Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Trauma

Zimne światło jarzeniówki oświetlało zieloną warstwę olejnej farby na tej obowiązkowej w każdym szpitalu lamperii. Siedziałem na ławce z trzema plastikowymi siedziskami. Znacie to, prawda? Sytuację tępego oczekiwania na nie wiadomo co w szpitalu też, nie?

Znalazłem dziś dziecko w śmietniku.

środa, 5 października 2016

Połówka

Tak się składa, że mój synek kończy dzisiaj pół roku. W związku z tym obija mi się w głowie, niczym grzechotka po blacie stołu, kilka skromnych refleksji.

6 miesięcy to dużo czasu, czy mało? Na to pytanie odpowiedzieć musi sobie każdy samemu. Ja, patrząc wstecz, aż do dnia 2 sierpnia, kiedy to zapłakana Dominika, łamiącym się głosem oznajmiała mi na zapleczu w pracy, że jest w ciąży, stwierdzam, że to jest bardzo dużo czasu. Dużo może się wydarzyć. I tak jak dużo może się wydarzyć, tak każda sekunda z tych 15 811 200 zwiewa ekstremalnie szybko.

niedziela, 5 czerwca 2016

Wsiąkam

Chociaż była 4 nad ranem, dopijałem kawę, samotnie trwając przy stoliku i gapiąc się w ocean. Fale migotały złocistymi płatkami, odbijając błyski iskier z ogniska, nieustannie podtrzymywanego przez grupę zdeterminowanych nastolatków. Cudownie było patrzeć na nich, nagich wobec siebie, nieskrępowanych ani jedną fałszywą nutą cierpienia. Pili, rozmawiali, krzyczeli. Co jakiś czas uciekali w mrok nabrzeża dać upust swoim tak wyraźnym skrajnościom. Biegli do cienia przybić stempel miłości, albo wbić nóż nienawiści. Umieli jeszcze żyć tym tak mocno, że nic na świecie nie rosło większe, od tych uczuć pielęgnowanych w ich sercach.

Chłodny, o tej porze, wiatr niósł ze sobą słono-słodki zapach zakwitłego morza i przegnitego drewna prosto z majaczącej w oddali uśpionej mariny.

https://mishahillier.com/
Kawa była przepyszna, ognisko trzaskało, a tysięczna latynoska, która mogłaby zostać kobietą mojego życia, dawno spała w objęciach innego typka, wciąż jednak mając smak moich ust na swoim podniebieniu. Wybacz, Słońce, niby mogę, ale jednak dalej od pocałunku nie odważę się zawędrować. Wybacz, Słońce, nie mogę, ale jednak odważam się na pocałunki.

Kofeina nie mogła zmyć przyjemnej pajęczyny, która kładła się na moich oczach, gdy gapiłem się w ognisko. Chociaż tkwiłem daleko od Ojczyzny, na Karaibach, widziałem w tych płomieniach wieczory z Karkonoszy, Bieszczadów, Niskiego, Tresty czy Jastrzębiej. Równie długie, równie nostalgiczne i równie ulotne.

Gitara smęciła w tle, jak zawsze gdy gdzieś w pobliżu tlił się ogień. Zachciało mi się usiąść z Tobą w Kredensie i, po znakomitej Alla Bascaioli z oliwą peperoncino, wypić o dwa kieliszki wina za dużo. Zwyczajnie tęskniłem. Nie ma podróży bez tęsknoty, bo żeby podróżować trzeba dokądś wyjść i chcieć dokądś wrócić. Donikąd można tylko błądzić.


Ostatnia kropla kawy wsiąkła w moją, wysuszoną alkoholem, tytoniem i wiatrem, wargę. Zerknąłem na zegarek. 4.17. Rozejrzałem się po nigdy nie pustoszejącej knajpce. Wciąż kręciło się tu sporo ludzi. Napotkałem spojrzenie młodego, ciemnoskórego mężczyzny, trzymającego w długich palcach szklankę z rumem. Uniósł brwi, jakby był zaskoczony faktem, że widzi mnie akurat teraz i akurat tu.

Sam mimowolnie też uniosłem brwi. Skąd ja się tu wziąłem? Na dalekiej Kubie, z filiżanką bez kawy przy stoliku, pachnącego perfumami migdałowookiej bogini, a jednocześnie tęskniący za zapachem Twoich włosów, śmiechem naszego syna i smakiem swojskiej jajecznicy na śniadanie...

Człowiek pełen paradoksów. Wypiętrzony przez skrajności niczym Himalaje. Wsiąkający we wszystko czego się tknie niczym tsunami w kilometry wybrzeża Filipin.

Mam kilka swoich koników i żaden się nie znudził.

Zaczęło się od łażenia po Łodzi. I pisania. Z tego wykiełkowała pierwsza książka. Za nią poszły spacery po mieście z mniej lub bardziej sympatycznymi gośćmi. Kupiłem sobie na nie czas, rezygnując z etatu bez wyrzutów sumienia. Blogowanie było wypadkową obu, dzięki czemu stanowiło świetnie uzupełniającą całość, synergiczną wartość. Im więcej pokazywałem kamienic, im więcej słów stukałem w klawiaturę, tym dalej spędzałem coraz dłuższe urlopy. Raz samemu, raz z Kubą (nomen omen), raz z Tobą, a najczęściej we troje.


Równie mocno co spacery i Ciebie kocham dolce far niente. Palący alkohol wieczorem, mocna kawa na śniadanie, literatura strona po stronie i sto tysięcy zachodów Słońca, w które chcę się gapić. Umiesz, Skarbie, wybaczać jak nikt inny, więc kradzież tych kilkuset spojrzeń obcych kobiet już dawno wybaczyłaś. Biegam w rytm nieśpiesznych werbli i Bóg wie ile to już kilometrów, ile to maratonów?

Machnąłem na barmana, pokazując gestem, że łyknąłbym jeszcze szklaneczkę rumu, którego notabene nie lubię. Ouzo też nie lubię poza Grecją. Tylko porto wchodzi mi wszędzie. Senność zaczynała wygrywać i z kawą i z moją, latami trenowaną, odpornością na zasypianie przed świtem.

Umoczyłem usta w przyjemnie palącym rumie. Kiedy rówieśnicy wciąż miotali się między paraliżującym paradoksem wyboru, a późnym rodzicielstwem ja miałem wysiłek daleko za sobą. Pot wsiąkł w ziemię z której wyrosły cudowne kwiaty. Warto było odpuścić przedwczoraj, popracować wczoraj, żeby lenić się dziś i mieć do czego wrócić jutro.

Chcąc nie chcąc, nawet pragnąc Bóg wie jak bardzo wolności, żeby gdzieś dojść trzeba iść, w gruncie rzeczy, po sznurku. Stawiać cegła po cegle, od fundamentów, aż po sam sufit. I budować jeden piękny dom, zamiast kilkunastu szop (chociaż każda w innym, unikatowym stylu!).

I kiedy położysz ostatnią dachówkę, będziesz mógł popatrzeć na rozgwieżdżone niebo ze swojego pokoju na poddaszu, o którym zawsze marzyłeś. Napijesz się kawy o 4 rano w nadbrzeżnej knajpce na Kubie. Wbiegniesz na metę piątego, dziesiątego, aż wreszcie setnego maratonu.


Po prostu pracuj, pracuj, pracuj. Nie ma innej kolejności, tylko trud i triumf.

Wypiłem resztę rumu jednym haustem. Rzuciłem banknot na ladę i wyszedłem z knajpy. A co było dalej? Nie wiem. Napiszę Wam kiedy dopracuję się tej kawy na Kubie.

środa, 6 stycznia 2016

Zjazd

Marzyłem sobie. Kto mnie zna ten wie, że jestem marzyciel. Toteż marzyłem sobie.

O czym?

Och, przede wszystkim to o swoim kąciku na Ziemi. O spokoju, cieple, dachu nad głową i lodówce, z której nie wyjada moich smakołyków cała rodzina. O niezależności. Tym bardziej nakręcałem się w tym kiedy poznałem Ciebie. Bo chociaż dzisiaj mówimy, że miało to ogromny urok, to w duchu oboje mieliśmy dosyć chowania się po kątach, kombinowania, ściemniania i tłumaczenia. U siebie to u siebie, koniec.

Marzenia się spełniają, więc robiłem wszystko, żeby osiągnąć ten cel. Próbowaliśmy daleko stąd, nie udało się - trudno. Jakiś czas później zaczęliśmy walczyć o to za wszelką cenę. Próbowaliśmy u Ciebie, siłą rzeczy musieliśmy spróbować u mnie. Było lepiej, ale to nie to samo. W końcu zdecydowaliśmy się wynająć swój kącik.

To było coś! Mieszkanie takie jak chcieliśmy, klimatyczne, na wysokim piętrze, w super miejscu. Wszystko doskonale, tylko szkoda, że nie nasze. Zżerała nas przyziemność, czyli kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Nawet jak w końcu jakoś tam stanęliśmy na nogi, to i tak wszystko było lepione na styk.

Dość tego! Okej, bez pomocy Taty nie byłoby nic, ale nie ważne jak, ważne że do celu! Udało się. Wylądowaliśmy na swoim! Całkowicie swoim!

Marzenie się spełniło...

Hm. Gdyby spojrzeć na życie z pewnej perspektywy, to można je porównać (pogoda za oknem zachęca) do zjeżdżania, dajmy na to, na sankach. Dzień po dniu, minuta po minucie, płynie sobie to wszystko, stare zostaje z tyłu, nowe rysuje się gdzieś w oddali. W zwyczajnej codzienności wlecze się to wszystko tak niemiłosiernie wolno, że ciężko określić, czy nadal jest się w ruchu, czy już się stoi. I to jest fajne, łatwiej kontrolować tor jazdy, kiedy jedzie się powoli.

Fajnie mieć lejce w rękach, co? Kontrolować każdy, najdrobniejszy nawet skręt, pilnować czy prędkość jest odpowiednia i czy nie zaskoczy nas zaraz jakaś sosna, na której się rozkwasimy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy za zakrętem, sanki przechylają się gwałtownie i zaczyna się szalony pęd. Bez szans na ogarnięcie co się dzieje wokoło, przy diabelskiej prędkości.

Zazwyczaj zaczyna się wtedy odruchowo zapierać nogami, rękami, wszystkim. Byle tylko zwolnić. Byle odzyskać kontrolę. Zazwyczaj po drodze idzie zdrowo się poharatać. To już nie jest takie fajne.

Rok temu o tej porze zjeżdżałem w dół, niemalże z pionowej góry. To jest coś co nie przestanie mnie nigdy zadziwiać. Kiedy w życiu zdarza się coś naprawdę innego i niespodziewanego, czas, wszystko, nabiera takiego rozpędu, że na ma szans ogarnąć się o co chodzi. Często po roku od jakiegoś wydarzenia łatwiej mi zrekonstruować jego przebieg, niż 24 godziny po.

Rok temu wszystkie marzenia zaczęły gnać razem ze mną, prosto ku twardej ziemi. Jeśli doszłoby do upadku - wszystko potłukłoby się w drobny mak. Nie zostałaby ani odrobinka. Koniec myśli o rodzinie, domu, spokoju, bezpieczeństwie i dłubaniu kolejnych marzeń.

Zwiałem z Łodzi do Spały. Musiałem to wszystko obejrzeć dystansu, przyjrzeć się na spokojnie, ocenić na chłodno. Wiecie do jakiego wniosku doszedłem? Że moje sanki zacząłem hamować dużo wcześniej. Jadąc i tak wolno, chciałem zwolnić jeszcze bardziej i jeszcze i jeszcze, najlepiej tak żeby stanąć w tym punkcie i nie zmieniać nic. Tylko, że tak się nie da. Czas płynie, życie płynie. Nie oszukam tego, choćbym nie wiem jak próbował.

Wiecie po co to piszę? Bo w pierwszej chwili chciałem odpuścić. Wziąć swoje sanki i zmienić górkę, z której zjeżdżam. Ot tak, po prostu. Dla świętego spokoju.

Dzisiaj nie drażni mnie bardziej nic, od tego jak widzę, że ktoś próbuje się poddać. Odpuścić marzenia, plany, pomysły i oddać się tej kleistej, obrzydliwej, nudnej monotonii szarej codzienności, z głową zamkniętą w ciasnym pokoju, bez okien i dostępu do powietrza.

Lekarstwem na nazbyt pędzące sanki okazało się dla mnie być... rozpędzenie ich jeszcze bardziej. Odepchnąłem się kilka razy mocniej i dzisiaj gnam jak wariat, chociaż zupełnie nie mam pojęcia dokąd mnie to doprowadzi. Zajebiste uczucie.

A marzenia? Dopiero dzisiaj się spełniają. Tym bardziej, że kilka trzeba było zweryfikować. Bo marzyłem zawsze o mieszkaniu, a tak naprawdę potrzebowałem domu. I ten dom mam dopiero teraz. Dopiero teraz mam kącik, który jest rzeczywiście mój, nawet mój ulubiony Hłasko zerka na mnie z obrazka na ścianie. Wreszcie mam spokój, który tak sobie cenię, tę oazę z dobrą muzyką i ambitną książką. No i mam wreszcie swoją rodzinę, taką której jestem głową. Póki co jest nas tylko dwoje (plus kot :)), ale zaraz pojawi się trzecie. Cudowna sprawa.

Wreszcie czuję się jak facet. Odpowiedzialny za to co robi, pracujący nie tylko na swoje dobro, ale też nie zapominający całkowicie o sobie. Nadający rozpędu, kiedy warto przyspieszyć, hamujący, kiedy trzeba zwolnić, dla bezpieczeństwa.

Rok temu waliłem pięściami w poduszkę, ze łzami w oczach, ogarnięty poczuciem znienawidzonej bezsilności. Dziś budzę się co rano i czuję jak oczy świecą się z zajawki, bo na bank czeka mnie coś niezwykłego. I nie chodzi wcale o wydarzenie, o którym można by napisać poczytną powieść. Dziś zadowala mnie błysk w oku i szeroki uśmiech po długim leżeniu pod kołdrą o poranku.

Sanki niech pędzą, ja już nie zamierzam się zapierać.