąpi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

