Siedziałem na twardym, drewnianym krześle w, jak mi się zadawało, ogromnym, okrągłym pomieszczeniu. Trudno było mi to określić, ponieważ panował tu nieprzenikniony mrok. Nie miałem wątpliwości co do dwóch rzeczy. Tuż przy mnie, ustawione w kręgu, stały postacie, niemal nieruchome i patrzące prosto na mnie. Dużo dalej, chyba na podwyższeniu, widziałem morze głów. Przypuszczałem, że jestem w jakimś dziwnym amfiteatrze... a może na sali sądowej?
- Gdzie jestem? - zapytałem głośno, a mój głos poniósł się echem po pomieszczeniu. Wywołało to falę szeptów z publiczności. Postacie przede mną poruszyły się i gwałtownie zbliżyły. Po kolei zaczęły zbliżać się do mojej twarzy i zaglądać mi w oczy. Rozpoznawałem ich rysy bez trudności. Już po kilku pierwszych zacząłem się szyderczo uśmiechać. Wiedziałem już co to za zaplute gremium.
Para oczu za parą oczu, ich twarze przesuwały się przede mną. To co zapamiętałem, to ich zapachy. Niektórzy pachnieli alkoholem i papierosami, u innych czułem słodką, niewinną woń perfum, kilkoro z nich wydzielało zapach starości. U wszystkich rozpoznałem łączącą ich nutę - kwaśne, gryzące w nozdrza zepsucie.