Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton beskid niski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton beskid niski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2015

Najlepiej w mróz

No siema, siema. Żyję, żyję, bez obaw! O dziwo mam ciągle jakieś nowe wyświetlenia, więc mimo upływu 3 miesięcy od ostatniego wpisu, wciąż są desperaci, którzy liczą, że coś wrzucę!

Wrzucam!

Dziś o niczym konkretnym. No trochę o mrozie, trochę o bieganiu, trochę śmiesznych śmieszności, a na koniec i tak nie będziecie ani odrobinę mądrzejsi, niż w tym momencie :).

Uwaga! Włączyłem tryb maratoński na początku grudnia! Co to oznacza? Oznacza maraton w maju! Jeeee, będę biegł w Wysowej po raz drugi 22 maja! Przynajmniej tak planuję, bo nigdy nie wiadomo jak to będzie wszystko wyglądać za pół roku.

A dlaczego nie będzie wiadomo? Bo mi się synek urodzi gdzieś między marcem, a kwietniem! Ci co nie wiedzieli niech się cieszą, ci co wiedzieli niech też się cieszą, razem ze mną i moją ukochaną :).

No właśnie taki to będzie rok szalony, jeszcze szaleńszy niż ten! W tym wydarzyło się mega dużo: były rozstania i powroty, były sprzeczki, było takie godzenie się, że ho ho, były życiowe rekordy i starty do zapamiętania na całe życie, było mnóstwo fajnych wyjazdów i mnóstwo fajnych dni w Łodzi. Dobry rok.

Przyznam Wam się szczerze, że wchodzę w ten nowy z zajawką, jakiej dawno nie miałem. Motywację daje mi perspektywa zostania ojcem, ale też w końcu znalazłem motywację w sobie, taką dla samego siebie. Zaczynałem pisać na tym blogu od "Egoisty" i dziś wreszcie jestem tym egoistą jakiego w sobie lubię. Pozytywnym, szczęśliwym, zadowolonym, ambitnym i optymistycznym.

Pozostaje tylko praca!

Najlepiej pracuje się w mróz, tyle Wam powiem! Szczególnie jeśli chodzi o bieganie, hłe hłe. Polaków mniej na chodnikach, nie pocisz się jak świnka i brakuje jeszcze tylko fruwających płatków śniegu!

Żeby nie było, że tylko bieganie i dzieci mi w głowie, to przyznam się Wam do czegoś. Nie mogę się doczekać sylwestrowej imprezy. W końcu nie da się ukryć, że życie to wieczna balanga. W związku z tym balanga jest kwintesencją życia!

Dlatego też życzenia noworoczne złożę Wam (i sobie :)) tak:

Mam nadzieję, że spędzicie tego sylwestra w gronie ludzi, z którymi chętnie spędzilibyście cały rok. Nie ważne czy będzie to jedna osoba czy sto dwadzieścia głów, niech to będą twarze za sto punktów! Jak znam ten naród, to większość z Was pierwsze kroki skieruje do lodówki, po flaszeczkę. Tak najprościej... i bardzo dobrze, bo najprostsza droga zawsze najlepiej prowadzi do celu! Toastów wzniesiecie pewnie co niemiara, niech każdy jeden, oznacza jeden ogromny powód do radości w 2016.

Wiem, że wśród czytających są też tacy, którzy z lodówki wyciągną sok pomarańczowy, albo jakąś smakowitą przekąskę. I super, człowiek nie tylko samymi używkami żyje! Sztuką jest cieszyć się bez wspomagaczy, bo najlepszy narkotyk każdy z nas ma w głowie i wydziela się samoczynnie u wszystkich szczęśliwych! Pijaki - uczcie się od niepijących!

Co więcej? Skoro już musicie żłopać, to jak Was gorzałka w przełyk zapali, to pamiętajcie, że w życiu nie zawsze jest super i trzeba się trochę wycierpieć, żeby poczuć choć odrobinę przyjemności :). Oj tak, każdemu po trochu gorzkich chwil życzę! Nie za dużo, ale dla zbalansowania słodyczy życia się przyda!

Tyle co przetańczycie, spędźcie (proporcjonalnie do całego roku lenie!) ćwicząc swoją kondychę, tyle co przesiedzicie na kanapie i przegadacie, albo przeoglądacie "z Dwójką" - spędźcie na czytaniu dobrych książek! Ile razy wyjdziecie przewietrzyć się (albo na fajkę :)), tyle razy wyjedźcie (razy 10!) i tyle ile gwiazd zobaczycie na niebie, tyle razy śpijcie pod gołym niebem! A jak będą chmury to niech będą, ile chmur tyle razy kiepska pogoda nie popsuje Wam ambitnych planów.

A jak już popijecie, pogadacie, potańczycie i złożycie sobie płomienne życzenia o północy, to rano wstańcie z kapciem w buzi, pociągnijcie sowity łyczek mineralnej i z czystym sumieniem poobijajcie się przez cały ten pierwszy dzień w roku, bo przecież każdy zasługuje na chwilę nicnierobienia (tato, pamiętam, że pracujesz, ale Ty masz 70 dni urlopu na ten rok, to jeszcze się poobijasz :))!

O, tego i w ogóle wszystkiego naj Wam życzę na ten 2016.

I jeszcze pewnej grupce zapaleńców sukcesów kadry na Euro! O matko, o matko, a co będzie jak im się w końcu, pierwszy raz za mojego żywota coś uda?! :)

No, to tyle życzeń. Postanowienia? Ambitne i dużo, chociaż wiem, że to bez sensu takie "od nowego roku nowe życie", ale jakoś nie da się oprzeć takiej unikalnej możliwości zmotywowania! Jak też macie podobnie jak ja milion planów, to pamiętajcie, żeby wytrwać chociaż dalej niż za 3 poniedziałek stycznia. Podobno to najgorszy dzień w roku, bo do tej pory zdążymy już uświadomić sobie, że nie zrealizujemy naszych entuzjastycznych postanowień, już na starcie porażka, a tu jeszcze cały rok... Trzeba oszukać system i załamać się w 4 poniedziałek!

Tyle ode mnie. Mogę jeszcze dodać, że w sobotę 2 idę biegać, więc jak ktoś postanowił sobie "biegam!" to nie ma wymówek! Nawet jak będziecie niedospani i będą bolały głowy. Jak ktoś chce to może iść ze mną, proszę pisać, ale ja nie odpuszczam! No dobra pierwszego odpuszczam, ale... litości! :)

Do zobaczenia w nowym roku!


piątek, 29 maja 2015

Maraton Beskid Niski

Chcesz wziąć udział w fajnie zorganizowanej imprezie biegowej, z ciekawym pakietem startowym, śmiesznie niskim wpisowym, ze świetną atmosferą i wyjątkowo ciekawą trasą? W takim razie daj sobie spokój z bieganiem po mieście, a już na pewno z bieganiem w zawodach regularnie bijących krajowe rekordy frekwencji. Poznaj urok wydarzeń kameralnych...

Na początek kilka suchych faktów: tegoroczny Maraton Beskid Niski to, z tego co udaje się wywnioskować z internetu, pierwsza edycja zawodów. Tzn. jeśli dobrze zrozumiałem, to maraton rozgrywany był w 2012, jako Maraton Naftowy. Obie imprezy powiązane są z inną - Weekendem Naftowym, organizowanym w Gorlicach i mającym na celu upamiętnienie tradycji tego regionu w zakresie wydobywania ropy naftowej, a także działalności światowego pioniera przemysłu naftowego - Ignacego Łukasiewicza.

W tym roku Weekend Naftowy odbył się w dniach 23-24 maja i składał się z dwóch imprez sportowych. W sobotę miały miejsce zawody K2 Roll and Ski - dla rolkarzy i nartorolkarzy, na dystansach 22 i 44 km oraz 1000 m dla dzieciaków. W niedzielę natomiast rządzili biegacze - na 5, 10 i 42,195 km oraz nordic walkerzy :) na 5 km. Nie zabrakło oczywiście biegów dla dzieciaków, na dystansach od 40 do 1000 metrów.

Istotnym jest fakt, że mety wszystkich zawodów znajdowały się w Wysowej Zdrój (starty też, poza maratonem, który ruszał z Gorlic). Tam też ulokowaliśmy się z tatą i grupką kibiców w postaci rodziny, zamierzając pokonać królewski, maratoński dystans, na wymagającej, bo górzystej trasie. O urokach Wysowej wspominam i jeszcze będę wspominał w innych postach na blogu, więc teraz skupię się na samym biegu.

Zacznijmy od tego co zawsze "atakuje" pierwsze, czyli od wpisowego. Zapisy na zawody odbyły się oczywiście drogą elektroniczną, wystarczyły dosłownie dwie minutki i już widniało się na liście. Przyjemnie, ale najprzyjemniejsze okazały się kwoty. Za wpisowe do 28.02 płaciło się 25 złotych! Za maraton! Później zresztą niewiele więcej, bo kolejno 30 zł do 22.05 i 40 zł przy płaceniu "na miejscu".

Kilka cyferek dla porównania - w Łodzi do zapłacenia było minimum 80 zł, później kwota rosła do 100 zł, w biurze zawodów zapłacić trzeba by 180 zł. W Poznaniu - 100, 150 i 200 złotych. Za Bieg Fabrykanta, w sierpniu tego roku w Łodzi, zapłaciłem przedwczoraj (w 1. dniu zapisów) 40 zł, w wersji bez koszulki (z koszulką 70 zł). Rozumiem, że koszty organizacji w mieście są zawsze większe, bo policji więcej trzeba, bo karetek więcej itp, ale... Nikt mi nie wmówi, że sponsorzy pokroju PZU, PKO czy DOZ mają mniejsze możliwości niż Uzdrowisko Wysowa S.A. i wykładają mniejszą kasę... Różnice są przecież ogromne!



Okej, jak wpisowe niskie, to pewnie pakiet ubogi? Zweryfikujmy to... Po pakiety wybraliśmy się tuż przed startem rolkarzy, więc teoretycznie w momencie, kiedy kręciło się tam najwięcej osób. Do biura zawodów nie trzeba było dopychać się przez setki komercyjnych stoisk, naganiaczy, ulotkarzy itp. Owszem - tuż obok biura przycupnęło kilka stoisk, dostępnych dla zainteresowanych, ale przynajmniej nie czuło się tego komercyjnego smrodku znanego tak dobrze z dużych miast. Kolejki również brak, wydawanie pakietów trwało dosłownie 2-3 minutki (dla dwóch osób). Zapisaliśmy się na transport do Gorlic i mogliśmy zweryfikować zawartość pakietowych reklamówek.

Pakiet z Poznania zapamiętam głównie z tego, że wyrzuciłem z niego dwucentymetrową stertę ulotkowych śmieci. Pakiet z Łodzi - z chudnięcia z roku na rok (przy tym samym wpisowym...). Pakiet z Wysowej? Za 30 złotych znalazłem - bardzo fajną koszulkę zawodów (z jedynym logo sponsora w postaci Wysowianki), przewodnik i mapę po Małopolsce, napój izotoniczny produkowany w Wysowej i standardowe elementy w postaci gąbki i worka na depozyt. Owszem znalazło się kilka ulotek, ale dosłownie kilka i wszystkie związane z regionem, więc na pewno użyteczniejsze niż 5% rabatu za każde wydane 500 zł do jakiegoś tam sklepu ze zbyt drogimi butami...



Do tego jeszcze 3 kuponiki - na posiłek regeneracyjny, na piwko z lokalnego browaru i na basen w Wysowej, w ramach regeneracji po biegu. My akurat nie skorzystaliśmy z żadnego z nich, ale jeśli ktoś miał potrzebę - bardzo przyjemne drobiazgi.

Jak już wspomniałem, organizator pomyślał także o przewiezieniu nocujących w Wysowej do Gorlic, na start. Podstawiono bodajże 6 autobusów Gorlickiej komunikacji miejskiej, w których wygodnie się rozsiedliśmy i lada moment byliśmy na miejscu. Tutaj pierwszy, drobniuteńki zgrzyt - byliśmy w Gorlicach chyba nieco zbyt wcześnie. Start był o 9.45, my dotarliśmy tam już na 8.30. Rozumiem, że organizator chciał zabezpieczyć się przed wszelkimi możliwymi obsuwami i dać nam maksimum czasu na przygotowanie do startu, ale...

Tu drugi drobny zgrzyt - właściwie brak przebieralni. Zawodnikom udostępniono jedynie malutki lokal, zdaje się, że punkt informacji turystycznej po czym jeszcze poproszono o opuszczenie salki osób, które odebrały już pakiety. Trochę słabo, ze względu na chłodek i deszcz na zewnątrz... Wystarczyłoby postawić kilka namiotów z logo sponsora i już byłoby przyjemniej.

fot. gorlice.tv

O tak oczywistym fakcie jak zbyt mała ilość toalet nie wiem czy specjalnie wspominać, gdyż wucetów zawsze i wszędzie jest za mało ;).

Cały bagaż wrzuciliśmy do dostawczaka, który zabrał go na metę do Wysowej, więc zawodnikom pozostało jedynie czekać na start...

fot. www.pokonajastme.pl

No to teraz o trasie! To że była wymagająca, a jednocześnie wyjątkowo urokliwa, wiadomo było od samego początku. Cudowne okolice, pomysł na maraton w takim miejscu to rewelacja! Wiele razy miałem ochotę zatrzymać się i gapić w bajeczne dolinki, albo mistycznie przymglone drzewa. Pal sześć czas i bieganie! :)

Bałem się o oznaczenie trasy, tzn. czy wszędzie będzie wiadomo jak biec. Pod tym względem nie zawiodłem się. Ani przez moment nie miałem wątpliwości, czy jestem na właściwej drodze. Drobny zgrzyt nastąpił przy około 20 kilometrze. Tzn. chyba zaczął się dużo wcześniej, ale dopiero tam go zobaczyłem. Organizator chyba na ostatnią chwilę zmieniał oznaczenia kilometrów nasprejowane na asfalcie. W związku z  tym miejscami znajdowały się podwójne oznaczenia. Większość z tych złych została skreślona, ale kilka zostało i nieco wprowadziło mnie w błąd przy ocenie dystansu.

Nie wiem jak mam ocenić punkty odżywiania. Na plus - bo było ich rzeczywiście bardzo dużo (tak jak organizator obiecywał) i jeśli chodzi o wodę i izotoniki były świetnie zaopatrzone. Dostawaliśmy je w sporych kubeczkach, a jeśli kto sobie zażyczył flachę izo, albo dolewkę wody do bidonu - nikt nie robił problemu. Z drugiej strony - "normalne" jedzenie, czyli w tym przypadku banany, znaleźć można było tylko na 3 albo 4 z kilkunastu punktów. Trochę maławo, bo nie każdy uzupełnia energię izotonikami...

Znaczy się kalorie były na punktach, ale jedynie w postaci cukru... Nie jestem fanem tego rozwiązania, bo po pierwsze - po kilkudziesięciu, a czasem kilkuset zawodnikach z cukru robi się obrzydliwa breja, a po drugie - czasem od samego dostarczenia kalorii (węgle zaczynają się wchłaniać po minimum 30 minutach! Czyli często już jest po ptokach, bo my potrzebujemy ich na już) ważniejsze jest psychiczne poczucie, że coś gryziemy. Takie prymitywne przyzwyczajenie, ale mnie parę razy taki kęs, jak ten znany z reklam liona uratował tyłek!

Bałem się, że na trasie nie będzie kibiców, ale jak się okazało - tubylcy nie zawiedli i dość sporo ich wyszło na trasę poklaskać i poprzybijać piątki. Brawo! Podziękowania należą się również tym ze strażaków i policjantów, którzy oprócz pełnienia swojej, niezbyt ciekawej tego dnia, służby, wspierali walczących z dystansem!

Zbliżamy się powoli do mety, więc jeszcze dwie sprawy. Pierwsza - na minus, czyli samochody jeżdżące "po głowach" biegaczy. Tak się składa, że leciałem w końcu stawki i przerwy między zawodnikami robiły się bardzo duże. W związku z tym zaczęto przepuszczać samochody na teoretycznie zamkniętej drodze. Niezbyt to komfortowe, tym bardziej na wąziutkich dróżkach, na przykład między Kwiatoniem, a Hańczową. No i niezbyt bezpieczne, bo gdyby komuś podwinęła się noga, o co nietrudno na zbiegu na 34 kilometrze... Albo zamykamy, albo nie...

No i na plus - atmosfera wśród biegaczy! Takich przyjemnych pogawędek nie zdarzyło mi się zaliczyć nigdzie indziej. Nie miałem wokół siebie tłumu wpatrzonych w wynik zawodników, sam zresztą też nim nie byłem, więc dominowała atmosfera współpracy i kompletnego luzu. Bardziej niż na zawodach, czułem się jak na szkolnej wycieczce. Uśmiech, ciepłe słowo, dobra rada - to naprawdę pomaga! W mieście trudno tego doświadczyć.

Finiszujemy? Finiszujemy! Do mety zbiegało się trzy kilometry, więc można było rozwinąć skrzydła. Na mecie przyjemny akcent, w postaci wyczytywania nazwiska każdego z kończących bieg zawodników. Sama linia mety ułożona była w sercu zdrojowego parku, więc nawet na końcu było na co popatrzeć.



Po finiszu standardowa procedura - medal, gratulacje, pytanie czy wszystko w porządku. Pewnie, że w porządku, co ma nie być po tak fajnym biegu?! :) Ostatni punkt odżywiania wyposażony w izotoniki, wodę i chyba banany (nie wiem na 100% bo nie korzystałem ;)). Przyjemnym był fakt, że nie było tych chorych, antytłumowych barierek i podziałów, typu - jak już wyszedłeś stąd to nie wrócisz, choćbyś miał się skichać... W Łodzi mnie szlag trafia co roku, kiedy muszę walczyć z ochroną, bo nie poszedłem najpierw do szatni, tylko do rodziny i śmiem wrócić na strefę mety...

Ach, zapomniałbym! Medal! Bardzo ładny, dwustronny, z jednej wspomina o Bitwie Gorlickiej, z drugiej pokazuje Wysową. Klasa!

fot. www.weekendnaftowy.pl

To co, pewnie widzimy się tam za rok? A tym co myślą nad startem w zawodach radzę - rozejrzyjcie się za kameralną imprezą, organizowaną z serduchem, a nie pchajcie się w komercyjne molochy. Duża impreza ma ten fajny klimat, bo czuje się rozmach, ale radość z biegania dużo większa na małych eventach!

www.maratonbeskidniski.pl
www.weekendnaftowy.pl
www.wysowa.info

czwartek, 28 maja 2015

Entuzjazm

Muszę robić dobrą minę do złej gry. Uśmiechać się ładnie, słuchać co mówią do mnie inni, rozumieć ich prośby i polecenia, spełniać je. Rozglądać się po okolicy i myśleć, że jest ładna o tej porze roku. Słuchać gwaru i odnajdywać się w nim, jakby był czymś całkowicie normalnym, zgodnym z moją naturą. Żyć, tak jak zwykłem do tej pory.

Niewiele się zmieniło, w zasadzie nic. Ja jestem ten sam, moje towarzystwo jest takie samo, moje otoczenie, znane mi tak dobrze, nie różni się ani odrobinkę od stanu w jakim je zostawiłem. Co to jest te kilka dni? Co takiego się dzieje, że wracam do dobrze znanych mi miejsc, a czuję jakbym przyleciał na inną planetę? 

To wszystko przez to, że mogłem sobie pozwolić na 10 dni lenistwa! Jestem pewien, że to tego wina! Tutaj po prostu mam więcej obowiązków do wykonania, więcej jest na mojej głowie. To w tym nie mogę się odnaleźć! 


Tylko zaraz... jakiego lenistwa? Czy tamten czas spędziłem mało aktywnie? Nie wydaje mi się. Ba! Mam wrażenie, że to właśnie tutaj robię mniej! Częściej się lenię, częściej trwonię czas tylko po to, żeby szybciej zleciał. Tam jest zawsze coś do roboty. Idę na spacer, idę pobiegać, wskakuję do wody na basenie, gram w planszówki, czytam książki i czasopisma. Brakuje doby, żeby to wszystko pomieścić!

"No dobrze..." ktoś powie "...ale to są same przyjemności, nic specjalnie męczącego! To tak jakbyś się lenił!". W sumie racja. Jednak - po pierwsze - zdarzają się czynności specjalnie męczące, na przykład maraton ;). Po drugie - tam będąc też trzeba wypełniać obowiązki. Śniadanie samo się nie zrobi, a nawet jak się zrobi, to samo się po nim nie posprząta. Nikt nie lubi chodzić po brudnej podłodze, to trzeba ją ogarnąć. Śmieci pozbierać, wywalić do kubła. Poprać brudne gacie. Zrobić zakupy z dłuuuugą listą i dotaszczyć je do domu. Drobiazgi? Pewnie, ale często myślę, że to właśnie te drobiazgi są najgorsze, najbardziej uwierają, niczym mikroskopijne drzazgi.

Praca? Na pewno też ma wpływ, ale z drugiej strony - ile razy bywało tak, że miało się i 5 dni wolnego, a i tak nie było to to samo. Żadna czynność nie smakowała tak dobrze, brzydka pogoda od razu psuła nastrój ("jak zwykle - ja mam wolne i leje!"), a najczęściej to i tak nic się nie chciało i trwoniło się cenną wolność na bezużytecznych, irytujących błahostkach.


Znaczy się - trzeba poszukać gdzie indziej. A może po prostu wystarczy spojrzeć inaczej? Podczas maratonu w Łodzi strasznie odbijało mi się, po mojej pustej głowie, angielskie słowo feedback. Zazwyczaj wolę polskie określenia, ale to wydaje mi się dużo lepiej pasujące niż złowieszczo brzmiące "sprzężenie zwrotne"...

Obserwowałem siebie kiedy zachęcałem kibiców do głośniejszego dopingu i kibiców kiedy byli zachęcani. Działało to tak: widziałem grupkę, podskakiwała mi adrenalinka, krzyczałem do nich, machałem rękami itp., od razu czułem radość, oni wyrywali się z tej, było nie było, monotonii i zaczynali dopingować chętniej i głośniej. To dodawało mi jeszcze większego kopa, na skutek czego mimochodem się uśmiechałem. Oni to widzieli i nawet kiedy ich już mijałem, słyszałem bardziej ożywione brawa. Serducho waliło przyjemnie, zachęcane adrenaliną i endorfinami, z głowy wyparowywały, choć na chwilunię, złe myśli, ból jakby cichł na sekundkę.

Gdy nie robiłem tego, nie zachęcałem ich, nie działo się kompletnie nic. Szarzyzna.


I wydaje mi się, że właśnie o to chodzi!

Nie lubię miasta. Nie lubię tłumu. Nie lubię hałasu. Nie lubię gadania o niczym i robienia byle czego. Nie jaram się. Nie odpowiada mi moje otoczenie, cały ten mikro i makroklimat. Ciężko więc, żebym cieszył się tym co robię, cokolwiek to jest....

Lubię naturę. Lubię kameralną, klimatyczną wieś. Lubię ciszę, uspokajającą i przyjemnie masującą umysł. Lubię ciekawe rozmowy, w ciekawych miejscach, z ciekawymi ludźmi. Na spokojnie, bez pośpiechu i tego dziwnego, miejskiego ciśnienia.

Wtedy ładuję baterię. Wtedy cieszę się wszystkim. Podchodzę z entuzjazmem do każdej rzeczy jaka tylko mi się przytrafia. Zapomniałem czegoś kupić? Nie jojczę, że już mi się nie chce wychodzić, ale ubieram buty i wyskakuję na deszcz i wiatr z uśmiechem na ustach. Smakuję życie pod każdą postacią - porannej jajecznicy, południowej kawy, wieczornego szumu rzeki, migotania nocnego nieba.


Jest mi tu źle, bo wiem, że znalazłem swoje miejsce na świecie. Wiem gdzie chciałbym żyć i co chciałbym tak robić. Pewnie to minie z czasem, ale teraz czuję się jak podczas rozstania. Wydaje mi się, że już nie dam rady normalnie żyć, póki nie wrócę w tamte zakątki, nie odetchnę tamtym powietrzem.

Co z tym zrobię? Feedback. Zacznę działać. Nakręcać spiralę działania, która, mam nadzieję, zaprowadzi mnie kiedyś do mojego domu, takiego jak sobie wymarzyłem, z Dominiką leniwie wyciągniętą na leżaku, obok jej ukochanych, wymarzonych psiaków, a ja będę sobie na to zerkał spod drzewka, gdzie poszedłem poczytać i porozmyślać, niczym Włóczykij.

Źle mi i ciężko, ale gotuje się we mnie. Natura naładowała moje baterie do maksimum. Dała mi tę samą niewidzialną energię, jaka powoduje, że kibice zachęcani dopingują głośniej, a ja później biegnę szybciej.

Jestem pełen entuzjazmu. Jaram się!