Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulice. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 maja 2016

Ogień

Czarna, cieniutka kurtka z groteskowo olbrzymim logo umbro połyskiwała w świetle latarni, dając pozory tego, że woda po niej spływa i ani kropla nie przesiąka do wewnątrz. Niestety - przemiękła już po kilku pierwszych sekundach w deszczu. Deszczu, który, należy nadmienić, lał nieprzerwanie od co najmniej dwudziestu dni. Miasto w milczeniu tonęło pod hektolitrami życiodajnej wody, sparaliżowane siłą żywiołu.

Mało kto w tamtych dniach ruszał się z domu, jeśli nie musiał. Większość lokali usługowych zamykało się "do odwołania", bo po 5 dobach bez odwiedzin ani jednego klienta każdy przedsiębiorca potykał się o próg opłacalności. Zresztą i tak pracownicy solidarnie zostawali w domach, wybierając suche ubrania, zamiast mokrych banknotów wypłaty.

http://sowa777.fotek.pl/fotka-92484
Żeby było zabawniej, temperatury utrzymywały się na równym poziomie dwudziestu kilku stopni. Namiastka tropikalnej pory deszczowej w samym sercu umiarkowanej strefy klimatycznej.

Dlatego ubierając się do wyjścia, a robił to co wieczór, decydował się na bawełniany t-shirt i tą starą, bezużyteczną kurtkę. Szybciej schła, a przy okazji umiejętnie tłumiła wyrzuty sumienia, że można było coś jednak na siebie założyć.

Liście na drzewach zieleniły się soczyście, tego roku wyjątkowo rozpieszczane ciepłem i wilgocią. Tworzyły ciepłą otulinę, dodającą otuchy każdemu kto odważył się kroczyć pośród wpatrzonych w siebie, cuchnących wilgocią kamienic łódzkiego Polesia. W gruncie rzeczy, dzięki wszystkim tym roślinom Mielczarskiego wyglądała całkiem przyjaźnie, a wręcz zachęcająco.


Wsłuchany w narkotyzujący dźwięk bębniących o kałuże kropel odwrócił się w prawo. Nie, to nie były omamy słuchowe - rzeczywiście z jednej z bram dobiegały chrypliwe męskie głosy. W mroku stała grupka lokalnych watażków, którzy - w normalnych warunkach - najprawdopodobniej już próbowaliby zaczepki w jego kierunku. Niestety, wielodniowy opad działał przygnębiająco także na nich, toteż ich zwyczajna jurność była znacznie, ale to znacznie przygaszona.

No i nie było co pić, bo zapasy już dawno się pokończyły, nawet zamknięte sklepy umiejętnie wyczyszczono, ale więcej nie chciało przyjechać. Jakoś ważniejsze okazało się dostarczanie żywności, aniżeli używek. A skoro podaż wymarła, to i popyt wymierał. 

Uśmiechnął się ponuro. Deszcz spłukiwał każdy makijaż i każdą maskę. Odcięci od świata łodzianie, okazywali swoje prawdziwe oblicza. Jeśli w ogóle wystawiali nosy za drzwi własnego cieplutkiego (póki co) mieszkanka.

Apokalipsa? Armageddon? Drugi Potop?

Możliwe, że tak. I tak nikt tego nie wiedział, bo przecież w trakcie końca świata nie pojawi się na niebie napis "TO JUŻ". Ludzkość była być może wystawiana na największą od wieków próbę i w związku z tym nie robiła nic poza wystawaniem w oknie i udawaniem, że jest tak jak być powinno.

Przetarł twarz z wody i pokręcił głową. Skąd u niego ten katastrofizm, defetyzm i pesymizm? Prawda była taka, że takiego deszczu nikt się nie spodziewał i kilka prężnie (dotychczas) działających nitek tego cywilizacyjnego ekosystemu po prostu nawaliło. Przestanie padać i wszystko wróci do normy.


Jemu akurat nie zależało na tym, żeby przestało padać. Miał jak i po co żyć. Wraz z grupą podobnych sobie ludzi, trwonili swoją doczesność niezależnie od tego co działo się za oknem. Na to nie mieli wpływu, więc energię wykorzystywali tylko na to, co kształtować mogli swoimi dłońmi. Na muzykę, malarstwo, literaturę, a czasem, kiedy było już bardzo ciemno i bardzo późno na taniec i prokreację. Żyli prosto i zostawiali na kałużach ślady, jakich inni nie zostawiali nawet na świeżo wylanym betonie. Odciskali swoje dłonie, niczym szamani w jaskiniach, kilka tysięcy lat temu.

Wciągnął do nosa ciężkie, lepkie powietrze, obrzydliwie wilgotne i pełne oleistego zapachu kwitnących drzew. Zapach, zdaje się, ambrozji. Spojrzał przed siebie, stojąc na środku jezdni 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Krzyknął głośno, unosząc wysoko ramiona. Zdjął kaptur i radośnie podbiegł do parterowej kamieniczki. Zza okien już pobrzmiewały spontanicznie uderzane bębny.

Nacisnął na klamkę drewnianych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie. Nie skrzypiały, bo regularnie o nie dbali. Stare nie znaczy popsute. Światło uderzyło go w oczy. Musiał przymknąć oczy, zanim przyzwyczaił się do jasności. Potężny, brodaty mężczyzna z szerokim uśmiechem i sentymentalnym spojrzeniem wyszedł mu naprzeciw. 

- Już się bałem, że się potopiłeś! - zawołał przyjemnym basem i uścisnął dłoń przybysza.
- Panta rhei. - odpowiedział, odwzajemniając uśmiech - A skoro tak, to nic na tym świecie nie może utonąć.

Brodacz zmarszczył brwi.

- Jak zwykle nie mam pojęcia o co ci chodzi, ale dobrze cię widzieć. - skwitował. Co wieczór powtarzał wszystkim przybywającym, że dobrze ich widzieć. Dzięki temu, co wieczór czuli się dobrze. Bo się widzieli.

Przybysz sięgnął do kieszeni i skrzywił się, rozczarowany. 

- Znowu to samo. A myślałem, że dzisiaj się uda. - powiedział, wyjmując z kieszeni przemokniętą do cna bibułkę pełną zawilgotniałej zawartości.

- Nie martw się o nic. Wczorajszy zdążył wyschnąć. - odparł brodacz, a w jego oczach zapłonął ogień. Podał przybyszowi suchusieńkiego jointa i zapałki.

Tamten skinął głową i przyjął podarek. Brodacz odszedł bez słowa. Przybysz zamknął oczy, włożył jointa do ust i zapalił go. Wciągnął dym do płuc i zrobił kilka kroków do przodu. Otworzył oczy i zobaczył duże pomieszczenie, pełne rozgadanych i roześmianych głów. Uśmiechnął się i wypuścił powietrze. 

Nie było już deszczu, nocy i śmierci. Płonął ogień, a dzień nie schodził z nieboskłonu.


niedziela, 16 sierpnia 2015

Zapchaj, upchaj, dopchaj i jeszcze, żeby jakoś wyglądało, czyli zabudowa. (Miasto zasadom wbrew cz. 4b)

Piękno jest w oku patrzącego.


Stare Polesie...


"Ładność", estetyka wyglądu, ocena powierzchowności - czy może być coś bardziej subiektywnego?

Zaplanowałem sobie na dziś pogadankę o architekturze Łodzi, o moich ulubionych stylach, plusach i minusach i do tego kilka ładnych fotek. Tak sobie jednak sądzę, że wolę przytrzymać się tonu jaki nadaje tytuł mojego cyklu i, wbrew zasadom, napisać kilka zdań o poczuciu estetyki Łodzi.
Sielankowa niedziela na placu Dąbrowskiego.

Panowie wpiszcie sobie teraz w wyszukiwarkę hasło "piękna kobieta". Panie - uczyńcie podobnie z hasłem "przystojny mężczyzna". Popatrzcie sobie na zdjęcia jakie Wam "wyskoczą" i zastanówcie się ile z osób na tych zdjęciach rzeczywiście Wam się podoba. Niektórym pewnie wszystko, niektórym tylko kilka, a niektórzy, jak ja, uznają, że co będą się gapić na fotki, skoro piękno jest tuż obok nich :).
Za Teatrem Wielkim.

Nieważne co tam sobie wypatrzycie i wywnioskujecie, ja jestem pewien jednego - oglądając te zdjęcia, czy cokolwiek innego zawsze znajdziecie coś co Was zachwyci i zawsze znajdziecie coś co wywoła w Was reakcję "eee, że co? Przecież to jest brzydkie...".

Rynek Bałucki.


Śmiesznie to brzmi, ale po prostu spodoba Wam się to co ma się spodobać, kropka.

Tak właśnie jest z Łodzią. Dlatego rozumiem wszystkie negatywne głosy na temat mojego miasta. Żeby docenić jej urok trzeba mieć odpowiednie, inne zdaje się, od stereotypowego, poczucie pojmowania piękna.

Bałuty.

Jak jest w moim przypadku? Pozwolę sobie przywołać scenę z filmu "Midnight in Paris". Adriana pyta Gila, która z prostytutek mu się podoba. On odpowiada, że wszystkie, że po prostu lubi taką wyuzdaną, bezpruderyjną, trochę brudną estetykę.


Tak właśnie postrzegam Łódź, jej kamienice, ulice i pejzaże. Jak prostytutkę. Jest w tym mieście coś niegrzecznie seksownego, coś co straszliwie działa mi na wyobraźnię, pobudza jej najgłębsze miejsca, te pełne mrocznych instynktów.

Do kupienia atrakcyjny budynek przy Wólczańskiej :)

Łódź, jak kurtyzana zachęcająca do swoich usług, gdzieś w bocznej uliczce, po prostu kusi. Puste ściany kamienic przypominają odsłonięte długie nogi, przez które wzrok ucieka znacznie wyżej, tam gdzie nie powinien. W przybrudzone okna i bramy, które niczym dwoje bezczelnie spoglądających oczu, pobudzają pytania "co kryje się za wami? Co jest w środku?". Czy to obdrapane fasady, czy pięknie wyremontowane zdobienia, wszystkie zdają się przypominać tandetne czerwone szpilki, lukrowe, różowe topy i nalakierowane fryzury.

Cukierkowy szpital Barlickiego

Nie każdy to lubi, nie każdemu się to podoba. Dlatego niektórzy wolą "ugłaskane" miasta, z grzecznie uporządkowanym układem, wyremontowanymi fasadami cudownych pałaców i szerokimi, oświetlonymi arteriami.

Ja wolę spędzić noc gapiąc się z piwnego ogródka na opuszczony gmach "Siemensa", zaglądać w ciemne bramy i nieśmiało rzucać okiem na drewniane klatki schodowe chojeńskich kamienic.

I znów Bałucki Rynek.
Średniowieczne ślady Starego Miasta...
Estetyczny misz-masz, czyli Plac Wolności.

Piękniejcie nam kamienice, piękniejcie!

Modernistyczna Narutowicza.

"SEPEC"

Ania, nie świruj, bo policja już idzie!

Ach te okna, ach te linie, ach te podziały...

Wyjątkowe podwórko...

...wyjątkowej kamienicy. Szkoda patrzeć na kłódkę i mur w oknach dawnego domu...

Gotyk w łódzkim wydaniu!

Ładne? Mnie się na swój sposób podoba.

Elegancka, ale fikuśna.

Puste, zagadkowe, fascynujące...

Pozdrawiam serdecznie! :)

Warto kupić? Bo chyba nadal na sprzedaż?

Łódź bajkowa :).

Smutne, posępne, funkcjonalne.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Dużo tego, a i tak nie działa, czyli ulice. (Miasto zasadom wbrew cz. 3)

Na dzień dobry przywitam Was mapką, coby łatwiej nam się rozmawiało o łódzkich ulicach. Mapkę zapożyczyłem z http://mapa.lodz.pl/. Specjalnie, chociaż wiem, że wydaje się być nieco mniej czytelna niż google maps. Po prostu wszyscy używają google mapsa, to ja wolę użyć czegoś swojskiego ;). Jak klikniecie to się powiększy, będzie łatwiej się zorientować.


Oto Łódź i jej ogólnie pojęte centrum. Przyjmijmy, że ten obszar wyznaczają ulice - na północy Lutomierska i Wojska Polskiego (troszkę poza granicą wrzuconej mapki), na zachodzie Al. Włókniarzy i Jana Pawła II, na południu Wróblewskiego - Czerwona - Przybyszewskiego (też poza mapką), na wschodzie - Rydza Śmigłego - Kopcińskiego - Palki.

Przyjmijmy, bo wyznaczenie centrum w Łodzi należy do wyjątkowo paskudnych zadań. O tym jednak w następnej części, o zabudowie miasta. Niech to jednak świadczy o tym, że zorientować się w tym szaleństwie nie jest łatwo.

Co rzuca się w oczy tuż po spojrzeniu na mapkę, to spore zagęszczenie ulic na zachód i północny wschód od Piotrkowskiej. Wydaje się to logiczne, bo przecież mowa o najściślejszym centrum miasta i tak być powinno. Zwróćcie jednak uwagę, że więcej jest ulic o przebiegu południkowym (czyli z północy na południe :)). Tak jakby ktoś nienaturalnie "rozciągnął" plan miasta w tym kierunku.

Sytuacja ta tyczy się zarówno zachodniej, jak i wschodniej części centrum. Zerknijcie jednak, że po prawej stronie, tak jakby wszystkie te ulice ucinały się w jednym miejscu i po chwili przerwy biegły dalej. Tworzy się biała plama. Ta biała plama to linia kolejowa, kończąca się dworcem Łódź Fabryczna. Dziś chowamy ją pod ziemię i spróbujemy przebić się górą, ale do tej pory rozrywała ona miasto na dwie części. Fatalna sprawa...

Co gorsza. Nie tylko te ulice, które "zamyka" Fabryczna urywają się nagle. Przykłady? Proszę bardzo. Gdańska na północy, przy Ogrodowej, Wólczańska na północy przy Próchnika, Kościszki na południu przy Radwańskiej, czy nawet Sienkiewicza w ścisłym centrum, przy Narutowicza. Czy to jakiś labirynt? No chyba, zerknijcie na zachodnie zakończenie Próchnika. Nagły skręt w lewo i jedziemy już Lipową... Dziwoląg na dziwolągu dziwolągiem pogania.

Lipowa/Próchnika fot. http://kaarolcia26.pinger.pl/p/70
Skąd takie "uliczne jajca"? Wspomniałem w części pierwszej i dużo razy wspomnę w części czwartej, że Łódź do pewnego momentu korzystała z uroków budowy miasta na "surowym korzeniu". Można było wszystko zaplanować, wymierzyć, wyliczyć. Później niestety, została zostawiona sama sobie. Wytyczanie nowych ulic kłóciło się z przebiegami tych starych, działki dzielono jak wygodnie, a jeśli ktoś się zaparł, to na końcu postawił kamienicę i najpiękniejsze nawet plany szlag trafiał. Istny żywioł to stworzył, dlatego dzisiaj poruszanie się po Łodzi to też istny żywioł :).

Łódzkie korki fot. www.fakt.pl
Z północy na południe powinno być łatwo się przedostać, skoro tyle ulic ma południkowy przebieg. Niestety, nic z tego, większość jest "zatkana". De facto, jedyną śródmiejską ulicą, jaką przepchasz się wędrowcze z Chojen na Bałuty jest Kilińskiego. Jedna ulica w ośmusettysięcznym mieście! To znaczy, przepraszam, wprowadzam w błąd. Wędrowiec przepcha się Piotrkowską i Nowomiejską. Kierowca niestety nie, bo pół Pietryny jest deptakiem.

ul. Kilińskiego fot. wiadomosci24.pl
Zostają trasy szybkiego ruchu - krajówki 1 i 14. Fajnie obiegają miasto, pozwalając teoretycznie szybko dostać się wszędzie, unikając śródmiejskiego ścisku. Niestety, krajówki mają to do siebie, że są krajówkami. Pędzi nimi tranzyt, który skutecznie zapycha, już i tak oblegane arterie. Do tego jeszcze, żadna z tych dróg nie jest bezkolizyjna. Co to oznacza? Ano tyle, że na każdym skrzyżowanku postoimy sobie na światłach, bo przecież inaczej to byśmy się pozabijali...

al. Śmigłego-Rydza fot. lodz.naszemiasto.pl

al. Włókniarzy fot. www.kemy.pl
To może zamiast z Chojen na Bałuty, to chociaż z Retkinii, albo Teofilowa na Widzew? Znów look na mapkę i tu dopiero mamy dramat. Jedna, jedyna całkowicie prosta droga między zachodem, a wschodem, to słynna już, remontowana właśnie, trasa W-Z. Oczywiście, równie poszatkowana światłami, co wcześniej wymienione... Zbudowana w latach 70. XX w. arteria to jedyna opcja, która, co gorsza, łączy ze sobą tylko Retkinię z Widzewem.  Teofilów jest skazany na pchanie się przez centrum, albo dobijanie do wuzetki wspomnianą już Włókniarzy. Armageddon na co dzień, a co dopiero teraz w trakcie remontów...

Trasa W-Z w trakcie remontu fot. www.skyscrapercity.com
Czemu z zachodu na wschód też tak blado? Głównie dlatego, że Łódź z ciągnącego się z północy na południe węża, w całkiem kształtne jabłuszko zmieniła się stosunkowo niedawno, bo dopiero w połowie XX wieku. To wybudowanie gigantycznych blokowisk na Retkinii i Widzewie sprawiło, że Łódź to bardziej okrąg niźli prostokąt. Nikt nie projektował i nie planował ulic, które mogłyby przebić się równoleżnikowo, bo i po co? Przecież tam wtedy były tylko lasy i wsie, na co komu komunikacja z lasami?

Swoją drogą "Retkę", "Teofkę" i Widzew pięknie odcinają także linie kolei obwodowej, której zalety powoli zaczynamy zauważać dopiero teraz... Nadrabiamy dziś dwa stulecia opóźnień i zaniedbań, do tego pracując na żywym organizmie...

Najfajniejsze w tym wszystkim są dwie kwestie. Po pierwsze - remont trasy W-Z, ma być lekiem na zapchane Mickiewicza i Piłsudskiego, ale niczego nie rozwiąże, jedynie odsunie korki troszkę bardziej na wschód. Ruch ma iść pod ziemią, ale jedynie do Kilińskiego (patrząc od zachodu, w tym kierunku było zazwyczaj najgorzej). Tam wyładuje się znów na powierzchnię i klops...

Po drugie - cudujemy z rozwiązywaniem tej katastrofy komunikacyjnej, nie czekając na zbudowanie kluczowej z punktu widzenia tranzytu autostrady A1. Może się okazać, że odciążenie Łodzi od "przelotówek", sprawi że system okaże się całkiem sprawny i wydajny. Łatwo policzyć jak dużo aut na obcych "blachach" szczelnie dopełnia nasze drogi... W każdym razie efekt poznamy dopiero w przyszłym roku.

Jak zapewne zauważyliście, rozpatrywałem komunikacyjność Łodzi pod względem samochodów. A co z transportem miejskim, a szczególnie słynnymi, łódzkimi tramwajami? Otóż powiem tak - są, ale niewiele do gadania mają. No bo tak - ze wschodu na zachód - prawie tylko trasą W-Z. W centrum robi się ciasno, bo jeździ kilka linii po jednym torowisku. Na Pomorskiej jest linia, ale korki są tam niewyobrażalne. Na Zielonej też słabo, dopiero na Narutowicza za Kilińskiego można się rozpędzić. To już jednak trochę za daleko od centrum...

fot. www.komunikacjazbiorowa.pl
Dalej - z północy na południe - mamy linie na Gdańskiej, Kościuszki i Kilińskiego. Jedynie na Kościuszki torowisko jest całkowicie wydzielone od ruchu samochodowego. W pozostałych przypadkach tramwaje, współtworzą korki z autami, czyli to też nie działa. Do tego miasto polikwidowało linie, które łączyły poszczególne nitki (tak jak na ten przykład na Czerwonej i Wróblewskiego), więc ewentualnych awarii nie ma jak omijać.

Poza tym - wbrew temu co się mówi, komunikacja tramwajowa nie ma u nas priorytetu i tramwaje tkwią grupami w korkach przed światłami, chociaż to one miały mieć absolutne pierwszeństwo...

O stanie nawierzchni i torowisk, to momentami aż żal wspominać. Niech za przykład posłużą ulice Legionów i Dąbrowskiego. Cud, że to jeszcze się nie zapadło pod ziemię... ze wstydu.

Torowisko na Dąbrowskiego fot. www.komunikacjazbiorowa.pl
To może coś pozytywnego o łódzkich ulicach? Będzie mi naprawdę trudno. Problem jest taki, że w zasadzie poza Piotrkowską, wszystkie pozostałe to istne pandemonium. W Śródmieściu uliczki są wąziutkie, pozastawiane zaparkowanymi autami, pełne pędzących jeden za drugim pojazdów. Do tego tłumy pieszych gnieżdżących się na chudziutkich chodniczkach... Co z tego, że w wielu miejscach jest ładnie i klimatycznie, skoro strach się gdziekolwiek zatrzymać i porozglądać. Znów powraca problem braku jednego głównego rynku/placu, który troszkę uspokajałby tę transportową kakofonię... Nawet deptak na Piotrkowskiej ma przekichane, bo co chwilę skrzyżowania i kolumny aut ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód...

Pod tym względem Łódź to, niestety, dno. Wątpię czy da się to poprawić, bez gigantycznych naruszeń oryginalnej tkanki miejskiej. Raczej nikt się na tak karkołomne zadanie nie zdecyduje. Cała nadzieja w zmianie mentalności, że auta są jedynym słusznym środkiem komunikacji... Jednak w takie cuda ja nie wierzę.

Żeby jednak nie było wszystkim smutno, na koniec uraczę Was obrazkiem z google street view, który, mam nadzieję, poprawi humory.

Bo nie wierzę, że nie poprawi Wam humoru widok ulicy Szczęśliwej!


No co jak co, ale ulice to nam się, Łodzianie, nie udały...