Siedziałem na wzgórzu, zerkając na zachód. Było już ciemno. Chmury przykrywały wątły jeszcze księżyc tak, jakby były zwiniętą, jedwabną chustką rzuconą na lampkę. Wilgoć wolno odparowywała z asfaltowej alejki biegnącej za moimi plecami. Do nosa dostawał mi się zapach burzy, która minęła dwie godziny temu, zostawiając po sobie ciszę i nieco liści, brutalnie zerwanych z drzew jeszcze przed wrześniem. Starałem się... naprawdę starałem się zatrzymać gonitwę myśli, która znów nie pozwalała mi zasypiać w nocy i znajdować skupienie w dzień.
Dotarłem do momentu, z którego kompletnie nie potrafiłem się wydostać. Uświadomiłem sobie gdzieś między snem o zawalonym domu, wielotygodniowym błaganiem o to bym obudził się po zaśnięciu, a pierwszą metą czterdziestu dwóch, że jedynym lekarstwem jest nieustanne działanie na pełnej mocy. Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś zacznę gapić się w przestrzeń, rozważając czy możliwe jest, żeby mój mózg się roztopił, jak kawałek gównianego plastiku nad kuchenką gazową.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 sierpnia 2018
wtorek, 21 listopada 2017
Nihil
"Myślę pozytywnie, lekarz kazał myśleć pozytywnie,
myślę pozytywnie, nic mnie nie wkurwi dzisiaj"
Znacie ten kawałek Sokoła? Pewnie nie. Sam nie jestem wielkim fanem jego twórczości, co jest dość zabawne, bo lubię jego teksty, ale nie słucham go prawie wcale. Nie wiem czemu. Tym bardziej, że jako jeden z niewielu (jedyny?) w Polsce już dawno przyznał, że raper z niego mierny i to co tworzy określa bardziej jako melorecytację. Miło, że nie próbuje wprowadzać słuchaczy w błąd, kreując się na kogoś kim nie jest i nie będzie.
Jednak nie o Sokole i moich hip-hopowych teoriach będzie ten tekst. Wróć proszę na moment do cytatu z początku. Jak to jest? Myślisz pozytywnie? Jak wstajesz rano to uśmiechasz się na siłę, bo wtedy ponoć mózg produkuje endorfiny, nieświadomy tego, że uśmiech jest wymuszany? Mówisz sobie, że "będzie dobrze" i "wszystko zależy od nastawienia"?
wtorek, 3 października 2017
Śmierć nie potrzebuje dowodu
Stęskniłem się za nią. Wpatrując się w kolejny zachód słońca o barwie grejpfruta wpadłem w tę sztampową nostalgię podszytą refleksją o przemijaniu. Typowe umysłowe bla bla bla, podobne do pytań "skąd ja się tu wziąłem?" i "a co jeśli to tylko ja widzę i czuję, a reszta dookoła to jakieś dziwaczne projekcje?". Banalne, nudne, niemożliwe do rozwikłania. A jednocześnie dziwnie podniecające, jak tafla jeziora nocą. Podniecające jak Śmierć.
Odkąd poznałem ją osobiście, nie jako medyczny stan agonii, a jako osobę... bardzo się zmieniłem. Nie jestem w stanie określić (i pewnie nigdy nie będę) czy więcej mi dała czy zabrała. Nie umiem już tak mocno i szczerze cieszyć się życiem jak dawniej. Nie potrafię pozwolić sobie na brak rozsądku w zachowaniu i beztroskę. Mam tę drażniącą świadomość wartości każdej upływającej sekundy. A z drugiej strony nauczyłem się smakować. Delektować. Wartościować. Zachwycać tym co majestatyczne, ale też schylać się do tego co maluczkie. Być świadomym obecności detali, kontrastów, które przecież tworzą charakter. To co nijakie nie ma szczegółów i jest jednowymiarowe. Ona nauczyła mnie próbować, bo bez empiryzmu nie da się świadomie oceniać.
Odkąd poznałem ją osobiście, nie jako medyczny stan agonii, a jako osobę... bardzo się zmieniłem. Nie jestem w stanie określić (i pewnie nigdy nie będę) czy więcej mi dała czy zabrała. Nie umiem już tak mocno i szczerze cieszyć się życiem jak dawniej. Nie potrafię pozwolić sobie na brak rozsądku w zachowaniu i beztroskę. Mam tę drażniącą świadomość wartości każdej upływającej sekundy. A z drugiej strony nauczyłem się smakować. Delektować. Wartościować. Zachwycać tym co majestatyczne, ale też schylać się do tego co maluczkie. Być świadomym obecności detali, kontrastów, które przecież tworzą charakter. To co nijakie nie ma szczegółów i jest jednowymiarowe. Ona nauczyła mnie próbować, bo bez empiryzmu nie da się świadomie oceniać.
czwartek, 14 września 2017
Kołtun/Myśleć jak Ty
Niczego nie potrafię. Poza kilkoma umiejętnościami niezbędnymi do przeżycia jestem kompletnym zerem. Chociaż może trafniejsze byłoby określenie - kompletnie wyzerowany. Potrafię oddychać, przełykać pokarm, wydalać. Plus tę parę rzeczy, które kontroluje za mnie mój mózg samoistnie. Może to i lepiej.
Brzmi przygnębiająco, co? Pewnie myślicie, że dopadła mnie jesienna chandra. Że mam doła i walnę Wam zaraz tekst o tym jak to zleciał już prawie rok od czasu rzucenia przeze mnie pracy na etacie, a u mnie nadal nic. Że zawiodłem siebie i być może kilka osób, które mi kibicują. Kilka tego typu tekstów w 2017 popełniłem. Nawet mama zwróciła mi uwagę, że z moich wpisów "paruje" gorycz i niezadowolenie. Miała całkowitą rację.
Ja napiszę to jeszcze raz, Wy przeczytajcie na głos: niczego nie potrafię. I niech zabrzmi to w Waszych ustach optymistycznie.
wtorek, 9 maja 2017
Nóż
Weź do ręki nóż. Serio. Ja, kiedy do głowy wpadł mi pomysł na ten tekst, trzymałem w dłoni duży ostry nóż. Przyglądałem się jego nagiej, milczącej powierzchni. Kilka godzin wcześniej rozciąłem sobie o jego krawędź palec. Bezdźwięcznie wpił się w moją skórę i ją rozpłatał. Ot tak. Bez wysiłku.
Trzymałem w dłoni to narzędzie i pomyślałem sobie... jakby to było wbić to ostrze w czyjś brzuch. Pewnie tak naostrzone weszło by gładko, aż po rękojeść. A gdybym zrobił to komuś kogo kocham?
Czy w ogóle potrafiłbym zrobić coś takiego? Starczyłoby mi odwagi? Czy potrafiłbym po prostu rozciąć tkanki ukochanej osoby, tak samo jak to się stało z moim palcem?
Trzymałem w dłoni to narzędzie i pomyślałem sobie... jakby to było wbić to ostrze w czyjś brzuch. Pewnie tak naostrzone weszło by gładko, aż po rękojeść. A gdybym zrobił to komuś kogo kocham?
Czy w ogóle potrafiłbym zrobić coś takiego? Starczyłoby mi odwagi? Czy potrafiłbym po prostu rozciąć tkanki ukochanej osoby, tak samo jak to się stało z moim palcem?
środa, 21 grudnia 2016
Nie przyszło
Siedziałem w pustej przydworcowej spelunie. Papieros dopalał się w popielniczce, a ja patrzyłem na kształty jakie tworzył dym. Nie wiem czy dużo jest takich lokali w tym kraju, a jak są to pewnie otwierają je od 6 do 14. I pewnie nie serwują tam piwa.
Wychodzi na to, że miałem szczęście.
Wziąłem łyk Tyskiego, czy jakiegoś innego koncernowego chłamu, nie pamiętam dokładnie. Nie zamierzałem narzekać. Po prostu miałem ochotę napić się czegoś zimnego i gazowanego, więc padło na piwo. Zerknąłem przez zadziwiająco czystą witrynę. Chłodne światło latarni padało na szary chodnik. Wszystko to było tak sterylne, że wydawało mi się, że czuję w powietrzu zapach spirytusu użytego do dezynfekcji.
Co jakiś czas po torach śmigały pociągi. Rzadko który się tu zatrzymywał. I do żadnego nie zamierzałem wsiadać. Przyszedłem tutaj na spotkanie, więc czekałem na tę drugą osobę. Nie wiedziałem kiedy konkretnie ma się zjawić. Po prostu trwoniłem kolejne minuty sącząc piwo i gapiąc się na te cholerne esy-floresy z papierosa.
Rozmyślałem.
Wychodzi na to, że miałem szczęście.
Wziąłem łyk Tyskiego, czy jakiegoś innego koncernowego chłamu, nie pamiętam dokładnie. Nie zamierzałem narzekać. Po prostu miałem ochotę napić się czegoś zimnego i gazowanego, więc padło na piwo. Zerknąłem przez zadziwiająco czystą witrynę. Chłodne światło latarni padało na szary chodnik. Wszystko to było tak sterylne, że wydawało mi się, że czuję w powietrzu zapach spirytusu użytego do dezynfekcji.
Co jakiś czas po torach śmigały pociągi. Rzadko który się tu zatrzymywał. I do żadnego nie zamierzałem wsiadać. Przyszedłem tutaj na spotkanie, więc czekałem na tę drugą osobę. Nie wiedziałem kiedy konkretnie ma się zjawić. Po prostu trwoniłem kolejne minuty sącząc piwo i gapiąc się na te cholerne esy-floresy z papierosa.
Rozmyślałem.
piątek, 21 października 2016
Coś o bieganiu
Wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania. Takiego, wiecie, bez wymówek, odpuszczania co drugiego treningu i wmawiania sobie, że forma jeszcze zdąży przyjść, choć zostały dwa tygodnie do startu. Zamierzam ciężko przepracować zimę i sprawdzić się w kwietniu w łódzkim maratonie. Tak docelowo marzy mi się w dwa lata zejść z mojego 3:28 na 3:15, a na 30 urodziny (Boże kochany, mam realne plany na to co zrobię po trzydziestce...) "pyknąć" 3 godziny. Oprócz tego, w międzyczasie koniecznie chcę zaliczyć jeden maraton z Kubusiem i po głowie chodzi mi choć jeden, mały, nawet osiedlowy triathlon.
Zna ktoś jakieś osiedlowe triathlony, dla takich jak ja, co chcieliby wszystko, ale ich doba nadal ma 24 godziny?
W związku z tym, że wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania, to na treningach daję odpłynąć myślom. Jedną z pierwszych było: dawno nie pisałem nic o bieganiu. Muszę napisać coś o bieganiu.
Zna ktoś jakieś osiedlowe triathlony, dla takich jak ja, co chcieliby wszystko, ale ich doba nadal ma 24 godziny?
W związku z tym, że wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania, to na treningach daję odpłynąć myślom. Jedną z pierwszych było: dawno nie pisałem nic o bieganiu. Muszę napisać coś o bieganiu.
środa, 12 października 2016
Blizny
Siedziałem na twardym, drewnianym krześle w, jak mi się zadawało, ogromnym, okrągłym pomieszczeniu. Trudno było mi to określić, ponieważ panował tu nieprzenikniony mrok. Nie miałem wątpliwości co do dwóch rzeczy. Tuż przy mnie, ustawione w kręgu, stały postacie, niemal nieruchome i patrzące prosto na mnie. Dużo dalej, chyba na podwyższeniu, widziałem morze głów. Przypuszczałem, że jestem w jakimś dziwnym amfiteatrze... a może na sali sądowej?
- Gdzie jestem? - zapytałem głośno, a mój głos poniósł się echem po pomieszczeniu. Wywołało to falę szeptów z publiczności. Postacie przede mną poruszyły się i gwałtownie zbliżyły. Po kolei zaczęły zbliżać się do mojej twarzy i zaglądać mi w oczy. Rozpoznawałem ich rysy bez trudności. Już po kilku pierwszych zacząłem się szyderczo uśmiechać. Wiedziałem już co to za zaplute gremium.
Para oczu za parą oczu, ich twarze przesuwały się przede mną. To co zapamiętałem, to ich zapachy. Niektórzy pachnieli alkoholem i papierosami, u innych czułem słodką, niewinną woń perfum, kilkoro z nich wydzielało zapach starości. U wszystkich rozpoznałem łączącą ich nutę - kwaśne, gryzące w nozdrza zepsucie.
- Gdzie jestem? - zapytałem głośno, a mój głos poniósł się echem po pomieszczeniu. Wywołało to falę szeptów z publiczności. Postacie przede mną poruszyły się i gwałtownie zbliżyły. Po kolei zaczęły zbliżać się do mojej twarzy i zaglądać mi w oczy. Rozpoznawałem ich rysy bez trudności. Już po kilku pierwszych zacząłem się szyderczo uśmiechać. Wiedziałem już co to za zaplute gremium.
Para oczu za parą oczu, ich twarze przesuwały się przede mną. To co zapamiętałem, to ich zapachy. Niektórzy pachnieli alkoholem i papierosami, u innych czułem słodką, niewinną woń perfum, kilkoro z nich wydzielało zapach starości. U wszystkich rozpoznałem łączącą ich nutę - kwaśne, gryzące w nozdrza zepsucie.
sobota, 8 października 2016
Codzienne Rytuały
Część z Was wie z Facebooka, że czytałem ostatnio, sprezentowaną mi przez Dominikę, książkę Masona Curreya "Codzienne Rytuały. Jak pracują wielkie umysły.". Postanowiłem pisać na blogu o tym co akurat udało mi się przeczytać, toteż zapraszam na kilka słów ode mnie na temat tej pozycji.
Chociaż w zasadzie więcej będzie tu moich refleksji na temat tego do czego mnie zainspirowała ta książka, aniżeli o samej książce :).
Już samo poprzednie zdanie wskazuje, iż "Codzienne Rytuały", hm, nie urywają. Na Facebooku napisałem pod zdjęciem z okładką, że "Czego to ludzie nie wymyślą". No bo jakże inaczej ustosunkować się do pomysłu opisania zwykłego dnia 161 znanych osób - pisarzy, architektów, malarzy, naukowców etc.? Od razu zacząłem się zastanawiać czemu to ma służyć?
Chociaż w zasadzie więcej będzie tu moich refleksji na temat tego do czego mnie zainspirowała ta książka, aniżeli o samej książce :).
Już samo poprzednie zdanie wskazuje, iż "Codzienne Rytuały", hm, nie urywają. Na Facebooku napisałem pod zdjęciem z okładką, że "Czego to ludzie nie wymyślą". No bo jakże inaczej ustosunkować się do pomysłu opisania zwykłego dnia 161 znanych osób - pisarzy, architektów, malarzy, naukowców etc.? Od razu zacząłem się zastanawiać czemu to ma służyć?
wtorek, 4 października 2016
Opowiem Ci o...
Nie wiem do końca skąd się wziąłem na tym dworcu. Nie przypominam sobie, żebym ubierał buty i wychodził gdzieś na spacer. Tym bardziej byłem pewny tego, że jestem absolutnie trzeźwy. Moja percepcja była całkowicie niezakłócona. Łódź Chojny wyglądał jak za każdym razem kiedy go mijałem podczas wędrówki albo na treningu.
Długi pas asfaltu z latarniami po obu stronach, ograniczone torami. I kameralny budynek jako zwieńczenie kompozycji. Jakkolwiek słowo "dworzec" kojarzy mi się z ruchem i zamętem, tak ten był oazą spokoju, jedynie sporadycznie zakłócaną warkotem koparki z towarowego terminala tuż obok.
Wyszłaś zza budynku tak, jakbyś spodziewała się mnie tam. W dłoni trzymałaś reklamówkę z dwoma zielonymi Lechami i dwoma Dębowymi. Jedno i drugie w puszce. "Po co jej aż cztery piwa?" pomyślałem i uśmiechnąłem się nerwowo.
- Czeeeść. - powiedziałaś. Jestem pewien, że specjalnie przeciągnęłaś to "e", ale i tak nie przyznałabyś się nigdy do winy.
- Cześć. - odparłem sucho. Parsknęłaś, udając rozbawienie.
- Też się cieszę, że Cię widzę. Usiądziesz ze mną na chwilę? - zapytałaś. Było to dla mnie bardzo problematyczne pytanie. Nie miałem najmniejszej ochoty widzieć cię w ogóle, a tym bardziej teraz i tu.
- Tak, pewnie. - odpowiedziałem wbrew sobie. Zawsze ceniłem moją asertywność.
Poprowadziłaś mnie chwilę za sobą i usiedliśmy na schodkach, przy peronie. Bez pytania otworzyłaś dwa Lechy i podałaś jednego mnie. Nawet nie udawałem, że próbuję pić.
- Co u ciebie? - spytałaś, uśmiechając się beztrosko.
- Nic nowego. - odpowiedziałem.
- Nie jesteś dziś zbyt rozmowny, co?
- Nie.
Zapadła cisza. Wydawało mi się, że nieco nerwowa, ale niestety. Tylko ja byłem zdenerwowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. - Twoje zdanie wybuchło w ciszy jak granat.
- Że co proszę? - zapytałem zdezorientowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. Jestem dziś jedną z nich. Może, kiedy odpowiesz mi na to pytanie, dowiem się dlaczego. I co łączy mnie z pozostałymi. - powiedziałaś. - Dobrze wiedzieć w jakim towarzystwie się przebywa.
- Skoro tak... - wymamrotałem. - Opowiem ci o Esther.
- Co?
- Hłasko.
- Uwielbiałeś go.
- Nadal uwielbiam. Tylko dziś żyje we mnie. - zaśmiałem się gorzko.
- Mam Ci opowiedzieć jakie one były, czy jak było między nami? - spytałem.
- Chcę wiedzieć jakie były.
- A pozwolisz, że nie będę wspominał ich imion? Dostatecznie mnie boli obracanie ich w milczeniu.
- Rób jak uważasz,
Nie cierpiałem tego zdania. Nigdy nie uważałem, że powinienem to robić. Jeśli, Czytelniku, rozumiesz co mam na myśli.
- Czekaj. W takim razie muszę ułożyć je sobie w głowie. I dać im jakieś tymczasowe imiona. - powiedziałem i zamilkłem. Mimochodem zacząłem sączyć piwo. Po kilku minutach byłem gotowy, żeby mówić. Nawet miałem na to ochotę.
- Słońce, Wichura, Gwiazda i Ziemia. Tak bym je określił. - rzekłem. Miałaś obojętną minę. Chciałaś tylko słuchać i ważyć każde moje słowo. Zgodziłem się na to.
- Słońce była pierwsza. Była blisko mnie od zawsze. Nie mam pojęcia kiedy się poznaliśmy. Tacy ludzie są najgorsi. Nie wiesz w jaki sposób ich oceniać, bo zanim dotrze do ciebie, że coś dla siebie znaczycie, to macie tyle wspomnień, że błądzisz między tym co jest bolesnym faktem, a przyjemnym wyobrażeniem. Chociaż ją uwielbiałem bez względu na wszystko. Znajdowałem w niej siebie, chyba jak w nikim innym. - zacząłem gadać jak nakręcony.
- Była kompletnie inna od reszty. Nie pasowała do tego obrazka, w który została wklejona. Rozumiała znacznie więcej niż powinna i to powodowało spychanie jej na margines. A im bardziej zostawała tam zrzucana, tym lepiej się tam odnajdowała. Na tej płaszczyźnie się szukaliśmy. I tam się znajdowaliśmy. Renegaci. Jak Winston i Julia.
- Brzmi pasjonująco... - powiedziałaś i gestem zachęciłaś, abym mówił dalej.
- Druga była Wichura. Wszędzie jej było pełno. O wszystkim wiedziała najlepiej, wszystkich znała najlepiej. Może dlatego, że zawsze nosiła ze sobą stolicę?
W każdym razie była najambitniejsza z nich wszystkich. Znów znalazłem w niej siebie. Wolnego ducha, który wierzy, że może być we wszystkim dobry. Fascynująca historia, bo przecież wystarczyło chociaż raz pójść na spacer. Z nich wszystkich to jej byłem najbardziej pewny. I jej się pozbyłem w najbardziej pewny sposób. Kazałem jej spierdalać...
Westchnąłem ciężko i dopiłem resztę Lecha. Nawet chwili nie zastanawiałaś się i podałaś mi drugie piwo. Byłaś cholernie ciekawa co będzie dalej.
- Gwiazda była iluzją. Ani przez chwilę nie była moja, jak jej koleżanki, które ozdabiają nocne niebo. Zawsze była moja, gdybym tylko zażyczył sobie wsiąść w rakietę kosmiczną i dolecieć do jej galaktyki. Nawet zapraszała mnie do siebie, na eksplorację jej układu.
Strasznie pracowita jednostka. Ponadprzeciętna. Chciała tak wiele, ciesząc się jednocześnie z takich drobiazgów. Nie było między nami nic, poza wszystkim. Oddałbym wiele, żeby znaleźć się po tej dobrej stronie barykady.
- To ostatnie było trudne. - skomentowałaś. - Wątpię, że ktoś kto cię nie zna to zrozumie. Ja nie rozumiem. - dodałaś.
- Masz rację. Myślę, że nawet ja tego nie rozumiem. Chciałaś opowieści, to słuchaj jej do końca. Zrozumienie albo przyjdzie, albo nie.
Pokiwałaś głową.
- Ostatnia była Ziemia.
- Czemu Ziemia? - wyrwałaś się z pytaniem. Zmierzyłem cię karcącym spojrzeniem.
- Bo pochowała mnie. Jest ostatnim wspomnieniem przeszłości. Cała reszta poza nią to teraźniejszość. Nawet jeśli bardzo odległa.
- Zabolała cię najbardziej prawda?
- Bo najwięcej zapłaciłem, żeby ułuda jaką dla mnie była, stała się rzeczywistością. Była ostatnim momentem mojego życia, kiedy oddałem siebie w całości. Od tej pory oddaję tylko cząstki. Czasem bliskie całości, ale nigdy nie będące całością.
- A jaka była ona? Nigdy o niej nie opowiadałeś.
- Była wizjonerką. Widziała świat o dwa kroki do przodu. Przez to nie potrafiła sobie poradzić z codziennością, jak ja. Myślę, że to ją tak bardzo przygnębiało. A im bardziej była przygnębiona, tym bardziej ciągnęło mnie do niej. - zamilknąłem na chwilę. - Smutna. Tak. Była bardzo smutna. Nie spotkałem innej kobiety, która tak smutnymi oczami zerkałaby na czerwoną różę, którą dostała chwilę wcześniej.
Zamilkłem, gapiąc się przed siebie.
- A jak widzisz mnie? - przerwałaś ciszę.
- Ciebie? - zapytałem. - Ciebie widzę, jak wszystkie wymienione, tylko w jednym miejscu. Zawsze byłaś cholernie ambitna i pracowita. Chciałaś wiele, często więcej niż sama byłaś w stanie sobie wyobrazić. Odlatywałaś, ale zawsze wracałaś, wiedząc gdzie twoje miejsce na Ziemi. Ciebie kochałem jako jedyną tak naprawdę.
Uśmiechnęłaś się.
- A teraz nie kochasz nikogo? - spytałaś.
- Nie. - odparłem. - Teraz nie potrafię kochać nikogo. Nawet nie chce mi się próbować. Po prostu zaspokajam popędy. Nie ma w tym nic więcej. Surowizna.
- Rozumiem. - rzekłaś. - Gdybyśmy się nie rozeszli wtedy, w styczniu, to co by teraz było? - zapytałaś. Zaśmiałem się w głos, kończąc drugie piwo.
- Byłaby teraźniejszość. Kto wie, może mielibyśmy nawet dziecko. Pewnie syna, bo zawsze pragnęłaś syna. Może nawet miałby blond włosy jak twój wymarzony Kubuś. Bo to że miałby niebieskie oczy, to jest praktycznie pewne.
- Kochałbyś taką teraźniejszość? - zapytałaś, kiedy nagle poczułem uderzenie.
Leżałem pod kołdrą. Obok leżał Kuba i Ty. Spokojnie spaliście. Napawałem się tym widokiem. Twoje ostatnie pytanie przemknęło mi w głowie.
Zamknąłem oczy. Usłyszałem oddech Kuby, chwilę później Twój, aż wreszcie sam wypuściłem powietrze. Była piąta nad ranem.
Kochałem taką teraźniejszość.
Długi pas asfaltu z latarniami po obu stronach, ograniczone torami. I kameralny budynek jako zwieńczenie kompozycji. Jakkolwiek słowo "dworzec" kojarzy mi się z ruchem i zamętem, tak ten był oazą spokoju, jedynie sporadycznie zakłócaną warkotem koparki z towarowego terminala tuż obok.
Wyszłaś zza budynku tak, jakbyś spodziewała się mnie tam. W dłoni trzymałaś reklamówkę z dwoma zielonymi Lechami i dwoma Dębowymi. Jedno i drugie w puszce. "Po co jej aż cztery piwa?" pomyślałem i uśmiechnąłem się nerwowo.
- Czeeeść. - powiedziałaś. Jestem pewien, że specjalnie przeciągnęłaś to "e", ale i tak nie przyznałabyś się nigdy do winy.
- Cześć. - odparłem sucho. Parsknęłaś, udając rozbawienie.
- Też się cieszę, że Cię widzę. Usiądziesz ze mną na chwilę? - zapytałaś. Było to dla mnie bardzo problematyczne pytanie. Nie miałem najmniejszej ochoty widzieć cię w ogóle, a tym bardziej teraz i tu.
- Tak, pewnie. - odpowiedziałem wbrew sobie. Zawsze ceniłem moją asertywność.
Poprowadziłaś mnie chwilę za sobą i usiedliśmy na schodkach, przy peronie. Bez pytania otworzyłaś dwa Lechy i podałaś jednego mnie. Nawet nie udawałem, że próbuję pić.
- Co u ciebie? - spytałaś, uśmiechając się beztrosko.
- Nic nowego. - odpowiedziałem.
- Nie jesteś dziś zbyt rozmowny, co?
- Nie.
Zapadła cisza. Wydawało mi się, że nieco nerwowa, ale niestety. Tylko ja byłem zdenerwowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. - Twoje zdanie wybuchło w ciszy jak granat.
- Że co proszę? - zapytałem zdezorientowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. Jestem dziś jedną z nich. Może, kiedy odpowiesz mi na to pytanie, dowiem się dlaczego. I co łączy mnie z pozostałymi. - powiedziałaś. - Dobrze wiedzieć w jakim towarzystwie się przebywa.
- Skoro tak... - wymamrotałem. - Opowiem ci o Esther.
- Co?
- Hłasko.
- Uwielbiałeś go.
- Nadal uwielbiam. Tylko dziś żyje we mnie. - zaśmiałem się gorzko.
- Mam Ci opowiedzieć jakie one były, czy jak było między nami? - spytałem.
- Chcę wiedzieć jakie były.
- A pozwolisz, że nie będę wspominał ich imion? Dostatecznie mnie boli obracanie ich w milczeniu.
- Rób jak uważasz,
Nie cierpiałem tego zdania. Nigdy nie uważałem, że powinienem to robić. Jeśli, Czytelniku, rozumiesz co mam na myśli.
- Czekaj. W takim razie muszę ułożyć je sobie w głowie. I dać im jakieś tymczasowe imiona. - powiedziałem i zamilkłem. Mimochodem zacząłem sączyć piwo. Po kilku minutach byłem gotowy, żeby mówić. Nawet miałem na to ochotę.
- Słońce, Wichura, Gwiazda i Ziemia. Tak bym je określił. - rzekłem. Miałaś obojętną minę. Chciałaś tylko słuchać i ważyć każde moje słowo. Zgodziłem się na to.
- Słońce była pierwsza. Była blisko mnie od zawsze. Nie mam pojęcia kiedy się poznaliśmy. Tacy ludzie są najgorsi. Nie wiesz w jaki sposób ich oceniać, bo zanim dotrze do ciebie, że coś dla siebie znaczycie, to macie tyle wspomnień, że błądzisz między tym co jest bolesnym faktem, a przyjemnym wyobrażeniem. Chociaż ją uwielbiałem bez względu na wszystko. Znajdowałem w niej siebie, chyba jak w nikim innym. - zacząłem gadać jak nakręcony.
- Była kompletnie inna od reszty. Nie pasowała do tego obrazka, w który została wklejona. Rozumiała znacznie więcej niż powinna i to powodowało spychanie jej na margines. A im bardziej zostawała tam zrzucana, tym lepiej się tam odnajdowała. Na tej płaszczyźnie się szukaliśmy. I tam się znajdowaliśmy. Renegaci. Jak Winston i Julia.
- Brzmi pasjonująco... - powiedziałaś i gestem zachęciłaś, abym mówił dalej.
- Druga była Wichura. Wszędzie jej było pełno. O wszystkim wiedziała najlepiej, wszystkich znała najlepiej. Może dlatego, że zawsze nosiła ze sobą stolicę?
W każdym razie była najambitniejsza z nich wszystkich. Znów znalazłem w niej siebie. Wolnego ducha, który wierzy, że może być we wszystkim dobry. Fascynująca historia, bo przecież wystarczyło chociaż raz pójść na spacer. Z nich wszystkich to jej byłem najbardziej pewny. I jej się pozbyłem w najbardziej pewny sposób. Kazałem jej spierdalać...
Westchnąłem ciężko i dopiłem resztę Lecha. Nawet chwili nie zastanawiałaś się i podałaś mi drugie piwo. Byłaś cholernie ciekawa co będzie dalej.
- Gwiazda była iluzją. Ani przez chwilę nie była moja, jak jej koleżanki, które ozdabiają nocne niebo. Zawsze była moja, gdybym tylko zażyczył sobie wsiąść w rakietę kosmiczną i dolecieć do jej galaktyki. Nawet zapraszała mnie do siebie, na eksplorację jej układu.
Strasznie pracowita jednostka. Ponadprzeciętna. Chciała tak wiele, ciesząc się jednocześnie z takich drobiazgów. Nie było między nami nic, poza wszystkim. Oddałbym wiele, żeby znaleźć się po tej dobrej stronie barykady.
- To ostatnie było trudne. - skomentowałaś. - Wątpię, że ktoś kto cię nie zna to zrozumie. Ja nie rozumiem. - dodałaś.
- Masz rację. Myślę, że nawet ja tego nie rozumiem. Chciałaś opowieści, to słuchaj jej do końca. Zrozumienie albo przyjdzie, albo nie.
Pokiwałaś głową.
- Ostatnia była Ziemia.
- Czemu Ziemia? - wyrwałaś się z pytaniem. Zmierzyłem cię karcącym spojrzeniem.
- Bo pochowała mnie. Jest ostatnim wspomnieniem przeszłości. Cała reszta poza nią to teraźniejszość. Nawet jeśli bardzo odległa.
- Zabolała cię najbardziej prawda?
- Bo najwięcej zapłaciłem, żeby ułuda jaką dla mnie była, stała się rzeczywistością. Była ostatnim momentem mojego życia, kiedy oddałem siebie w całości. Od tej pory oddaję tylko cząstki. Czasem bliskie całości, ale nigdy nie będące całością.
- A jaka była ona? Nigdy o niej nie opowiadałeś.
- Była wizjonerką. Widziała świat o dwa kroki do przodu. Przez to nie potrafiła sobie poradzić z codziennością, jak ja. Myślę, że to ją tak bardzo przygnębiało. A im bardziej była przygnębiona, tym bardziej ciągnęło mnie do niej. - zamilknąłem na chwilę. - Smutna. Tak. Była bardzo smutna. Nie spotkałem innej kobiety, która tak smutnymi oczami zerkałaby na czerwoną różę, którą dostała chwilę wcześniej.
Zamilkłem, gapiąc się przed siebie.
- A jak widzisz mnie? - przerwałaś ciszę.
- Ciebie? - zapytałem. - Ciebie widzę, jak wszystkie wymienione, tylko w jednym miejscu. Zawsze byłaś cholernie ambitna i pracowita. Chciałaś wiele, często więcej niż sama byłaś w stanie sobie wyobrazić. Odlatywałaś, ale zawsze wracałaś, wiedząc gdzie twoje miejsce na Ziemi. Ciebie kochałem jako jedyną tak naprawdę.
Uśmiechnęłaś się.
- A teraz nie kochasz nikogo? - spytałaś.
- Nie. - odparłem. - Teraz nie potrafię kochać nikogo. Nawet nie chce mi się próbować. Po prostu zaspokajam popędy. Nie ma w tym nic więcej. Surowizna.
- Rozumiem. - rzekłaś. - Gdybyśmy się nie rozeszli wtedy, w styczniu, to co by teraz było? - zapytałaś. Zaśmiałem się w głos, kończąc drugie piwo.
- Byłaby teraźniejszość. Kto wie, może mielibyśmy nawet dziecko. Pewnie syna, bo zawsze pragnęłaś syna. Może nawet miałby blond włosy jak twój wymarzony Kubuś. Bo to że miałby niebieskie oczy, to jest praktycznie pewne.
- Kochałbyś taką teraźniejszość? - zapytałaś, kiedy nagle poczułem uderzenie.
Leżałem pod kołdrą. Obok leżał Kuba i Ty. Spokojnie spaliście. Napawałem się tym widokiem. Twoje ostatnie pytanie przemknęło mi w głowie.
Zamknąłem oczy. Usłyszałem oddech Kuby, chwilę później Twój, aż wreszcie sam wypuściłem powietrze. Była piąta nad ranem.
Kochałem taką teraźniejszość.
wtorek, 27 września 2016
Rzemiosło
- Uspokój się, to że jesteś w obcym mieście, nie oznacza wcale, że sobie nie poradzisz! - wołało do mnie sumienie, kiedy obudziłem się w jakiejś średniej wielkości, europejskiej metropolii. Powiedzmy, że gdzieś w Skandynawii. Wybierzcie sobie Wasze ulubione skandynawskie miasto i mnie tam połóżcie. Gdziekolwiek sobie życzycie - na ławce w parku, na chodniku, w szalecie, na barze knajpy dla tureckich emigrantów albo, jak człowieka, w łóżku blondwłosej Szwedki z dużą potrzebą rozmowy o nowym numerze National Geographic.
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Teraz właśnie woła sumienie. Biorę kilka głębokich wdechów. Sprawdzam kieszenie. Portfel jest, telefon też. Sprawdzam zasięg - łapie. Co ma nie łapać. T-mobile łapie wszędzie, bo jest wszędzie. Myślę do kogo by tu zadzwonić. Przerzucam listę kontaktów, ale po chwili się rozmyślam.
Tuk-tuk-tuk i już włączyłem sobie lokalizację. Kilka sekund i już wiem, że jestem w ... (tak, tak! To jest tekst interaktywny, angażujący czytelnika! Sami se wpiszcie!). Okej. Ciekawe czy mam jakiś hajs ze sobą?
Mam kartę Visa!
To powinno wystarczyć. Dzięki aplikacji Google'a na moim Androidzie błyskawicznie znajduję najbliższy bankomat Euronetu. Wypłacam pieniądze z konta w BGŻ BNP Paribas i upycham gotówkę niedbale do portfela. Potrzebuję przede wszystkim odświeżyć umysł, żeby zaplanować co dalej. Dwa skrzyżowania dalej powinno być Costa Coffe.
Przy kubku kawy obmyślam plan na później. Złapię jakiś samolot SAS, Lufthansy czy innego KLM, byle dostać się do Warszawy, w najgorszym wypadku Berlina. Tylko muszę się przebrać bo te ciuchy, które mam na sobie nie są zbyt wygodne. Po godzince jestem już świeżutko wystrojony w t-shirt, bluzę i dresy z H&M.
Na lotnisko trzeba podjechać kilkadziesiąt kilometrów. Chyba wypożyczę na tę okazję auto. Bardzo przypasowało mi Volvo. Wezmę Volvo. Dam zarobić Szwedom. A Volvo to szwedzka firma, tak jak polski jest Wedel czy Biedronka. Prawda?
W głośnikach auta lecą Ellie Goulding i Coldplay. I fajnie. Lubię ich. Cieszę się, że nawet tu rozbrzmiewają znajome nuty. Parkuję na lotnisku. Bilet kupiłem już wtedy, kiedy piłem kawę, więc muszę tylko jakoś przetrwać 3 godzinki do startu samolotu. Głodnieję. Widzę na piętrze lotniska znajome kolory. Powiększony zestaw z McDonald's z obowiązkową Coca Colą napełnia mój brzuch akurat aż do powrotu do Polski...
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Ach. Dobrze. Jestem w domu. Dominika wolno oddycha nadal śpiąc. Kuba już rozpoczął poranne śpiewy do sufitu. Obracam się na plecy i uśmiecham. Co za dziwaczny sen. Wylądowałem w jakimś obcym zakątku świata, a mimo to czułem się jakbym wyszedł na miasto w Łodzi. Nawet nie do końca pamiętam co to mogło być za miasto. Chyba gdzieś na Węgrzech. Albo w Austrii.
Jakie to uspokajające i cudowne, że świat nam się homogenizuje. Jak serek. Z Danone rzecz jasna, bo przecież nie z Jogo. Będąc nigdzie jesteśmy wszędzie. Będąc wszędzie jesteśmy nigdzie.
Mnie nie smakuje jałowe. Lubię sobie sowicie przyprawić. Ostatnio mam fazę na czarny pieprz, bo w Kredensie mają taką pizzę, z czarnym pieprzem. Poza tym Dominika kupiła młynki do pieprzu i soli morskiej i mogę się wyszaleć.
Tak, tak, jestem hipokrytą. Jem pizzę, globalny symbol wyżerki dla absolutnie każdego. Z pieprzem, tak obrzydliwie powszechną przyprawą, że aż wstyd z nim wyjeżdżać w takim wpisie.
Czemu więc o nich wspominam? Bo to konkretne zestawienie, w tej konkretnie knajpie ma charakter. Różni się od innych cudnymi detalami, które każą mi zamawiać to danie bez patrzenia w kartę, zawsze pierwszego dnia pobytu w Jastrzębiej i zawsze po sezonie (w tym roku sezon ordynarnie zrobił nas w ... i się przedłużył).
Mówi się, że konsumpcja to zło. Konsumpcja nie jest zła. Złe jest to co się konsumuje. Masowo przemieloną papkę, dla masowo przemielonych ludzi, pracujących w masowo przemielonych "Sp. z o.o". Bez smaku, charakteru i wyrazu. Ble.
Jak ja kocham to co inne. To co małe. To co wypracowane poharatanymi dłońmi, ze ślicznym sznytem niedoskonałości, nazywanym powszechnie "tym czymś". Jakże wolę gapić się na zdjęcie zrobione całkowicie spontanicznie podczas spaceru, niż wymuskane pejzaże wmuszane we mnie przez Windows 10.
Uwielbiam jak ludzie mają pełne ręce roboty. Swojej roboty. Jak realizują się w tym co sobie ukochali albo chociaż w tym co robią na mistrzowskim poziomie. I doskonalą się z dnia na dzień w tym pasjonującym pędzie ku niedoścignionemu ideałowi. Ideałowi który nie istnieje, ale i tak pociąga, jak fantasy.
Rozleźmy się po tym ogromnym świecie. Każdy niech znajdzie swoje miejsce i w nim osiądzie, bez nikogo wokół. W małych, pachnących smarem warsztatach. W studio pełnych przybrudzonych farbą pędzli. Za biurkami wiecznie zasypanymi żółknącymi z czasem pędzlami. Na ulicach, kryjących zagadki, tajemnice i ciekawostki wielkości znaczka pocztowego. Tam terminujmy. W znoju, czując zapach krwi i skwaśniałego potu doskonalmy się, aż będziemy mogli nazwać się mistrzami.
Wtedy spotkajmy się. Nie w halach produkcyjnych (jakkolwiek cudownych architektonicznie, panie Poznański), ani przypudrowanych kołchozach. Spotkajmy się na kawę w kawiarenkach z zapomnianych uliczek. Na obiad w restauracjach gdzie ten sam makaron smakuje codziennie nieco inaczej. Słuchając koncertów kapel, które mają równie dużo do powiedzenia na scenie jak do opowiedzenia przy barze. A w wolną niedzielę skoczmy na spływ kajakowy rzeką, którą wykorzystamy dziś tylko my, kaczki i łabędzie.
Jakże bardziej wolałbym chodzić z moją opowieścią od karczmy do oberży, zabawiając gawiedź za chleb, wino i łóżko na dzisiejszą noc, aniżeli promować ją na Facebooku i zliczać like'i... Ale cóż. Signum temporis. Nie odwrócę się do rzeczywistości plecami, bo już tego kiedyś próbowałem. Nawet ją odwróciłem, ale wszyscy wiemy, że z tyłu jest zawsze dupa. I wszyscy wiemy jakie ryzyko niesie ze sobą dupa.
Rzuciłem robotę. Zamierzam pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Inspirację znajdować na ulicach, w lasach czy górach, podczas spacerów, przejażdżek, a pewnie i podróży. Uczyć się języków po to żeby w nich gadać, a nie żeby się tylko w nich doskonalić. Tworzyć swoje rzemiosło, zamiast dokładać cegiełkę do cudzego.
A jeżeli uważasz, że życie to gówno to mam do Ciebie dwie sprawy. Po pierwsze odwróć rzeczywistość w dobrą stronę. A po drugie, to nawet masz rację. Tylko nie zapomnij, że lepiej turlać własną kupkę gówna, niż cudzą
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Teraz właśnie woła sumienie. Biorę kilka głębokich wdechów. Sprawdzam kieszenie. Portfel jest, telefon też. Sprawdzam zasięg - łapie. Co ma nie łapać. T-mobile łapie wszędzie, bo jest wszędzie. Myślę do kogo by tu zadzwonić. Przerzucam listę kontaktów, ale po chwili się rozmyślam.
Tuk-tuk-tuk i już włączyłem sobie lokalizację. Kilka sekund i już wiem, że jestem w ... (tak, tak! To jest tekst interaktywny, angażujący czytelnika! Sami se wpiszcie!). Okej. Ciekawe czy mam jakiś hajs ze sobą?
Mam kartę Visa!
To powinno wystarczyć. Dzięki aplikacji Google'a na moim Androidzie błyskawicznie znajduję najbliższy bankomat Euronetu. Wypłacam pieniądze z konta w BGŻ BNP Paribas i upycham gotówkę niedbale do portfela. Potrzebuję przede wszystkim odświeżyć umysł, żeby zaplanować co dalej. Dwa skrzyżowania dalej powinno być Costa Coffe.
Przy kubku kawy obmyślam plan na później. Złapię jakiś samolot SAS, Lufthansy czy innego KLM, byle dostać się do Warszawy, w najgorszym wypadku Berlina. Tylko muszę się przebrać bo te ciuchy, które mam na sobie nie są zbyt wygodne. Po godzince jestem już świeżutko wystrojony w t-shirt, bluzę i dresy z H&M.
Na lotnisko trzeba podjechać kilkadziesiąt kilometrów. Chyba wypożyczę na tę okazję auto. Bardzo przypasowało mi Volvo. Wezmę Volvo. Dam zarobić Szwedom. A Volvo to szwedzka firma, tak jak polski jest Wedel czy Biedronka. Prawda?
W głośnikach auta lecą Ellie Goulding i Coldplay. I fajnie. Lubię ich. Cieszę się, że nawet tu rozbrzmiewają znajome nuty. Parkuję na lotnisku. Bilet kupiłem już wtedy, kiedy piłem kawę, więc muszę tylko jakoś przetrwać 3 godzinki do startu samolotu. Głodnieję. Widzę na piętrze lotniska znajome kolory. Powiększony zestaw z McDonald's z obowiązkową Coca Colą napełnia mój brzuch akurat aż do powrotu do Polski...
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Ach. Dobrze. Jestem w domu. Dominika wolno oddycha nadal śpiąc. Kuba już rozpoczął poranne śpiewy do sufitu. Obracam się na plecy i uśmiecham. Co za dziwaczny sen. Wylądowałem w jakimś obcym zakątku świata, a mimo to czułem się jakbym wyszedł na miasto w Łodzi. Nawet nie do końca pamiętam co to mogło być za miasto. Chyba gdzieś na Węgrzech. Albo w Austrii.
Jakie to uspokajające i cudowne, że świat nam się homogenizuje. Jak serek. Z Danone rzecz jasna, bo przecież nie z Jogo. Będąc nigdzie jesteśmy wszędzie. Będąc wszędzie jesteśmy nigdzie.
Mnie nie smakuje jałowe. Lubię sobie sowicie przyprawić. Ostatnio mam fazę na czarny pieprz, bo w Kredensie mają taką pizzę, z czarnym pieprzem. Poza tym Dominika kupiła młynki do pieprzu i soli morskiej i mogę się wyszaleć.
Tak, tak, jestem hipokrytą. Jem pizzę, globalny symbol wyżerki dla absolutnie każdego. Z pieprzem, tak obrzydliwie powszechną przyprawą, że aż wstyd z nim wyjeżdżać w takim wpisie.
Czemu więc o nich wspominam? Bo to konkretne zestawienie, w tej konkretnie knajpie ma charakter. Różni się od innych cudnymi detalami, które każą mi zamawiać to danie bez patrzenia w kartę, zawsze pierwszego dnia pobytu w Jastrzębiej i zawsze po sezonie (w tym roku sezon ordynarnie zrobił nas w ... i się przedłużył).
Mówi się, że konsumpcja to zło. Konsumpcja nie jest zła. Złe jest to co się konsumuje. Masowo przemieloną papkę, dla masowo przemielonych ludzi, pracujących w masowo przemielonych "Sp. z o.o". Bez smaku, charakteru i wyrazu. Ble.
Jak ja kocham to co inne. To co małe. To co wypracowane poharatanymi dłońmi, ze ślicznym sznytem niedoskonałości, nazywanym powszechnie "tym czymś". Jakże wolę gapić się na zdjęcie zrobione całkowicie spontanicznie podczas spaceru, niż wymuskane pejzaże wmuszane we mnie przez Windows 10.
Uwielbiam jak ludzie mają pełne ręce roboty. Swojej roboty. Jak realizują się w tym co sobie ukochali albo chociaż w tym co robią na mistrzowskim poziomie. I doskonalą się z dnia na dzień w tym pasjonującym pędzie ku niedoścignionemu ideałowi. Ideałowi który nie istnieje, ale i tak pociąga, jak fantasy.
Rozleźmy się po tym ogromnym świecie. Każdy niech znajdzie swoje miejsce i w nim osiądzie, bez nikogo wokół. W małych, pachnących smarem warsztatach. W studio pełnych przybrudzonych farbą pędzli. Za biurkami wiecznie zasypanymi żółknącymi z czasem pędzlami. Na ulicach, kryjących zagadki, tajemnice i ciekawostki wielkości znaczka pocztowego. Tam terminujmy. W znoju, czując zapach krwi i skwaśniałego potu doskonalmy się, aż będziemy mogli nazwać się mistrzami.
Wtedy spotkajmy się. Nie w halach produkcyjnych (jakkolwiek cudownych architektonicznie, panie Poznański), ani przypudrowanych kołchozach. Spotkajmy się na kawę w kawiarenkach z zapomnianych uliczek. Na obiad w restauracjach gdzie ten sam makaron smakuje codziennie nieco inaczej. Słuchając koncertów kapel, które mają równie dużo do powiedzenia na scenie jak do opowiedzenia przy barze. A w wolną niedzielę skoczmy na spływ kajakowy rzeką, którą wykorzystamy dziś tylko my, kaczki i łabędzie.
Jakże bardziej wolałbym chodzić z moją opowieścią od karczmy do oberży, zabawiając gawiedź za chleb, wino i łóżko na dzisiejszą noc, aniżeli promować ją na Facebooku i zliczać like'i... Ale cóż. Signum temporis. Nie odwrócę się do rzeczywistości plecami, bo już tego kiedyś próbowałem. Nawet ją odwróciłem, ale wszyscy wiemy, że z tyłu jest zawsze dupa. I wszyscy wiemy jakie ryzyko niesie ze sobą dupa.
Rzuciłem robotę. Zamierzam pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Inspirację znajdować na ulicach, w lasach czy górach, podczas spacerów, przejażdżek, a pewnie i podróży. Uczyć się języków po to żeby w nich gadać, a nie żeby się tylko w nich doskonalić. Tworzyć swoje rzemiosło, zamiast dokładać cegiełkę do cudzego.
A jeżeli uważasz, że życie to gówno to mam do Ciebie dwie sprawy. Po pierwsze odwróć rzeczywistość w dobrą stronę. A po drugie, to nawet masz rację. Tylko nie zapomnij, że lepiej turlać własną kupkę gówna, niż cudzą
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Kredens cz. 3
Odpowiedź na to pytanie wydaje się być kluczowa do pojęcia co różni moją ostatnią podróż pociągiem, od biegania w cudowny, śnieżny wieczór.
Tym bardziej, że część opisanych przeze mnie na początku wydarzeń miała miejsce już PO, a nawet grubo PO moim załamaniu z 2010. A jednak nosiły w sobie cechy tego co było przed.
Piszę o tym teraz, bo dopiero teraz czuję, że wyczerpałem wszelkie zapasy tego dawnego "czegoś". Stoję przed jednolitą ścianą w labiryncie i pozostaje mi albo dowiedzieć się gdzie skręciłem źle, albo poczekać aż w tym miejscu zostanie kupka moich kości.
Kto mnie zna ten wie. Prędzej przebiję się przez ten pieprzony mur przede mną, niźli stanę w miejscu i pogodzę się z tym myśląc, że tak mi było pisane. Wychowałem się na Legia - Widzew z 18.06.1997. Ja nie przegrywam meczy, które jeszcze trwają.
Są pewne cechy, którymi opisałbym te fajne wydarzenia z pierwszej części i pewne pasujące tylko do klimatu części drugiej. W tym po jednej kluczowej i na nich się skupię.
Co widzę w pierwszej? Swobodę. Nie! Nie Ewę Swobodę, ale lubię sobie zawiesić na niej wzrok jak już ją widzę... Swobodę myśli. Zaistnienie tych czynności nie wynikało z jakiegokolwiek planu. Wydarzenia, jakie są z nimi związane płynęły swoim nurtem. Raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze po swojemu. Decyzji, o którejkolwiek z tych rzeczy nie podejmowałem działając według planu, reguł i ustaleń. One się działy.
Nie działy się same. Nic się nie dzieje samo. Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie jest nam pisany los w gwiazdach. Piszemy go sami. O losie w gwiazdach mówią ci, co wiecznie coś partolą i muszą uzasadnić swoje nieszczęście złym układem planet. Akcja ma reakcję, a to czy te reakcje nam się podobają czy nie, to już nasz problem.
W związku z tym, że nurtu tamtych wydarzeń nie zaburzało z mojej strony nic, żadne kontrdziałanie czy mechanizm obronny, to były one po prostu dobre. Miałem ochotę siknąć w krzaki? Sikałem. Chciałem skopcić jointa w pokoju bursy? Kopciłem. Rozpierała mnie chęć pobawić się w łazience u babci z moją kobietą? Bawiłem się. A jakby mnie ktoś przyłapał, to trudno. Każdy ma coś na sumieniu.
Notabene, ci co mają najwięcej na sumieniu piszą najlepsze książki i robią najlepszą muzykę.
Jednak szeregi niepowodzeń, błędów, bolesnych konsekwencji, plus ta nikczemna świadomość nieuchronnego końca wykształciły we mnie masę blokad i jeden obrzydliwy pomysł. Wszystko co robię musi być dobrze przemyślane i zaplanowane.
Serio, ja non stop myślę o tym co zrobię jutro, pojutrze i popojutrze, jaki to będzie miało wpływ na mnie i moją przyszłość i zastanawiam się czy to co zrobiłem na pewno było ok i czy nie można było lepiej.
Skutek? Bezsenne noce, nadwrażliwość na wszystko, nadmierne pobudzenie i brak poczucia szczęścia. A kiedy już zerwę się ze smyczy, to tak przegnę, że później mam siebie jeszcze bardziej dosyć. Jak w tym pieprzonym pociągu. Bo jestem tak głodny tego co podświadomie pragnę, że zamiast się tym najadać regularnie, to raz na jakiś czas się przeżeram. Powiedziałbym, że jak świnia, ale nie chcę obrażać świni. Tylko człowiek jest zdolny to tak absurdalnych, autodestrukcyjnych zachowań.
Przez to też przestało mi zależeć na czymkolwiek. Nic dla mnie nie ma smaku. Wszystko jest mi obojętne. Każde danie, jakie sobie zaserwuję, zdaje się mieć smak kartonu.
I to jest ta różnica. Kiedyś nie chciałem niczego, ale mi na wszystkim zależało. Dziś chcę wszystkiego, ale na niczym mi nie zależy.
Ciąg dalszy nastąpi.
Będzie wrzesień. Ubiorę się wieczorem w ulubione jeansy i ulubiony t-shirt i pójdę na piwko do Kredensu. Usiądę przy stoliku z brzegu i będę chłonął atmosferę tego unikalnego miejsca. Będę cieszył się ciepłem kominka, wiedząc, że za chwilę zejdę na plażę i solidnie zmarznę, wdychając do nosa słony zapach morza. Wychodząc zerknę na stojący przy barze "tytułowy" kredens. Zobaczę leżącą na nim małą monetę. Schowam ją do kieszeni. A nuż jest magiczna?
Rano obudzę się, przyjemnie wyspany i spojrzę w oczy mojej kobiety i mojego syna. Uśmiechnę się do obojga i wezmę się za parzenie herbaty, koniecznie z dużą ilością cytryny. Parę dni później wbiegnę na metę augustowskiego półmaratonu, pewnie w średniej formie, ale wiedząc, że mam już bazę do poprawy na wiosnę życiówki w maratonie. Bo jednak konkretny, wysoki cel nakręca mnie najlepiej. Dzień po połówce wstanę pierwszy i zbiegnę na dół Piecuszka, szybko wyskoczę na werandę i puszczę sika w kierunku Biebrzy. Napiszę smsa, czy może byśmy nie spalili się na amen, na przykład w następną wolną sobotę, czyli dla mnie w listopadzie. Wykonam międzynarodowe połączenie, aby upewnić się, że na wiosnę rozłożymy jeszcze raz ten basen i zrobimy sequel Killera. I nie będę potrzebował ulewy, żeby się z Tobą bawić, gdzie tylko dusza zapragnie, a najlepiej tam gdzie lepiej się nie przyznawać, że to miało kiedykolwiek miejsce.
A do pociągu będę wsiadał już tylko po to, żeby cieszyć oko widokami, duszę klimatem kolei, a PKP płaceniem im fortuny za normalne bilety.
I najlepiej, jeśli żadna z tych rzeczy się nie spełni.
Ale to już moja decyzja.
niedziela, 14 sierpnia 2016
Kredens cz. 2
Siedzę w pociągu. W starej osobówce, na skórzanej kanapie. Mam na sobie, jak to zazwyczaj w takich sytuacjach, luźne dresowe spodnie, bawełnianą "ziomalską" bluzę, białe najeczki i plecak, a w plecaku rzecz jasna piwo. Na kanapie obok siedzi jakaś paniusia i zerka ukradkiem, w chwilach kiedy myśli, że ja nie patrzę. Ręce wsadziłem głęboko w kieszenie i zjechałem dupskiem na sam brzeg. Wyglądam jakbym miał wywalone na cały świat i najpewniej nie myślał o niczym, poza kolejnym piwem i kolejną dziewusią do zbajerowania.
Niestety, nie jest tak. Gotuje się we mnie na maksa. Myśli pulsują mi po głowie jak krew po tętnicach przy zaliczaniu Alpe Cermis. Daleko mi do spokoju. Mój kac ani trochę nie przypomina tego ze Slow Motion 2cztery7. W ustach mnie nie suszy, czuję za to smak goryczy i niestety nie pochodzi on od chmielu.
To nie tak miało być.
Rozczarowany samym sobą, moją naiwnością, brakiem dojrzałości i wiecznym hurraoptymizmem, wysiądę na Chojnach, obcesowo obetnę znaną już Wam paniusię i powlokę się do domu. Wieczorem, mimo potwornego zmęczenia, będę cierpiał katusze, próbując zasnąć i powstrzymać bezustanny potok myśli, lejący się z nieubłaganą siłą, niczym Odra we Wrocław w 97. Nie pierwszy raz. A raczej powinienem powiedzieć - jak to zazwyczaj od kilku dobrych tygodni.
Nie mogę spać, a ściślej - nie mogę usnąć. Praktycznie co wieczór, a później za każdym razem kiedy obudzę się w nocy. Syn mi nie pomaga, ale do niego nie mogę mieć żadnych pretensji. Jedynie do siebie.
Rano obudzę się i, kompletnie zobojętniały, pojadę do pracy. Tam wyleje swoje gorzkie żale, duszyczce, która lubi mnie wysłuchać i samemu się czasem wyspowiadać. Jednak nawet najdłuższy potok słów nie jest w stanie przykryć faktu, że zboczyłem z kursu i płynę w niewłaściwym kierunku. Jestem cholernie pewien, że jestem w miejscu, w którym nie powinienem być. I wiem to, chociaż nie mam żadnej mapy, która wskazałaby mi drogę - właściwą lub niewłaściwą. Jestem Kolumbem, który wie że nie dopłynie do Indii, chociaż nadal ma kurs na Karaiby. I odkrywa ziemię Europejczykowi nieznaną.
Czuję się jakbym zgubił po ciemku monetę. Na domiar złego magiczną monetę. Wiem, że mi wypadła i wiem, że gdzieś leży. Ale za cholerę nie mogę jej wypatrzyć.
Fajnie się czytało historyjki z pierwszej części? No to super. Mnie się też je fajnie pisało i odkurzało w głowie. Szkoda, że dzieli je przepaść.
W tej boskiej krainie facebook'owych lajków i youtube'owych wyświetleń, gdzie wszystko jest super, wporzo i w ogóle kciuk do góry, ja nawijam, jak Mes, historię gorzką jak gin lubuski (o ironio!).
Pisząc w skrócie - było fajnie do pewnego momentu, a teraz to już równia pochyła. I pozostaje mi zadawać w kółko pytania: co się dzieje? Od kiedy? Dlaczego? Co było wtedy, a nie ma tego teraz?
Chcecie odpowiedzi, jakich sobie udzielam? No to jedziemy.
Co się dzieje? Pogubiłem się. Zatraciłem gdzieś siebie, swoją istotę i nie potrafię jej odnaleźć. Mam wrażenie jakbym żył życiem kogoś innego, chociaż wiem, że to jestem ja sam. I że to ja sam zgotowałem sobie ten los, podejmując różnorakie, takie, a nie inne, decyzje.
Od kiedy? Nie wyznaczę jednej daty, ale myślę, że od dnia kiedy dopadła mnie ta przebrzydła wizja rychłej śmierci, a po tym, najpewniej, depresja. Na pierwszym roku studiów, zaraz na początku 2010.
Dlaczego? Gwałtowne uświadomienie sobie, że to cudowne coś zwane życiem naprawdę ma koniec oraz chęć wyjścia w jakikolwiek sposób z tego doła wytworzyły w moim umyśle szereg dziwacznych, a pewnie i patologicznych schematów działań. Dziś czerpię nie z tego co było przed tym wydarzeniem, a po nim.
A co było po nim? Co było wtedy, a nie ma tego teraz?
Zapraszam do części trzeciej.
Niestety, nie jest tak. Gotuje się we mnie na maksa. Myśli pulsują mi po głowie jak krew po tętnicach przy zaliczaniu Alpe Cermis. Daleko mi do spokoju. Mój kac ani trochę nie przypomina tego ze Slow Motion 2cztery7. W ustach mnie nie suszy, czuję za to smak goryczy i niestety nie pochodzi on od chmielu.
To nie tak miało być.
Rozczarowany samym sobą, moją naiwnością, brakiem dojrzałości i wiecznym hurraoptymizmem, wysiądę na Chojnach, obcesowo obetnę znaną już Wam paniusię i powlokę się do domu. Wieczorem, mimo potwornego zmęczenia, będę cierpiał katusze, próbując zasnąć i powstrzymać bezustanny potok myśli, lejący się z nieubłaganą siłą, niczym Odra we Wrocław w 97. Nie pierwszy raz. A raczej powinienem powiedzieć - jak to zazwyczaj od kilku dobrych tygodni.
Nie mogę spać, a ściślej - nie mogę usnąć. Praktycznie co wieczór, a później za każdym razem kiedy obudzę się w nocy. Syn mi nie pomaga, ale do niego nie mogę mieć żadnych pretensji. Jedynie do siebie.
Rano obudzę się i, kompletnie zobojętniały, pojadę do pracy. Tam wyleje swoje gorzkie żale, duszyczce, która lubi mnie wysłuchać i samemu się czasem wyspowiadać. Jednak nawet najdłuższy potok słów nie jest w stanie przykryć faktu, że zboczyłem z kursu i płynę w niewłaściwym kierunku. Jestem cholernie pewien, że jestem w miejscu, w którym nie powinienem być. I wiem to, chociaż nie mam żadnej mapy, która wskazałaby mi drogę - właściwą lub niewłaściwą. Jestem Kolumbem, który wie że nie dopłynie do Indii, chociaż nadal ma kurs na Karaiby. I odkrywa ziemię Europejczykowi nieznaną.
Czuję się jakbym zgubił po ciemku monetę. Na domiar złego magiczną monetę. Wiem, że mi wypadła i wiem, że gdzieś leży. Ale za cholerę nie mogę jej wypatrzyć.
Fajnie się czytało historyjki z pierwszej części? No to super. Mnie się też je fajnie pisało i odkurzało w głowie. Szkoda, że dzieli je przepaść.
W tej boskiej krainie facebook'owych lajków i youtube'owych wyświetleń, gdzie wszystko jest super, wporzo i w ogóle kciuk do góry, ja nawijam, jak Mes, historię gorzką jak gin lubuski (o ironio!).
Pisząc w skrócie - było fajnie do pewnego momentu, a teraz to już równia pochyła. I pozostaje mi zadawać w kółko pytania: co się dzieje? Od kiedy? Dlaczego? Co było wtedy, a nie ma tego teraz?
Chcecie odpowiedzi, jakich sobie udzielam? No to jedziemy.
Co się dzieje? Pogubiłem się. Zatraciłem gdzieś siebie, swoją istotę i nie potrafię jej odnaleźć. Mam wrażenie jakbym żył życiem kogoś innego, chociaż wiem, że to jestem ja sam. I że to ja sam zgotowałem sobie ten los, podejmując różnorakie, takie, a nie inne, decyzje.
Od kiedy? Nie wyznaczę jednej daty, ale myślę, że od dnia kiedy dopadła mnie ta przebrzydła wizja rychłej śmierci, a po tym, najpewniej, depresja. Na pierwszym roku studiów, zaraz na początku 2010.
Dlaczego? Gwałtowne uświadomienie sobie, że to cudowne coś zwane życiem naprawdę ma koniec oraz chęć wyjścia w jakikolwiek sposób z tego doła wytworzyły w moim umyśle szereg dziwacznych, a pewnie i patologicznych schematów działań. Dziś czerpię nie z tego co było przed tym wydarzeniem, a po nim.
A co było po nim? Co było wtedy, a nie ma tego teraz?
Zapraszam do części trzeciej.
![]() |
| Źródło: https://vik87.flog.pl/archiwum/albumy/152604/wnetrza/ |
wtorek, 9 sierpnia 2016
Kredens cz. 1
Słońce wzeszło już kilka godzin temu, oświetlając przyjemnie pokój. Okna były na północ, więc nie świeciło po oczach, ale białe ściany, firanki i pościel robiły swoje. Zerknąłem na zegarek. Była dziewiąta. Uśmiechnąłem się i z satysfakcją zacząłem wyciągać mięśnie, wciąż leżąc na łóżku. Nie pamiętam nocy, żebym się tam nie wyspał. Doskonałe miejsce do odpoczynku. W końcu jedenastolatkowie latem nie próżnują.
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.
Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!
***
Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.
Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.
Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...
***
W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.
***
Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...
***
"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).
Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.
***
Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.
Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.
Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.
***
Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!
***
Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.
Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...
Ciąg dalszy nastąpi...
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.
Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!
***
Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.
Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.
Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...
***
W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.
***
Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...
***
"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).
Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.
***
Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.
Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.
Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.
***
Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!
***
Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.
Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...
Ciąg dalszy nastąpi...
niedziela, 19 czerwca 2016
Zrób sobie prezent
Udając, że nie pamiętam o tym ni chu chu (chociaż wszyscy wiedzą, że do terminów ważnych wydarzeń mam pamięć w zasadzie niezawodną) przyjąłem ze zdziwieniem sms od mbanku, że już w sobotę będę za stary na ich konto dla młodych i muszę do nich zajrzeć w celu ogarnięcia konta dla wyrośniętych dzieci, czyli wszystkich szanownych ludzi powyżej 26 roku życia.
Boże, jakie długie zdanie wstępu. Ale ja lubię rozpędzać się powoli.
Co miałem zrobić, pojechałem do tego mbanku. Najgorsze jest to, że piszę Wam, że nie zapominam, a jednak zapomniałem i gnałem w czwartek, na ostatnią chwilę. Może zapomniałem ze względu na wiek? Na miejscu zdenerwowałem się, bo musiałem długo czekać i wiedziałem, że nie zdążę na pierwszą połowę Anglia - Walia. Tak, zapłaciłem Solorzowi stówkę, bo jestem uzależniony od futbolu. I tak, pretensje mogę mieć tylko do siebie.
Nerwy, wydawanie stówy na taką bzdurę jak transmisje i przyznawanie się do winy (publicznie!), to na bank kwestia wieku!
Doczekałem się. Wziął mnie do pokoju pan (ze względu na wiek nie brzmi to niebezpiecznie) i zachęcił, żeby usiąść. Zerknąłem PRZYPADKIEM na jego name-tag... eee... wizytówkę przypiętą do marynarki. Oooo. Zastępca dyrektora. Traktują mnie poważnie. Ale zastępcę może obsługiwać tylko zastępca, prawda?
Muszę przyznać, że ogarnął misję, łechtając moje ego, dając mi konto z PLUS w nazwie. Rozumiecie, mam za darmo bankomaty everywhere i wpływy na tyle duże, żeby nie płacić za konto ani złotówki! Dorobiłem się. Z wiekiem.
Ciach. Ciach. Ciach.
Wstałem sobie dziś (a w zasadzie wczoraj, ale brzmi efektowniej) i pomyślałem - MAM URODZINY, ALE FAJNIE. Wiedziałem, że:
a) to będzie fajny dzień, bo każdy będzie robił to co ja sobie zażyczę.
b) dostanę prezenty, co jest super fajne.
c) napiję się piwa, obejrzę mecze i zrobię jeszcze coś innego i Dominika jeszcze się będzie uśmiechać, bo to 'w końcu Twój dzień!'
I było fajnie. Wskoczyłem w czas, kiedy najbliższe bilety ulgowe dostanę za minimum 40 lat, ale i tak było fajnie. Latali wokół mnie jak służba. Syn był grzeczny. Dominika nie (ale to na plus, gdyby młodsi czytelnicy nie wiedzieli). Szwagier spragniony piwa (udam, że tylko dziś). Siostra i Teściówka chętne do zajęcia się Kubą ("oglądaj sobie, spoko!"). Dostałem na prezent 11 wybornych piw. Obejrzałem mecze, poczytałem książkę, a teraz siedzę sobie i piszę bez wyrzutów sumienia.
Fajnie jest być dużym!
Ciach. Ciach. Ciach.
Egoista ze mnie, co? Egoista i egocentryk, dodam. Pazera, menda i niewdzięcznik. Myśl sobie dalej tak. I proś swojego boga, jakkolwiek go zwiesz, żeby:
a) zabrał mnie to co mam
b) oddał Tobie.
Ja padam na kolana przed moim i nie przestaję dziękować. Bez ściemy - ze łzami w oczach.
Gdybym mógł cofnąć czas pewnie nic bym nie zmienił,
26 lat chodzę sam po tej ziemi.
Tak nawijał Gural w 2008 (2005? data nawijki, czy premiery ważniejsza?). Miałem ten kawałek mega długo na dzwonku w telefonie. Kojarzy mi się doskonale, a najbardziej z czerwonym escortem, gnającym w niedzielne popołudnie przez Łódź, ku stolicy chilloutu - Wągrom.
Słucham go właśnie teraz. I innych jemu podobnych, z tamtych cudownych dni.
Ile węzłów wtedy się zawiązało, ile się rozwiązało, ile motyli zatrzepotało, żeby dziś wywołać trzęsienie ziemi - nie pomnę. Ale szybko zleciało i to 8 lat od wtedy i te 26 od początku.
Wszystko co mam dziś, WSZYSTKO co dziś cieszyło mnie, w moje urodziny, było moim najlepszym prezentem. Zrobiłem go sobie sam, jak prawdziwy egoista.
Po kolei:
1. Zawsze pierwsza i najpierwsza Dominika. Znalazłem Cię gdzieś na świecie, a potem zabrałem na piwo i rozmowę, które trwają do dziś. Było cudownie, później beznadziejnie, wręcz tragicznie, było zawsze pod wiatr i zawsze pod górę, a dziś jest nadal pod wiatr i pod górę, ale mamy przeciwko temu odpowiedź. Czworo rąk to już wiatr na sztorm. Prawie Cię straciłem, ale dzięki temu czuję, że wciąż prawie Cię mam, dzięki czemu mogę Cię co dzień na nowo zdobywać. Tylko dzięki temu wiem, że może to trwać, aż po wieczność. Nie wyrzucam. Naprawiam.
2. Kuba. Po prostu. Chociaż jesteś naszym dziełem, dziękuję Ci Synu, że jesteś.
3. Rodzice. Nie było Was dziś u mnie i wiele razy kiedy Was potrzebowałem, chociaż koniec końców dałem sobie radę. Za to byliście ZAWSZE, kiedy rady bym sobie bez Was nie dał. Dlatego "tylko" sms i "tylko" telefon są dla mnie AŻ. Bo to znaczy, że wciąż Was mam. A nigdy nie wiem kiedy będzie nie "dziś", a "ZAWSZE".
4. Przyjaciele. Żadnego z Was nie lubię. Denerwujecie mnie po równo, każdy na swój sposób. Jeden, bo jest sobą i mnie to drażni, bo go nie zmienię. Drugi z tego samego powodu, co poprzedni. A trzeci, bo - patrz punkt pierwszy. No i jeszcze okazuje się, że gdzieś z tyłu chowa się czwarty. Niby nikt, ale raz na, bez mała, siedem lat, potrafi dać niezłego kopa. Dziękuję Wam, głąby!
5. Muzyka. Znalazłem ją sobie sam, poznałem ją sam i rozumiem ją, na swój sposób, chyba tylko ja jeden na świecie. Dla jednych pesymistyczna i głupia, dla innych w ogóle nie muzyka, a dla reszty - zabawka, która fajnie brzęczy w uszach. Bez rapu byłbym nikim. A wolę być w tym świecie sam, niż być nikim. Zresztą... są takie chwile w których będziesz sam, nieważne ile naokoło ludzi.
PS Ciekawe ilu z Was klika w te linki, które namiętnie wklejam i słucha całości tego co wrzucam? Ja sam?
6. Literatura. Zmieściłaś każdego, od Mareczka i J.R.R.'a, przez Lema, Orwella, Bułhakowa czy Dostojewskiego, po Rowling, Milne'a, Sienkiewicza i Bóg wie kogo jeszcze. Dobrej książki nigdy mi za wiele. Miernej, jeśli szczerej, zresztą też nie. Szanuję wszystkich Twoich synów. Proszę uszanuj też mnie.
No właśnie. OFICJALNIE (nieco między wierszami, ale przy okazji sprawdzę, jak uważnie mnie czytacie). Przy współpracy z Novae Res wydaję swoją debiutancką powieść "Dwie świątynie". Premiera - gdzieś na przełomie października i listopada.
7. Sport. Ukończone maratony. Mistrzostwa Widzewa, Polaków, nie-Polaków, ale faworytów, cudowne rozgrywki, wielkie emocje i jeszcze większe rozczarowania. Tak jak bez rapu byłbym nikim, bez literatury nie miałbym co robić, tak bez sportu byłbym pusty i nie miał ani procenta obecnego charakteru.
Ciach. Ciach. Ciach.
Wyszło mi podsumowanie życia, a miało być podsumowanie prezentu. Ale co mam zrobić, skoro życie jest dla mnie najlepszym prezentem? Największy skarb na prawdę dostajemy za friko.
A co dostałem?
Póki co - kilkanaście piwek, koszulkę która bardzo mi się podoba, lot paralotnią (aaaaaaa, boję się!), a jutro (dziś :)) pewnie kasę i tyle.
Vanitas et vanitatum et omnia vanitas.
Miłego dnia.
Boże, jakie długie zdanie wstępu. Ale ja lubię rozpędzać się powoli.
Co miałem zrobić, pojechałem do tego mbanku. Najgorsze jest to, że piszę Wam, że nie zapominam, a jednak zapomniałem i gnałem w czwartek, na ostatnią chwilę. Może zapomniałem ze względu na wiek? Na miejscu zdenerwowałem się, bo musiałem długo czekać i wiedziałem, że nie zdążę na pierwszą połowę Anglia - Walia. Tak, zapłaciłem Solorzowi stówkę, bo jestem uzależniony od futbolu. I tak, pretensje mogę mieć tylko do siebie.
Nerwy, wydawanie stówy na taką bzdurę jak transmisje i przyznawanie się do winy (publicznie!), to na bank kwestia wieku!
Doczekałem się. Wziął mnie do pokoju pan (ze względu na wiek nie brzmi to niebezpiecznie) i zachęcił, żeby usiąść. Zerknąłem PRZYPADKIEM na jego name-tag... eee... wizytówkę przypiętą do marynarki. Oooo. Zastępca dyrektora. Traktują mnie poważnie. Ale zastępcę może obsługiwać tylko zastępca, prawda?
Muszę przyznać, że ogarnął misję, łechtając moje ego, dając mi konto z PLUS w nazwie. Rozumiecie, mam za darmo bankomaty everywhere i wpływy na tyle duże, żeby nie płacić za konto ani złotówki! Dorobiłem się. Z wiekiem.
Ciach. Ciach. Ciach.
Wstałem sobie dziś (a w zasadzie wczoraj, ale brzmi efektowniej) i pomyślałem - MAM URODZINY, ALE FAJNIE. Wiedziałem, że:
a) to będzie fajny dzień, bo każdy będzie robił to co ja sobie zażyczę.
b) dostanę prezenty, co jest super fajne.
c) napiję się piwa, obejrzę mecze i zrobię jeszcze coś innego i Dominika jeszcze się będzie uśmiechać, bo to 'w końcu Twój dzień!'
I było fajnie. Wskoczyłem w czas, kiedy najbliższe bilety ulgowe dostanę za minimum 40 lat, ale i tak było fajnie. Latali wokół mnie jak służba. Syn był grzeczny. Dominika nie (ale to na plus, gdyby młodsi czytelnicy nie wiedzieli). Szwagier spragniony piwa (udam, że tylko dziś). Siostra i Teściówka chętne do zajęcia się Kubą ("oglądaj sobie, spoko!"). Dostałem na prezent 11 wybornych piw. Obejrzałem mecze, poczytałem książkę, a teraz siedzę sobie i piszę bez wyrzutów sumienia.
Fajnie jest być dużym!
Ciach. Ciach. Ciach.
Egoista ze mnie, co? Egoista i egocentryk, dodam. Pazera, menda i niewdzięcznik. Myśl sobie dalej tak. I proś swojego boga, jakkolwiek go zwiesz, żeby:
a) zabrał mnie to co mam
b) oddał Tobie.
Ja padam na kolana przed moim i nie przestaję dziękować. Bez ściemy - ze łzami w oczach.
Gdybym mógł cofnąć czas pewnie nic bym nie zmienił,
26 lat chodzę sam po tej ziemi.
Tak nawijał Gural w 2008 (2005? data nawijki, czy premiery ważniejsza?). Miałem ten kawałek mega długo na dzwonku w telefonie. Kojarzy mi się doskonale, a najbardziej z czerwonym escortem, gnającym w niedzielne popołudnie przez Łódź, ku stolicy chilloutu - Wągrom.
Słucham go właśnie teraz. I innych jemu podobnych, z tamtych cudownych dni.
Ile węzłów wtedy się zawiązało, ile się rozwiązało, ile motyli zatrzepotało, żeby dziś wywołać trzęsienie ziemi - nie pomnę. Ale szybko zleciało i to 8 lat od wtedy i te 26 od początku.
Wszystko co mam dziś, WSZYSTKO co dziś cieszyło mnie, w moje urodziny, było moim najlepszym prezentem. Zrobiłem go sobie sam, jak prawdziwy egoista.
Po kolei:
1. Zawsze pierwsza i najpierwsza Dominika. Znalazłem Cię gdzieś na świecie, a potem zabrałem na piwo i rozmowę, które trwają do dziś. Było cudownie, później beznadziejnie, wręcz tragicznie, było zawsze pod wiatr i zawsze pod górę, a dziś jest nadal pod wiatr i pod górę, ale mamy przeciwko temu odpowiedź. Czworo rąk to już wiatr na sztorm. Prawie Cię straciłem, ale dzięki temu czuję, że wciąż prawie Cię mam, dzięki czemu mogę Cię co dzień na nowo zdobywać. Tylko dzięki temu wiem, że może to trwać, aż po wieczność. Nie wyrzucam. Naprawiam.
2. Kuba. Po prostu. Chociaż jesteś naszym dziełem, dziękuję Ci Synu, że jesteś.
3. Rodzice. Nie było Was dziś u mnie i wiele razy kiedy Was potrzebowałem, chociaż koniec końców dałem sobie radę. Za to byliście ZAWSZE, kiedy rady bym sobie bez Was nie dał. Dlatego "tylko" sms i "tylko" telefon są dla mnie AŻ. Bo to znaczy, że wciąż Was mam. A nigdy nie wiem kiedy będzie nie "dziś", a "ZAWSZE".
4. Przyjaciele. Żadnego z Was nie lubię. Denerwujecie mnie po równo, każdy na swój sposób. Jeden, bo jest sobą i mnie to drażni, bo go nie zmienię. Drugi z tego samego powodu, co poprzedni. A trzeci, bo - patrz punkt pierwszy. No i jeszcze okazuje się, że gdzieś z tyłu chowa się czwarty. Niby nikt, ale raz na, bez mała, siedem lat, potrafi dać niezłego kopa. Dziękuję Wam, głąby!
5. Muzyka. Znalazłem ją sobie sam, poznałem ją sam i rozumiem ją, na swój sposób, chyba tylko ja jeden na świecie. Dla jednych pesymistyczna i głupia, dla innych w ogóle nie muzyka, a dla reszty - zabawka, która fajnie brzęczy w uszach. Bez rapu byłbym nikim. A wolę być w tym świecie sam, niż być nikim. Zresztą... są takie chwile w których będziesz sam, nieważne ile naokoło ludzi.
PS Ciekawe ilu z Was klika w te linki, które namiętnie wklejam i słucha całości tego co wrzucam? Ja sam?
6. Literatura. Zmieściłaś każdego, od Mareczka i J.R.R.'a, przez Lema, Orwella, Bułhakowa czy Dostojewskiego, po Rowling, Milne'a, Sienkiewicza i Bóg wie kogo jeszcze. Dobrej książki nigdy mi za wiele. Miernej, jeśli szczerej, zresztą też nie. Szanuję wszystkich Twoich synów. Proszę uszanuj też mnie.
No właśnie. OFICJALNIE (nieco między wierszami, ale przy okazji sprawdzę, jak uważnie mnie czytacie). Przy współpracy z Novae Res wydaję swoją debiutancką powieść "Dwie świątynie". Premiera - gdzieś na przełomie października i listopada.
7. Sport. Ukończone maratony. Mistrzostwa Widzewa, Polaków, nie-Polaków, ale faworytów, cudowne rozgrywki, wielkie emocje i jeszcze większe rozczarowania. Tak jak bez rapu byłbym nikim, bez literatury nie miałbym co robić, tak bez sportu byłbym pusty i nie miał ani procenta obecnego charakteru.
Ciach. Ciach. Ciach.
Wyszło mi podsumowanie życia, a miało być podsumowanie prezentu. Ale co mam zrobić, skoro życie jest dla mnie najlepszym prezentem? Największy skarb na prawdę dostajemy za friko.
A co dostałem?
Póki co - kilkanaście piwek, koszulkę która bardzo mi się podoba, lot paralotnią (aaaaaaa, boję się!), a jutro (dziś :)) pewnie kasę i tyle.
Vanitas et vanitatum et omnia vanitas.
Miłego dnia.
środa, 6 stycznia 2016
Zjazd
Marzyłem sobie. Kto mnie zna ten wie, że jestem marzyciel. Toteż marzyłem sobie.
O czym?
Och, przede wszystkim to o swoim kąciku na Ziemi. O spokoju, cieple, dachu nad głową i lodówce, z której nie wyjada moich smakołyków cała rodzina. O niezależności. Tym bardziej nakręcałem się w tym kiedy poznałem Ciebie. Bo chociaż dzisiaj mówimy, że miało to ogromny urok, to w duchu oboje mieliśmy dosyć chowania się po kątach, kombinowania, ściemniania i tłumaczenia. U siebie to u siebie, koniec.
Marzenia się spełniają, więc robiłem wszystko, żeby osiągnąć ten cel. Próbowaliśmy daleko stąd, nie udało się - trudno. Jakiś czas później zaczęliśmy walczyć o to za wszelką cenę. Próbowaliśmy u Ciebie, siłą rzeczy musieliśmy spróbować u mnie. Było lepiej, ale to nie to samo. W końcu zdecydowaliśmy się wynająć swój kącik.
To było coś! Mieszkanie takie jak chcieliśmy, klimatyczne, na wysokim piętrze, w super miejscu. Wszystko doskonale, tylko szkoda, że nie nasze. Zżerała nas przyziemność, czyli kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Nawet jak w końcu jakoś tam stanęliśmy na nogi, to i tak wszystko było lepione na styk.
Dość tego! Okej, bez pomocy Taty nie byłoby nic, ale nie ważne jak, ważne że do celu! Udało się. Wylądowaliśmy na swoim! Całkowicie swoim!
Marzenie się spełniło...
Hm. Gdyby spojrzeć na życie z pewnej perspektywy, to można je porównać (pogoda za oknem zachęca) do zjeżdżania, dajmy na to, na sankach. Dzień po dniu, minuta po minucie, płynie sobie to wszystko, stare zostaje z tyłu, nowe rysuje się gdzieś w oddali. W zwyczajnej codzienności wlecze się to wszystko tak niemiłosiernie wolno, że ciężko określić, czy nadal jest się w ruchu, czy już się stoi. I to jest fajne, łatwiej kontrolować tor jazdy, kiedy jedzie się powoli.
Fajnie mieć lejce w rękach, co? Kontrolować każdy, najdrobniejszy nawet skręt, pilnować czy prędkość jest odpowiednia i czy nie zaskoczy nas zaraz jakaś sosna, na której się rozkwasimy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy za zakrętem, sanki przechylają się gwałtownie i zaczyna się szalony pęd. Bez szans na ogarnięcie co się dzieje wokoło, przy diabelskiej prędkości.
Zazwyczaj zaczyna się wtedy odruchowo zapierać nogami, rękami, wszystkim. Byle tylko zwolnić. Byle odzyskać kontrolę. Zazwyczaj po drodze idzie zdrowo się poharatać. To już nie jest takie fajne.
Rok temu o tej porze zjeżdżałem w dół, niemalże z pionowej góry. To jest coś co nie przestanie mnie nigdy zadziwiać. Kiedy w życiu zdarza się coś naprawdę innego i niespodziewanego, czas, wszystko, nabiera takiego rozpędu, że na ma szans ogarnąć się o co chodzi. Często po roku od jakiegoś wydarzenia łatwiej mi zrekonstruować jego przebieg, niż 24 godziny po.
Rok temu wszystkie marzenia zaczęły gnać razem ze mną, prosto ku twardej ziemi. Jeśli doszłoby do upadku - wszystko potłukłoby się w drobny mak. Nie zostałaby ani odrobinka. Koniec myśli o rodzinie, domu, spokoju, bezpieczeństwie i dłubaniu kolejnych marzeń.
Zwiałem z Łodzi do Spały. Musiałem to wszystko obejrzeć dystansu, przyjrzeć się na spokojnie, ocenić na chłodno. Wiecie do jakiego wniosku doszedłem? Że moje sanki zacząłem hamować dużo wcześniej. Jadąc i tak wolno, chciałem zwolnić jeszcze bardziej i jeszcze i jeszcze, najlepiej tak żeby stanąć w tym punkcie i nie zmieniać nic. Tylko, że tak się nie da. Czas płynie, życie płynie. Nie oszukam tego, choćbym nie wiem jak próbował.
Wiecie po co to piszę? Bo w pierwszej chwili chciałem odpuścić. Wziąć swoje sanki i zmienić górkę, z której zjeżdżam. Ot tak, po prostu. Dla świętego spokoju.
Dzisiaj nie drażni mnie bardziej nic, od tego jak widzę, że ktoś próbuje się poddać. Odpuścić marzenia, plany, pomysły i oddać się tej kleistej, obrzydliwej, nudnej monotonii szarej codzienności, z głową zamkniętą w ciasnym pokoju, bez okien i dostępu do powietrza.
Lekarstwem na nazbyt pędzące sanki okazało się dla mnie być... rozpędzenie ich jeszcze bardziej. Odepchnąłem się kilka razy mocniej i dzisiaj gnam jak wariat, chociaż zupełnie nie mam pojęcia dokąd mnie to doprowadzi. Zajebiste uczucie.
A marzenia? Dopiero dzisiaj się spełniają. Tym bardziej, że kilka trzeba było zweryfikować. Bo marzyłem zawsze o mieszkaniu, a tak naprawdę potrzebowałem domu. I ten dom mam dopiero teraz. Dopiero teraz mam kącik, który jest rzeczywiście mój, nawet mój ulubiony Hłasko zerka na mnie z obrazka na ścianie. Wreszcie mam spokój, który tak sobie cenię, tę oazę z dobrą muzyką i ambitną książką. No i mam wreszcie swoją rodzinę, taką której jestem głową. Póki co jest nas tylko dwoje (plus kot :)), ale zaraz pojawi się trzecie. Cudowna sprawa.
Wreszcie czuję się jak facet. Odpowiedzialny za to co robi, pracujący nie tylko na swoje dobro, ale też nie zapominający całkowicie o sobie. Nadający rozpędu, kiedy warto przyspieszyć, hamujący, kiedy trzeba zwolnić, dla bezpieczeństwa.
Rok temu waliłem pięściami w poduszkę, ze łzami w oczach, ogarnięty poczuciem znienawidzonej bezsilności. Dziś budzę się co rano i czuję jak oczy świecą się z zajawki, bo na bank czeka mnie coś niezwykłego. I nie chodzi wcale o wydarzenie, o którym można by napisać poczytną powieść. Dziś zadowala mnie błysk w oku i szeroki uśmiech po długim leżeniu pod kołdrą o poranku.
Sanki niech pędzą, ja już nie zamierzam się zapierać.
O czym?
Och, przede wszystkim to o swoim kąciku na Ziemi. O spokoju, cieple, dachu nad głową i lodówce, z której nie wyjada moich smakołyków cała rodzina. O niezależności. Tym bardziej nakręcałem się w tym kiedy poznałem Ciebie. Bo chociaż dzisiaj mówimy, że miało to ogromny urok, to w duchu oboje mieliśmy dosyć chowania się po kątach, kombinowania, ściemniania i tłumaczenia. U siebie to u siebie, koniec.
Marzenia się spełniają, więc robiłem wszystko, żeby osiągnąć ten cel. Próbowaliśmy daleko stąd, nie udało się - trudno. Jakiś czas później zaczęliśmy walczyć o to za wszelką cenę. Próbowaliśmy u Ciebie, siłą rzeczy musieliśmy spróbować u mnie. Było lepiej, ale to nie to samo. W końcu zdecydowaliśmy się wynająć swój kącik.
To było coś! Mieszkanie takie jak chcieliśmy, klimatyczne, na wysokim piętrze, w super miejscu. Wszystko doskonale, tylko szkoda, że nie nasze. Zżerała nas przyziemność, czyli kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Nawet jak w końcu jakoś tam stanęliśmy na nogi, to i tak wszystko było lepione na styk.
Dość tego! Okej, bez pomocy Taty nie byłoby nic, ale nie ważne jak, ważne że do celu! Udało się. Wylądowaliśmy na swoim! Całkowicie swoim!
Marzenie się spełniło...
Hm. Gdyby spojrzeć na życie z pewnej perspektywy, to można je porównać (pogoda za oknem zachęca) do zjeżdżania, dajmy na to, na sankach. Dzień po dniu, minuta po minucie, płynie sobie to wszystko, stare zostaje z tyłu, nowe rysuje się gdzieś w oddali. W zwyczajnej codzienności wlecze się to wszystko tak niemiłosiernie wolno, że ciężko określić, czy nadal jest się w ruchu, czy już się stoi. I to jest fajne, łatwiej kontrolować tor jazdy, kiedy jedzie się powoli.
Fajnie mieć lejce w rękach, co? Kontrolować każdy, najdrobniejszy nawet skręt, pilnować czy prędkość jest odpowiednia i czy nie zaskoczy nas zaraz jakaś sosna, na której się rozkwasimy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy za zakrętem, sanki przechylają się gwałtownie i zaczyna się szalony pęd. Bez szans na ogarnięcie co się dzieje wokoło, przy diabelskiej prędkości.
Zazwyczaj zaczyna się wtedy odruchowo zapierać nogami, rękami, wszystkim. Byle tylko zwolnić. Byle odzyskać kontrolę. Zazwyczaj po drodze idzie zdrowo się poharatać. To już nie jest takie fajne.
Rok temu o tej porze zjeżdżałem w dół, niemalże z pionowej góry. To jest coś co nie przestanie mnie nigdy zadziwiać. Kiedy w życiu zdarza się coś naprawdę innego i niespodziewanego, czas, wszystko, nabiera takiego rozpędu, że na ma szans ogarnąć się o co chodzi. Często po roku od jakiegoś wydarzenia łatwiej mi zrekonstruować jego przebieg, niż 24 godziny po.
Rok temu wszystkie marzenia zaczęły gnać razem ze mną, prosto ku twardej ziemi. Jeśli doszłoby do upadku - wszystko potłukłoby się w drobny mak. Nie zostałaby ani odrobinka. Koniec myśli o rodzinie, domu, spokoju, bezpieczeństwie i dłubaniu kolejnych marzeń.
Zwiałem z Łodzi do Spały. Musiałem to wszystko obejrzeć dystansu, przyjrzeć się na spokojnie, ocenić na chłodno. Wiecie do jakiego wniosku doszedłem? Że moje sanki zacząłem hamować dużo wcześniej. Jadąc i tak wolno, chciałem zwolnić jeszcze bardziej i jeszcze i jeszcze, najlepiej tak żeby stanąć w tym punkcie i nie zmieniać nic. Tylko, że tak się nie da. Czas płynie, życie płynie. Nie oszukam tego, choćbym nie wiem jak próbował.
Wiecie po co to piszę? Bo w pierwszej chwili chciałem odpuścić. Wziąć swoje sanki i zmienić górkę, z której zjeżdżam. Ot tak, po prostu. Dla świętego spokoju.
Dzisiaj nie drażni mnie bardziej nic, od tego jak widzę, że ktoś próbuje się poddać. Odpuścić marzenia, plany, pomysły i oddać się tej kleistej, obrzydliwej, nudnej monotonii szarej codzienności, z głową zamkniętą w ciasnym pokoju, bez okien i dostępu do powietrza.
Lekarstwem na nazbyt pędzące sanki okazało się dla mnie być... rozpędzenie ich jeszcze bardziej. Odepchnąłem się kilka razy mocniej i dzisiaj gnam jak wariat, chociaż zupełnie nie mam pojęcia dokąd mnie to doprowadzi. Zajebiste uczucie.
A marzenia? Dopiero dzisiaj się spełniają. Tym bardziej, że kilka trzeba było zweryfikować. Bo marzyłem zawsze o mieszkaniu, a tak naprawdę potrzebowałem domu. I ten dom mam dopiero teraz. Dopiero teraz mam kącik, który jest rzeczywiście mój, nawet mój ulubiony Hłasko zerka na mnie z obrazka na ścianie. Wreszcie mam spokój, który tak sobie cenię, tę oazę z dobrą muzyką i ambitną książką. No i mam wreszcie swoją rodzinę, taką której jestem głową. Póki co jest nas tylko dwoje (plus kot :)), ale zaraz pojawi się trzecie. Cudowna sprawa.
Wreszcie czuję się jak facet. Odpowiedzialny za to co robi, pracujący nie tylko na swoje dobro, ale też nie zapominający całkowicie o sobie. Nadający rozpędu, kiedy warto przyspieszyć, hamujący, kiedy trzeba zwolnić, dla bezpieczeństwa.
Rok temu waliłem pięściami w poduszkę, ze łzami w oczach, ogarnięty poczuciem znienawidzonej bezsilności. Dziś budzę się co rano i czuję jak oczy świecą się z zajawki, bo na bank czeka mnie coś niezwykłego. I nie chodzi wcale o wydarzenie, o którym można by napisać poczytną powieść. Dziś zadowala mnie błysk w oku i szeroki uśmiech po długim leżeniu pod kołdrą o poranku.
Sanki niech pędzą, ja już nie zamierzam się zapierać.
czwartek, 6 sierpnia 2015
Przyjaźń
Rodzisz się. Pierwszych trzech – czterech lat nie pamiętasz, wiadomo. Później krótka chwila na całkowitą beztroskę dzieciństwa. Bez szkoły, bez dojrzewania, bez obowiązków, bez seksualnych napięć, bez presji otoczenia. Możesz się wyszaleć, robić na co tylko masz ochotę. Bawisz się życiem, chyba ten jedyny raz tak całkiem beztrosko.
Czas ucieka ci szybko, ani się obejrzysz, a z pól kwitnących makiem i znad rzek pachnących pokrzywami przeniesiesz się do... przedpokoju. Mama, z dłońmi zalanymi potem z nerwów (ale ty tego nie dostrzegasz, sam jesteś zbyt przejęty), dopina ci ostatni guzik w nieco za dużej, białej koszuli. Tata wziął wolne, żeby móc zawieźć cię na to wielkie wydarzenie.
Właśnie skończyła się beztroska. Idziesz do szkoły. Robisz pierwszy krok w dorosłość, ale z tego zdasz sobie sprawę jakieś piętnaście lat później. Wchodzisz sam do tego groźnie wyglądającego betonowego bunkra...
Chociaż nie. Może inaczej. Po długich wakacjach na wsi wracasz do domu. Zimowych wakacjach. I wcale nie jesteś w domu. Wylądowałeś w obcym miejscu, które od dzisiaj masz nazywać domem. Jest ładniejsze od poprzedniego, ale jakieś takie... zimne. Ściany nie są kolorowe, jak poprzednio, tylko nieprzyjemnie białe, meble niby te same, ale poukładane inaczej, widok z okien całkiem obcy.
Próbujesz oswoić się z tym miejscem, ale nie przychodzi ci to z łatwością. W końcu przychodzi wymarzona wiosna, możesz wyjść z tych paskudnych ścian. Prosisz mamę o zgodę, ubierasz się w cokolwiek i wybiegasz na trawnik pod blokiem, żeby go w końcu ze sobą oswoić...
A może na wakacjach? Może na klubowym boisku? Może gdzieś na spotkaniu twoich rodziców i ich znajomych? Może nocując u babci, akurat wtedy kiedy zaprosiła koleżankę z wnuczką lub wnukiem?
Tam go poznałeś. Przyjaciela. Tego pierwszego, jedynego, prawdziwego. Obaj nie znaliście na świecie nic. Zaczęliście poznawanie od siebie. Błądziliście ślepo po krzywo wijących się korytarzach rzeczywistości. Mieliście nadal w garści dzieciństwo i korzystaliście. To z nim biegałeś po zamarzniętych stawach, z nim jeździłeś na rowerze dalej niż wyobraźnia sięga, z nim siedziałeś do 5 gadając o kosmosie, filozofii i Magdzie z IIb.
Z nim przełykałeś pierwsze w twoim życiu pigułki goryczy. Mimo jego rad i asysty, nie udało ci się zdobyć... się na rozmowę z tą z e-klasy. Z nim współdzieliłeś ból rozstania, bo jednak dziś nie możecie... spędzić nocy razem.
Mamie mówiłeś co innego, ale tak naprawdę to to była najważniejsza osoba w twoim życiu. Dzwoniłeś do niego kiedy byłeś chory, on dzwonił do ciebie, kiedy olał sprawdzian z matmy. Znał twoje tajemnice, jak fascynacja bliską wam koleżanką, ty znałeś jego, jak to czy nosi majtki czy bokserki. Bez cienia krępacji, bo nie zasmakowaliście jeszcze wstydu i niezrozumienia.
Czasem próbował dostać się do was ktoś trzeci, ale wasza dwójka była jak monolit. Nie do ruszenia, nie do dotknięcia, nie do zrozumienia. Odrębna, dwuosobowa rzeczywistość, której nic nie jest w stanie naruszyć.
Świat się zmieniał, czasy się zmieniały, wy ani odrobinę. Dojrzewaliście powoli, nieświadomi procesu, który w was zachodzi. Dotykaliście coraz ciemniejszych głębin, nie wiedząc, że te głębie będą kiedyś waszym codziennym środowiskiem.
Nagle coś się zmieniło. Ani wtedy, ani dziś nie byłbyś w stanie określić kiedy dokładnie miało to miejsce. Stało się to tak naturalnie, jak naturalna jest... śmierć, ale o tym dowiesz się dużo później. Po prostu, z dnia na dzień, odpuściłeś i on też odpuścił. Przestaliście się kontaktować, spotykać, nawet przelotnie widywać.
Tydzień, miesiąc – jeden, drugi, trzeci, wydają się wiecznością, kiedy patrzysz w przód. Kiedy jednak odwracasz się, okazuje się, że te minione przemknęły z obłędną prędkością. Właśnie dlatego nie zauważałeś mijającego czasu. Po prostu płynął, a gdy zastanowiłeś się kiedy ostatni raz rozmawialiście...
...już się nie znaliście. Tak po prostu, najzwyczajniej w świecie. Bezboleśnie. To was uratowało. Od tej pory miałeś tracić bliskich, wynosząc blizny. Od tej pory każde rozstanie miało oznaczać ból, piętnować na przyszłość, powracać jak niechciany koszmar. Każde, poza tym jednym. Poza tym jednym, które było idealne, bo kończyło idealną przyjaźń.
Spotkacie się kiedyś. Kilka razy, przelotem. Kiwniecie sobie ręką na przywitanie i zapomnicie dalej. Przyjdzie jednak dzień, kiedy wpadniecie na siebie całkiem przypadkiem, w jakimś mało znaczącym miejscu. Może ty zagaisz do niego, może on do ciebie, to nie ma znaczenia. Znów spotkacie się jak kiedyś, w wolny, swobodny dzień i zapragniecie robić to na co tylko macie ochotę, tak jak się nauczyliście.
Popłyniecie. Wypijecie piwo, dwa, dużo więcej. Pojedziecie gdzieś daleko, jak za dawnych czasów. Rozkręcicie się jak kiedyś. Zrobicie parę głupstw, zachłyśniecie się szczęściem i wolnością, o jakich zdążyliście zapomnieć (a których jesteście synonimem). W końcu rozstaniecie się z trudem, ściskając się nawzajem i ściskając gardło z nerwów. Jakiś wewnętrzny głos powie wam, że to już naprawdę ostatni raz.
Owszem, zobaczycie się tu i ówdzie. Czasem uśmiechniecie się do siebie, czasem tylko jeden zauważy drugiego, czasem mimochodem obaj odwrócicie wzrok. Tak czy siak – każdy pojedzie w swoja stronę. Każdy odjedzie.
Przyjaźń uśnie. Nie, nie umrze. Taka przyjaźń nigdy nie umiera. Nie umiera bo była zbyt szczera gdy powstawała. Obaj dobrze wiecie, że nawet dziś twój numer telefonu jest dla niego numerem ratunkowym, chociaż zapewne nigdy nie będzie już użytym. Wciąż możecie na siebie liczyć, ale pewnie nie będzie wam dane sprawdzić tego.
Każdy przeżył taką przyjaźń. Jest nam pisana, kształtuje nas i ma większy wpływ na przyszłość niż byśmy sobie życzyli. Chowa w sobie tajemnice, które chcielibyśmy ukryć aż do śmierci, dodaje otuchy w momentach, kiedy czujemy się aż nadto dorośli, choć nie chcemy, tuli do snu, kiedy już nic nie pozwala zasnąć. Jest fundamentem, bazą, kotwicą, która nie pozwala wypłynąć na zbyt odległe wody.
Nie ma sensu jej ratować, bo jej korzenie tkwią dużo głębiej niż sami dosięgamy. Można jej zostawić należne miejsce w sercu i pamięci, traktować jak pocztówkę z dawnych wakacji. Można też o niej zapomnieć i żyć tworząc antytezę tego co kiedyś się tworzyło. Można wyciągnąć z niej wnioski i tworzyć przyszłość, według wartości wyniesionych stamtąd. Można wszystko, ale tylko dzięki niej, bo to ona jest punktem odniesienia.
Taka ona jest i taka była i taka bywa. Przyjaźń.
niedziela, 12 lipca 2015
Ja, robot
Nie, nie przeczytacie dziś recenzji filmu, którego nigdy nie widziałem. Ważniejsze jest co innego - ważne jest to, że, niezależnie od tytułu, w końcu przeczytacie coś ode mnie!
Znaczy się, że żyję :).
Ciekawym jest to, że nie pisałem akurat w tym samym czasie, w którym zaprzestałem biegania. Jak się okazuje, bieganie motywuje mnie na tyle do życia i wszelakiej ambitniejszej aktywności, że bez niego... może nie rozleniwiam się, ale częściej pozwalam sobie na bezproduktywne trwonienie czasu. Czasem trzeba!
Nie znaczy to oczywiście, że nie robiłem nic, bo udało mi się w tym czasie wyremontować mieszkanko, spędzić bardzo miłe, ale zbyt krótkie dwa tygodnie z przyjaciółmi z Londynu (pozdrawiam Was, moi zagraniczni fani ;)), czy popracować nad tematem, o którym napiszę kilka akapitów dalej.
Zresztą właśnie przez nawał obowiązków związanych z pracą i przerabianiem chałupki "po swojemu", ostatnimi czasy czułem się właśnie jak ten tytułowy robot. Wielokrotnie miałem ochotę napisać o czymś tutaj, ale brakowało mi choćby sekundy na zebranie jakiegoś materiału, a nawet naskrobanie kilku zdań o byle czym.
Jednak nie ma tego złego - odrobina dystansu i wyluzowania, pozwoliła mi dojrzeć do paru kwestii i wpaść na kilka ciekawych pomysłów. Cóż to takiego?
Po pierwsze - zdecydowałem się troszkę uporządkować i skonkretyzować tematy na jakie będę pisał tutaj. Chciałbym zająć się w dużej mierze kwestiami Łodzi i regionu.
Oczywiście po swojemu, toteż na dzień dobry zaproszę Was na mój cykl artykułów, w których postaram się pokazać moje miasto... w inny sposób. W jaki konkretnie? Opiszę to w oddzielnym poście. Tak czy siak - od przyszłego tygodnia, co niedzielę będę wrzucał kolejne "odcinki" i zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że spodoba Wam się to, a jeśli tak to będę kombinował takie serie częściej.
Oprócz tego planuję co jakiś czas, już bez obiecywania kiedy dokładnie, zamieszczać wpisy o moich ulubionych zakątkach miasta, a także o najciekawszych miejscowościach województwa łódzkiego. Myślę też nad robieniem wpisów na temat ciekawych miejsc, inicjatyw, wydarzeń, et cetera, mających miejsce w Łodzi i nie tylko.
I w tym momencie kieruję się do Was z prośbą - jeśli będziecie organizować jakieś wydarzenie lub prowadzicie jakąś ciekawą działalność (Wy, Wasi znajomi, Wasi nieznajomi o których chcielibyście poczytać, whatever ;)), dawajcie znać - chętnie o tym napiszę! Przy okazji relacji z MBN udało się fajnie połączyć mój wpis na blogu i promocję biegu na maratonypolskie.pl, myślę że w innych kwestiach można by podobnie "wyczarować" korzyści dla kilku stron.
Swoją drogą - jestem także otwarty na wszelkie propozycje w kwestii publikacji moich tekstów lub pisania ich na potrzeby innych serwisów, portali, czasopism, publikacji czy czego tam jeszcze. Jeśli podoba Ci się to co piszę i chciałbyś nawiązać współpracę - pisz śmiało!
Wracając do głównego tematu - żeby nie pozostać monotematycznym, będę starał się co jakiś czas wrzucić co nieco o innych zagadnieniach - bieganiu, literaturze, może muzyce, a czasem po prostu o życiu ;).
No i na koniec - wisienka na torcie. Przynajmniej tak mi moje wybujałe ego nakazuje to nazwać :). Powoli, zbliżam się do końca pracy nad moją książką! Zostało mi już bardzo niewiele, więc proszę mocno trzymać kciuki, żeby udało się jak najszybciej doprowadzić temat do końca! Nie mam pojęcia jak wygląda rozkręcanie całej wydawniczej machiny (lub maszynki, nie wiem co z tego wszystkiego wyjdzie póki co ;)), ale ja mam cichą nadzieję zamknąć temat do Bożego Narodzenia. A potem? Dla mnie sława i kokosy, a dla Was możliwość mówienia - "Bajas? Pfff, czytałem go jeszcze zanim stał się sławny" ;).
Jeśli Wam się podoba to zachęcam do komentowania, udostępniania, promowania!
A ja biorę się do pracy!
Znaczy się, że żyję :).
Ciekawym jest to, że nie pisałem akurat w tym samym czasie, w którym zaprzestałem biegania. Jak się okazuje, bieganie motywuje mnie na tyle do życia i wszelakiej ambitniejszej aktywności, że bez niego... może nie rozleniwiam się, ale częściej pozwalam sobie na bezproduktywne trwonienie czasu. Czasem trzeba!
Nie znaczy to oczywiście, że nie robiłem nic, bo udało mi się w tym czasie wyremontować mieszkanko, spędzić bardzo miłe, ale zbyt krótkie dwa tygodnie z przyjaciółmi z Londynu (pozdrawiam Was, moi zagraniczni fani ;)), czy popracować nad tematem, o którym napiszę kilka akapitów dalej.
Zresztą właśnie przez nawał obowiązków związanych z pracą i przerabianiem chałupki "po swojemu", ostatnimi czasy czułem się właśnie jak ten tytułowy robot. Wielokrotnie miałem ochotę napisać o czymś tutaj, ale brakowało mi choćby sekundy na zebranie jakiegoś materiału, a nawet naskrobanie kilku zdań o byle czym.
Jednak nie ma tego złego - odrobina dystansu i wyluzowania, pozwoliła mi dojrzeć do paru kwestii i wpaść na kilka ciekawych pomysłów. Cóż to takiego?
Po pierwsze - zdecydowałem się troszkę uporządkować i skonkretyzować tematy na jakie będę pisał tutaj. Chciałbym zająć się w dużej mierze kwestiami Łodzi i regionu.
Oczywiście po swojemu, toteż na dzień dobry zaproszę Was na mój cykl artykułów, w których postaram się pokazać moje miasto... w inny sposób. W jaki konkretnie? Opiszę to w oddzielnym poście. Tak czy siak - od przyszłego tygodnia, co niedzielę będę wrzucał kolejne "odcinki" i zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że spodoba Wam się to, a jeśli tak to będę kombinował takie serie częściej.
Oprócz tego planuję co jakiś czas, już bez obiecywania kiedy dokładnie, zamieszczać wpisy o moich ulubionych zakątkach miasta, a także o najciekawszych miejscowościach województwa łódzkiego. Myślę też nad robieniem wpisów na temat ciekawych miejsc, inicjatyw, wydarzeń, et cetera, mających miejsce w Łodzi i nie tylko.
I w tym momencie kieruję się do Was z prośbą - jeśli będziecie organizować jakieś wydarzenie lub prowadzicie jakąś ciekawą działalność (Wy, Wasi znajomi, Wasi nieznajomi o których chcielibyście poczytać, whatever ;)), dawajcie znać - chętnie o tym napiszę! Przy okazji relacji z MBN udało się fajnie połączyć mój wpis na blogu i promocję biegu na maratonypolskie.pl, myślę że w innych kwestiach można by podobnie "wyczarować" korzyści dla kilku stron.
Swoją drogą - jestem także otwarty na wszelkie propozycje w kwestii publikacji moich tekstów lub pisania ich na potrzeby innych serwisów, portali, czasopism, publikacji czy czego tam jeszcze. Jeśli podoba Ci się to co piszę i chciałbyś nawiązać współpracę - pisz śmiało!
Wracając do głównego tematu - żeby nie pozostać monotematycznym, będę starał się co jakiś czas wrzucić co nieco o innych zagadnieniach - bieganiu, literaturze, może muzyce, a czasem po prostu o życiu ;).
No i na koniec - wisienka na torcie. Przynajmniej tak mi moje wybujałe ego nakazuje to nazwać :). Powoli, zbliżam się do końca pracy nad moją książką! Zostało mi już bardzo niewiele, więc proszę mocno trzymać kciuki, żeby udało się jak najszybciej doprowadzić temat do końca! Nie mam pojęcia jak wygląda rozkręcanie całej wydawniczej machiny (lub maszynki, nie wiem co z tego wszystkiego wyjdzie póki co ;)), ale ja mam cichą nadzieję zamknąć temat do Bożego Narodzenia. A potem? Dla mnie sława i kokosy, a dla Was możliwość mówienia - "Bajas? Pfff, czytałem go jeszcze zanim stał się sławny" ;).
Jeśli Wam się podoba to zachęcam do komentowania, udostępniania, promowania!
A ja biorę się do pracy!
czwartek, 28 maja 2015
Entuzjazm
Muszę robić dobrą minę do złej gry. Uśmiechać się ładnie, słuchać co mówią do mnie inni, rozumieć ich prośby i polecenia, spełniać je. Rozglądać się po okolicy i myśleć, że jest ładna o tej porze roku. Słuchać gwaru i odnajdywać się w nim, jakby był czymś całkowicie normalnym, zgodnym z moją naturą. Żyć, tak jak zwykłem do tej pory.
Tylko zaraz... jakiego lenistwa? Czy tamten czas spędziłem mało aktywnie? Nie wydaje mi się. Ba! Mam wrażenie, że to właśnie tutaj robię mniej! Częściej się lenię, częściej trwonię czas tylko po to, żeby szybciej zleciał. Tam jest zawsze coś do roboty. Idę na spacer, idę pobiegać, wskakuję do wody na basenie, gram w planszówki, czytam książki i czasopisma. Brakuje doby, żeby to wszystko pomieścić!
Niewiele się zmieniło, w zasadzie nic. Ja jestem ten sam, moje towarzystwo jest takie samo, moje otoczenie, znane mi tak dobrze, nie różni się ani odrobinkę od stanu w jakim je zostawiłem. Co to jest te kilka dni? Co takiego się dzieje, że wracam do dobrze znanych mi miejsc, a czuję jakbym przyleciał na inną planetę?
To wszystko przez to, że mogłem sobie pozwolić na 10 dni lenistwa! Jestem pewien, że to tego wina! Tutaj po prostu mam więcej obowiązków do wykonania, więcej jest na mojej głowie. To w tym nie mogę się odnaleźć!
Tylko zaraz... jakiego lenistwa? Czy tamten czas spędziłem mało aktywnie? Nie wydaje mi się. Ba! Mam wrażenie, że to właśnie tutaj robię mniej! Częściej się lenię, częściej trwonię czas tylko po to, żeby szybciej zleciał. Tam jest zawsze coś do roboty. Idę na spacer, idę pobiegać, wskakuję do wody na basenie, gram w planszówki, czytam książki i czasopisma. Brakuje doby, żeby to wszystko pomieścić!
"No dobrze..." ktoś powie "...ale to są same przyjemności, nic specjalnie męczącego! To tak jakbyś się lenił!". W sumie racja. Jednak - po pierwsze - zdarzają się czynności specjalnie męczące, na przykład maraton ;). Po drugie - tam będąc też trzeba wypełniać obowiązki. Śniadanie samo się nie zrobi, a nawet jak się zrobi, to samo się po nim nie posprząta. Nikt nie lubi chodzić po brudnej podłodze, to trzeba ją ogarnąć. Śmieci pozbierać, wywalić do kubła. Poprać brudne gacie. Zrobić zakupy z dłuuuugą listą i dotaszczyć je do domu. Drobiazgi? Pewnie, ale często myślę, że to właśnie te drobiazgi są najgorsze, najbardziej uwierają, niczym mikroskopijne drzazgi.
Praca? Na pewno też ma wpływ, ale z drugiej strony - ile razy bywało tak, że miało się i 5 dni wolnego, a i tak nie było to to samo. Żadna czynność nie smakowała tak dobrze, brzydka pogoda od razu psuła nastrój ("jak zwykle - ja mam wolne i leje!"), a najczęściej to i tak nic się nie chciało i trwoniło się cenną wolność na bezużytecznych, irytujących błahostkach.
Znaczy się - trzeba poszukać gdzie indziej. A może po prostu wystarczy spojrzeć inaczej? Podczas maratonu w Łodzi strasznie odbijało mi się, po mojej pustej głowie, angielskie słowo feedback. Zazwyczaj wolę polskie określenia, ale to wydaje mi się dużo lepiej pasujące niż złowieszczo brzmiące "sprzężenie zwrotne"...
Obserwowałem siebie kiedy zachęcałem kibiców do głośniejszego dopingu i kibiców kiedy byli zachęcani. Działało to tak: widziałem grupkę, podskakiwała mi adrenalinka, krzyczałem do nich, machałem rękami itp., od razu czułem radość, oni wyrywali się z tej, było nie było, monotonii i zaczynali dopingować chętniej i głośniej. To dodawało mi jeszcze większego kopa, na skutek czego mimochodem się uśmiechałem. Oni to widzieli i nawet kiedy ich już mijałem, słyszałem bardziej ożywione brawa. Serducho waliło przyjemnie, zachęcane adrenaliną i endorfinami, z głowy wyparowywały, choć na chwilunię, złe myśli, ból jakby cichł na sekundkę.
Gdy nie robiłem tego, nie zachęcałem ich, nie działo się kompletnie nic. Szarzyzna.
I wydaje mi się, że właśnie o to chodzi!
Nie lubię miasta. Nie lubię tłumu. Nie lubię hałasu. Nie lubię gadania o niczym i robienia byle czego. Nie jaram się. Nie odpowiada mi moje otoczenie, cały ten mikro i makroklimat. Ciężko więc, żebym cieszył się tym co robię, cokolwiek to jest....
Lubię naturę. Lubię kameralną, klimatyczną wieś. Lubię ciszę, uspokajającą i przyjemnie masującą umysł. Lubię ciekawe rozmowy, w ciekawych miejscach, z ciekawymi ludźmi. Na spokojnie, bez pośpiechu i tego dziwnego, miejskiego ciśnienia.
Wtedy ładuję baterię. Wtedy cieszę się wszystkim. Podchodzę z entuzjazmem do każdej rzeczy jaka tylko mi się przytrafia. Zapomniałem czegoś kupić? Nie jojczę, że już mi się nie chce wychodzić, ale ubieram buty i wyskakuję na deszcz i wiatr z uśmiechem na ustach. Smakuję życie pod każdą postacią - porannej jajecznicy, południowej kawy, wieczornego szumu rzeki, migotania nocnego nieba.
Jest mi tu źle, bo wiem, że znalazłem swoje miejsce na świecie. Wiem gdzie chciałbym żyć i co chciałbym tak robić. Pewnie to minie z czasem, ale teraz czuję się jak podczas rozstania. Wydaje mi się, że już nie dam rady normalnie żyć, póki nie wrócę w tamte zakątki, nie odetchnę tamtym powietrzem.
Co z tym zrobię? Feedback. Zacznę działać. Nakręcać spiralę działania, która, mam nadzieję, zaprowadzi mnie kiedyś do mojego domu, takiego jak sobie wymarzyłem, z Dominiką leniwie wyciągniętą na leżaku, obok jej ukochanych, wymarzonych psiaków, a ja będę sobie na to zerkał spod drzewka, gdzie poszedłem poczytać i porozmyślać, niczym Włóczykij.
Źle mi i ciężko, ale gotuje się we mnie. Natura naładowała moje baterie do maksimum. Dała mi tę samą niewidzialną energię, jaka powoduje, że kibice zachęcani dopingują głośniej, a ja później biegnę szybciej.
Jestem pełen entuzjazmu. Jaram się!
Praca? Na pewno też ma wpływ, ale z drugiej strony - ile razy bywało tak, że miało się i 5 dni wolnego, a i tak nie było to to samo. Żadna czynność nie smakowała tak dobrze, brzydka pogoda od razu psuła nastrój ("jak zwykle - ja mam wolne i leje!"), a najczęściej to i tak nic się nie chciało i trwoniło się cenną wolność na bezużytecznych, irytujących błahostkach.
Znaczy się - trzeba poszukać gdzie indziej. A może po prostu wystarczy spojrzeć inaczej? Podczas maratonu w Łodzi strasznie odbijało mi się, po mojej pustej głowie, angielskie słowo feedback. Zazwyczaj wolę polskie określenia, ale to wydaje mi się dużo lepiej pasujące niż złowieszczo brzmiące "sprzężenie zwrotne"...
Obserwowałem siebie kiedy zachęcałem kibiców do głośniejszego dopingu i kibiców kiedy byli zachęcani. Działało to tak: widziałem grupkę, podskakiwała mi adrenalinka, krzyczałem do nich, machałem rękami itp., od razu czułem radość, oni wyrywali się z tej, było nie było, monotonii i zaczynali dopingować chętniej i głośniej. To dodawało mi jeszcze większego kopa, na skutek czego mimochodem się uśmiechałem. Oni to widzieli i nawet kiedy ich już mijałem, słyszałem bardziej ożywione brawa. Serducho waliło przyjemnie, zachęcane adrenaliną i endorfinami, z głowy wyparowywały, choć na chwilunię, złe myśli, ból jakby cichł na sekundkę.
Gdy nie robiłem tego, nie zachęcałem ich, nie działo się kompletnie nic. Szarzyzna.
I wydaje mi się, że właśnie o to chodzi!
Nie lubię miasta. Nie lubię tłumu. Nie lubię hałasu. Nie lubię gadania o niczym i robienia byle czego. Nie jaram się. Nie odpowiada mi moje otoczenie, cały ten mikro i makroklimat. Ciężko więc, żebym cieszył się tym co robię, cokolwiek to jest....
Lubię naturę. Lubię kameralną, klimatyczną wieś. Lubię ciszę, uspokajającą i przyjemnie masującą umysł. Lubię ciekawe rozmowy, w ciekawych miejscach, z ciekawymi ludźmi. Na spokojnie, bez pośpiechu i tego dziwnego, miejskiego ciśnienia.
Wtedy ładuję baterię. Wtedy cieszę się wszystkim. Podchodzę z entuzjazmem do każdej rzeczy jaka tylko mi się przytrafia. Zapomniałem czegoś kupić? Nie jojczę, że już mi się nie chce wychodzić, ale ubieram buty i wyskakuję na deszcz i wiatr z uśmiechem na ustach. Smakuję życie pod każdą postacią - porannej jajecznicy, południowej kawy, wieczornego szumu rzeki, migotania nocnego nieba.
Jest mi tu źle, bo wiem, że znalazłem swoje miejsce na świecie. Wiem gdzie chciałbym żyć i co chciałbym tak robić. Pewnie to minie z czasem, ale teraz czuję się jak podczas rozstania. Wydaje mi się, że już nie dam rady normalnie żyć, póki nie wrócę w tamte zakątki, nie odetchnę tamtym powietrzem.
Co z tym zrobię? Feedback. Zacznę działać. Nakręcać spiralę działania, która, mam nadzieję, zaprowadzi mnie kiedyś do mojego domu, takiego jak sobie wymarzyłem, z Dominiką leniwie wyciągniętą na leżaku, obok jej ukochanych, wymarzonych psiaków, a ja będę sobie na to zerkał spod drzewka, gdzie poszedłem poczytać i porozmyślać, niczym Włóczykij.
Źle mi i ciężko, ale gotuje się we mnie. Natura naładowała moje baterie do maksimum. Dała mi tę samą niewidzialną energię, jaka powoduje, że kibice zachęcani dopingują głośniej, a ja później biegnę szybciej.
Jestem pełen entuzjazmu. Jaram się!
sobota, 14 marca 2015
Stop!
Dzisiaj zmiana klimatu :). Na początek informacja, że proponowany przeze mnie "soundtrack" to mój subiektywny, hiphopowy wybór i zapewne nie każdemu przypasuje. Wierzę jednak, że po pierwsze - każdy będzie w stanie sobie znaleźć coś w swoim klimacie, a o podobnym wydźwięku, a po drugie, że uda mi się zachęcić do sprawdzenia tego co proponuję. Byle czego nie zamierzam wrzucać :).
"Uzależnieni od seksu, alkoholu, nikotyny, cybernautyki, pieniędzy i adrenaliny, od księży, mediów i od spiny na street'cie, uzależnieni od uzależnień - życie.". (klik)
Ciężko dziś się w tym wszystkim połapać, prawda? Nie wiem jak Wy, ale ja mam wrażenie, że jakieś 20. lat temu czas płynął wolniej. Chociaż pamiętam tamte czasy jedynie z perspektywy dziecka, to odnoszę wrażenie, że nie było tego wszechogarniającego pędu. Nie było tak wiele pośpiechu, zadań, celów, stresu. Dziś musimy mieć wszystko, to wszystko musi być bezwzględnie doskonałe i dostępne na już. Skutkiem tego wymagamy tego od innych ludzi, a skoro każdy wymaga tego od każdego, to ta chora pajęczyna dotyka każdego. Wskakujemy w strumień, w którym nie chcemy płynąć.
"Nie ma czasu na pieprzenie o cierpliwości, życie to bieg, kto nie biegnie - umiera". (klik)
Gnamy przed siebie, chociaż tak w zasadzie to przeciwko sobie. Odbijamy od siebie całe zło które wciska się niepostrzeżenie, wyładowując złość i agresję na najbliższym otoczeniu. Każdy, nawet najmniejszy, problem urasta do rangi giga kryzysu. Zresztą czemu się tu dziwić? Media kreują z byle pierdoły wydarzenie o niespotykanej skali, a my podświadomie uczymy się tego i stosujemy w swoim życiu. Wydaje nam się, że cały świat się interesuje tym co nas trapi i dostajemy szału widząc, że nikogo to nie obchodzi.
"Myślisz, że Twój problem jest największy? Wyjdź się przewietrz i spytaj Claptona czemu napisał "Tears in heaven"..." (klik)
Tym, którzy nie wiedzą ułatwię zadanie - Clapton napisał swój przebój, po tym jak jego syn wypadł z okna na 53. piętrze hotelu.
Dlatego dzisiaj krzyczę STOP! Ja się zatrzymuję i wysiadam z tego pociągu. Chociaż na jeden dzień, na kilka godzin odcinam się od wszystkiego co wokół i od samego siebie.
Na łamach tego bloga macie (i będziecie jeszcze mieli) okazję czytać relację z mojego, trzydniowego raptem, wypadu do Spały. Wypadu, który był dla mnie najlepszą terapią na trapiące mnie podówczas troski. Pomogła mi zmiana otoczenia, ale przede wszystkim samotność. To ja sam decydowałem o moim czasie, o tym co robię, jak, kiedy i co sobie myślę w tym czasie. Dziś, znów będąc kłębkiem nerwów i długotrwałego stresu, myślę, że takie "terapie" jak tamta powinno się stosować tak często jak tylko się da.
"Dziś wyłączam moją Nokię jako protest, wyłączam kompa i TV, niech świat się pląta i krzywi. Dziś wyłączam wszystko, chowam peryskop, dziś ten świat to trotyl, a człowiek jest iskrą.".
Mój pomysł na dziś i propozycja dla Was, na najbliższe dziś jakie będziecie mogli na to poświęcić. Otworzyć okno i wpuścić dużo świeżego powietrza. Dawno nie czytałeś nic ambitnego? Przeczytaj. Nie pamiętasz kiedy ostatnio słuchałeś muzyki, samotnie leżąc na łóżku ze słuchawkami, chociaż to uwielbiasz? Wywal nogi przed siebie i zgraj jakiś pozytywny vibe. Nie spacerowałeś samotnie? Spróbuj, warto. Masz fioła na punkcie sportu i zdrowego odżywiania? Odpuść trening, ten jeden jedyny raz, pobycz się na kanapie z pop-cornem pod pachą.
Złap balans jak akrobata, rozsmakuj się w chwili, skosztuj prostych przyjemności. Daj znać co o tym sądzisz na facebooku, ale dopiero dzień, dwa po wszystkim. Dziś tylko Ty wiesz, że jest Ci dobrze i cieszysz się tą swoją słodziutką tajemnicą ;).
"Mogliśmy wszystko, lecz mogliśmy tylko chcieć, żyjąc szybko, bo chcieliśmy wszystko mieć, myśląc płytko..." (klik)
"Uzależnieni od seksu, alkoholu, nikotyny, cybernautyki, pieniędzy i adrenaliny, od księży, mediów i od spiny na street'cie, uzależnieni od uzależnień - życie.". (klik)
Ciężko dziś się w tym wszystkim połapać, prawda? Nie wiem jak Wy, ale ja mam wrażenie, że jakieś 20. lat temu czas płynął wolniej. Chociaż pamiętam tamte czasy jedynie z perspektywy dziecka, to odnoszę wrażenie, że nie było tego wszechogarniającego pędu. Nie było tak wiele pośpiechu, zadań, celów, stresu. Dziś musimy mieć wszystko, to wszystko musi być bezwzględnie doskonałe i dostępne na już. Skutkiem tego wymagamy tego od innych ludzi, a skoro każdy wymaga tego od każdego, to ta chora pajęczyna dotyka każdego. Wskakujemy w strumień, w którym nie chcemy płynąć.
"Nie ma czasu na pieprzenie o cierpliwości, życie to bieg, kto nie biegnie - umiera". (klik)
Gnamy przed siebie, chociaż tak w zasadzie to przeciwko sobie. Odbijamy od siebie całe zło które wciska się niepostrzeżenie, wyładowując złość i agresję na najbliższym otoczeniu. Każdy, nawet najmniejszy, problem urasta do rangi giga kryzysu. Zresztą czemu się tu dziwić? Media kreują z byle pierdoły wydarzenie o niespotykanej skali, a my podświadomie uczymy się tego i stosujemy w swoim życiu. Wydaje nam się, że cały świat się interesuje tym co nas trapi i dostajemy szału widząc, że nikogo to nie obchodzi.
"Myślisz, że Twój problem jest największy? Wyjdź się przewietrz i spytaj Claptona czemu napisał "Tears in heaven"..." (klik)
Tym, którzy nie wiedzą ułatwię zadanie - Clapton napisał swój przebój, po tym jak jego syn wypadł z okna na 53. piętrze hotelu.
Dlatego dzisiaj krzyczę STOP! Ja się zatrzymuję i wysiadam z tego pociągu. Chociaż na jeden dzień, na kilka godzin odcinam się od wszystkiego co wokół i od samego siebie.
Na łamach tego bloga macie (i będziecie jeszcze mieli) okazję czytać relację z mojego, trzydniowego raptem, wypadu do Spały. Wypadu, który był dla mnie najlepszą terapią na trapiące mnie podówczas troski. Pomogła mi zmiana otoczenia, ale przede wszystkim samotność. To ja sam decydowałem o moim czasie, o tym co robię, jak, kiedy i co sobie myślę w tym czasie. Dziś, znów będąc kłębkiem nerwów i długotrwałego stresu, myślę, że takie "terapie" jak tamta powinno się stosować tak często jak tylko się da.
"Dziś wyłączam moją Nokię jako protest, wyłączam kompa i TV, niech świat się pląta i krzywi. Dziś wyłączam wszystko, chowam peryskop, dziś ten świat to trotyl, a człowiek jest iskrą.".
Mój pomysł na dziś i propozycja dla Was, na najbliższe dziś jakie będziecie mogli na to poświęcić. Otworzyć okno i wpuścić dużo świeżego powietrza. Dawno nie czytałeś nic ambitnego? Przeczytaj. Nie pamiętasz kiedy ostatnio słuchałeś muzyki, samotnie leżąc na łóżku ze słuchawkami, chociaż to uwielbiasz? Wywal nogi przed siebie i zgraj jakiś pozytywny vibe. Nie spacerowałeś samotnie? Spróbuj, warto. Masz fioła na punkcie sportu i zdrowego odżywiania? Odpuść trening, ten jeden jedyny raz, pobycz się na kanapie z pop-cornem pod pachą.
Złap balans jak akrobata, rozsmakuj się w chwili, skosztuj prostych przyjemności. Daj znać co o tym sądzisz na facebooku, ale dopiero dzień, dwa po wszystkim. Dziś tylko Ty wiesz, że jest Ci dobrze i cieszysz się tą swoją słodziutką tajemnicą ;).
"Mogliśmy wszystko, lecz mogliśmy tylko chcieć, żyjąc szybko, bo chcieliśmy wszystko mieć, myśląc płytko..." (klik)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





