Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łódź. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lipca 2017

Wycieczki!

Bynajmniej nie osobiste :).

Uwaga, uwaga, uwaga!

Jeżeli jesteś ciekawy Łodzi albo organizujesz grupie przyjazd do tego fascynującego miejsca polecam swoje usługi jako przewodnika!

środa, 28 czerwca 2017

Pobiegane na wiosnę

Półmaratonem w Piotrkowie zakończyłem wiosenne bieganie. Po przeorganizowaniu życia okazało się, że mogę sobie pozwolić na start w wielu różnorodnych imprezach, dzięki czemu miałem okazję sprawdzić się w uczciwych warunkach w półmaratonie, albo pierwszy raz od czterech lat przebiec "piątkę". Wszystkie starty, poza jednym, dały mi ogromną frajdę, więc z przyjemnością do nich wrócę. Przy okazji - dziś zerkam na pewne kwestie na chłodno, z perspektywy i przede wszystkim bez emocji. Wnioski "dzień po starcie" okazują się być zupełnie inne, niż "dzień po sezonie".

Teraz czeka mnie tydzień przerwy od treningów, a w lipcu ruszam z przygotowaniami do jesiennej "kampanii", przy okazji obchodząc w serduchu obchody piątej rocznicy rozpoczęcia przygody z bieganiem :).


niedziela, 28 maja 2017

Cisza na morzu | [ANGIELKA #2]

Okna. Setki okien. Jak w gigantycznym cruiserze. Cóż, w końcu to Łódź. Wszystkie w milczeniu tępo wpatrują się przed siebie. Podobnie zresztą jak Alex, która stała przed monumentalnymi wieżowcami i zadzierała wysoko głowę, nie zważając na to, że boli ją kark. Chociaż były to godziny szczytu, to miasto było jakieś takie... ciche. Jakby odpoczywało po potężnej nawałnicy. Albo jakby to był pierwszy stycznia. Wiecie - najlepszy moment dla kosmitów na inwazję.

Niebo było jednolicie białe, przez co otoczenie wydawało się całkowicie wyprane z kolorów. Jałowe, jak kompres, którym owija się zbolałą głowę. Ola dostroiła się dziś do fal wysyłanych przez miasto. Sama czuła się płaska, jednowymiarowa i nudna jak kawałek kartonu albo wyświetlacz nokii 3310. Jakby przez jej głowę przepłynęła właśnie fala powodziowa, zabrała co miała życzenie wziąć (czyli wszystko co się dało) i zostawiła brązową od mułu ziemię.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ile jestem w stanie dać? | DOZ Maraton Łódź 2017

Jak zapewne większość z Was już wie, chociażby z facebooka czy instagrama - we wczorajszym maratonie nie udało mi się osiągnąć żadnego z postawionych celów (poza ukończeniem). Ani nie poprawiłem życiówki, ani nie zszedłem tak blisko jak się da do 3.20, ani, przede wszystkim!, nie zaliczyłem kolejnego przyjemnego, choć wymagającego biegu na królewskim dystansie.

W sobotę zadałem pytanie - "da się?". Przez ostatnie jedenaście kilometrów i wszystkie godziny, które upłynęły od przekroczenia przeze mnie linii mety zmuszony byłem postawić inne - "ile jestem w stanie dać?".

wtorek, 18 kwietnia 2017

Słońce z kryształu | [ANGIELKA #1]

Dusimy się w oparach mdłej codzienności. Oddychając zbyt długo tym samym powietrzem stajemy się otępiali. Z żałosną tendencją do rozczulania się nad sobą siadamy nad obrzydliwie klejącym się stolikiem w pijalni i, zaciągając się petem (albo, co gorsza!, tym e-gównem, co ma w sobie tyle stylu co ekran dźwiękochłonny) mówimy słabym głosem do kumpla albo puszczalskiej kumpeli:

- Wiesz co? Potrzebuję więcej powietrza w życiu.

Towarzysz kiwa głową, odpala swojego peta i, zionąc odorem miernej podróbki piwa z koncernu, ciężko wzdycha. Nic się nie zmienia. Oboje nadal gnijecie, tak jak gniliście i będziecie gnili.


piątek, 10 marca 2017

Cegiełka

W momencie kiedy to piszę kibice łódzkiego Widzewa, grającego obecnie w czwartej klasie rozgrywkowej w Polsce, biją rekord Polski pod względem ilości sprzedanych karnetów. I nie martwcie się, moi czytelnicy! Nie będę Was teraz zanudzał peanami na cześć mojej ulubionej drużyny. Po prostu całe to karnetowe szaleństwo zwróciło moją uwagę na pewną kwestię i zdecydowałem się z Wami podzielić moimi przemyśleniami.

Czy w Polsce da się robić sport?

Wiem, wiem. Rozsądniej byłoby użyć określenia - uprawiać. Jednak tym razem nie o uprawianie sportu mi chodzi, a właśnie o robienie. Co mam na myśli? Ano: budowanie infrastruktury, gromadzenie licznej widowni, umiejętne wyszukiwanie młodych, zdolnych sportowców i, przede wszystkim - odnoszenie znaczących sukcesów. Czyli o całokształt spraw ze sportem związanych.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Francuz

Nie chcę żebyście go źle oceniali. Nie chciałbym też, żebym zarysował go jako kompletnego outsidera odklejonego od rzeczywistości, bo mam tendencję do przedstawiania bohaterów w ten sposób. W gruncie rzeczy to dobry chłopak chociaż ja nie do końca rozumiem jego postawę. Może kiedy spiszę tę historię przyjdzie mi to nieco łatwiej.

W szkole średniej, ze względu na jego powierzchowność, został ochrzczony przez kumpli jako "Francuz". Zawsze nosił ciasno przylegające sweterki w odcieniach beżu, palił długie i cienkie papierosy, a do świata zwracał się nonszalancko z podszyciem arogancji i impertynencji. Zasłyszawszy kiedyś ten cytat mówił, że pachnie jak Paryż, chociaż nigdy tam nie był.

czwartek, 15 grudnia 2016

Dwie świątynie

Marek Hłasko na końcu swojej powieści "Następny do raju" napisał, że autorzy dodają do książek wstępy, aby ustawić czytelników, a posłowia po to, żeby się Czytelnikowi usprawiedliwić. Moja, "Dwie świątynie" ani wstępu, ani posłowia nie zawiera. Ustawiać nikogo nie zamierzam, jednak odczuwam potrzebę wytłumaczenia się Wam i podzielenia kilkoma informacjami na jej temat.

Dlatego zapraszam do lektury niniejszego wpisu. Inspirując się nieco zabawą słowem Gałczyńskiego czy Tuwima, potraktujcie to jako wstęposłowie. Może zachęci Was ono do przeczytania mojej książki, a może wyjaśni co nieco i pozwoli ją lepiej zrozumieć. Poza tym rzadko o niej mówiłem i pisałem, więc dedykuje te kilka słów wszystkim tym, którzy wiedzieć chcieli, dopytywali się, a ja milczałem twardo jak skała.

niedziela, 5 czerwca 2016

Wsiąkam

Chociaż była 4 nad ranem, dopijałem kawę, samotnie trwając przy stoliku i gapiąc się w ocean. Fale migotały złocistymi płatkami, odbijając błyski iskier z ogniska, nieustannie podtrzymywanego przez grupę zdeterminowanych nastolatków. Cudownie było patrzeć na nich, nagich wobec siebie, nieskrępowanych ani jedną fałszywą nutą cierpienia. Pili, rozmawiali, krzyczeli. Co jakiś czas uciekali w mrok nabrzeża dać upust swoim tak wyraźnym skrajnościom. Biegli do cienia przybić stempel miłości, albo wbić nóż nienawiści. Umieli jeszcze żyć tym tak mocno, że nic na świecie nie rosło większe, od tych uczuć pielęgnowanych w ich sercach.

Chłodny, o tej porze, wiatr niósł ze sobą słono-słodki zapach zakwitłego morza i przegnitego drewna prosto z majaczącej w oddali uśpionej mariny.

https://mishahillier.com/
Kawa była przepyszna, ognisko trzaskało, a tysięczna latynoska, która mogłaby zostać kobietą mojego życia, dawno spała w objęciach innego typka, wciąż jednak mając smak moich ust na swoim podniebieniu. Wybacz, Słońce, niby mogę, ale jednak dalej od pocałunku nie odważę się zawędrować. Wybacz, Słońce, nie mogę, ale jednak odważam się na pocałunki.

Kofeina nie mogła zmyć przyjemnej pajęczyny, która kładła się na moich oczach, gdy gapiłem się w ognisko. Chociaż tkwiłem daleko od Ojczyzny, na Karaibach, widziałem w tych płomieniach wieczory z Karkonoszy, Bieszczadów, Niskiego, Tresty czy Jastrzębiej. Równie długie, równie nostalgiczne i równie ulotne.

Gitara smęciła w tle, jak zawsze gdy gdzieś w pobliżu tlił się ogień. Zachciało mi się usiąść z Tobą w Kredensie i, po znakomitej Alla Bascaioli z oliwą peperoncino, wypić o dwa kieliszki wina za dużo. Zwyczajnie tęskniłem. Nie ma podróży bez tęsknoty, bo żeby podróżować trzeba dokądś wyjść i chcieć dokądś wrócić. Donikąd można tylko błądzić.


Ostatnia kropla kawy wsiąkła w moją, wysuszoną alkoholem, tytoniem i wiatrem, wargę. Zerknąłem na zegarek. 4.17. Rozejrzałem się po nigdy nie pustoszejącej knajpce. Wciąż kręciło się tu sporo ludzi. Napotkałem spojrzenie młodego, ciemnoskórego mężczyzny, trzymającego w długich palcach szklankę z rumem. Uniósł brwi, jakby był zaskoczony faktem, że widzi mnie akurat teraz i akurat tu.

Sam mimowolnie też uniosłem brwi. Skąd ja się tu wziąłem? Na dalekiej Kubie, z filiżanką bez kawy przy stoliku, pachnącego perfumami migdałowookiej bogini, a jednocześnie tęskniący za zapachem Twoich włosów, śmiechem naszego syna i smakiem swojskiej jajecznicy na śniadanie...

Człowiek pełen paradoksów. Wypiętrzony przez skrajności niczym Himalaje. Wsiąkający we wszystko czego się tknie niczym tsunami w kilometry wybrzeża Filipin.

Mam kilka swoich koników i żaden się nie znudził.

Zaczęło się od łażenia po Łodzi. I pisania. Z tego wykiełkowała pierwsza książka. Za nią poszły spacery po mieście z mniej lub bardziej sympatycznymi gośćmi. Kupiłem sobie na nie czas, rezygnując z etatu bez wyrzutów sumienia. Blogowanie było wypadkową obu, dzięki czemu stanowiło świetnie uzupełniającą całość, synergiczną wartość. Im więcej pokazywałem kamienic, im więcej słów stukałem w klawiaturę, tym dalej spędzałem coraz dłuższe urlopy. Raz samemu, raz z Kubą (nomen omen), raz z Tobą, a najczęściej we troje.


Równie mocno co spacery i Ciebie kocham dolce far niente. Palący alkohol wieczorem, mocna kawa na śniadanie, literatura strona po stronie i sto tysięcy zachodów Słońca, w które chcę się gapić. Umiesz, Skarbie, wybaczać jak nikt inny, więc kradzież tych kilkuset spojrzeń obcych kobiet już dawno wybaczyłaś. Biegam w rytm nieśpiesznych werbli i Bóg wie ile to już kilometrów, ile to maratonów?

Machnąłem na barmana, pokazując gestem, że łyknąłbym jeszcze szklaneczkę rumu, którego notabene nie lubię. Ouzo też nie lubię poza Grecją. Tylko porto wchodzi mi wszędzie. Senność zaczynała wygrywać i z kawą i z moją, latami trenowaną, odpornością na zasypianie przed świtem.

Umoczyłem usta w przyjemnie palącym rumie. Kiedy rówieśnicy wciąż miotali się między paraliżującym paradoksem wyboru, a późnym rodzicielstwem ja miałem wysiłek daleko za sobą. Pot wsiąkł w ziemię z której wyrosły cudowne kwiaty. Warto było odpuścić przedwczoraj, popracować wczoraj, żeby lenić się dziś i mieć do czego wrócić jutro.

Chcąc nie chcąc, nawet pragnąc Bóg wie jak bardzo wolności, żeby gdzieś dojść trzeba iść, w gruncie rzeczy, po sznurku. Stawiać cegła po cegle, od fundamentów, aż po sam sufit. I budować jeden piękny dom, zamiast kilkunastu szop (chociaż każda w innym, unikatowym stylu!).

I kiedy położysz ostatnią dachówkę, będziesz mógł popatrzeć na rozgwieżdżone niebo ze swojego pokoju na poddaszu, o którym zawsze marzyłeś. Napijesz się kawy o 4 rano w nadbrzeżnej knajpce na Kubie. Wbiegniesz na metę piątego, dziesiątego, aż wreszcie setnego maratonu.


Po prostu pracuj, pracuj, pracuj. Nie ma innej kolejności, tylko trud i triumf.

Wypiłem resztę rumu jednym haustem. Rzuciłem banknot na ladę i wyszedłem z knajpy. A co było dalej? Nie wiem. Napiszę Wam kiedy dopracuję się tej kawy na Kubie.

wtorek, 3 maja 2016

Ogień

Czarna, cieniutka kurtka z groteskowo olbrzymim logo umbro połyskiwała w świetle latarni, dając pozory tego, że woda po niej spływa i ani kropla nie przesiąka do wewnątrz. Niestety - przemiękła już po kilku pierwszych sekundach w deszczu. Deszczu, który, należy nadmienić, lał nieprzerwanie od co najmniej dwudziestu dni. Miasto w milczeniu tonęło pod hektolitrami życiodajnej wody, sparaliżowane siłą żywiołu.

Mało kto w tamtych dniach ruszał się z domu, jeśli nie musiał. Większość lokali usługowych zamykało się "do odwołania", bo po 5 dobach bez odwiedzin ani jednego klienta każdy przedsiębiorca potykał się o próg opłacalności. Zresztą i tak pracownicy solidarnie zostawali w domach, wybierając suche ubrania, zamiast mokrych banknotów wypłaty.

http://sowa777.fotek.pl/fotka-92484
Żeby było zabawniej, temperatury utrzymywały się na równym poziomie dwudziestu kilku stopni. Namiastka tropikalnej pory deszczowej w samym sercu umiarkowanej strefy klimatycznej.

Dlatego ubierając się do wyjścia, a robił to co wieczór, decydował się na bawełniany t-shirt i tą starą, bezużyteczną kurtkę. Szybciej schła, a przy okazji umiejętnie tłumiła wyrzuty sumienia, że można było coś jednak na siebie założyć.

Liście na drzewach zieleniły się soczyście, tego roku wyjątkowo rozpieszczane ciepłem i wilgocią. Tworzyły ciepłą otulinę, dodającą otuchy każdemu kto odważył się kroczyć pośród wpatrzonych w siebie, cuchnących wilgocią kamienic łódzkiego Polesia. W gruncie rzeczy, dzięki wszystkim tym roślinom Mielczarskiego wyglądała całkiem przyjaźnie, a wręcz zachęcająco.


Wsłuchany w narkotyzujący dźwięk bębniących o kałuże kropel odwrócił się w prawo. Nie, to nie były omamy słuchowe - rzeczywiście z jednej z bram dobiegały chrypliwe męskie głosy. W mroku stała grupka lokalnych watażków, którzy - w normalnych warunkach - najprawdopodobniej już próbowaliby zaczepki w jego kierunku. Niestety, wielodniowy opad działał przygnębiająco także na nich, toteż ich zwyczajna jurność była znacznie, ale to znacznie przygaszona.

No i nie było co pić, bo zapasy już dawno się pokończyły, nawet zamknięte sklepy umiejętnie wyczyszczono, ale więcej nie chciało przyjechać. Jakoś ważniejsze okazało się dostarczanie żywności, aniżeli używek. A skoro podaż wymarła, to i popyt wymierał. 

Uśmiechnął się ponuro. Deszcz spłukiwał każdy makijaż i każdą maskę. Odcięci od świata łodzianie, okazywali swoje prawdziwe oblicza. Jeśli w ogóle wystawiali nosy za drzwi własnego cieplutkiego (póki co) mieszkanka.

Apokalipsa? Armageddon? Drugi Potop?

Możliwe, że tak. I tak nikt tego nie wiedział, bo przecież w trakcie końca świata nie pojawi się na niebie napis "TO JUŻ". Ludzkość była być może wystawiana na największą od wieków próbę i w związku z tym nie robiła nic poza wystawaniem w oknie i udawaniem, że jest tak jak być powinno.

Przetarł twarz z wody i pokręcił głową. Skąd u niego ten katastrofizm, defetyzm i pesymizm? Prawda była taka, że takiego deszczu nikt się nie spodziewał i kilka prężnie (dotychczas) działających nitek tego cywilizacyjnego ekosystemu po prostu nawaliło. Przestanie padać i wszystko wróci do normy.


Jemu akurat nie zależało na tym, żeby przestało padać. Miał jak i po co żyć. Wraz z grupą podobnych sobie ludzi, trwonili swoją doczesność niezależnie od tego co działo się za oknem. Na to nie mieli wpływu, więc energię wykorzystywali tylko na to, co kształtować mogli swoimi dłońmi. Na muzykę, malarstwo, literaturę, a czasem, kiedy było już bardzo ciemno i bardzo późno na taniec i prokreację. Żyli prosto i zostawiali na kałużach ślady, jakich inni nie zostawiali nawet na świeżo wylanym betonie. Odciskali swoje dłonie, niczym szamani w jaskiniach, kilka tysięcy lat temu.

Wciągnął do nosa ciężkie, lepkie powietrze, obrzydliwie wilgotne i pełne oleistego zapachu kwitnących drzew. Zapach, zdaje się, ambrozji. Spojrzał przed siebie, stojąc na środku jezdni 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Krzyknął głośno, unosząc wysoko ramiona. Zdjął kaptur i radośnie podbiegł do parterowej kamieniczki. Zza okien już pobrzmiewały spontanicznie uderzane bębny.

Nacisnął na klamkę drewnianych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie. Nie skrzypiały, bo regularnie o nie dbali. Stare nie znaczy popsute. Światło uderzyło go w oczy. Musiał przymknąć oczy, zanim przyzwyczaił się do jasności. Potężny, brodaty mężczyzna z szerokim uśmiechem i sentymentalnym spojrzeniem wyszedł mu naprzeciw. 

- Już się bałem, że się potopiłeś! - zawołał przyjemnym basem i uścisnął dłoń przybysza.
- Panta rhei. - odpowiedział, odwzajemniając uśmiech - A skoro tak, to nic na tym świecie nie może utonąć.

Brodacz zmarszczył brwi.

- Jak zwykle nie mam pojęcia o co ci chodzi, ale dobrze cię widzieć. - skwitował. Co wieczór powtarzał wszystkim przybywającym, że dobrze ich widzieć. Dzięki temu, co wieczór czuli się dobrze. Bo się widzieli.

Przybysz sięgnął do kieszeni i skrzywił się, rozczarowany. 

- Znowu to samo. A myślałem, że dzisiaj się uda. - powiedział, wyjmując z kieszeni przemokniętą do cna bibułkę pełną zawilgotniałej zawartości.

- Nie martw się o nic. Wczorajszy zdążył wyschnąć. - odparł brodacz, a w jego oczach zapłonął ogień. Podał przybyszowi suchusieńkiego jointa i zapałki.

Tamten skinął głową i przyjął podarek. Brodacz odszedł bez słowa. Przybysz zamknął oczy, włożył jointa do ust i zapalił go. Wciągnął dym do płuc i zrobił kilka kroków do przodu. Otworzył oczy i zobaczył duże pomieszczenie, pełne rozgadanych i roześmianych głów. Uśmiechnął się i wypuścił powietrze. 

Nie było już deszczu, nocy i śmierci. Płonął ogień, a dzień nie schodził z nieboskłonu.


wtorek, 9 lutego 2016

Otwieram

Minutowa wskazówka wyjątkowo leniwie popychała do przodu tą godzinową. W końcu mniejsza z nich łaskawie doczołgała się do 9. Piotrek wyskoczył z pokoju jak sprinter z bloków startowych. Buty ubrał w kilkanaście sekund, ciuchy (te najzwyklejsze, "spacerowe") miał na sobie od 20. Ku zdziwieniu brata przez ostatnią godzinę siedział na brzegu łóżka i, zerkając na zmianę na zegarek i za okno, tupał nogami. W długich spodniach i szerokiej bluzie. "Starsi bracia są dziwaczni" pomyślał młody i zajął się swoimi pierdołami.

Upewniwszy się, że ma ze sobą naładowaną mp3 i klucze do mieszkania, Piotrek wściubił tylko głowę do pokoju rodziców, "Wychodzę, nie wiem o której wrócę" zakomunikował i wymieniwszy jeszcze porozumiewawcze spojrzenie z matką – zwiał, na wolność wyczekiwaną od ładnych kilku godzin. Po powrocie miał nadzieję zastać domowników twardo śpiących. Nie chciał żeby ktokolwiek mu przeszkadzał w twórczym procesie.

Kilkoma szybkimi susami zbiegł z klatki schodowej, przemknął przez podwórko jak cień, tak żeby nie pozostawić nikomu ze znajomych wątpliwości, że nie ma ochoty na rozmowę i w końcu wyszedł z bramy na ulicę. Nie planował konkretnej trasy spaceru, ale wiedział, że ma większą ochotę na towarzystwo bloków niż kamienic.

Skręcił w lewo. Mp3 grała tradycyjnie w losowym trybie. Piotrek czuł się trochę nieswojo, bo ruch na ulicach był dość spory mimo późnej godziny. Musiało minąć kilka minut zanim złapał rytm. Minął famułę, bliźniaczo podobną do tej, w której mieszkał i kolejną. Ślady dawnego miasta w mieście. 

Na drugą famułą rozpościerała się ogromna przestrzeń bez zabudowań. Piotrka zawsze fascynowało skąd taka wyrwa w środku szczelnie zabudowanego miasta. W końcu rozgryzł temat, odkrywając, że ceglany budynek na końcu imperium Poznańskiego był magazynem bawełny. Specjalnie stał w oddaleniu, żeby zminimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się ewentualnego pożaru. Miasto smakuje lepiej, kiedy je rozumiesz.

Widok nad prawym barkiem zmienił się z centrum handlowego na Stary Cmentarz, a w zasadzie okalający go mur. Tu już było znacznie spokojniej, jakby zmarli odpędzali przechodniów i kierowców, domagając się spokoju na wieczór. Piotrek coraz bardziej odpływał i dawał ponosić się krokom i myślom. Pokręcił głową, widząc groteskowo pomalowaną na różowo fasadę kwiaciarni, wkomponowanej w ogrodzenie cmentarza. Ludzie są niewidomi, bez kitu.

Niekończący się mur, w końcu urwał się i znów zrobiło się jakby mniej spokojnie. Tuż za cmentarzem stała samotna kamienica, a za nią, kompletnie z niczego wyrastało chaotyczne blokowisko. Wieżowce stały, każdy w inną stronę, jak klocki porozrzucane przez dziecko – urbanistę. Właśnie w tym labiryncie Piotrek zamierzał znaleźć klucz do rozwikłania koncepcji "Otwieraj!". Odbił w prawo i zanurzył się w cieniu. Serce biło mu mocno od szybkiego marszu i poczucia bezradności wobec przytłaczającego ogromu blokowiska, kompletnie odmiennego od stosunkowo poukładanych kamienic Polesia. 

Z tego wszystkiego zapomniał przesłuchać bitu, jaki dostał od Mińskiego. Na szczęście "szufla" znów go nie zawiodła i poczęstowała słuchawki Piotrka podkładem – energetycznym i pozytywnym, ale z zębem. To znaczy, że kawałek ma być ostrzejszy, pewnie Michał chce pokazać pazur, a razem z pazurem wyprostowany środkowy palec dłoni. Samplowana pętla szybko wkręciła się w uszy Piotrka, zachęcając do składania próbnych wersów, które będzie mógł później wykorzystać przy pisaniu tekstu. 

Kluczył bez celu między blokami i co chwilę odtwarzał podkład od początku. W pewnym momencie, dźwięki powtarzające się niczym mantra wypełniły całkowicie jego umysł, zostawiając miejsce tylko i wyłącznie dla muzyki i myśli, które można przelać na takty głośno brzmiące ze słuchawek. Osiągał stan twórczej niezależności od całego świata, jakby cielesna powłoka znikała i całkowicie zmieniała się w niedotykalną, duchową istotę zdolną jedynie do kreowania. Spacerował kilkanaście centymetrów ponad chodnikiem.

Piotrek zagłębiał się w swoich myślach, tak jak to miał w zwyczaju podczas pisania. Rozpoczynał od hasła, myśli przewodniej, najczęściej składającej się z jednego słowa. Tym słowem, kluczem, otwierał drzwi do kolejnych korytarzy, które układały się w ciągi myśli, skojarzeń, wyobrażeń. Z całości powstawało pozornie niespójne dzieło, ponieważ pierwsze myśli najczęściej miały niewiele wspólnego z tymi końcowymi. Zawsze jednak łączył je jakiś, czasem ledwie dostrzegalny, wspólny mianownik. Detal, który sprawia, że z obserwacji ziarnka piasku, kończymy na tworzeniu gigantycznych, majestatycznych witraży.

Dzisiaj temat narzucił mu Miński. "Otwieraj!"... To brzmi jak polecenie, jak rozkaz. Nie ma w tym zawołaniu ani krzty politowania. Czemu taki ton? Żeby cię obudzić. Wywołać w tobie reakcję. Żebyś zauważył, że masz przed sobą mur, który zabarykadowałeś solidnymi, kutymi wrotami. Zamknąłeś się w twierdzy, której nie zamierzasz opuszczać. Jeśli rzeczywiście tego nie chcesz, to zostań tam, ale najpierw zastanów się czy w ogóle wiesz, że poza twoim bunkrem istnieje zewnętrzny świat. Jesteś świadomy swojego zamknięcia?

Dlatego krzyczę, OTWIERAJ! Hej! Dałeś się zapuszkować i nie ma znaczenia czy zrobiłeś to sam sobie czy ktoś ci w tym pomógł! Poza tymi ścianami, które oglądasz dzień w dzień istnieje coś więcej! Nie musisz tego szukać, jeśli nie chcesz. Miej jednak chociaż tyle odwagi i uświadom to sobie, sobie... 

Moment. A co, tak naprawdę, masz otworzyć? Drzwi od mieszkania? Brzmi to głupio, ale... też. Otwórz swój umysł, siebie, swoje życie na świat. Podnieś roletę i otwórz okno, wychyl się przez nie. Wciągnij nosem zimne powietrze. Popatrz na ludzi, popatrz na świat. Nie rozumiesz go? Dziecko też na początku nie rozumie niczego. Dlatego pyta. Zacznij pytać. Siebie, innych, nieważne. Pytaj – czemu tak, a tak się dzieje, czemu to co widzę z okna wygląda jak wygląda? Nic nie dzieje się bez przyczyny, a nie ma przyczyny, której nie da się wyjaśnić. Ćwicz umysł, wyobraźnię, a będziesz w stanie zrozumieć coraz więcej.

Brakuje ci pytań, albo pomysłu na nie? Może ktoś inny ci je podrzuci? Zacznij rozmawiać. Nie na facebook'u, o tym jak minął wczorajszy melanż, tylko w rzeczywistości. W cztery oczy. Poznawaj ludzi i ich reakcje, a nie tylko wirtualne awatary, które pozwalają grać inne role niż te właściwe. Czytaj literaturę. Znajdź twórców, którym zależy na czymś więcej niż tylko przykuciu twojej uwagi do ich dzieła. Czasem warto przecierpieć lekturę napisaną siermiężnym językiem, ale niosącą ze sobą wartości, odpowiedzi lub same tylko pytania. Motywującą do wytężania umysłu aż do granic.

Chcesz być na szczycie? Każdy z nas chce. Otwórz klapę w suficie i wyskocz przez nią! Brakuje ci sił? To potraktuj świat i to co ze sobą niesie jako trampolinę! Wzbijaj się do góry pomału, wtedy ćwicz też upadki. Nie stanie ci się krzywda, kiedy spadniesz z małej wysokości, a dzięki temu będziesz wiedział jak masz się zachować, kiedy wzbijesz się nieco wyżej, a coś pójdzie nie tak. Doświadczenie jest twoją bazą na całe życie, nikt ci go nigdy nie zabierze, a nie wiesz kiedy będzie mogło ci się przydać.

Obserwujesz teraz to wszystko wokół siebie, czego nie zauważałeś do tej pory. Za drzwiami czekają ludzie gotowi otworzyć się przed tobą, tak samo jak ty przed nimi. Zawierasz wspaniałe, magiczne wręcz, znajomości, chociaż z każdym na początku wymieniałeś te kretyńskie uwagi o ładnej pogodzie. Za oknami widzisz góry, lasy, jeziora, rzeki, morza, wschody i zachody słońca. Kiedyś bałeś się ich, natura cię przerażała, dzisiaj czujesz coraz mniej lęku, a coraz więcej szacunku. Rozumiesz skąd te cuda wzięły się na świecie, jak funkcjonują. Ciemny las okazuje się całkiem jasny, kiedy przyzwyczaisz oczy do mroku.

Cegiełka po cegiełce rozbierasz mur wokół siebie. Przestajesz obawiać się najazdu wrogów, bo okazuje się, że wrogów zwyczajnie nie ma. Uświadamiasz siebie, samodoskonalisz się. Im lepiej znasz swoje "ja", tym łatwiej jest ci dogadać się z otoczeniem. Sam zaczynasz łupać w drzwi innych i drzeć się "otwieraj!". Bawisz się życiem. Jesteś spełniony.

Z szerokim uśmiechem na twarzy Piotrek wyszedł z Kozin na Drewnowską i zaczął pomału kierować się ku domowi. Już wiedział co i w jaki sposób będzie chciał napisać. Mówi się, że artysta musi czekać na wenę, wtedy dopiero może zacząć tworzyć. To nieprawda. To wena czeka na artystę, będąc przy nim cały czas. Umiejętnością jest zaprosić ją do wspólnej zabawy, wtedy kiedy ona nie jest do tej zabawy skora. Najlepiej smakują kobiety, które najtrudniej zdobyć.

W końcu Piotrek zlitował się nad powtarzanym w kółko bitem i dał popłynąć innej muzyce. Wyluzowany, pełen zapału i energii do pracy nad swoim nowym dziełem mógł wrócić do domu i przelać ten cały strumień na papier. Właśnie po to chodził na spacery. Jeszcze nigdy go nie zawiodły.

Źródło: www.turystyczna.lodz.pl

niedziela, 6 września 2015

Taki duży, a zachowuje się jak dziecko, czyli funkcja, kultura i społeczeństwo. (Miasto zasadom wbrew cz.7)

Nie zdążyłem się obejrzeć, a tymczasem piszę już ostatni odcinek mojego cyklu. Przełaziłem, przejechałem, przejrzałem i przeczytałem ogromną cześć Łodzi, szukając dla Was i dla siebie tego co jest w moim mieście nieodpowiednie, niewłaściwe, niepoprawne i niezgodne z ogólnie przyjętymi regułami, normami i stereotypami. Czasem było zabawnie, czasem było brzydko, czasem żenująco, ale zawsze ciekawie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ani nie pokazałem Wam, ani nawet sam nie odkryłem pewnie z połowy tego co jest warte uwagi.

Na samym początku obiecałem, że napiszę po co ten cały cykl wymyśliłem, co chciałem dzięki niemu pokazać. Dziś wyspowiadam się z tego, ale dopiero wtedy kiedy uzupełnię tę układankę o ostatni, najważniejszy element.

Off Piotrkowska, www.pozytywniewlodzi.com
Miasta zachwycają architekturą, położeniem, historią, zabytkami, muzeami, festiwalami, klimatem i milionem innych rzeczy. Nie da się jednak zachwycić żadnym z nich, czy będzie to ogromny Nowy Jork czy malutki (relatywnie ;)) Nowy Sącz, bez ludzi i tego niewidzialnego pierwiastka, który gdzieś tam krąży po gigantycznych arteriach i wąziutkich podwórkach. Bez ludzi miasta stają się puste, tracą charakter i wydają się groźne. Prypeć przyciąga aurą radioaktywnej tajemnicy, ale ja wolałbym na dłuższy urlop wybrać się do Pragi. Jakoś łatwiej byłoby mi zasnąć w stolicy Czech ;).

W związku z tym - jacy są szanowni Łodzianie (dziś wyjątkowo niepoprawnie, z dużej litery)? Och przepraszam - jakie są Łodziaki (bo tak lubimy się nazywać, podobno jako jedyni w Polsce)?

Inni. Wyjątkowo spięci. Zdają się zawsze gdzieś pędzić, jakby wisiał nad nimi ogromny przyfabryczny zegar, nieubłaganie zabierający czas do pracy. Nawet w najleniwszą z niedziel, na Piotrkowskiej wszyscy gnają przed siebie, traktując wizytę w przyknajpowym ogródku jako krótki przystanek przed dalszym biegiem (nawet jeśli ta pauza trwa kilka godzin).

Woonerf na ul. 6. Sierpnia, www.krajobrazmiejski.pl
Łodziaki to najbardziej skrajny lud, w najbardziej skrajnym narodzie tego świata. Tu nie ma szarości (znów!), tu jest tylko czerń i biel. Jesteś z nami, albo przeciwko nam. Za Widzewem, albo za ŁKSem (albo plujesz po równo na jednych i drugich). Jesteś albo miłośnikiem gwaru pubów Piotrkowskiej, albo fanem cichych parków. Kochasz Łódź, albo szczerze jej nienawidzisz.

Zawziętością zjadamy resztę kraju na śniadanie, bo jak Łodziak się uprze, to tak ma być i koniec kropka. Taka to łajba, że nie ma wyboru, albo złapiesz się czegokolwiek i przeżyjesz, albo utoniesz i nikt o Tobie nie będzie pamiętać. Tutaj rodziły się i rozbłyskiwały wielkie jednostki (nawet jeśli nie zrodzone w Łodzi, to w Łodzi ukształtowane) - Rubinstein, Tuwim, Sternfeld, Reymont czy nawet, bardziej współczesny, Boniek. Łodziak jak już jest w czymś dobry, to zazwyczaj jest najlepszy na świecie.

Łodziaki są często błyskotliwe, mają unikalne pomysły, oryginalnością przerastają niejednokrotnie swoją epokę, mają wszelkie papiery na sukces, ale... często nie potrafią dojrzeć. Czasem trzeba zejść na ziemię i pomyśleć o zwykłej codzienności, tymczasem głowy już dawno wiszą ponad stratosferą.

Dworzec Łódź Fabryczna, www.biznes.pl
Chcielibyśmy być wyjątkowi i wyjątkowo traktowani, ale zamiast tego uchodzimy za chaotycznych świrów, którzy dźwigają potężny bagaż kompleksów i próbujących, wrzeszcząc i idiotycznie podskakując jak małe dzieci, zwrócić na siebie uwagę.

Budujemy gigantyczny, podziemny dworzec i rozwalamy całe miasto na linii wschód - zachód, żeby zbudować monumentalne, efektowne cudeńka, które nie wiadomo czy się sprawdzą i przydadzą. Lepiej byłoby jednak te miliony, a wręcz miliardy złotówek wydać na równe chodniki, czyste ulice i oświetlone alejki w parkach.

Jesteśmy cholernie sfrustrowani. Szczególnie bolą nas docinki o braku historii i zabytków i porównania do znienawidzonej, niedalekiej Warszawy. Chcielibyśmy być jak stolica, chcielibyśmy być stolicą, pępkiem świata, a jesteśmy traktowani przez wszystkich jak jej denerwujący, młodszy brat.

Nie mamy papierów na super miasto. Jesteśmy stolicą województwa, ale gdyby nie centra handlowe, to mało kto z ościennych miejscowości miałby po co tu zaglądać. Kulturalnie mamy coś tam do zaoferowania, ale i tak przegrywamy z Wawką, Wrocławiem czy Krakowem. Turystycznie podobnie. Nawet sport, kiedyś topowy na skalę kraju, upada, dyscyplina po dyscyplinie.

Dlaczego? Przecież 700 tys. ludzi to potężne zaplecze dla wszystkich dziedzin życia!

Problem jest taki, że tu po prostu nie żyje się dobrze. Tak z perspektywy zwykłego dnia, październikowego czwartku. Kiedy zwykły ludek martwi się tym czy będzie miał za co utrzymać rodzinę, czy kamienica mu się nie rozleci, czy nie utkwi w obłędnym korku spiesząc się do pracy, czy wróci do domu autobusem, czy znowu będzie musiał pieszo, po dziurawym chodniku, to nie interesuje go co grają teatry, jak radzą sobie nasze siatkarki i czy festiwal filmowy odbędzie się tu czy w Bydgoszczy.

Light Move Festival, www.lightmovefestival.pl
Jesteśmy trochę ofiarami własnego sukcesu. Zachwycałem się w swoich wpisach zabudową, układem urbanistycznym i oryginalną historią, bo to są nasze atuty. Żeby jednak żyło się tu przyjemniej, trzeba by poszerzyć ulice kosztem ładnych kamienic, dodać przestrzeni do ciasnego Śródmieścia i odciąć się od bycia strefą ekonomiczną. Dorosnąć i wyrzucić stare zabawki, które trzymamy w szafie jako amulety cudownej przeszłości.

To wszystko w rękach mojego i przyszłych pokoleń. Na tyle zmienić Łódź, żeby dało się tu żyć, ale zostawić na tyle dużo, żeby nie stracić zbyt wiele z tego szalonego uroku. Już powoli zmieniamy strategię. Odwróciliśmy się z uśmiechem do Śródmieścia, rewitalizujemy kamienice i na nowo ożywiamy stare fabryki. Kolorujemy podwórka i oddajemy ulice ludziom, a nie mechanicznym potworom na czterech kołach. Sadzimy drzewa, mamy pozytywnie szurnięte, kolorowe logo i zaczynamy być dumni ze swojej odmienności.

Zaczynamy lubić Łódź, ale... ja mam pewną obawę. Nie chcę, żeby z "szarej, brudnej Łodzi" zrobiła się Łódź - klaun. Łódź może i wreszcie kolorowa, ale tak zdziwaczała, że aż ocierająca się o śmieszność. Zostańmy hipsterem miast, ale nie hipsteryzujmy przesadnie. Miasto to miejsce gdzie powinno być ciekawie i atrakcyjnie, ale to nadal miejsce, gdzie rodzimy się, uczymy, zakochujemy, bierzemy śluby, chorujemy, umieramy, chowamy zmarłych. Miejsce gdzie żyjemy, z wszelkimi plusami i minusami tego faktu.

Nie odlećmy zbyt daleko na jednorożcach z naszej nowo zbudowanej stajni przy Mickiewicza. Nie wszystkim zasadom da się być wbrew.

Przystanek przesiadkowy, czyli stajnia dla jednorożców na trasie W-Z, www.skyscrapercity.com

niedziela, 30 sierpnia 2015

Zastanów się dwa razy, czy wiesz co to "szary", czyli parki. (Miasto zasadom wbrew cz. 6)

"Brudna, szara Łódź" to bodaj najbardziej wyświechtane, a na pewno najbardziej stereotypowe określenie mojego miasta jakie kiedykolwiek powstało. Pogląd, że nie ma tu nic więcej poza kupą betonu, fabrycznymi kominami i smogiem, jest równie niesprawiedliwy, co w żaden sposób nieuzasadniony. Nawet z historycznego punktu widzenia trudno zgodzić się ze wspomnianym na początku zdaniem, bo większość zielonych obszarów o jakich za chwilę przeczytasz powstała w czasach kiedy przemysł, nomen omen, kwitł tutaj gęsto i okazale.

Ba, częstokroć przedsiębiorcy sami poświęcali tereny których byli właścicielami, żeby założyć na nich parki, ku uciesze swojej i robotników. Fakt faktem - zazwyczaj były to nadrzeczne obszary, bezużyteczne dla przemysłu, ale już bez przesady z marudzeniem. Tym bardziej, że łodzianie kochają swoje parki, uwielbiają spędzać w nich czas i skrzętnie walczą o każdy centymetr zieleni jaki tylko jest zagrożony na rzecz paskudnego asfaltu i obrzydliwego betonu.

Park Źródliska II, dawniej ogród przy siedzibie Karola Scheiblera.
Choćby ostatnia akcja, związana z przebudową trasy W-Z. Zaistniała obawa, że wykończenie trasy będzie całkowicie betonowe, zimne i "autostradowe". Naciski na Urząd Miasta spowodowały, że zdecydowano o udekorowaniu drogi licznymi "ruchoodpornymi" roślinkami.

Rzeczywistość jest taka, że w tej brudnej, szarej Łodzi o wiele więcej zielonego niż szarego!

Dociekliwy zażąda dowodów. Pozwolę sobie wykorzystać dwa. Pierwszy to mapka, zaczerpnięta z Intersitu, na której usunąłem wszystkie warstwy poza terenami zielonymi i granicami dzielnic.

Łódzka zielień, źródło: http://mapa.lodz.pl/
Wydaje mi się, że trochę tego jest. Gdyby zgrupować wszystkie te obszary w jednym miejscu, to podejrzewam, że zapełniłyby całą dzielnicę, na przykład takie Bałuty. Według danych miejskich obszary zielone to jakieś 30% powierzchni miasta! Nie można zapomnieć, że w takich statystykach nie ujmuje się drzewek rosnących przy ulicach, osiedlowych skwerków i pracowniczych ogródków działkowych. Wychodzi na to, że sporo tej zieleni w mieście szarości.

Oczywiście nie każdego mapka może przekonywać - ot, same Łagiewniki zajmują ogromną część miasta, a dużo jest pustych przestrzeni chociażby na Widzewie. Może w takim razie zapoznamy się z listą łódzkich parków i skwerów?

Łagiewniki, wejście do rezerwatu "Las Łagiewnicki".
Zdrowie, Poniatowskiego, Bp. Klepacza, Skwer Linkego, Skwer przy pl. Hallera, Na Brusie, Sielanka, Wenecja, Reymonta, Dąbrowskiego, Legionów, ZUS, przy ul. Leczniczej, przy Pięknej (swoją drogą park w miejscu cmentarza, polecam na randkę... nie, nie z wampem, z wampirem ;)), Skwer Św. Maksymiliana Marii Kolbego, Skwer Dubaniewicza, Przy Konnej, Stawy Jana, Stawy Stefańskiego, Rudzka Góra, Młynek, 3 Maja, Rozrywkowy, Widzewski, Źródliska I i II, Nad Jasieniem, Podolski, Kilińskiego, Na Stokach, Górka Widzewska, Źródła Olechówki, Staszica, Moniuszki, Sienkiewicza, Matejki, Skwer im. Związku Strzeleckiego "Strzelec", Skwer przy POW, Skwer Powstania Węgierskiego 1956 roku, Andrzeja Struga, Szarych Szeregów, Staromiejski, Julianów, Helenów, Żeromskiego, Małogoskie Pole, Park Kielecki, Andersa, Piastowski, Plac Piastowski, Przy Hipotecznej, Skwer Olszynki Grochowskiej, Skwer Gdański, Park Ocalałych i lasy komunalne: Ruda Popioły, Łagiewnicki, Uroczyska: Lublinek, Augustów, Opolska-Beskidzka, Żabieniec, Harcerski Las, Helenówek, Feliksin, Zjadowa, Przy Rudzkiej, Zakładowej i Olechówce. I Ogród Botaniczny, teren przecież zielony, chociaż ani to park, ani las!

Uf.

Przepisałem dla Was wszystkie z www.zielonalodz,pl i, przyznam szczerze, co najmniej 1/3 nie znam. Wydaje mi się też, że brakuje kilku, albo zostały potraktowane "zbiorczo" (jak 3 Maja i Baden-Powella). Mniej więcej wychodzi tego łącznie z 70 obiektów!

Młynek.
Tak patrzę teraz, że muszę jeszcze sporo nadrobić w tematyce łódzkich parków, a... zielony w tym temacie raczej nie jestem. Jeśli więc ktoś uważa, że w Łodzi to szaro i brudno to polecam wycieczkę po parkach. Samo "zaliczenie" chociaż połowy w kilka dni będzie sporym wyzwaniem, a nie można zapomnieć, że - jak to w Łodzi - każdy park skrywa masę niespodzianek, niespotykanych obiektów i fascynujących historii. Można by cały urlop spędzić wędrując po łódzkiej zieleni, gwarantuję!

Park Sienkiewicza. Estetycznie mnie nie powala, ale ile tu kryje się tajemnic!
Żeby nie zostać gołosłownym - opiszę Wam kilka moich ulubionych. To moje subiektywne top 5, nie znaczy więc, że wrzucam "The Best of...", bo musiałbym wybrać chyba ze dwadzieścia, a tego by nikt nie przetrzymał. I tak już przesadnie się rozpisuję, jak zwykle zresztą ;). Zresztą przy okazji chcę się podzielić moimi skojarzeniami i wspomnieniami z danym parkiem.

1. Helenów.

Jeden ze stawów w Helenowie...
Mój absolutny, bezwarunkowy numer jeden. Nie jest ani największy, ani nawet najładniejszy. Nie ma w nim Bóg wie jakich atrakcji. Kilka alejek, kilka stawów i pseudoromantyczna "grota". Dla mnie to jednak bodaj najważniejsze miejsce z czasów wczesnego dzieciństwa, czyli mniej więcej do 7. roku życia. Dlaczego?

Mieszkaliśmy niedaleko, przy Sterlinga 12 i do Helenowa było najbliżej. Pamiętam jak ogromne wrażenie wywierały na mnie te strome zejścia do stawów, przecudna aleja wzdłuż KS "Społem" (zresztą sam tor kolarski w klubie też był dla mnie czymś wyjątkowym), czy zbieranie kasztanów i wszelakich kolorowych liści na jesień. Swoją drogą jesienią łódzkie parki wyglądają najcudniej, więc jest teraz dobry moment na to żeby je odwiedzić ;).

...i kolejny, a wszystkie urocze!
Co dzisiaj mnie tam urzeka? Cisza. Jak w całej tamtej okolicy ta tajemnicza cisza. Czemu tajemnicza? Bo to niby centrum, sama esencja Śródmieścia, a jednak zawsze jest tam stosunkowo cicho jak na takie miejsce. Helenów jest absolutną enklawą tej ciszy, usytuowany w dolince Łódki, więc tym bardziej odgrodzony od miejskiego gwaru. Naprawdę nietrudno zapomnieć tutaj, że się jest w Łodzi, pośród tego całego zgiełku i pędu śródmiejskich ulic.

Grota miłości, he he ;)
2. Park Poniatowskiego.

Głowna aleja w Poniatowskim.
Kwintesencja miejskiego parku, niejednorodny, o wielu różnych obliczach i zakamarkach, doskonały zarówno dla miłośników biegania, matek spacerujących z wózkami, młodych par szukających zacisza, aby oddać się gorącym pocałunkom czy grupek lubujących się w plenerowym imprezowaniu. I nikt nikomu nie wchodzi na głowę!

W Poniatowskim nikt sobie w paradę nie wchodzi ;).
Już sam ogrom parku na to pozwala, ale też fakt, że każda część "Poniatowskiego" jest inna. Są i rozległe łączki i tajemnicze niby starożytne "świątynki" i mostek zakochanych i szerokie, przyjemnie oświetlone aleje. Znajdzie się tu też takie niecodzienne atrakcje jak... cmentarze, budynek szkoły, a nawet klub tenisowy. No i oczywiście, troszkę zabawny, ale warty wspomnienia labirynt z żywopłotu.

Obelisk na jednym z dwóch cmentarzy żołnierzy radzieckich.
"Labirynt" z żywopłotów. Uwaga - rozczarowanie! To nie tu kręcili czwartą część Harrego Pottera...

Nowa moda, czyli znajdź chociaż centymetr mostu i powieś na nim kłódkę...
Wspominałem już, że jesienią w łódzkich parkach najpiękniej?
 Tutaj też mam masę wspomnień z dzieciństwa, szczególnie że "Poniatowski" kojarzy mi się z czymś wyjątkowym. Pojawialiśmy się tam zazwyczaj w wolne niedziele, tak jakby było to miejsce odświętne. Zresztą dużo później sam wpadałem tutaj świętować - z moimi znajomymi z czeciej ef z liceum to właśnie tutaj, skryci na łączce, między drzewami, świętowaliśmy zakończenie szkoły i "odbębnienie" matur. I w końcu - ostatnimi czasy sporo razy zaglądaliśmy tam wieczorami z Dominiką, gawędząc na ławeczkach, w alejce która mnie kojarzy się z Nowym Jorkiem, w którym nigdy nie byłem ;).

Alejka "nowojorkska" ;).
3. Zdrowie.

Aleja gen. Orlicz-Dreszera w parku na Zdrowiu. Zwróćcie uwagę na zapalone latarnie, zdjęcie robiłem ok. 16 :).
Już sama nazwa sugeruje, że miejsce to od dawien dawna odgrywało ważną rolę w życiu łodzian. Jak zwykło się mawiać - jedziemy po zdrowie na Zdrowie, stąd potoczna nazwa parku. O.S.T.R. zastanawiał się w jednym ze swoich kawałków "Czemu ten las to park od słowa zdrowie?" i trochę miał w tym racji. To bodajże najbardziej dziki z łódzkich parków. Nie oznacza to, że jest cały zachaszczony i zaniedbany. Po prostu drzewostan, alejki, wszystko sprawia wrażenie jakby zostało tylko nieco uporządkowane od czasów kiedy rosła tu puszcza.

Lasopark na Zdrowiu.
 Park jest gigantyczny, więc jest w nim masa miejsc, w których można odpocząć od miejskiej rzeczywistości i wszechobecnych ludzi. Szczególnie w tej części na południe od ul. Konstantynowskiej. Tym bardziej, że większość ruchu kumuluje się wzdłuż alei przy której znajdują się Lunapark, stawy oraz zoo. Głębiej w park zapuszcza się dużo mniej osób.

Żywej duszy nie ma! Takie miejsca lubię!
Tym bardziej, że, poza mieszkańcami Retkinii, łodzianie mają do parku dość daleko, a dojazd jest utrudniony, bo raptem dwiema liniami tramwajowymi i wiecznie zakorkowaną Konstantynowską. Trudno się dziwić więc, że kiedy już ktoś się tam wybiera, to w te najpopularniejsze punkty.

Wejście do zoo...
...i nieśmiertelne w Łodzi korki, nawet w środku parku!
 Sam zresztą też tak robię, więc najwięcej wspomnień ze Zdrowia mam oczywiście z zoo. Nie jest to tak powalający obiekt jak choćby we Wrocławiu, ale ma swój kameralny urok. Ze Zdrowia pamiętam też bieganie za piłką pod... Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego, gdzie można było się wyszaleć, ze względu na dużą, pustą przestrzeń. Ostatnimi czasy lubimy wyskoczyć z Dominiką nad stawy, mamy tam swoje ulubione miejsca na "leżing i smażing", chociaż moje ostatnie wizyty w ramach tworzenia dokumentacji fotograficznej odkryły przede mną nowe miejscówki, więc może uda mi się w końcu przełamać ten schemat głównej alejki ;).

Pomnik Czynu Rewolucyjnego.

Sielankowa polana, do której niełatwo trafić!
Kolejne oblicze Zdrowia - tym razem przy rezerwacie Polesie Konstantynowskie.
 4. Park 3 Maja - Baden-Powella.

Park Baden-Powella.
Oficjalnie są to dwa parki, ale wątpię, że w Łodzi jest ktokolwiek kto o tym pamięta. Obecnie wydaje mi się, że stracił trochę na popularności, ale czemu się dziwić, skoro w koło jeden wielki plac budowy. Pewnie po zakończeniu tych wszystkich uciążliwych remontów znów stanie się chętnie odwiedzany.

Każda z części jest nieco inna. Park 3 Maja jest zdecydowanie bardziej dziki, kameralny, "leśny". Dużo tu wijących się między drzewami ścieżek, zachęcających do siebie miłośników ciszy i spokoju. Natomiast park Badem-Powella jest zdecydowanie bardziej zorganizowany, "rekreacyjny". Całość tworzy fajnie uzupełniającą się kompozycję, a śmigające na rowerkach dzieciaki nie wjeżdżają pod nosy rozmyślających na ławeczkach emerytów (zazwyczaj ;)).

Tak gdzieś tu właśnie wykuwał się niespełniony talent kolarski, czyli ja...

...a kilka kroków dalej tajemniczy park 3. Maja.
No właśnie - na rowerkach. Tak mi się kojarzy, że to właśnie tutaj zdzieraliśmy sobie z siostrą kolana i łokcie próbując utrzymać się na naszych małych, dwukołowych monstrach. Podobnie jak w "Poniatowskim" tu też wydaje mi się, że bywaliśmy odświętnie i każda wizyta to było wydarzenie.

Fontanna w parku 3. Maja.
Zresztą dwa (a w zasadzie to trzy, zależy jak liczyć ;)) duże wydarzenia miały miejsce na boiskach w parku Baden-Powella i cieszę się, że miałem możliwość w nich uczestniczyć. Pierwszym (lub pierwszymi dwoma ;)) były dwie edycje festiwalu hip-hopowego "Outline Colour Festival". Rewelacyjne imprezy, niezapomniane koncerty, rewelacyjny klimat tamtejszych plenerów, coś wspaniałego. Nie wiem czy bardziej utkwiło mi w pamięci zbieganie do torów prowadzących na Fabryczny w ramach skrótu i poharatanie nóg jak po ataku nożownika, czy przepychanie się z Dominiką do pierwszego rzędu, udając imprezowych fotografów ;).

Ach te koncerty, ach te mecze! To właśnie tu!
Drugie wydarzenie to turniej piłkarski kibiców Widzewa, w którym miałem okazję grać i reprezentować osiedle Ustronie, na jakim do niedawna mieszkałem. Fajna sprawa, tym bardziej, że doczłapaliśmy się do najniższego stopnia podium, zaskakując wszystkich łącznie z nami samymi ;). A ile było radości z wygranej dzięki temu zgrzewki piwa, ho ho! :)

5. Stawy Jana.

Stawy Jana już po liftingu i doposażeniu. A wycieczka nie chciała się słuchać uroczej opiekunki ;).
Miałem dylemat co tu wrzucić - czy Stawy czy park Źródliska. Uznałem jednak, że więcej wspomnień mam z obiektem chojeńskim, więc opiszę Stawy.

Miejsce do kultowe dla całego osiedla, jak się okazuje popularność ma nawet wśród przyjezdnych z Dolnego Śląska czy Podkarpacia, którzy osiedlili się na Chojnach. Złośliwy powie, że ciężko żeby było inaczej, skoro to jedyne takie miejsce w okolicy, ale złośliwy niech się gryzie, bo to miejsce tak czy siak wyjątkowe!

Duckfeeding, czyli co łodzianie robią z niezjedzonym chlebem.
Staw dodaje uroku całemu parkowi. Dzika południowa część daje schronienie "rozmyślaczom" i zakochanym, więc można dziękować MOSiRowi, że nabudowali tam alejek, które popsuły dawny klimat. Północna część to oaza rekreacji, grillowania i, nie oszukujmy się, piwkowania. Można tu pograć w siatkówkę plażową, obecnie na Orliku także w piłkę i w kosza, zimą "odpalane" jest lodowisko, są także skatepark i open-air siłownia :), a na deser wypożyczalnia sprzętu wodnego i kąpielisko (bleee). Na plaży wieczorami zbierają się całe grupki ludzi, bynajmniej nie po to żeby (cytując funkcjonariuszy łódzkiej Policji) oglądać nocą kaczki. Wszyscy są zadowoleni.

Dzika, kameralna, południowa część parku. Szkoda, że między drzewami pobudowali "autostrady"...
Ilość wydarzeń jakie przeżyłem w tym miejscu jest tematem chyba na całą książkę, swego czasu spędzałem tutaj z ekipą dosłownie KAŻDY wieczór. Mieliśmy swoją miejscówkę przy dawnym lodowisku (to miejsce gdzie teraz stoi Orlik) i racząc się złocistym trunkiem odwalaliśmy różne mądrzejsze i głupsze akcje (z "oprawą meczową" z zimnych ogni włącznie...). Do historii przejdzie impreza na której pojawiło się, bagatela, ponad 100 osób. To były czasy... ;).

Dla głodnego knajpka w klimatycznym dworku.

I dla młodszych i dla starszych!
Plenerowa siłownia, a w tle Orlik.
 Podobnych historii, zwierzeń i opisów mógłbym wrzucić tu jeszcze ze trzy razy tyle. Osobiście mam więcej do wspominania z łódzkimi parkami, niźli z Piotrkowską. Niech więc każdy, kto uważa Łódź za brudnego, betonowego gniota ma się na baczności! Nie dość, że nie ma już w rękawie żadnych argumentów, to jeszcze będzie mieć do czynienia ze mną! A ja go już w takie miejsca zabiorę, że mu... serducho zapłonie miłością do łódzkiej zieleni!

Gdzie ten szary, gdzie ten szary... a! Jest! Ścieżka jest szara!