Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 września 2017

Waldemar Łysiak - Szachista

Książka, nad którą się tym razem pochylę trafiła do mnie zupełnie przez przypadek - dostałem ją jako prezent urodzinowy. Przeleżała dwa miesiące na półce czekając na swoją kolej, aż wreszcie się do niej dopadłem. Nie spodziewałem się po niej kompletnie niczego. Prawdę powiedziawszy - póki nie rozpocząłem lektury nie byłem do końca pewien czy to książka o Napoleonie (jego wizerunek znajduje się na okładce), czy to podręcznik szachowy, czy jeszcze coś innego.

Co ciekawe autor książki napisał ją w sumie... również przez przypadek. Podczas drążenia tematu pewnego mnicha z klasztoru filipinów w Gostyniu został odwiedzony przez Hiszpana, ponoć także zainteresowanego osobą duchownego. Hiszpan okazał się być w posiadaniu tekstu pod tytułem "Memoriał", który poruszał między innymi kwestię wspomnianego wcześniej zakonnika. Łysiak miał tylko kilka dni na zapoznanie się z tekstem i jego przepisanie, co też - na całe szczęście - uczynił, choć robił to w szalonym tempie.

Co sprawiło, że pan Waldemar zaczął gorączkowo kopiować tekst o "jakimś tam" zakonniku?

środa, 16 sierpnia 2017

Kim jesteś, chłopcze? | Przygody Tomka Sawyera - recenzja

Cześć. Ten tekst adresuję do chłopaków. Jeśli jesteś dziewczyną przestań go czytać w tej chwili!

Dobrze wiem, że lepiej nie mogłem Was, kobiety, zachęcić do lektury tego tekstu ;).

Wierzysz w duchy? Nie? Spójrz mi w oczy. Wierzysz, prawda? Każdy wierzy. A im bardziej zaprzeczasz, tym bardziej wiem, że wierzysz. Tylko się boisz. Nie bój się. Jesteś mężczyzną. Mężczyzna się nigdy nie boi. Znasz jakiegoś pirata, który się boi? Albo zbója?

Mówisz, że znasz kilku? Ale skąd, z książek? Nie? To pewnie nie są prawdziwi piraci ani zbóje.

sobota, 15 lipca 2017

Ludwik Wolta - Strefa Komfortu - recenzja

Jeszcze zanim zacząłem czytać tę książkę musiałem opuścić swoją strefę komfortu. Jestem przyzwyczajony do sytuacji, w której autor czytanej przeze mnie publikacji nie żyje lub (rzadziej) mieszka gdzieś na drugim krańcu świata i jest dla mnie postacią całkowicie abstrakcyjną. Po polskich autorów sięgam niezmiernie rzadko (hipokryta - chciałbym, żeby po "mnie" sięgali wszyscy). Po autorów, których znam nie sięgam nigdy. Głównie dlatego, że nie znam zbyt wielu autorów, a właściwie to jeszcze do niedawna nie znałem żadnego.

Fakt jest jednak taki, że Ludwik był uprzejmy odezwać się do mnie jakiś czas po premierze "Dwóch świątyń", powiedzieć, że spoko powieść napisałem, a następnie oznajmić, że wpadł na ten sam durny pomysł napisania swojej książki. Tyle pożytecznych rzeczy można zrobić przez ten czas, a nam się pisać zachciało...



wtorek, 6 czerwca 2017

Arcyksiążka

Lato 2002 roku. Młody Mateuszek dostaje na prezent urodzinowy (tak mi się wydaje przynajmniej, że to ta okazja była :)) trzy tomy powieści. Na okładce błyszczy magicznie brzmiące nazwisko - Tolkien.

Fanem fantastyki byłem od zawsze, tak długo jak jestem fanem książek, ale trochę czasu upłynęło zanim miałem okazję dobrać się do legendy. Do dziś pamiętam, że przeczytanie całej trylogii zajęło mi trzy miesiące. Pamiętam też, że zdarzało mi się czasami czytać ją do świtu, co później przytrafiało mi się wyjątkowo rzadko, jeśli w ogóle.

wtorek, 23 maja 2017

"Dwie świątynie" - opinia czytelniczki

"Panie Mateuszu,

Wygrałam Pana książkę pt. "Dwie świątynie" w konkursie na fanpage'u "BJC dobry film i jeszcze lepsza książka.

Spędziłam z nią przecudowne piątkowe i sobotnie popołudnie. Czytanie tej powieści było nie tylko wyśmienitym relaksem, wywołało we mnie również wiele głębokich refleksji. 

Historia Piotrka i Marcina może się przydarzyć każdemu z nas, dlatego warto ją poznać, by nie popełnić w swoim życiu tych strasznych błędów. Sądzę, że niejednemu zdarza się, iż po osiągnięciu sukcesu woda sodowa troszkę uderza do głowy, jednak nie mamy świadomości jak bardzo może nas to zniszczyć. Zarówno Piotrek jak i Marcin, bez względu na to z jakich środowisk się wywodzą, pragnęli osiągnąć sam szczyt i prawie im się udało...Tak mało brakowało, tak byli pewni sukcesu, że nie zauważyli nawet kiedy znaleźli się na samym dnie. 

czwartek, 15 grudnia 2016

Dwie świątynie

Marek Hłasko na końcu swojej powieści "Następny do raju" napisał, że autorzy dodają do książek wstępy, aby ustawić czytelników, a posłowia po to, żeby się Czytelnikowi usprawiedliwić. Moja, "Dwie świątynie" ani wstępu, ani posłowia nie zawiera. Ustawiać nikogo nie zamierzam, jednak odczuwam potrzebę wytłumaczenia się Wam i podzielenia kilkoma informacjami na jej temat.

Dlatego zapraszam do lektury niniejszego wpisu. Inspirując się nieco zabawą słowem Gałczyńskiego czy Tuwima, potraktujcie to jako wstęposłowie. Może zachęci Was ono do przeczytania mojej książki, a może wyjaśni co nieco i pozwoli ją lepiej zrozumieć. Poza tym rzadko o niej mówiłem i pisałem, więc dedykuje te kilka słów wszystkim tym, którzy wiedzieć chcieli, dopytywali się, a ja milczałem twardo jak skała.

sobota, 8 października 2016

Codzienne Rytuały

Część z Was wie z Facebooka, że czytałem ostatnio, sprezentowaną mi przez Dominikę, książkę Masona Curreya "Codzienne Rytuały. Jak pracują wielkie umysły.". Postanowiłem pisać na blogu o tym co akurat udało mi się przeczytać, toteż zapraszam na kilka słów ode mnie na temat tej pozycji.

Chociaż w zasadzie więcej będzie tu moich refleksji na temat tego do czego mnie zainspirowała ta książka, aniżeli o samej książce :).

Już samo poprzednie zdanie wskazuje, iż "Codzienne Rytuały", hm, nie urywają. Na Facebooku napisałem pod zdjęciem z okładką, że "Czego to ludzie nie wymyślą". No bo jakże inaczej ustosunkować się do pomysłu opisania zwykłego dnia 161 znanych osób - pisarzy, architektów, malarzy, naukowców etc.? Od razu zacząłem się zastanawiać czemu to ma służyć?

niedziela, 24 lipca 2016

Cześć, Harry

UWAGA! Tekst zawiera tzw. spoilery czyli zdradza elementy fabuły serii Harry Potter. Jeśli nie znasz tej historii i dopiero zamierzasz poznać, albo nie chcesz jej poznawać bo nie, to nie czytaj dalej! Ale i tak dzięki, że tu wszedłeś/weszłaś. Hihi :).


Tak mnie wzięło, jakoś tuż przed narodzinami Kubusia, żeby przeczytać całego Harry'ego Potter'a. Skąd taki pomysł? Ano, powiem Wam, że potrzebowałem poczytać coś lżejszego, niźli to, po co zazwyczaj sięgam. Nie wiem, może dlatego czymś się denerwowałem i potrzebowałem odstresować? ;)

Przyznam szczerze, że myślałem, że będę się przegryzał przez te kilka tysięcy stron do końca roku, a tu niespodzianka. Wystarczyły cztery miesiące i dotarłem do ostatniej kropeczki w "Insygniach Śmierci". Postanowiłem więc napisać co nieco o tym, było nie było, kulturowym fenomenie przełomu wieków, skoro wyssał mi drugi raz w życiu tyle wolnego czasu (a należy pamiętać, że teraz definicja czasu wolnego nieco mi się zmieniła!).

Jednym słowem? Warto! Bo? A tu już odpowiedź w trzech punktach i więcej niż jednym słowie :).


  1. Przede wszystkim dlatego, że to fajne książki są. Po prostu. Pani Rowling stworzyła świat równie ogromny i złożony, co wiarygodny. A wszelkie "krzaczki" rosnące między światem mugoli i czarodziejów umiejętnie zaciera gumką wszechogarniającej magicznej mocy. W końcu magii nikt nie może całkowicie ogarnąć, nawet potężni Dumbledore czy Lord Voldemort, a co dopiero my, maluczcy, niewtajemniczeni.

Dlatego w ten świat się wsiąka od pierwszej do ostatniej strony. Pomysł z podzieleniem historii na 7 części, z których każda odpowiada o kolejnym roku nauki, napędza czytelnika i, zdaje się, napędzało samą autorkę. Początek jest słodki i niewinny. Zostawiona na pastwę wujostwa sierota budzi politowanie i, siłą rzeczy, sympatię. Im dalej tym robi się mniej przyjemnie, ale nie mniej ciekawie. I chociaż serducho woła, błaga o litość dla tego już i tak doświadczonego przez życie chłopaka, to los Harry'ego nie oszczędza. Zresztą - w większość tarapatów pakuje się na własne życzenie!


To chyba właśnie to najbardziej sprawia, że od tych książek jest cholernie trudno się oderwać. Po prostu od pierwszej chwili wiesz, czytelniku, że jak Harry się czymś zaintryguje, czy to sam, czy z przyjaciółmi, to póki nie dojdzie o co w tym biega, to nie spocznie. A Ty nie spoczniesz, póki się nie dowiesz z nim. Jego niedojrzałość, niewiedza i jednoczesne bycie w centrum uwagi całego czarodziejskiego świata sprawiają, że czytelnik rozwija się razem z Harry'm. Nie jest się ani przez moment mądrzejszym od niego, ale też ani przez sekundę głupim i zdezorientowanym.

No i ten angielski humor! Bajka! Ile razy musiałem przerwać czytanie, bo nie mogłem wytrzymać z rechotu. Nawet w obliczu śmiertelnych zagrożeń bohaterowie i autorka nie tracą dystansu, przez co ani przez moment nie robi się pompatycznie - a to mogłoby przebić magiczny (nomen omen) balonik zwariowanego świata nieogarniętych ekscentryków.


Jedyne co mógłbym zarzucić pani Rowling to nadmierny pośpiech przy finiszowaniu książek. Jest sobie kulminacyjny moment, długo wyczekiwany, człowiek liczy, że dadzą mu go posmakować, porozważać, a tu... Czasem kilka, czasem kilkanaście stron, że się rozjeżdżają do domów, że do zobaczenia i... już. Ja tam lubię troszkę pobawić się sukcesami (lub posmucić tragediami) z bohaterami.

I nie potrafię pozbyć się wizji łudzących podobieństw do Władcy Pierścieni. Młokos stający się wybrańcem całego świata w walce z wcielonym złem, dźwigający samotnie brzemię. We wszystkim pomaga mu wierny przyjaciel (z obowiązkowym momentem załamania), a nad wszystkim czuwa starszy, tajemniczy czarodziej, o równie potężnej mocy, co czasem mylnym osądzie. Pasuje i tu i tu, co? Muszę jednak przyznać, że nie przeszkadza to w chłonięciu Potter'a z równą zawziętością co Bagginsa.


2. Dla mnie ten podpunkt jest o tyleż istotny, że historię Harry'ego poznawałem będąc, mniej więcej, w podobnym wieku co nasz bohater. I to jest to! Najpierw tajemniczy świat wielkiej szkoły i mimowolna chęć bycia w centrum uwagi i wydarzeń. Wielkie przyjaźnie, równie wielkie niesnaski. Później stopniowe wygaszanie się entuzjazmu. Nie da się nie zauważyć, że Harry od pewnego momentu oddałby swoje życie komuś innemu, byle odwrócili od niego wzrok. Do tego pojawiają się rozterki sercowe, różnice w światopoglądzie i problemy z akceptacją siebie i rzeczywistości. Bunt przeciw wszystkiemu, co możliwe, podszyty solidną porcją egocentryzmu. I koniec końców przyspieszony kurs dojrzewania, w świecie gdzie decyzje nie podejmują się, jak do tej pory, same, gdzie łatwo o zwątpienie i trudno o wiarę w cokolwiek. Zerknięcie w ciemne i puste oczy spraw ostatecznych jest kulminacją tego powolnego i bolesnego procesu.

Och, jak mnie, sentymentalnemu Bajasowi, robiło się ciepło na serduchu, kiedy Harry jechał na wakacje do Weasley'ów i przypominałem sobie wakacje u ciotki, z gronem kuzynów i kuzynek i permanentną dobrą zabawą. Jak trzymałem kciuki za jego spotkania z Cho i jak bardzo jarałem się Ginny... znaczy się... jarałem się jak mu się dobrze powodziło w kwestiach towarzyskich! Nie zazdrościłem mu frustracji i światopoglądu, w którym każdy jest twoim wrogiem, ale... moje dni z takiego okresu też dobrze pamiętam i w myślach wołałem "WYLUZUJ! To mija! Weź się ogarnij, pogódź ze światem i się ułoży!".

Taaaak. Fajnie się to czyta, bo fajnie powspominać. Ciepło bijące ze stron tych książek, to w dużej mierze zasługa faktu, że z większością problemów, z jakimi zmagają się bohaterowie, zmagał się każdy z nas. Magia, jak się okazuje, nie pomaga w zaproszeniu tej, którą by się chciało, na bal. Nie rozwiązuje przyjacielskich waśni i nie odrabia nadmiaru odłożonych "na potem" prac domowych. Ja tam lubię w Harry'm to, że mimo bycia Chłopcem, Który Przeżył i Wybrańcem, to i tak jest pierdołą. Tak jak każdy z nas w jego wieku...

3. Nie przepadam za czytaniem współczesnej literatury. Dla mnie zbyt często nie niesie ona ze sobą żadnych wartości (stawiając na efekt), albo niesie taką ilość mądrości, że aż trudno uwierzyć w jej autentyczność i odnieść ją do tej surowej rzeczywistości, która mnie otacza.


Harry Potter do mnie trafił, bo w gruncie rzeczy, pomimo całej tej humorystyczno - ekscentrycznej otoczki, jest dla mnie książką o... śmierci. Nie w nachalny sposób, gdzie każdy zdycha, kto tylko może, albo gdzie obserwujesz powolne umieranie chorego na raka dziecka (nie umniejszając takim historiom, broń Boże!). Nie. Tutaj "główny zły" Lord Voldemort pragnie nieśmiertelności. I z tego pragnienia wynika całe zło jakie dotyka Harry'ego i cały otaczający go świat. I przypadkiem też - jeszcze większe niż zazwyczaj dobro.

Rowling śmierć dawkuje delikatnie, ale zabija bohaterów budzących sympatię. Jakby całkiem wbrew intuicji. Koniec końców sam Harry musi pogodzić się z koniecznością śmierci, aby odżyć na nowo. I, okej, dzięki magii przeżywa śmiertelne zaklęcie Voldemorta dwa razy, ale... przeżywa tak naprawdę dzięki magii, którą ma w sobie każdy z nas. Dzięki tej magii, która płynie w naszych żyłach i bije w naszych sercach, a nie jest wywoływana tajemniczą, łacińsko brzmiącą formułką i uwalniana dzięki machnięciu różdżką.


Dzięki miłości.

Brzmi to pompatycznie, wiem. Ale mam dla Was fragment, który wyjątkowo dobrze oddaje to co chcę Wam powiedzieć.

"Ach, te wszystkie odwiedziny u Hagrida, połysk miedzianego czajnika nad paleniskiem, ciasteczka twarde jak kamień, olbrzymie larwy, jego wielka, brodata twarz i Ron wymiotujący ślimakami, i Hermiona pomagająca mu ratować Norberta..."

Te myśli pozwalają Harry'emu pogodzić się ze śmiercią. Pomagają w zrozumieniu, że na drugą stronę przejść trzeba i już. Że przed śmiercią nie ma ucieczki, nawet mając jej Insygnia w rękach, co gorzko uświadamia sobie Dumbledore. To jest to clue. Według mnie cała historia spięta jest właśnie tymi końcowymi wydarzeniami - pogodzonym z losem Harrym, jego rozmową z rozczarowanym sobą samym Dubledore'm i zabijającym się własnym zaklęciem pysznym Voldemortem.

Swego czasu dużo rozmyślałem o śmierci, dużo czasu i energii mi zabrała. Dziś nadal się jej boję jak cholera, ale znalazłem w sobie to samo co znalazł Harry idąc na pewną śmierć. Tę chatkę Hagrida, która będzie świtać mi w głowie po ostatnią sekundę życia. Tę cząstkę duszy, która nawet po Avada Kedavra będzie dalej żyć.

Ta septologia, podobnie jak życie, w którymś momencie się kończy. Harry dla nas umiera. Nie wiemy co jest dalej, nawet jeśli, według opisanej historii, wciąż żyje. Czyż te wszystkie jego przygody, błahe i niezmiernie poważne nie nabierają większego znaczenia, bo zostaną zapamiętane?


To jest rewelacyjne w tej serii książek. Ten przekaz, mówiący - rób co chcesz, bo czy jesteś potężny jak Voldemort, czy mądry jak Dumbledore, czy dramatyczny jak Snape, czy szurnięty jak Luna Lovegood i tak nie zostanie po Tobie nic, poza tym co jest w środku. Między pierwszą, a ostatnią stroną.

Co zrobić, więc, jeśli jest noc, a Ty chcesz poczytać tę historię, dla samej rozrywki? Albo potrzebujesz zajrzeć wgłąb dawnego siebie, by wyłuskać co było w Tobie dobre na pierwszym czy drugim roku? A może po prostu nie wiesz jak masz spojrzeć w oczy mrocznej śmierci, tak skrytej i złowrogiej w cieniu?

Spróbuję Ci pomóc.

Lumos!

niedziela, 5 czerwca 2016

Wsiąkam

Chociaż była 4 nad ranem, dopijałem kawę, samotnie trwając przy stoliku i gapiąc się w ocean. Fale migotały złocistymi płatkami, odbijając błyski iskier z ogniska, nieustannie podtrzymywanego przez grupę zdeterminowanych nastolatków. Cudownie było patrzeć na nich, nagich wobec siebie, nieskrępowanych ani jedną fałszywą nutą cierpienia. Pili, rozmawiali, krzyczeli. Co jakiś czas uciekali w mrok nabrzeża dać upust swoim tak wyraźnym skrajnościom. Biegli do cienia przybić stempel miłości, albo wbić nóż nienawiści. Umieli jeszcze żyć tym tak mocno, że nic na świecie nie rosło większe, od tych uczuć pielęgnowanych w ich sercach.

Chłodny, o tej porze, wiatr niósł ze sobą słono-słodki zapach zakwitłego morza i przegnitego drewna prosto z majaczącej w oddali uśpionej mariny.

https://mishahillier.com/
Kawa była przepyszna, ognisko trzaskało, a tysięczna latynoska, która mogłaby zostać kobietą mojego życia, dawno spała w objęciach innego typka, wciąż jednak mając smak moich ust na swoim podniebieniu. Wybacz, Słońce, niby mogę, ale jednak dalej od pocałunku nie odważę się zawędrować. Wybacz, Słońce, nie mogę, ale jednak odważam się na pocałunki.

Kofeina nie mogła zmyć przyjemnej pajęczyny, która kładła się na moich oczach, gdy gapiłem się w ognisko. Chociaż tkwiłem daleko od Ojczyzny, na Karaibach, widziałem w tych płomieniach wieczory z Karkonoszy, Bieszczadów, Niskiego, Tresty czy Jastrzębiej. Równie długie, równie nostalgiczne i równie ulotne.

Gitara smęciła w tle, jak zawsze gdy gdzieś w pobliżu tlił się ogień. Zachciało mi się usiąść z Tobą w Kredensie i, po znakomitej Alla Bascaioli z oliwą peperoncino, wypić o dwa kieliszki wina za dużo. Zwyczajnie tęskniłem. Nie ma podróży bez tęsknoty, bo żeby podróżować trzeba dokądś wyjść i chcieć dokądś wrócić. Donikąd można tylko błądzić.


Ostatnia kropla kawy wsiąkła w moją, wysuszoną alkoholem, tytoniem i wiatrem, wargę. Zerknąłem na zegarek. 4.17. Rozejrzałem się po nigdy nie pustoszejącej knajpce. Wciąż kręciło się tu sporo ludzi. Napotkałem spojrzenie młodego, ciemnoskórego mężczyzny, trzymającego w długich palcach szklankę z rumem. Uniósł brwi, jakby był zaskoczony faktem, że widzi mnie akurat teraz i akurat tu.

Sam mimowolnie też uniosłem brwi. Skąd ja się tu wziąłem? Na dalekiej Kubie, z filiżanką bez kawy przy stoliku, pachnącego perfumami migdałowookiej bogini, a jednocześnie tęskniący za zapachem Twoich włosów, śmiechem naszego syna i smakiem swojskiej jajecznicy na śniadanie...

Człowiek pełen paradoksów. Wypiętrzony przez skrajności niczym Himalaje. Wsiąkający we wszystko czego się tknie niczym tsunami w kilometry wybrzeża Filipin.

Mam kilka swoich koników i żaden się nie znudził.

Zaczęło się od łażenia po Łodzi. I pisania. Z tego wykiełkowała pierwsza książka. Za nią poszły spacery po mieście z mniej lub bardziej sympatycznymi gośćmi. Kupiłem sobie na nie czas, rezygnując z etatu bez wyrzutów sumienia. Blogowanie było wypadkową obu, dzięki czemu stanowiło świetnie uzupełniającą całość, synergiczną wartość. Im więcej pokazywałem kamienic, im więcej słów stukałem w klawiaturę, tym dalej spędzałem coraz dłuższe urlopy. Raz samemu, raz z Kubą (nomen omen), raz z Tobą, a najczęściej we troje.


Równie mocno co spacery i Ciebie kocham dolce far niente. Palący alkohol wieczorem, mocna kawa na śniadanie, literatura strona po stronie i sto tysięcy zachodów Słońca, w które chcę się gapić. Umiesz, Skarbie, wybaczać jak nikt inny, więc kradzież tych kilkuset spojrzeń obcych kobiet już dawno wybaczyłaś. Biegam w rytm nieśpiesznych werbli i Bóg wie ile to już kilometrów, ile to maratonów?

Machnąłem na barmana, pokazując gestem, że łyknąłbym jeszcze szklaneczkę rumu, którego notabene nie lubię. Ouzo też nie lubię poza Grecją. Tylko porto wchodzi mi wszędzie. Senność zaczynała wygrywać i z kawą i z moją, latami trenowaną, odpornością na zasypianie przed świtem.

Umoczyłem usta w przyjemnie palącym rumie. Kiedy rówieśnicy wciąż miotali się między paraliżującym paradoksem wyboru, a późnym rodzicielstwem ja miałem wysiłek daleko za sobą. Pot wsiąkł w ziemię z której wyrosły cudowne kwiaty. Warto było odpuścić przedwczoraj, popracować wczoraj, żeby lenić się dziś i mieć do czego wrócić jutro.

Chcąc nie chcąc, nawet pragnąc Bóg wie jak bardzo wolności, żeby gdzieś dojść trzeba iść, w gruncie rzeczy, po sznurku. Stawiać cegła po cegle, od fundamentów, aż po sam sufit. I budować jeden piękny dom, zamiast kilkunastu szop (chociaż każda w innym, unikatowym stylu!).

I kiedy położysz ostatnią dachówkę, będziesz mógł popatrzeć na rozgwieżdżone niebo ze swojego pokoju na poddaszu, o którym zawsze marzyłeś. Napijesz się kawy o 4 rano w nadbrzeżnej knajpce na Kubie. Wbiegniesz na metę piątego, dziesiątego, aż wreszcie setnego maratonu.


Po prostu pracuj, pracuj, pracuj. Nie ma innej kolejności, tylko trud i triumf.

Wypiłem resztę rumu jednym haustem. Rzuciłem banknot na ladę i wyszedłem z knajpy. A co było dalej? Nie wiem. Napiszę Wam kiedy dopracuję się tej kawy na Kubie.

wtorek, 9 lutego 2016

Otwieram

Minutowa wskazówka wyjątkowo leniwie popychała do przodu tą godzinową. W końcu mniejsza z nich łaskawie doczołgała się do 9. Piotrek wyskoczył z pokoju jak sprinter z bloków startowych. Buty ubrał w kilkanaście sekund, ciuchy (te najzwyklejsze, "spacerowe") miał na sobie od 20. Ku zdziwieniu brata przez ostatnią godzinę siedział na brzegu łóżka i, zerkając na zmianę na zegarek i za okno, tupał nogami. W długich spodniach i szerokiej bluzie. "Starsi bracia są dziwaczni" pomyślał młody i zajął się swoimi pierdołami.

Upewniwszy się, że ma ze sobą naładowaną mp3 i klucze do mieszkania, Piotrek wściubił tylko głowę do pokoju rodziców, "Wychodzę, nie wiem o której wrócę" zakomunikował i wymieniwszy jeszcze porozumiewawcze spojrzenie z matką – zwiał, na wolność wyczekiwaną od ładnych kilku godzin. Po powrocie miał nadzieję zastać domowników twardo śpiących. Nie chciał żeby ktokolwiek mu przeszkadzał w twórczym procesie.

Kilkoma szybkimi susami zbiegł z klatki schodowej, przemknął przez podwórko jak cień, tak żeby nie pozostawić nikomu ze znajomych wątpliwości, że nie ma ochoty na rozmowę i w końcu wyszedł z bramy na ulicę. Nie planował konkretnej trasy spaceru, ale wiedział, że ma większą ochotę na towarzystwo bloków niż kamienic.

Skręcił w lewo. Mp3 grała tradycyjnie w losowym trybie. Piotrek czuł się trochę nieswojo, bo ruch na ulicach był dość spory mimo późnej godziny. Musiało minąć kilka minut zanim złapał rytm. Minął famułę, bliźniaczo podobną do tej, w której mieszkał i kolejną. Ślady dawnego miasta w mieście. 

Na drugą famułą rozpościerała się ogromna przestrzeń bez zabudowań. Piotrka zawsze fascynowało skąd taka wyrwa w środku szczelnie zabudowanego miasta. W końcu rozgryzł temat, odkrywając, że ceglany budynek na końcu imperium Poznańskiego był magazynem bawełny. Specjalnie stał w oddaleniu, żeby zminimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się ewentualnego pożaru. Miasto smakuje lepiej, kiedy je rozumiesz.

Widok nad prawym barkiem zmienił się z centrum handlowego na Stary Cmentarz, a w zasadzie okalający go mur. Tu już było znacznie spokojniej, jakby zmarli odpędzali przechodniów i kierowców, domagając się spokoju na wieczór. Piotrek coraz bardziej odpływał i dawał ponosić się krokom i myślom. Pokręcił głową, widząc groteskowo pomalowaną na różowo fasadę kwiaciarni, wkomponowanej w ogrodzenie cmentarza. Ludzie są niewidomi, bez kitu.

Niekończący się mur, w końcu urwał się i znów zrobiło się jakby mniej spokojnie. Tuż za cmentarzem stała samotna kamienica, a za nią, kompletnie z niczego wyrastało chaotyczne blokowisko. Wieżowce stały, każdy w inną stronę, jak klocki porozrzucane przez dziecko – urbanistę. Właśnie w tym labiryncie Piotrek zamierzał znaleźć klucz do rozwikłania koncepcji "Otwieraj!". Odbił w prawo i zanurzył się w cieniu. Serce biło mu mocno od szybkiego marszu i poczucia bezradności wobec przytłaczającego ogromu blokowiska, kompletnie odmiennego od stosunkowo poukładanych kamienic Polesia. 

Z tego wszystkiego zapomniał przesłuchać bitu, jaki dostał od Mińskiego. Na szczęście "szufla" znów go nie zawiodła i poczęstowała słuchawki Piotrka podkładem – energetycznym i pozytywnym, ale z zębem. To znaczy, że kawałek ma być ostrzejszy, pewnie Michał chce pokazać pazur, a razem z pazurem wyprostowany środkowy palec dłoni. Samplowana pętla szybko wkręciła się w uszy Piotrka, zachęcając do składania próbnych wersów, które będzie mógł później wykorzystać przy pisaniu tekstu. 

Kluczył bez celu między blokami i co chwilę odtwarzał podkład od początku. W pewnym momencie, dźwięki powtarzające się niczym mantra wypełniły całkowicie jego umysł, zostawiając miejsce tylko i wyłącznie dla muzyki i myśli, które można przelać na takty głośno brzmiące ze słuchawek. Osiągał stan twórczej niezależności od całego świata, jakby cielesna powłoka znikała i całkowicie zmieniała się w niedotykalną, duchową istotę zdolną jedynie do kreowania. Spacerował kilkanaście centymetrów ponad chodnikiem.

Piotrek zagłębiał się w swoich myślach, tak jak to miał w zwyczaju podczas pisania. Rozpoczynał od hasła, myśli przewodniej, najczęściej składającej się z jednego słowa. Tym słowem, kluczem, otwierał drzwi do kolejnych korytarzy, które układały się w ciągi myśli, skojarzeń, wyobrażeń. Z całości powstawało pozornie niespójne dzieło, ponieważ pierwsze myśli najczęściej miały niewiele wspólnego z tymi końcowymi. Zawsze jednak łączył je jakiś, czasem ledwie dostrzegalny, wspólny mianownik. Detal, który sprawia, że z obserwacji ziarnka piasku, kończymy na tworzeniu gigantycznych, majestatycznych witraży.

Dzisiaj temat narzucił mu Miński. "Otwieraj!"... To brzmi jak polecenie, jak rozkaz. Nie ma w tym zawołaniu ani krzty politowania. Czemu taki ton? Żeby cię obudzić. Wywołać w tobie reakcję. Żebyś zauważył, że masz przed sobą mur, który zabarykadowałeś solidnymi, kutymi wrotami. Zamknąłeś się w twierdzy, której nie zamierzasz opuszczać. Jeśli rzeczywiście tego nie chcesz, to zostań tam, ale najpierw zastanów się czy w ogóle wiesz, że poza twoim bunkrem istnieje zewnętrzny świat. Jesteś świadomy swojego zamknięcia?

Dlatego krzyczę, OTWIERAJ! Hej! Dałeś się zapuszkować i nie ma znaczenia czy zrobiłeś to sam sobie czy ktoś ci w tym pomógł! Poza tymi ścianami, które oglądasz dzień w dzień istnieje coś więcej! Nie musisz tego szukać, jeśli nie chcesz. Miej jednak chociaż tyle odwagi i uświadom to sobie, sobie... 

Moment. A co, tak naprawdę, masz otworzyć? Drzwi od mieszkania? Brzmi to głupio, ale... też. Otwórz swój umysł, siebie, swoje życie na świat. Podnieś roletę i otwórz okno, wychyl się przez nie. Wciągnij nosem zimne powietrze. Popatrz na ludzi, popatrz na świat. Nie rozumiesz go? Dziecko też na początku nie rozumie niczego. Dlatego pyta. Zacznij pytać. Siebie, innych, nieważne. Pytaj – czemu tak, a tak się dzieje, czemu to co widzę z okna wygląda jak wygląda? Nic nie dzieje się bez przyczyny, a nie ma przyczyny, której nie da się wyjaśnić. Ćwicz umysł, wyobraźnię, a będziesz w stanie zrozumieć coraz więcej.

Brakuje ci pytań, albo pomysłu na nie? Może ktoś inny ci je podrzuci? Zacznij rozmawiać. Nie na facebook'u, o tym jak minął wczorajszy melanż, tylko w rzeczywistości. W cztery oczy. Poznawaj ludzi i ich reakcje, a nie tylko wirtualne awatary, które pozwalają grać inne role niż te właściwe. Czytaj literaturę. Znajdź twórców, którym zależy na czymś więcej niż tylko przykuciu twojej uwagi do ich dzieła. Czasem warto przecierpieć lekturę napisaną siermiężnym językiem, ale niosącą ze sobą wartości, odpowiedzi lub same tylko pytania. Motywującą do wytężania umysłu aż do granic.

Chcesz być na szczycie? Każdy z nas chce. Otwórz klapę w suficie i wyskocz przez nią! Brakuje ci sił? To potraktuj świat i to co ze sobą niesie jako trampolinę! Wzbijaj się do góry pomału, wtedy ćwicz też upadki. Nie stanie ci się krzywda, kiedy spadniesz z małej wysokości, a dzięki temu będziesz wiedział jak masz się zachować, kiedy wzbijesz się nieco wyżej, a coś pójdzie nie tak. Doświadczenie jest twoją bazą na całe życie, nikt ci go nigdy nie zabierze, a nie wiesz kiedy będzie mogło ci się przydać.

Obserwujesz teraz to wszystko wokół siebie, czego nie zauważałeś do tej pory. Za drzwiami czekają ludzie gotowi otworzyć się przed tobą, tak samo jak ty przed nimi. Zawierasz wspaniałe, magiczne wręcz, znajomości, chociaż z każdym na początku wymieniałeś te kretyńskie uwagi o ładnej pogodzie. Za oknami widzisz góry, lasy, jeziora, rzeki, morza, wschody i zachody słońca. Kiedyś bałeś się ich, natura cię przerażała, dzisiaj czujesz coraz mniej lęku, a coraz więcej szacunku. Rozumiesz skąd te cuda wzięły się na świecie, jak funkcjonują. Ciemny las okazuje się całkiem jasny, kiedy przyzwyczaisz oczy do mroku.

Cegiełka po cegiełce rozbierasz mur wokół siebie. Przestajesz obawiać się najazdu wrogów, bo okazuje się, że wrogów zwyczajnie nie ma. Uświadamiasz siebie, samodoskonalisz się. Im lepiej znasz swoje "ja", tym łatwiej jest ci dogadać się z otoczeniem. Sam zaczynasz łupać w drzwi innych i drzeć się "otwieraj!". Bawisz się życiem. Jesteś spełniony.

Z szerokim uśmiechem na twarzy Piotrek wyszedł z Kozin na Drewnowską i zaczął pomału kierować się ku domowi. Już wiedział co i w jaki sposób będzie chciał napisać. Mówi się, że artysta musi czekać na wenę, wtedy dopiero może zacząć tworzyć. To nieprawda. To wena czeka na artystę, będąc przy nim cały czas. Umiejętnością jest zaprosić ją do wspólnej zabawy, wtedy kiedy ona nie jest do tej zabawy skora. Najlepiej smakują kobiety, które najtrudniej zdobyć.

W końcu Piotrek zlitował się nad powtarzanym w kółko bitem i dał popłynąć innej muzyce. Wyluzowany, pełen zapału i energii do pracy nad swoim nowym dziełem mógł wrócić do domu i przelać ten cały strumień na papier. Właśnie po to chodził na spacery. Jeszcze nigdy go nie zawiodły.

Źródło: www.turystyczna.lodz.pl

niedziela, 12 lipca 2015

Ja, robot

Nie, nie przeczytacie dziś recenzji filmu, którego nigdy nie widziałem. Ważniejsze jest co innego - ważne jest to, że, niezależnie od tytułu, w końcu przeczytacie coś ode mnie!

Znaczy się, że żyję :).

Ciekawym jest to, że nie pisałem akurat w tym samym czasie, w którym zaprzestałem biegania. Jak się okazuje, bieganie motywuje mnie na tyle do życia i wszelakiej ambitniejszej aktywności, że bez niego... może nie rozleniwiam się, ale częściej pozwalam sobie na bezproduktywne trwonienie czasu. Czasem trzeba!

Nie znaczy to oczywiście, że nie robiłem nic, bo udało mi się w tym czasie wyremontować mieszkanko, spędzić bardzo miłe, ale zbyt krótkie dwa tygodnie z przyjaciółmi z Londynu (pozdrawiam Was, moi zagraniczni fani ;)), czy popracować nad tematem, o którym napiszę kilka akapitów dalej.

Zresztą właśnie przez nawał obowiązków związanych z pracą i przerabianiem chałupki "po swojemu", ostatnimi czasy czułem się właśnie jak ten tytułowy robot. Wielokrotnie miałem ochotę napisać o czymś tutaj, ale brakowało mi choćby sekundy na zebranie jakiegoś materiału, a nawet naskrobanie kilku zdań o byle czym.

Jednak nie ma tego złego - odrobina dystansu i wyluzowania, pozwoliła mi dojrzeć do paru kwestii i wpaść na kilka ciekawych pomysłów. Cóż to takiego?

Po pierwsze - zdecydowałem się troszkę uporządkować i skonkretyzować tematy na jakie będę pisał tutaj. Chciałbym zająć się w dużej mierze kwestiami Łodzi i regionu.

Oczywiście po swojemu, toteż na dzień dobry zaproszę Was na mój cykl artykułów, w których postaram się pokazać moje miasto... w inny sposób. W jaki konkretnie? Opiszę to w oddzielnym poście. Tak czy siak - od przyszłego tygodnia, co niedzielę będę wrzucał kolejne "odcinki" i zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że spodoba Wam się to, a jeśli tak to będę kombinował takie serie częściej.

Oprócz tego planuję co jakiś czas, już bez obiecywania kiedy dokładnie, zamieszczać wpisy o moich ulubionych zakątkach miasta, a także o najciekawszych miejscowościach województwa łódzkiego. Myślę też nad robieniem wpisów na temat ciekawych miejsc, inicjatyw, wydarzeń, et cetera, mających miejsce w Łodzi i nie tylko.

I w tym momencie kieruję się do Was z prośbą - jeśli będziecie organizować jakieś wydarzenie lub prowadzicie jakąś ciekawą działalność (Wy, Wasi znajomi, Wasi nieznajomi o których chcielibyście poczytać, whatever ;)), dawajcie znać - chętnie o tym napiszę! Przy okazji relacji z MBN udało się fajnie połączyć mój wpis na blogu i promocję biegu na maratonypolskie.pl, myślę że w innych kwestiach można by podobnie "wyczarować" korzyści dla kilku stron.

Swoją drogą - jestem także otwarty na wszelkie propozycje w kwestii publikacji moich tekstów lub pisania ich na potrzeby innych serwisów, portali, czasopism, publikacji czy czego tam jeszcze. Jeśli podoba Ci się to co piszę i chciałbyś nawiązać współpracę - pisz śmiało!

Wracając do głównego tematu - żeby nie pozostać monotematycznym, będę starał się co jakiś czas wrzucić co nieco o innych zagadnieniach - bieganiu, literaturze, może muzyce, a czasem po prostu o życiu ;).

No i na koniec - wisienka na torcie. Przynajmniej tak mi moje wybujałe ego nakazuje to nazwać :). Powoli, zbliżam się do końca pracy nad moją książką! Zostało mi już bardzo niewiele, więc proszę mocno trzymać kciuki, żeby udało się jak najszybciej doprowadzić temat do końca! Nie mam pojęcia jak wygląda rozkręcanie całej wydawniczej machiny (lub maszynki, nie wiem co z tego wszystkiego wyjdzie póki co ;)), ale ja mam cichą nadzieję zamknąć temat do Bożego Narodzenia. A potem? Dla mnie sława i kokosy, a dla Was możliwość mówienia - "Bajas? Pfff, czytałem go jeszcze zanim stał się sławny" ;).

Jeśli Wam się podoba to zachęcam do komentowania, udostępniania, promowania!

A ja biorę się do pracy!

poniedziałek, 16 lutego 2015

Apetyt na Italię

Czyli Eating Up Italy. 



Książkę Matthew Fort'a sprezentowała mi matula na Boże Narodzenie. Nie będę ukrywał, że podchodzę z dużym sceptycyzmem to tego typu wydawnictw. Zaszczepiłem sobie solidną dawkę rezerwy do wszystkich relatywnie nowych książek, chociaż nie potrafię znaleźć sensownego uzasadnienia dlaczego tak się stało. Może ze względu na to, że na okładce wszystkich napisane są farmazony typu "Sprawdź jaki przepis z książki przygotowała Zosia Cudny na blogu..."?

Całe szczęście, przez całą podróż przez Italię mój imiennik nie spotyka Zosi Cudny i nie reklamuje żadnych blogów ;).

Opowiada natomiast fascynującą historię przejechania włoskiego buta (tego kozackiego państwa, ha ha ha) na skuterze. Sam określa tę podróż na samym początku jako "romantyczną, wiążącą się z poczuciem wolności, przygody (...) i seksualnych możliwości". Pomysł na wyprawę, jak i jej opis co najmniej intrygujący zważywszy, że Matthew Fort to człowiek o aparycji takiej oto:


No dobrze, książka została napisana troszkę ponad 10 lat temu, więc oddajmy panu Fort'owi, że mógł wyglądać wtedy nieco mniej... dziaduniowato ;).

Nie zamierzam oczywiście zdradzać szczegółów przygód tego sympatycznego jegomościa, ani tym bardziej przepisów, które zamieszcza na koniec każdego rozdziału. Chciałbym natomiast podzielić się tym co mnie najbardziej w tym zjadaniu Italii najbardziej urzekło.

Sztuka gotowania jest, ze wszystkich gatunków zamieszkujących Ziemię, właściwa jedynie ludziom. Truizm. Jednak nie ma co się oszukiwać, że "nasze czasy" cechuje... odczłowieczenie ogólnie pojętej kuchni. Warzywka rosną sobie same, pod opieką troskliwych maszyn i precyzyjnych systemów, trafiają do ogromnych, monochromatycznych marketów, w których zakupy robią bezkształtne masy ludzi, skuszone odpowiednim marketingiem, korzystające z bezkresnych zasobów. Po przywiezieniu zakupionych produktów do domu, rozpoczyna się proces gotowania, w którym pomagają inteligentne, elektryczne kuchenki, a zamiast zeszytu z przepisami korzysta się z internetu, jako nieograniczonego źródła.

Idylla, ale jakby straszliwie nudna (jak każdy ideał swoją drogą ;)). Niech podniesie rękę ten, kto uważa, że te wszystkie udogodnienia nie są nam na rękę. Bliżej, wygodniej, łatwiej - może być lepiej?

Okej, a teraz niech podniesie rękę ten, kto nie miałby ochoty teraz na zakradnięcie się na pole, podwędzenie kilku ziemniaków i upieczenie ich w rozpalonym na dziko ognisku. Na pewno się ubrudzisz, nakombinujesz przy zbieraniu chrustu i rozpalaniu ognia, a ile będzie przy tym adrenaliny ("Jak cię zaraz pogonię ty darmozjadzie, kraść będziesz?! Swoje wyhoduj!" + widły i groźnie szczekające psy :))?

I o tym właśnie jest "Apetyt na Italię". O jedzeniu, tak, jako głównym wyznaczniku celu podróży. Jednak w gruncie rzeczy najwięcej jest w niej ludzi. Tych ludzi, którzy nie boją się ryzyka. Nie boją się konfrontacji z globalną rzeczywistością. Tych, którzy wiernie trzymają się wpojonych zasad i nie zamierzają chodzić na skróty, bo tak jest wygodniej.

Przepisy podane w książce są fascynujące. Pewnie nigdy nie przygotuję ragù ze ślimaków, ani nie zamarynuję węgorza. Jednak podziwiam ludzi, którzy nadal przyrządzają takie potrawy. I z wielką przyjemnością przeczytałem o ich historiach, poglądach i sposobach na radzenie sobie z drapieżną rzeczywistością. Bo za każdym daniem opisanym w książce krył się człowiek, jego praca, przyzwyczajenia, problemy.

Matthew Fort nie pokazał wielkich fabryk, które pozwalają nam się stołować "po włosku" każdego dnia. Pokazał ludzi, którzy przede wszystkim chcą stołować samych siebie, a jeśli ktoś zażyczy sobie skosztować ich dzieł - chętnie się nimi podzielą. Pokazał produkty, które nie zalegają na marketowych półkach. Pokazał gatunki roślin, które występują w jednym miejscu na świecie. Pokazał mięsa, które są produkowane w jednym miejscu na świecie, ze zwierząt, które żyją w specyficznym, niespecjalnie unormowanym klimacie.

Tutaj smak zmienia się wraz ze zmianą położenia geograficznego i pory roku. Mam ochotę napisać, że tutaj smak w ogóle się zmienia, ale nie pasuje mi to... Tutaj, przede wszystkim, w ogóle JEST smak. I właśnie dlatego, jest to (jak mówi okładka) najbardziej apetyczna książka sezonu. Ma swój charakter.

Polecam lekturę każdemu, bo uważam, że każdy lubi dobrze zjeść i popodróżować, chociaż w wyobraźni.

Polecam też rozejrzeć się dookoła. Dla mnie najtrudniejszym momentem tej, było nie było bardzo lekkiej, lektury okazał się moment, gdy zerknąłem na przepis na fasolę konkretnego gatunku z konkretnego regionu. I uświadomiłem sobie, że nie mam pojęcia jakiego typu fasola, czy cokolwiek innego rośnie w mojej okolicy. Czym się cechuje, jaki ma smak, kto ją uprawia i dlaczego. Nie wiem czy przez te 10 lat, które upłynęło od napisania książki świat, który został w niej opisany zwyczajnie nie przepadł. Jednak, jeśli chociaż część tych punktów oporu przed homogeniczną komercjalizacją pozostało na placu boju - sądzę, że warto się do nich przyłączyć.

PS Opisane powyżej refleksje traktuje tym bardziej poważnie, ponieważ spotkała mnie, dosłownie wczoraj, przykra historia. Przykra, bo rozczarowałem sam siebie. Długo szukałem porządnego sklepu z piwem, które uwielbiam. Zaglądałem tu i tam, ale nigdzie nie było tego "czegoś", co sprawiłoby, żebym to miejsce uznał za swoistą świątynie ukochanego trunku. Tymczasem jakieś 300 metrów od mojego mieszkania, znalazłem sklep, w którym poczułem się jak dziecko w fabryce czekolady, takiej jak z filmu z Johnny'm Depp'em. Nie odważyłem się tam wejść nigdy wcześniej, kierując się pozorami - tym, że sklep umiejscowiony jest w obskurnej kamienicy, więc pewnie typowa "żulerka". Więcej o tym miejscu na pewno napiszę tutaj, kiedy tylko poznam je i jego właścicieli lepiej niż teraz. W międzyczasie zajrzyjcie na róg Kilińskiego i Odyńca i zaopatrzcie się w butelkę kwiecistego IPA. Na zdrowie!