Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piotrkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piotrkowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 maja 2017

Cisza na morzu | [ANGIELKA #2]

Okna. Setki okien. Jak w gigantycznym cruiserze. Cóż, w końcu to Łódź. Wszystkie w milczeniu tępo wpatrują się przed siebie. Podobnie zresztą jak Alex, która stała przed monumentalnymi wieżowcami i zadzierała wysoko głowę, nie zważając na to, że boli ją kark. Chociaż były to godziny szczytu, to miasto było jakieś takie... ciche. Jakby odpoczywało po potężnej nawałnicy. Albo jakby to był pierwszy stycznia. Wiecie - najlepszy moment dla kosmitów na inwazję.

Niebo było jednolicie białe, przez co otoczenie wydawało się całkowicie wyprane z kolorów. Jałowe, jak kompres, którym owija się zbolałą głowę. Ola dostroiła się dziś do fal wysyłanych przez miasto. Sama czuła się płaska, jednowymiarowa i nudna jak kawałek kartonu albo wyświetlacz nokii 3310. Jakby przez jej głowę przepłynęła właśnie fala powodziowa, zabrała co miała życzenie wziąć (czyli wszystko co się dało) i zostawiła brązową od mułu ziemię.


czwartek, 13 sierpnia 2015

Zapchaj, upchaj, dopchaj i jeszcze, żeby jakoś wyglądało, czyli zabudowa. (Miasto zasadom wbrew cz. 4a)

Jeżeli uważnie czytaliście wcześniejsze części mojego cyklu, to wiecie już, że Łódź powstawała według planu tylko przez pierwsze kilka lat swojego fabrycznego życia. Później zaczęło się to co nigdy nie powinno mieć miejsca. Dziki, niekontrolowany, a do tego nazbyt intensywny rozwój tkanki miejskiej spowodował, że zabudowa rozrosła się w patologiczny sposób.

Przykład? Chociażby mnogość ślepych ulic, o czym pisałem w poprzedniej części. Jeśli jednak mowa tylko o zabudowie, to najlepiej zobrazują to słynne podwórka przy Piotrkowskiej (szczególnie w północnej części. Są na tyle oryginalne, że doczekały się przewodnika na swój temat. Zerknijcie na to słynne archiwalne zdjęcie.


Zdjęcie zostało wykonane w bramie przy Piotrkowskiej 38. Gdyby fotograf zrobił kilka kroków do tyłu zobaczyłby mniej lub bardziej efektowną elewację frontową zdobiącą "główną" część kamienicy. Tam znajdowały się najczęściej najlepsze mieszkania, sklepy, kawiarnie itp. Za tą ładną wizytówką zaczynały się rozciągać oficyny, stanowiące jakby dwoje ramion. 

Tutaj już nie było tak różowo, bo lokale były raczej o niskim standardzie. Trudno zresztą, żeby ktoś zamożny zażyczył sobie mieszkać w niedoświetlonej studni ciągnącej się daleko, niczym wagon pociągu osobowego. Do tego cuchnącego, bo kanalizacji przecież nie było. Bardzo często takie podwórko dłużyło się aż do następnej przecznicy, zwieńczone kolejną kamienicą frontową. Do tego, z czasem, budowano jeszcze oficynę poprzeczną, dzielącą podwórko na dwie połówki.

Jakby napadało więcej deszczu, to można by basen urządzić, gdyby pozatykać wszystkie odpływy ;).

Dlaczego tak budowano? Otóż w początkowej fazie rozwoju Łodzi osadnicy otrzymywali równej wielkości działki, które były zazwyczaj bardzo wąskie, za to wyjątkowo długie. Od frontu budowano dom, a z tyłu znajdował się ogród.

Z czasem działki zmieniały właścicieli, albo ci bogacili się, i zabudowa zwiększała rozmiary. Niestety nikt nie pokusił się o dostosowanie wielkości placów do potrzeb. Najlepiej widać to po zachodniej stronie Pietryny, w jej północnej części, gdzie działki do dziś biegną ukośnie. Jest to pozostałość z czasów przedfabrycznych i przebiegu traktu piotrkowskiego, który podówczas biegł sobie wężykiem. Działki (wtedy na polach) wytyczane były prostopadle do drogi. Trakt piotrkowski wyregulowano i "machnięto" na przestrzał z północy na południe, a krzywe linie zostały...

Oto właśnie przyczyna śródmiejskiego "zapchania" Łodzi. Budynek na budynku, budynkiem pogania, bo każdy stawiał gdzie mu tylko było wygodnie. Jednak pal sześć, gdyby były to tylko budynki mieszkalne. Nie ma jednak tak dobrze! W tej całej ciasnocie stawiano obok siebie kamienice czynszowe, warsztaty, browary, a przede wszystkim - fabryki. Skoro traktowano Łódź jako rozrośniętą strefę ekonomiczną, to ciężko oczekiwać, że przemysł nie będzie miał priorytetu...


Może jednak udało się jakoś tę przestrzeń chociaż minimalnie podzielić? Na szczęście tak. Zacznijmy znów od Piotrkowskiej. Z czasem nabrała ogromnego znaczenia reprezentacyjnego i najwięksi "gracze" łódzkiej sceny przemysłowej woleli wykorzystać tamtejsze działki do stawiania ogromnych kamienic, w których mieściły się tzw. składy główne lub budowali sobie rezydencje. Szczególnie popularny był odcinek między Dzielną (dzisiejsza Narutowicza-Zielona), a Główną (dzisiejsza trasa W-Z). 




Nie przeszkodziło to jednak postawić przy Pietrynie fabryki np. Juliuszowi Heinzlowi (Piotrkowska 104, tam gdzie dzisiaj jest łódzki Magistrat), czy Markusowi Silbersteinowi (numer 242/250). Mimo wszystko panowie odstawali jednak od reguły. Gdzie w takim razie stawiano fabryki?


Troszku dalej :). Sporo budowało się przy Wólczańskiej, przy Widzewskiej (dziś Kilińskiego), przy Milsza (Kopernika), Łąkowej, Lipowej, Długiej (Gdańskiej) czy Średniej (Pomorskiej). Zerknijcie na mapkę Łodzi, gdzie są te wszystkie ulice. Zabudowania fabryczne tworzyły w zasadzie pierścień wokół Piotrkowskiej. 


W wolne miejsca powtykane były czynszówki. Sporo ich było wzdłuż Widzewskiej, Narutowicza, czy wokół rynku Nowego Miasta. Jednak największym skupiskiem czynszówek stało się Polesie. Dzielnica na zachód od Piotrkowskiej, ciągnąca się dziś do granic miasta, tuż przy Konstantynowie, "rozkwitła" setkami kamienic. Nie była to nigdy dzielnica reprezentacyjna, toteż zabudowa tam jest wyjątkowo mało urokliwa (poza wyjątkami rzecz jasna) i jeszcze bardziej przytłaczająca niż ta przy Piotrkowskiej. 


Budynek, na budynku, całymi rzędami wzdłuż identycznie wyglądających ulic. Dzisiaj można tam znaleźć elementy przełamujące te betonowe ciągi, ale pojawiły się one w wyniku wyburzeń. Tam nikt nie planował tych narożnych skwerków, na jakie dziś można licznie się natknąć. Brzydkie porównanie przychodzi mi do głowy, ale przypomina to trochę klatki dla masowo hodowanego drobiu, upchane jedna obok drugiej, byle zmieściło się ich jak najwięcej...


Gdzieś jednak ci wszyscy robotnicy z rodzinami mieszkać musieli. Ci którzy nie zmieścili się w Łodzi, tłoczyli się w na przedmieściach. Wspominałem już o gigantycznie rozrośniętych Bałutach i Chojnach. Dziś dużo więcej dawnego charakteru zachowało się na tych pierwszych. Tam dopiero się dzieje!

W Łodzi w ryzach odrobinkę trzymały wytyczone na początku ulice. Na Bałutach zabudowywano jak leci. Nie da się tego opisać słowami, nawet zdjęcia nie oddają tego unikalnego chaosu urbanizacyjnego. "Połamane" kamienice, wijące się między nimi wąziutkie uliczki, często ślepe, wyrastające znikąd skwery i parki. Z dzisiejszej perspektywy cudowne i pasjonujące, ale kiedyś... No cóż, było to siedlisko biedy, patologii, przestępczości. Bałuty swoją mroczną reputację budowały przez wiele, wiele lat. Warto jednak się zapuścić w tamte okolice, bo tak niepowtarzalnego klimatu nie znajdzie się nigdzie indziej!



Nie wszystkim fabrykantom mimo wszystko odpowiadało, że pracownicy ich fabryk mieliby mieszkać gdzieś daleko za miastem, w miejscach o wątpliwej renomie. Tym bardziej, że rodziło to problemy z dojazdami (zupełnie jak dziś), edukacją dzieci itp. Pewien mądry pan, a później za jego przykładem wielu kolejnych, wpadł na genialny pomysł. W związku z tym, że miał możliwości zarówno finansowe, jak i posiadał dostatecznie dużo ziemi, wymyślił sobie zbudowanie kompleksu mieszkaniowo - fabrycznego.


Jeden człowiek, z jednej (choć ogromnej) fabryki stworzył coś co jest unikatem, a jednocześnie pokazuje absolutną nieudolność władz miasta w zakresie radzenia sobie z problemami mieszkaniowymi łodzian. Tym właśnie jest Księży Młyn. Kompleksem budynków, które stanowiły dosłownie miasto w mieście.



Oprócz budynków fabrycznych obejmował całe osiedla domów mieszkalnych (tzw. famuły), szkołę, straż pożarną czy nawet sklepy, w których płacono wewnętrzną walutą! Czy można sobie wyobrazić lepszy pomysł na przywiązanie pracownika do siebie i czerpanie zdwojonych korzyści? Karol Scheibler miał łeb, a dzięki niemu możemy dziś spacerować po wyjątkowo urokliwym miejscu na mapie Łodzi, które polecam każdemu, bo słowa atmosfery nie oddadzą.

Tym bardziej, że drugi podobny kompleks, stworzony przez Izraela Poznańskiego, robi wrażenie, ale w inny sposób. Kto był w Manufakturze ten wie z czym to się je. Jest głośno, kolorowo i efekciarsko, ale dawnego klimatu tam za wiele nie ma. Taki trochę Disneyland ;). Nie jestem fanem, ale z drugiej strony nie ma co obrażać się na największą wizytówkę Łodzi, bo sporo korzyści z tego miejsca czerpiemy. Szkoda, że to inwestycja prywatna, bo gdyby była w rękach miasta, to pewnie, fiu fiu, troszkę by się Magistrat wzbogacił ;). 

Oprócz fabryk i tanich czynszówek jednak coś jeszcze w tej Łodzi się budowało! Po pierwsze - świątynie. Określenie "Miasto Czterech Kultur" zobowiązywało. Bo skoro inne kultury to i inne religie. A skoro różne religie, to każda musiała mieć swoją świątynie. Toteż trochę ich powstało. 

Nadmienić należy, że żadna z nich nigdy nie stanęła na najważniejszym odcinku Piotrkowskiej. Do dziś zdają się stać w teoretycznie istotnych miejscach, ale nadal są to lokalizacje gdzieś nieco na uboczu. No bo tak - kościół św. Trójcy stoi na Placu Wolności. Efektowny ze względu na rozmiary i architekturę może zrobić wrażenie, szczególnie gdy patrzymy jak Kościuszko - na południe Pietryny. Tylko, jak już wcześniej pisałem, Plac Wolności nigdy tak istotny jak sama Piotrkowska się nie stał. Malutki minusik. 


Katedra św. Stanisława Kostki, piękna, neogotycka, z ażurową wieżą i zadbanym placem wokół, też robi świetne wrażenie. I do tego stoi przy Piotrkowskiej! Niestety, w tej południowej części, będącej już zdecydowanie na uboczu... Kolejny minusik.



Istotne z historycznego punktu widzenia kościoły Podwyższenia Krzyża Świętego (bo pierwszy katolicki murowany) i Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (bo w historycznym miejscu) przyczajone są jakby za parawanem. Ten staromiejski (NMP) widać z niemal całej deptakowej Piotrkowskiej, ale kawał drogi trzeba do niego przejść. Ten drugi natomiast - schowany niedbale za wielkomiejskimi kamienicami, nie krzyczy wcale "to ja, to ja, jestem ważny, zerknijcie na mnie!". 


W najważniejszym bodaj miejscu stoi za to Sobór św. Aleksandra Newskiego, czyli prawosławna katedra, usytuowana tuż przy dworcu Fabrycznym. To tamtędy, a dalej Dzielną do Piotrkowskiej, podążał cały miejski ruch, bo przecież to tu znajdował się najważniejszy dworzec kolejowy! Cóż się jednak dziwić, że taka świątynia stoi w takim miejscu, skoro była postawiona, żeby hm... troszku podlizać się carowi i podziękować "Bogu" za ocalenie władającego wtedy Rosją Aleksandra, po nieudanym zamachu.


Tak więc jak to zwykle bywa - religia religią, każdy powie, że ważna, ale tam gdzie w grę wchodzą pieniążki to już miejsca na religię nie ma. Dlatego świątynie nam uciekają z głównego widoku na miasto, nieśmiało wyglądając zza ważniejszych kamienic, rezydencji i fabryk...

I kolejny raz, przechadzając się po Łodzi, widzimy głównie chaos i materializm. Ważniejsze od planów okazują się chęć zysku i możliwości kapitałowe. Przedsiębiorcy robią co im się żywnie podoba, wypinając się na miasto i stawiając swoje własne, tuż obok. Do dziś ten chaos wpływa na nasze życie i charaktery. Do dziś też pokutujemy, bo nie potrafimy pokazać, że Łódź jest piękna jako całość, jako zbiór różnych elementów urbanistycznych, które razem tworzą unikalną w skali świata całość. Zazdrościmy Warszawie Zamku Królewskiego czy Poznaniowi ratusza, ale zapominamy, że nie będziemy nigdy mieć jednego topowego miejsca. Tu za każdym rogiem czai się coś topowego i fajnie, że zaczynamy to powoli rozumieć!
 

Tym bardziej, że sama ta zabudowa, o której się rozpisałem, jest też przybrana w cudowne architektoniczne formy. Ale o tym już w następnym "pododcinku"! Zapraszam!

niedziela, 2 sierpnia 2015

Dużo tego, a i tak nie działa, czyli ulice. (Miasto zasadom wbrew cz. 3)

Na dzień dobry przywitam Was mapką, coby łatwiej nam się rozmawiało o łódzkich ulicach. Mapkę zapożyczyłem z http://mapa.lodz.pl/. Specjalnie, chociaż wiem, że wydaje się być nieco mniej czytelna niż google maps. Po prostu wszyscy używają google mapsa, to ja wolę użyć czegoś swojskiego ;). Jak klikniecie to się powiększy, będzie łatwiej się zorientować.


Oto Łódź i jej ogólnie pojęte centrum. Przyjmijmy, że ten obszar wyznaczają ulice - na północy Lutomierska i Wojska Polskiego (troszkę poza granicą wrzuconej mapki), na zachodzie Al. Włókniarzy i Jana Pawła II, na południu Wróblewskiego - Czerwona - Przybyszewskiego (też poza mapką), na wschodzie - Rydza Śmigłego - Kopcińskiego - Palki.

Przyjmijmy, bo wyznaczenie centrum w Łodzi należy do wyjątkowo paskudnych zadań. O tym jednak w następnej części, o zabudowie miasta. Niech to jednak świadczy o tym, że zorientować się w tym szaleństwie nie jest łatwo.

Co rzuca się w oczy tuż po spojrzeniu na mapkę, to spore zagęszczenie ulic na zachód i północny wschód od Piotrkowskiej. Wydaje się to logiczne, bo przecież mowa o najściślejszym centrum miasta i tak być powinno. Zwróćcie jednak uwagę, że więcej jest ulic o przebiegu południkowym (czyli z północy na południe :)). Tak jakby ktoś nienaturalnie "rozciągnął" plan miasta w tym kierunku.

Sytuacja ta tyczy się zarówno zachodniej, jak i wschodniej części centrum. Zerknijcie jednak, że po prawej stronie, tak jakby wszystkie te ulice ucinały się w jednym miejscu i po chwili przerwy biegły dalej. Tworzy się biała plama. Ta biała plama to linia kolejowa, kończąca się dworcem Łódź Fabryczna. Dziś chowamy ją pod ziemię i spróbujemy przebić się górą, ale do tej pory rozrywała ona miasto na dwie części. Fatalna sprawa...

Co gorsza. Nie tylko te ulice, które "zamyka" Fabryczna urywają się nagle. Przykłady? Proszę bardzo. Gdańska na północy, przy Ogrodowej, Wólczańska na północy przy Próchnika, Kościszki na południu przy Radwańskiej, czy nawet Sienkiewicza w ścisłym centrum, przy Narutowicza. Czy to jakiś labirynt? No chyba, zerknijcie na zachodnie zakończenie Próchnika. Nagły skręt w lewo i jedziemy już Lipową... Dziwoląg na dziwolągu dziwolągiem pogania.

Lipowa/Próchnika fot. http://kaarolcia26.pinger.pl/p/70
Skąd takie "uliczne jajca"? Wspomniałem w części pierwszej i dużo razy wspomnę w części czwartej, że Łódź do pewnego momentu korzystała z uroków budowy miasta na "surowym korzeniu". Można było wszystko zaplanować, wymierzyć, wyliczyć. Później niestety, została zostawiona sama sobie. Wytyczanie nowych ulic kłóciło się z przebiegami tych starych, działki dzielono jak wygodnie, a jeśli ktoś się zaparł, to na końcu postawił kamienicę i najpiękniejsze nawet plany szlag trafiał. Istny żywioł to stworzył, dlatego dzisiaj poruszanie się po Łodzi to też istny żywioł :).

Łódzkie korki fot. www.fakt.pl
Z północy na południe powinno być łatwo się przedostać, skoro tyle ulic ma południkowy przebieg. Niestety, nic z tego, większość jest "zatkana". De facto, jedyną śródmiejską ulicą, jaką przepchasz się wędrowcze z Chojen na Bałuty jest Kilińskiego. Jedna ulica w ośmusettysięcznym mieście! To znaczy, przepraszam, wprowadzam w błąd. Wędrowiec przepcha się Piotrkowską i Nowomiejską. Kierowca niestety nie, bo pół Pietryny jest deptakiem.

ul. Kilińskiego fot. wiadomosci24.pl
Zostają trasy szybkiego ruchu - krajówki 1 i 14. Fajnie obiegają miasto, pozwalając teoretycznie szybko dostać się wszędzie, unikając śródmiejskiego ścisku. Niestety, krajówki mają to do siebie, że są krajówkami. Pędzi nimi tranzyt, który skutecznie zapycha, już i tak oblegane arterie. Do tego jeszcze, żadna z tych dróg nie jest bezkolizyjna. Co to oznacza? Ano tyle, że na każdym skrzyżowanku postoimy sobie na światłach, bo przecież inaczej to byśmy się pozabijali...

al. Śmigłego-Rydza fot. lodz.naszemiasto.pl

al. Włókniarzy fot. www.kemy.pl
To może zamiast z Chojen na Bałuty, to chociaż z Retkinii, albo Teofilowa na Widzew? Znów look na mapkę i tu dopiero mamy dramat. Jedna, jedyna całkowicie prosta droga między zachodem, a wschodem, to słynna już, remontowana właśnie, trasa W-Z. Oczywiście, równie poszatkowana światłami, co wcześniej wymienione... Zbudowana w latach 70. XX w. arteria to jedyna opcja, która, co gorsza, łączy ze sobą tylko Retkinię z Widzewem.  Teofilów jest skazany na pchanie się przez centrum, albo dobijanie do wuzetki wspomnianą już Włókniarzy. Armageddon na co dzień, a co dopiero teraz w trakcie remontów...

Trasa W-Z w trakcie remontu fot. www.skyscrapercity.com
Czemu z zachodu na wschód też tak blado? Głównie dlatego, że Łódź z ciągnącego się z północy na południe węża, w całkiem kształtne jabłuszko zmieniła się stosunkowo niedawno, bo dopiero w połowie XX wieku. To wybudowanie gigantycznych blokowisk na Retkinii i Widzewie sprawiło, że Łódź to bardziej okrąg niźli prostokąt. Nikt nie projektował i nie planował ulic, które mogłyby przebić się równoleżnikowo, bo i po co? Przecież tam wtedy były tylko lasy i wsie, na co komu komunikacja z lasami?

Swoją drogą "Retkę", "Teofkę" i Widzew pięknie odcinają także linie kolei obwodowej, której zalety powoli zaczynamy zauważać dopiero teraz... Nadrabiamy dziś dwa stulecia opóźnień i zaniedbań, do tego pracując na żywym organizmie...

Najfajniejsze w tym wszystkim są dwie kwestie. Po pierwsze - remont trasy W-Z, ma być lekiem na zapchane Mickiewicza i Piłsudskiego, ale niczego nie rozwiąże, jedynie odsunie korki troszkę bardziej na wschód. Ruch ma iść pod ziemią, ale jedynie do Kilińskiego (patrząc od zachodu, w tym kierunku było zazwyczaj najgorzej). Tam wyładuje się znów na powierzchnię i klops...

Po drugie - cudujemy z rozwiązywaniem tej katastrofy komunikacyjnej, nie czekając na zbudowanie kluczowej z punktu widzenia tranzytu autostrady A1. Może się okazać, że odciążenie Łodzi od "przelotówek", sprawi że system okaże się całkiem sprawny i wydajny. Łatwo policzyć jak dużo aut na obcych "blachach" szczelnie dopełnia nasze drogi... W każdym razie efekt poznamy dopiero w przyszłym roku.

Jak zapewne zauważyliście, rozpatrywałem komunikacyjność Łodzi pod względem samochodów. A co z transportem miejskim, a szczególnie słynnymi, łódzkimi tramwajami? Otóż powiem tak - są, ale niewiele do gadania mają. No bo tak - ze wschodu na zachód - prawie tylko trasą W-Z. W centrum robi się ciasno, bo jeździ kilka linii po jednym torowisku. Na Pomorskiej jest linia, ale korki są tam niewyobrażalne. Na Zielonej też słabo, dopiero na Narutowicza za Kilińskiego można się rozpędzić. To już jednak trochę za daleko od centrum...

fot. www.komunikacjazbiorowa.pl
Dalej - z północy na południe - mamy linie na Gdańskiej, Kościuszki i Kilińskiego. Jedynie na Kościuszki torowisko jest całkowicie wydzielone od ruchu samochodowego. W pozostałych przypadkach tramwaje, współtworzą korki z autami, czyli to też nie działa. Do tego miasto polikwidowało linie, które łączyły poszczególne nitki (tak jak na ten przykład na Czerwonej i Wróblewskiego), więc ewentualnych awarii nie ma jak omijać.

Poza tym - wbrew temu co się mówi, komunikacja tramwajowa nie ma u nas priorytetu i tramwaje tkwią grupami w korkach przed światłami, chociaż to one miały mieć absolutne pierwszeństwo...

O stanie nawierzchni i torowisk, to momentami aż żal wspominać. Niech za przykład posłużą ulice Legionów i Dąbrowskiego. Cud, że to jeszcze się nie zapadło pod ziemię... ze wstydu.

Torowisko na Dąbrowskiego fot. www.komunikacjazbiorowa.pl
To może coś pozytywnego o łódzkich ulicach? Będzie mi naprawdę trudno. Problem jest taki, że w zasadzie poza Piotrkowską, wszystkie pozostałe to istne pandemonium. W Śródmieściu uliczki są wąziutkie, pozastawiane zaparkowanymi autami, pełne pędzących jeden za drugim pojazdów. Do tego tłumy pieszych gnieżdżących się na chudziutkich chodniczkach... Co z tego, że w wielu miejscach jest ładnie i klimatycznie, skoro strach się gdziekolwiek zatrzymać i porozglądać. Znów powraca problem braku jednego głównego rynku/placu, który troszkę uspokajałby tę transportową kakofonię... Nawet deptak na Piotrkowskiej ma przekichane, bo co chwilę skrzyżowania i kolumny aut ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód...

Pod tym względem Łódź to, niestety, dno. Wątpię czy da się to poprawić, bez gigantycznych naruszeń oryginalnej tkanki miejskiej. Raczej nikt się na tak karkołomne zadanie nie zdecyduje. Cała nadzieja w zmianie mentalności, że auta są jedynym słusznym środkiem komunikacji... Jednak w takie cuda ja nie wierzę.

Żeby jednak nie było wszystkim smutno, na koniec uraczę Was obrazkiem z google street view, który, mam nadzieję, poprawi humory.

Bo nie wierzę, że nie poprawi Wam humoru widok ulicy Szczęśliwej!


No co jak co, ale ulice to nam się, Łodzianie, nie udały...

niedziela, 26 lipca 2015

Najważniejsze?, czyli rynki. (Miasto zasadom wbrew - cz 2.)

Wrocław? Zajrzyj koniecznie na rynek! Kraków? Wawel Wawelem, ale znajdź też chwilę, żeby zobaczyć kościół Mariacki - na rynku! Poznań? Koziołki na ratuszu, oczywiście na rynku! Łowicz? Zobacz koniecznie oba rynki - i ten stary i ten nowy! Łódź?

Ups.

No wiesz, jest i Stary Rynek i Nowy, co się Placem Wolności zowie i słynny Bałucki... Hm, a musisz? Nie lepiej na Piotrkowską zawitać?

Mamy w Łodzi z rynkami problem. Jest ich dużo, w różnych miejscach i różnej wielkości. Niestety żaden z nich nie gra tak istotnej roli jak w wymienionych przeze mnie wcześniej miastach. Dlaczego? To jaką w takim razie funkcję pełnią albo pełniły? No i skoro nie służą tak jak służyć powinny, to co pełni ich rolę?

Zanim odpowiemy sobie na te pytania zapraszam na małą rewię rynkowej mody w wydaniu łódzkim!

Ostrzegam - będzie dziwacznie!

Kobiet się o wiek nie pyta, ale rynek to pan, więc możemy pozwolić sobie zapytać o wiek. Pan jest najstarszy? To zapraszamy na początek, proszę się nie wstydzić!

O Starym Rynku w Łodzi pisałem już wcześniej, więc teraz tylko kilka słów w ramach powtórki tamtej lekcji. Najstarszy łódzki rynek, związany ze średniowieczną łodzią. Jak już zostało wspomniane w części pierwszej, Łódź w tamtym czasie metropolią nie była. Miało to oczywiście przełożenie na rynek, który może i dość sporych rozmiarów jest (105x85 metrów), ale nigdy nie gościł wspaniałych budynków i nie był miejscem doniosłych wydarzeń. Ot, był sobie i jest. Dziś zepchnięty jest na absolutny margines, władze udają, że robią coś żeby go ożywić, ale prawda jest taka, że nikt nie robi w tym kierunku nic... Nie dziwi więc sielankowy obraz w jakim go uchwyciłem w niedzielę, w porze obiadu...


No to skoro nie Stary, to może spróbujemy z Nowym? Plac Wolności jest wyjątkowy, bo ośmioboczny. To już coś. Stanowił centralne założenie nowej osady fabrycznej, wybudowano na nim ratusz i kościół ewangelicki pw. świętej Trójcy. Poza tym postawiono jatki rzeźnicze i piekarskie, a plac zamiast zyskać rolę reprezentacyjną pełnił rolę targowiska. Dopiero z czasem zyskał na znaczeniu i zabudowie. Postawiono tu budynek szkoły, kościół rozbudowano do ogromnych rozmiarów, po I Wojnie Światowej dostał obecną nazwę i słynny pomnik Kościuszki.


 Mimo to nigdy nie stał się miejscem ważnym, czy to ze względów reprezentacyjnych czy społecznych. Dziś uwagę powinny przykuwać... dwa bloki mieszkalne i szklany "klocek" mbanku. Powinny, bo zazwyczaj łodzianie skupiają się raczej na uciekaniu przed krążącymi po rondzie, jakim jest de facto Plac Wolności, tramwajami i samochodami. Także nie dość, że nic tu do siebie nie pasuje, to jeszcze jest niebezpiecznie. Chaos, który nie zachęca, żeby zostać tam na chwilkę dłużej i zająć się czymś więcej niż szybką fotką Kościuszki, bo wypada.


Miasto obiecuje zmienić ten stan, pomysłów są miliony, lepsze i gorsze, żaden póki co nie realizowany. Zmarnowany potencjał.

Ten stary i zaniedbany, tamten nowy, ale jakiś niegościnny... Może jednak mamy jakiś przyjemniejszy dla oka i duszy?

Mamy. To znaczy moglibyśmy mieć. 

Plac Dąbrowskiego. Rewelacyjnie zlokalizowany, przy budującym się dworcu, niedaleko od Piotrkowskiej, ładnie zabudowany monumentalnym Teatrem Wielkim, gmachem Sądu Okręgowego i Apelacyjnego, Collegium Anatomicum (dawny Przytułek dla Starców i Kalek) i modernistycznymi oraz secesyjnymi kamieniczkami. Śliczny. Do tego jeszcze wyremontowany!




Niestety to ostatnie do nie atut. Czar pryska, kiedy widać to...


Pieszczotliwie nazywana waginą miejską fontanna, to wynik próby ożywienia placu - kiedyś był tu po prostu parking. Wymieniono nawierzchnię, postawiono fontannę z bajerami typu światło i dźwięk - miało byś super. Niestety, ktoś nie odrobił lekcji i fontanna wygląda co najmniej komicznie, nie jest ani ładna ani efektowna (a można było zrobić Wrocław w mniejszej skali...), a plac jest po prostu martwy. Miejsce, które prosi się o postawienie ogródków, ławeczek, efekciarskich miejski mebli jest całkowicie puste. Dlaczego? Otóż, ponoć umowa z wykonawcą została tak skonstruowana, że gwarancja na nawierzchnię będzie obowiązywać, jeśli nie będzie na niej nic stać...

Żenada. Zmarnowane miejsce i potencjał. Mnie jest po prostu przykro, bo uwielbiam ten plac, a biegnącą po południowej stronie ulicę Narutowicza uważam za najładniejszą w Łodzi. Takie rzeczy tylko w Polsce...


No i cóż, właśnie wytrzaskałem się z trzech najważniejszych rynków Łodzi, każdy z potencjałem, każdy zmarnowany i funkcjonalnie bezużyteczny. Mamy jednak kilka innych ryneczków. Czy uratują honor większych kolegów? Niestety nie.

Nie wymagajmy, na ten przykład, żeby reprezentacyjne i społeczne funkcje pełnił Plac Katedralny im. Jana Pawła II... Fakt faktem - jest ładny. Zadbany, z efektowną neogotycką świątynią, Pałacem Biskupim i Wyższym Seminarium Duchownym (dawnym szpitalem), pomnikami ks. Ignacego Skorupki i Jana Pawła II i wreszcie Grobem Nieznanego Żołnierza. Nie przyciągnie tu jednak masa ludzi, żeby się spotkać, jest stosunkowo mała szansa, że ktoś z przyjezdnych tu zajrzy - nie każdego jarają budynki sakralne. Miejsce ważne, ale jako główny rynek miasta - odpada.




Został mi jeszcze marginalny Plac Reymonta, z pomnikiem pisarza, wielkim oszklonym biurowcem i ogołoconym z ozdób dawnym pałacem Geyera. Ludzie przemykają przez ten plac, pędząc na przystanek tramwajowy, albo gnając gdzieś dalej Piotrkowską, mało kto się tu zatrzyma. Zresztą - to już w zasadzie prowincja, kiedyś niewiele dalej na południe biegła granica miasta. Ot, nic nie znaczący placyk, pozostałość po dawnym targowisku.


Gdyby zerknąć na mapę Łodzi jest jeszcze kilka rynków. "Kultowy" Bałucki czy malowniczo nazwany Czerwony, to pozostałości z czasów, kiedy mieliśmy większe przedmieścia niż miasto. Od zawsze były tam targowiska i tak już zostało. Kiedyś były ciekawe ze względu na osobliwy folklor setek straganów, dziś stoją tam betonowe kloce, czyli hale handlowe.



Nie wymieniłem oczywiście wszystkich rynków, placów i placyków Łodzi, chociażby pominąłem Plac Zwycięstwa (dawny Wodny Rynek) czy Plac Barlickiego (znany także jako Rynek Wiązowy lub Zielony). Sporo tego jest, ale co z tego, skoro ani jeden nie pełni tak istotnej roli jak powinien?

No i co w takim razie tę rolę pełni?

Otóż w moim kochanym mieście najważniejsza była i jest... ulica. Piotrkowska, bo o niej oczywiście mowa, to miejsce najważniejsze ze względów reprezentacyjnych i społecznych. Tu mieści się Urząd Miasta, tu mamy setki knajp, pubów, sklepów czy banków. Czy to normalne? Jesteśmy w Łodzi, więc nie ;).

My mamy kryptorynek, skamuflowany i przebrany za ulicę. Walnęliśmy sobie najdłuższy rynek w Polsce, a pewnie i na świecie! Absurdalnie podłużny i absurdalnie do swojej roli nie pasujący. Przede wszystkim dlatego, że taki układ (ulica w centrum zainteresowania) jest typowy dla wsi. Niestety, ale tak się Łódź budowała - jako rozrośnięta wiocha. Dzięki temu mamy patologicznie wydłużone na linii północ - południe "city". Rodzi to oczywiście problemy z komunikacją, zarówno w kwestiach "dojazdu do" jak i poruszania się wewnątrz.

Ulica to nadal ulica, powinna być miejscem ruchu, a nie rynkiem. Z funkcji społecznej wywiązuje się słabo, bo nie kumuluje ludzi w jednym miejscu. Przez to nie mamy chociażby tylu ulicznych grajków, bo trudno o złapanie publiki, skoro każdy pędzi dalej, jak to na ulicy. Powiedz komuś, że widzicie się na Piotrkowskiej, a później szukajcie na pięciu kilometrach - powodzenia! We Wrocławiu mówisz Rynek, myślisz Rynek, wiesz gdzie to jest, jak tam trafić i, że tam toczy się życie całego miasta. W Łodzi niestety trzeba się nakombinować.

Czy można temu zaradzić? Myślę, że tak, ożywiając w sensowny sposób, któryś z trzech pierwszych rynków. Największy potencjał wydaje się mieć Plac Dąbrowskiego, bo nie wierzę, że jakakolwiek władza pogodzi się z utratą wartości komunikacyjnych Placu Wolności. A Stary Rynek jest według mnie zbyt kameralny, żeby przejąć chociaż część roli Pietryny. Czy coś się uda zmienić w tej kwestii? Może po wybudowaniu Fabrycznego... Póki co musimy zadowolić się tym co mamy. Bo to co my mamy, tego nie ma nikt!