Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto zasadom wbrew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto zasadom wbrew. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2015

Taki duży, a zachowuje się jak dziecko, czyli funkcja, kultura i społeczeństwo. (Miasto zasadom wbrew cz.7)

Nie zdążyłem się obejrzeć, a tymczasem piszę już ostatni odcinek mojego cyklu. Przełaziłem, przejechałem, przejrzałem i przeczytałem ogromną cześć Łodzi, szukając dla Was i dla siebie tego co jest w moim mieście nieodpowiednie, niewłaściwe, niepoprawne i niezgodne z ogólnie przyjętymi regułami, normami i stereotypami. Czasem było zabawnie, czasem było brzydko, czasem żenująco, ale zawsze ciekawie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ani nie pokazałem Wam, ani nawet sam nie odkryłem pewnie z połowy tego co jest warte uwagi.

Na samym początku obiecałem, że napiszę po co ten cały cykl wymyśliłem, co chciałem dzięki niemu pokazać. Dziś wyspowiadam się z tego, ale dopiero wtedy kiedy uzupełnię tę układankę o ostatni, najważniejszy element.

Off Piotrkowska, www.pozytywniewlodzi.com
Miasta zachwycają architekturą, położeniem, historią, zabytkami, muzeami, festiwalami, klimatem i milionem innych rzeczy. Nie da się jednak zachwycić żadnym z nich, czy będzie to ogromny Nowy Jork czy malutki (relatywnie ;)) Nowy Sącz, bez ludzi i tego niewidzialnego pierwiastka, który gdzieś tam krąży po gigantycznych arteriach i wąziutkich podwórkach. Bez ludzi miasta stają się puste, tracą charakter i wydają się groźne. Prypeć przyciąga aurą radioaktywnej tajemnicy, ale ja wolałbym na dłuższy urlop wybrać się do Pragi. Jakoś łatwiej byłoby mi zasnąć w stolicy Czech ;).

W związku z tym - jacy są szanowni Łodzianie (dziś wyjątkowo niepoprawnie, z dużej litery)? Och przepraszam - jakie są Łodziaki (bo tak lubimy się nazywać, podobno jako jedyni w Polsce)?

Inni. Wyjątkowo spięci. Zdają się zawsze gdzieś pędzić, jakby wisiał nad nimi ogromny przyfabryczny zegar, nieubłaganie zabierający czas do pracy. Nawet w najleniwszą z niedziel, na Piotrkowskiej wszyscy gnają przed siebie, traktując wizytę w przyknajpowym ogródku jako krótki przystanek przed dalszym biegiem (nawet jeśli ta pauza trwa kilka godzin).

Woonerf na ul. 6. Sierpnia, www.krajobrazmiejski.pl
Łodziaki to najbardziej skrajny lud, w najbardziej skrajnym narodzie tego świata. Tu nie ma szarości (znów!), tu jest tylko czerń i biel. Jesteś z nami, albo przeciwko nam. Za Widzewem, albo za ŁKSem (albo plujesz po równo na jednych i drugich). Jesteś albo miłośnikiem gwaru pubów Piotrkowskiej, albo fanem cichych parków. Kochasz Łódź, albo szczerze jej nienawidzisz.

Zawziętością zjadamy resztę kraju na śniadanie, bo jak Łodziak się uprze, to tak ma być i koniec kropka. Taka to łajba, że nie ma wyboru, albo złapiesz się czegokolwiek i przeżyjesz, albo utoniesz i nikt o Tobie nie będzie pamiętać. Tutaj rodziły się i rozbłyskiwały wielkie jednostki (nawet jeśli nie zrodzone w Łodzi, to w Łodzi ukształtowane) - Rubinstein, Tuwim, Sternfeld, Reymont czy nawet, bardziej współczesny, Boniek. Łodziak jak już jest w czymś dobry, to zazwyczaj jest najlepszy na świecie.

Łodziaki są często błyskotliwe, mają unikalne pomysły, oryginalnością przerastają niejednokrotnie swoją epokę, mają wszelkie papiery na sukces, ale... często nie potrafią dojrzeć. Czasem trzeba zejść na ziemię i pomyśleć o zwykłej codzienności, tymczasem głowy już dawno wiszą ponad stratosferą.

Dworzec Łódź Fabryczna, www.biznes.pl
Chcielibyśmy być wyjątkowi i wyjątkowo traktowani, ale zamiast tego uchodzimy za chaotycznych świrów, którzy dźwigają potężny bagaż kompleksów i próbujących, wrzeszcząc i idiotycznie podskakując jak małe dzieci, zwrócić na siebie uwagę.

Budujemy gigantyczny, podziemny dworzec i rozwalamy całe miasto na linii wschód - zachód, żeby zbudować monumentalne, efektowne cudeńka, które nie wiadomo czy się sprawdzą i przydadzą. Lepiej byłoby jednak te miliony, a wręcz miliardy złotówek wydać na równe chodniki, czyste ulice i oświetlone alejki w parkach.

Jesteśmy cholernie sfrustrowani. Szczególnie bolą nas docinki o braku historii i zabytków i porównania do znienawidzonej, niedalekiej Warszawy. Chcielibyśmy być jak stolica, chcielibyśmy być stolicą, pępkiem świata, a jesteśmy traktowani przez wszystkich jak jej denerwujący, młodszy brat.

Nie mamy papierów na super miasto. Jesteśmy stolicą województwa, ale gdyby nie centra handlowe, to mało kto z ościennych miejscowości miałby po co tu zaglądać. Kulturalnie mamy coś tam do zaoferowania, ale i tak przegrywamy z Wawką, Wrocławiem czy Krakowem. Turystycznie podobnie. Nawet sport, kiedyś topowy na skalę kraju, upada, dyscyplina po dyscyplinie.

Dlaczego? Przecież 700 tys. ludzi to potężne zaplecze dla wszystkich dziedzin życia!

Problem jest taki, że tu po prostu nie żyje się dobrze. Tak z perspektywy zwykłego dnia, październikowego czwartku. Kiedy zwykły ludek martwi się tym czy będzie miał za co utrzymać rodzinę, czy kamienica mu się nie rozleci, czy nie utkwi w obłędnym korku spiesząc się do pracy, czy wróci do domu autobusem, czy znowu będzie musiał pieszo, po dziurawym chodniku, to nie interesuje go co grają teatry, jak radzą sobie nasze siatkarki i czy festiwal filmowy odbędzie się tu czy w Bydgoszczy.

Light Move Festival, www.lightmovefestival.pl
Jesteśmy trochę ofiarami własnego sukcesu. Zachwycałem się w swoich wpisach zabudową, układem urbanistycznym i oryginalną historią, bo to są nasze atuty. Żeby jednak żyło się tu przyjemniej, trzeba by poszerzyć ulice kosztem ładnych kamienic, dodać przestrzeni do ciasnego Śródmieścia i odciąć się od bycia strefą ekonomiczną. Dorosnąć i wyrzucić stare zabawki, które trzymamy w szafie jako amulety cudownej przeszłości.

To wszystko w rękach mojego i przyszłych pokoleń. Na tyle zmienić Łódź, żeby dało się tu żyć, ale zostawić na tyle dużo, żeby nie stracić zbyt wiele z tego szalonego uroku. Już powoli zmieniamy strategię. Odwróciliśmy się z uśmiechem do Śródmieścia, rewitalizujemy kamienice i na nowo ożywiamy stare fabryki. Kolorujemy podwórka i oddajemy ulice ludziom, a nie mechanicznym potworom na czterech kołach. Sadzimy drzewa, mamy pozytywnie szurnięte, kolorowe logo i zaczynamy być dumni ze swojej odmienności.

Zaczynamy lubić Łódź, ale... ja mam pewną obawę. Nie chcę, żeby z "szarej, brudnej Łodzi" zrobiła się Łódź - klaun. Łódź może i wreszcie kolorowa, ale tak zdziwaczała, że aż ocierająca się o śmieszność. Zostańmy hipsterem miast, ale nie hipsteryzujmy przesadnie. Miasto to miejsce gdzie powinno być ciekawie i atrakcyjnie, ale to nadal miejsce, gdzie rodzimy się, uczymy, zakochujemy, bierzemy śluby, chorujemy, umieramy, chowamy zmarłych. Miejsce gdzie żyjemy, z wszelkimi plusami i minusami tego faktu.

Nie odlećmy zbyt daleko na jednorożcach z naszej nowo zbudowanej stajni przy Mickiewicza. Nie wszystkim zasadom da się być wbrew.

Przystanek przesiadkowy, czyli stajnia dla jednorożców na trasie W-Z, www.skyscrapercity.com

niedziela, 23 sierpnia 2015

Wśród źródeł tryszczących, czyli gdzie te rzeki? (Miasto zasadom wbrew cz. 5)

"[Łódź] znajduje się z całą swoją rozległą okolicą pod obszernem i wyniosłem wzgórzem, z którego niezliczone tryszczą źródła..." pisał w 1825 roku sam Stanisław Staszic, jednocześnie rekomendując ówczesną Łódź, jako miejsce odpowiednie do założenia osady fabrycznej. Wiedział co robi, bo przecież w tamtych czasach przemysł potrzebował do funkcjonowania wody i drewna, tak samo jak dziś potrzebuje zwolnienia z podatków i ekstremalnie taniej siły roboczej ;).

Łódź, jako miasto położone w środku puszczy, na bagnistym terenie, poprzecinanym niezliczonymi, bystro płynącymi rzeczkami, gwarantowała nieograniczony wręcz dostęp do wcześniej wymienionych surowców. Dodajmy jeszcze, że ze względu na ukształtowanie terenu, na linii północny wschód - południowy zachód występuje dość spory spadek wysokości, więc nasze rzeczki płyną bystro, oferując wiele darmowej energii, która aż prosi się o wykorzystanie. Bajka.

Bystrzy, nie mniej niż nasze rzeczki, przemysłowcy wzięli się więc za eksploatowanie tego co natura dała. Szczególną miłością zapałali do jednej z nich, a mianowicie Jasienia, nie zapominając jednak o walorach innych, jak Łódki czy Neru. Jak to się dla naszych wodnych przyjaciół i przyjaciółek skończyło? Zapraszam na krótki spacer wzdłuż kilku najważniejszych rzek Łodzi, a sami się przekonacie!

Kusi mnie, żeby zacząć od tej najważniejszej, ale nie. Na pierwszy ogień (jak to woda) pójdzie Łódka, czyli ta najsłynniejsza. Czym sobie zasłynęła? W zasadzie to głównie nazwą. Legenda głosi iż nazwa miasta naszego pochodzi od nazwy tej, jakże ważnej już od średniowiecza, rzeki! Niestety, trzeba wyrzucić tę romantyczną bajeczkę na bok i pogodzić się z faktem, że to Łódka wzięła nazwę od Łodzi, a nie na odwrót.

Łódka między Parkiem Ocalałych, a Parkiem Helenów
Wcześniejsza nazwa rzeki brzmiała Ostroga (lub rzeka Starowiejska) i póki Łódź się nie rozrosła takim właśnie mianem się szczyciła.

Nie zmienia to faktu, że była to rzeka, z którą sąsiadowało (i w zasadzie nadal sąsiaduje) Stare Miasto. Jest, więc dla Łodzi tym czym Wisła dla Krakowa. Jaka rzeka takie miasto, chciałoby się rzec, ale nie będę uszczypliwy (jeszcze zdążę ;)).

Co ważnego znajduje się lub znajdowało przy tym 19 kilometrowym cieku? Stare Miasto, już wymieniłem. W dawnych czasach na rzece stał młyn (mniej więcej w miejscu gdzie dziś można przejść przez Nowomiejską z jednej strony Parku Staromiejskiego na drugą.). Poza tym z wód rzeki przez długi czas korzystał browar rodziny Anstadtów (dzisiejsze Browary Łódzkie) oraz fabryka Roberta Biedermanna.

Staw w Parku Staromiejskim.
Dziś jednak wzdłuż rzeki ciągną się głównie parki, wykorzystujące wodę i koryto Łódki do zasilania stawów. Są to kolejno (od wschodu): Park Ocalałych, Park Helenów, Park Staromiejski, Park na Zdrowiu oraz Ogród Botaniczny. W sumie miło, że rzeka, która jest w większości skanalizowana zostawia jakiś ślad na mapie miasta, nanosząc choć odrobinę natury w betonowo - asfaltowy krajobraz.


Staw na Łódce w Parku Helenów
Staw na Łódce w Parku Ocalałych
 
Staw na Łódce, Park na Zdrowiu

Hm, rozumiem, że susza ale... Łódka w pełnej krasie :).
Nie można również zapomnieć o dawnych zakładach I.K. Poznańskiego, które także korzystały z wody Łódki. Dzisiejsza Manufaktura, zostawia malutki hołd rzeczce w postaci rzędu fontann, mniej więcej wzdłuż jej koryta.

Mniej znana, ale dużo ważniejsza jest jednak Jasień. Gwoli ścisłości - Pan Jasień. Odznacza się on około ośmioprocentowym spadkiem wysokości i swego czasu niósł sporo wody. Wykorzystano ten fakt do postawienia w biegu tej 12,5 kilometrowej rzeki 4 młynów: Wójtowskiego, Księżego, Lamus i Araszt. To przy Jasieniu powstawały pierwsze duże zakłady przy Piotrkowskiej (tzw. bielnik Kopischa i Biała Fabryka L. Geyera), a przede wszystkim największe w Łodzi przedsiębiorstwo przemysłu bawełnianego, czyli zakłady Scheiblera (później połączone z zakładami Grohmanów, także nad Jasieniem).

Jasień, za Wójtowskim Młynem, tuż przed Księżym Młynem
 Dziś już próżno szukać śladów dawnej mocy Jasienia, rzeka płynie albo w podziemnym korycie, albo grzecznie sączy się w odkrytej "rynience" wzdłuż Rokicia. Pozostały natomiast ślady po młynach - w postaci stawów. I oczywiście parki - Widzewski, Nad Jasieniem i Reymonta.

Jasień w rynnie na Rokiciu...
Most jest, a rzeka...?
Łódzką tradycję wyznaczania osi parków kontynuuje także rzeka Olechówka. Ją ominęła kara przykrywania i wtłaczania w betonowe paskudztwa. Płynie sobie względnie naturalnym korytem (chociaż o wzmocnionych brzegach) z Olechowa, przez Dąbrowę, Chojny, Rudę, aż do ujścia do Neru. Nie zasilała nigdy słynnych fabryk, ale zasila Łodzian w zieleń i tereny rekreacyjne. Parki "u źródeł Olechówki", "na Młynku", a szczególnie Stawy Jana dają możliwości odetchnięcia od miejskiego gwaru, popływania kajaczkiem po stawach, czy przespacerowania się nad wodą.

Relaks na Stawach Jana, za drzewami widać tira, żeby czasem nie zapomnieć, że to Łódź ;).

Stawy Jana

Ledwo żywa Olechówka za Stawami Jana
Ciekawy temat to rzeka Sokołówka. Władze Łodzi podjęły się ambitnego planu "renaturyzacji" rzeki. Jego celem miało być poprawienie jakości wody w rzece, polepszenie retencji wody (tak aby cała nie spływała od razu za miasto) i stworzenie obszarów zrównoważonych ekologicznie, pomimo bliskości dużych osiedli mieszkaniowych i centrum miasta. Wydaje się, że prace w tym temacie już się zakończyły, ale czy zamierzone efekty zostały osiągnięte... O ile park im. Mickiewicza (popularny Julianowski) wygląda naprawdę ładnie, to to co dzieje się między ul. Zgierską i al. Włókniarzy jest... moim zdaniem dziwne.

Staw na Sokołówce, Park Julianowski
Niby są miejsca do rekreacji, chodniczki, ławeczki, boiseczka i w ogóle fajnie, ale... wszystko jakby na uboczu, schowane gdzieś za wielkie bloki, do tego dość mocno zarośnięte. Jest naturalnie, to fakt, ale czy jakoś specjalnie przyjaźniej? Dla naukowców pewnie tak, dla przeciętnego Kowalskiego - wątpię...

Staw na Sokołówce, na zachód od ul. Zgierskiej

Zarośnięty staw, a w tle "Titanic" :)

Hm... mnie nie zachęca.

Zrenaturalizowana Sokołówka...
Mamy też dwie rzeki, które na miano rzek rzeczywiście zasługują. Tzn. jedna już w Łodzi jest nawet całkiem okazała, a druga nabiera rozpędu w dalszym biegu.

Pierwsza z nich to Ner, mająca swoje źródła w Łodzi, potem uciekająca na chwilę z miasta i wracająca w okolicach Rudy Pabianickiej. Całkowita jej długość to 134 kilometry (ponad 10 razy więcej niż Olechówka czy Jasień, hłe hłe), ostatecznie zasila wody Warty.

Ner za Stawami Stefańskiego
Z punktu widzenia Łodzian najważniejsze jeśli chodzi o Ner to oczywiście "Stawy Stefańskiego" (oficjalna nazwa to Park 1. Maja). W południowej części miasta to najważniejsze po Stawach Jana miejsce rekreacji. Oprócz oczywistych atrakcji, jakimi są kajaki i rowerki wodne, a także ścieżka wokół Stawu, mamy tam także restaurację i... wyciąg do wakeboardu. Wake & Roll Park, bo tak się nazywa ten obiekt, to wyjątkowa atrakcja na mapie Łodzi, pozwalająca poczuć troszkę więcej ekstremalnych doznań. Fajna sprawa, oby takich pozytywnych "kwiatków" rosło nam ile się da!

I znów relaksik nad wodą, ale już bez tira!
 
Stawy Stefańskiego

Ner pod ul. Pabianicką. Susza wykańcza rzeki...
Przy okazji mówienia o Nerze warto wspomnieć o pomyśle na biznes, jaki miał znany skądinąd pan Ludwik Geyer. Otóż wymyślił on sobie, że postawi w tamtym miejscu... cukrownię. Jak można się domyśleć biznes niezbyt wypalił i stał się jedną z przyczyn bankructwa tego pioniera łódzkiego przemysłu.

Ale dlaczego akurat cukrownię, to ja chyba nigdy nie zrozumiem...

Na koniec kilka słów o rzece, która z Łodzi płynie najdalej, bo aż przez 168,5 kilometra. Bzura, bo o niej mowa, jest niestety w Łodzi tylko małym ciekiem, który dopiero dalej, pędząc między innymi przez Zgierz, Ozorków czy Łowicz, nabiera mocy. Nie zmienia to faktu, że zdążyliśmy postawić na Bzurze co? Oczywiście stawy i obiekty rekreacyjne! :) Arturówek, przycupnięty w Lesie Łagiewnickim, to znów rekreacyjna Mekka dla mieszkańców dzielnicy Bałuty.
Bzura...

Arturówek, czyli to co udało się Łodzi "wycisnąć" z Bzury ;)
No i co, gdzie się podziały te tryszczące źródła? W większości zamieniły się w stawy albo kanały. Zepchnęliśmy swoje rzeki na margines, ale niespecjalnie się temu procesowi dziwię. O ile za czasów małej, średniowiecznej mieściny takie cieki mogły się utrzymać w naturalnym stanie, tak mocna urbanizacja spowodowała opadnięcie poziomu wód, co zmarginalizowało znaczenie naszych rzeczułek. Poza tym, takie wąskie "ścieki" bardziej przeszkadzają, aniżeli dodają atutów, dlatego się je chowa.

Miasta potrzebują dużych zbiorników wodnych - dla celów rekreacyjnych, dla odpowiedniego wietrzenia obszaru i po prostu dlatego, że w takich miejscach żyje się przyjemniej (bo jak coś Cię wnerwia to idziesz się przejść nad wodę i Ci lżej, a w Łodzi gdzie nie wyjdziesz tam wszędzie ten cholerny beton...).

Niestety rzeki sobie nie wyczarujemy, z morzem też musimy jeszcze trochę poczekać (chuchajcie ciepłym powietrzem w stronę lodowców, może coś przyspieszymy ;)), pozostaje pogodzić się z tym co mamy. I to akurat jest jedna z niewielu rzeczy, która mi się w Łodzi ewidentnie nie podoba i która sprawia, że chciałbym stąd zwiewać, gdyby była możliwość...

A mówili, że ta Łódź taka szara...

niedziela, 16 sierpnia 2015

Zapchaj, upchaj, dopchaj i jeszcze, żeby jakoś wyglądało, czyli zabudowa. (Miasto zasadom wbrew cz. 4b)

Piękno jest w oku patrzącego.


Stare Polesie...


"Ładność", estetyka wyglądu, ocena powierzchowności - czy może być coś bardziej subiektywnego?

Zaplanowałem sobie na dziś pogadankę o architekturze Łodzi, o moich ulubionych stylach, plusach i minusach i do tego kilka ładnych fotek. Tak sobie jednak sądzę, że wolę przytrzymać się tonu jaki nadaje tytuł mojego cyklu i, wbrew zasadom, napisać kilka zdań o poczuciu estetyki Łodzi.
Sielankowa niedziela na placu Dąbrowskiego.

Panowie wpiszcie sobie teraz w wyszukiwarkę hasło "piękna kobieta". Panie - uczyńcie podobnie z hasłem "przystojny mężczyzna". Popatrzcie sobie na zdjęcia jakie Wam "wyskoczą" i zastanówcie się ile z osób na tych zdjęciach rzeczywiście Wam się podoba. Niektórym pewnie wszystko, niektórym tylko kilka, a niektórzy, jak ja, uznają, że co będą się gapić na fotki, skoro piękno jest tuż obok nich :).
Za Teatrem Wielkim.

Nieważne co tam sobie wypatrzycie i wywnioskujecie, ja jestem pewien jednego - oglądając te zdjęcia, czy cokolwiek innego zawsze znajdziecie coś co Was zachwyci i zawsze znajdziecie coś co wywoła w Was reakcję "eee, że co? Przecież to jest brzydkie...".

Rynek Bałucki.


Śmiesznie to brzmi, ale po prostu spodoba Wam się to co ma się spodobać, kropka.

Tak właśnie jest z Łodzią. Dlatego rozumiem wszystkie negatywne głosy na temat mojego miasta. Żeby docenić jej urok trzeba mieć odpowiednie, inne zdaje się, od stereotypowego, poczucie pojmowania piękna.

Bałuty.

Jak jest w moim przypadku? Pozwolę sobie przywołać scenę z filmu "Midnight in Paris". Adriana pyta Gila, która z prostytutek mu się podoba. On odpowiada, że wszystkie, że po prostu lubi taką wyuzdaną, bezpruderyjną, trochę brudną estetykę.


Tak właśnie postrzegam Łódź, jej kamienice, ulice i pejzaże. Jak prostytutkę. Jest w tym mieście coś niegrzecznie seksownego, coś co straszliwie działa mi na wyobraźnię, pobudza jej najgłębsze miejsca, te pełne mrocznych instynktów.

Do kupienia atrakcyjny budynek przy Wólczańskiej :)

Łódź, jak kurtyzana zachęcająca do swoich usług, gdzieś w bocznej uliczce, po prostu kusi. Puste ściany kamienic przypominają odsłonięte długie nogi, przez które wzrok ucieka znacznie wyżej, tam gdzie nie powinien. W przybrudzone okna i bramy, które niczym dwoje bezczelnie spoglądających oczu, pobudzają pytania "co kryje się za wami? Co jest w środku?". Czy to obdrapane fasady, czy pięknie wyremontowane zdobienia, wszystkie zdają się przypominać tandetne czerwone szpilki, lukrowe, różowe topy i nalakierowane fryzury.

Cukierkowy szpital Barlickiego

Nie każdy to lubi, nie każdemu się to podoba. Dlatego niektórzy wolą "ugłaskane" miasta, z grzecznie uporządkowanym układem, wyremontowanymi fasadami cudownych pałaców i szerokimi, oświetlonymi arteriami.

Ja wolę spędzić noc gapiąc się z piwnego ogródka na opuszczony gmach "Siemensa", zaglądać w ciemne bramy i nieśmiało rzucać okiem na drewniane klatki schodowe chojeńskich kamienic.

I znów Bałucki Rynek.
Średniowieczne ślady Starego Miasta...
Estetyczny misz-masz, czyli Plac Wolności.

Piękniejcie nam kamienice, piękniejcie!

Modernistyczna Narutowicza.

"SEPEC"

Ania, nie świruj, bo policja już idzie!

Ach te okna, ach te linie, ach te podziały...

Wyjątkowe podwórko...

...wyjątkowej kamienicy. Szkoda patrzeć na kłódkę i mur w oknach dawnego domu...

Gotyk w łódzkim wydaniu!

Ładne? Mnie się na swój sposób podoba.

Elegancka, ale fikuśna.

Puste, zagadkowe, fascynujące...

Pozdrawiam serdecznie! :)

Warto kupić? Bo chyba nadal na sprzedaż?

Łódź bajkowa :).

Smutne, posępne, funkcjonalne.