Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stary rynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stary rynek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Najważniejsze?, czyli rynki. (Miasto zasadom wbrew - cz 2.)

Wrocław? Zajrzyj koniecznie na rynek! Kraków? Wawel Wawelem, ale znajdź też chwilę, żeby zobaczyć kościół Mariacki - na rynku! Poznań? Koziołki na ratuszu, oczywiście na rynku! Łowicz? Zobacz koniecznie oba rynki - i ten stary i ten nowy! Łódź?

Ups.

No wiesz, jest i Stary Rynek i Nowy, co się Placem Wolności zowie i słynny Bałucki... Hm, a musisz? Nie lepiej na Piotrkowską zawitać?

Mamy w Łodzi z rynkami problem. Jest ich dużo, w różnych miejscach i różnej wielkości. Niestety żaden z nich nie gra tak istotnej roli jak w wymienionych przeze mnie wcześniej miastach. Dlaczego? To jaką w takim razie funkcję pełnią albo pełniły? No i skoro nie służą tak jak służyć powinny, to co pełni ich rolę?

Zanim odpowiemy sobie na te pytania zapraszam na małą rewię rynkowej mody w wydaniu łódzkim!

Ostrzegam - będzie dziwacznie!

Kobiet się o wiek nie pyta, ale rynek to pan, więc możemy pozwolić sobie zapytać o wiek. Pan jest najstarszy? To zapraszamy na początek, proszę się nie wstydzić!

O Starym Rynku w Łodzi pisałem już wcześniej, więc teraz tylko kilka słów w ramach powtórki tamtej lekcji. Najstarszy łódzki rynek, związany ze średniowieczną łodzią. Jak już zostało wspomniane w części pierwszej, Łódź w tamtym czasie metropolią nie była. Miało to oczywiście przełożenie na rynek, który może i dość sporych rozmiarów jest (105x85 metrów), ale nigdy nie gościł wspaniałych budynków i nie był miejscem doniosłych wydarzeń. Ot, był sobie i jest. Dziś zepchnięty jest na absolutny margines, władze udają, że robią coś żeby go ożywić, ale prawda jest taka, że nikt nie robi w tym kierunku nic... Nie dziwi więc sielankowy obraz w jakim go uchwyciłem w niedzielę, w porze obiadu...


No to skoro nie Stary, to może spróbujemy z Nowym? Plac Wolności jest wyjątkowy, bo ośmioboczny. To już coś. Stanowił centralne założenie nowej osady fabrycznej, wybudowano na nim ratusz i kościół ewangelicki pw. świętej Trójcy. Poza tym postawiono jatki rzeźnicze i piekarskie, a plac zamiast zyskać rolę reprezentacyjną pełnił rolę targowiska. Dopiero z czasem zyskał na znaczeniu i zabudowie. Postawiono tu budynek szkoły, kościół rozbudowano do ogromnych rozmiarów, po I Wojnie Światowej dostał obecną nazwę i słynny pomnik Kościuszki.


 Mimo to nigdy nie stał się miejscem ważnym, czy to ze względów reprezentacyjnych czy społecznych. Dziś uwagę powinny przykuwać... dwa bloki mieszkalne i szklany "klocek" mbanku. Powinny, bo zazwyczaj łodzianie skupiają się raczej na uciekaniu przed krążącymi po rondzie, jakim jest de facto Plac Wolności, tramwajami i samochodami. Także nie dość, że nic tu do siebie nie pasuje, to jeszcze jest niebezpiecznie. Chaos, który nie zachęca, żeby zostać tam na chwilkę dłużej i zająć się czymś więcej niż szybką fotką Kościuszki, bo wypada.


Miasto obiecuje zmienić ten stan, pomysłów są miliony, lepsze i gorsze, żaden póki co nie realizowany. Zmarnowany potencjał.

Ten stary i zaniedbany, tamten nowy, ale jakiś niegościnny... Może jednak mamy jakiś przyjemniejszy dla oka i duszy?

Mamy. To znaczy moglibyśmy mieć. 

Plac Dąbrowskiego. Rewelacyjnie zlokalizowany, przy budującym się dworcu, niedaleko od Piotrkowskiej, ładnie zabudowany monumentalnym Teatrem Wielkim, gmachem Sądu Okręgowego i Apelacyjnego, Collegium Anatomicum (dawny Przytułek dla Starców i Kalek) i modernistycznymi oraz secesyjnymi kamieniczkami. Śliczny. Do tego jeszcze wyremontowany!




Niestety to ostatnie do nie atut. Czar pryska, kiedy widać to...


Pieszczotliwie nazywana waginą miejską fontanna, to wynik próby ożywienia placu - kiedyś był tu po prostu parking. Wymieniono nawierzchnię, postawiono fontannę z bajerami typu światło i dźwięk - miało byś super. Niestety, ktoś nie odrobił lekcji i fontanna wygląda co najmniej komicznie, nie jest ani ładna ani efektowna (a można było zrobić Wrocław w mniejszej skali...), a plac jest po prostu martwy. Miejsce, które prosi się o postawienie ogródków, ławeczek, efekciarskich miejski mebli jest całkowicie puste. Dlaczego? Otóż, ponoć umowa z wykonawcą została tak skonstruowana, że gwarancja na nawierzchnię będzie obowiązywać, jeśli nie będzie na niej nic stać...

Żenada. Zmarnowane miejsce i potencjał. Mnie jest po prostu przykro, bo uwielbiam ten plac, a biegnącą po południowej stronie ulicę Narutowicza uważam za najładniejszą w Łodzi. Takie rzeczy tylko w Polsce...


No i cóż, właśnie wytrzaskałem się z trzech najważniejszych rynków Łodzi, każdy z potencjałem, każdy zmarnowany i funkcjonalnie bezużyteczny. Mamy jednak kilka innych ryneczków. Czy uratują honor większych kolegów? Niestety nie.

Nie wymagajmy, na ten przykład, żeby reprezentacyjne i społeczne funkcje pełnił Plac Katedralny im. Jana Pawła II... Fakt faktem - jest ładny. Zadbany, z efektowną neogotycką świątynią, Pałacem Biskupim i Wyższym Seminarium Duchownym (dawnym szpitalem), pomnikami ks. Ignacego Skorupki i Jana Pawła II i wreszcie Grobem Nieznanego Żołnierza. Nie przyciągnie tu jednak masa ludzi, żeby się spotkać, jest stosunkowo mała szansa, że ktoś z przyjezdnych tu zajrzy - nie każdego jarają budynki sakralne. Miejsce ważne, ale jako główny rynek miasta - odpada.




Został mi jeszcze marginalny Plac Reymonta, z pomnikiem pisarza, wielkim oszklonym biurowcem i ogołoconym z ozdób dawnym pałacem Geyera. Ludzie przemykają przez ten plac, pędząc na przystanek tramwajowy, albo gnając gdzieś dalej Piotrkowską, mało kto się tu zatrzyma. Zresztą - to już w zasadzie prowincja, kiedyś niewiele dalej na południe biegła granica miasta. Ot, nic nie znaczący placyk, pozostałość po dawnym targowisku.


Gdyby zerknąć na mapę Łodzi jest jeszcze kilka rynków. "Kultowy" Bałucki czy malowniczo nazwany Czerwony, to pozostałości z czasów, kiedy mieliśmy większe przedmieścia niż miasto. Od zawsze były tam targowiska i tak już zostało. Kiedyś były ciekawe ze względu na osobliwy folklor setek straganów, dziś stoją tam betonowe kloce, czyli hale handlowe.



Nie wymieniłem oczywiście wszystkich rynków, placów i placyków Łodzi, chociażby pominąłem Plac Zwycięstwa (dawny Wodny Rynek) czy Plac Barlickiego (znany także jako Rynek Wiązowy lub Zielony). Sporo tego jest, ale co z tego, skoro ani jeden nie pełni tak istotnej roli jak powinien?

No i co w takim razie tę rolę pełni?

Otóż w moim kochanym mieście najważniejsza była i jest... ulica. Piotrkowska, bo o niej oczywiście mowa, to miejsce najważniejsze ze względów reprezentacyjnych i społecznych. Tu mieści się Urząd Miasta, tu mamy setki knajp, pubów, sklepów czy banków. Czy to normalne? Jesteśmy w Łodzi, więc nie ;).

My mamy kryptorynek, skamuflowany i przebrany za ulicę. Walnęliśmy sobie najdłuższy rynek w Polsce, a pewnie i na świecie! Absurdalnie podłużny i absurdalnie do swojej roli nie pasujący. Przede wszystkim dlatego, że taki układ (ulica w centrum zainteresowania) jest typowy dla wsi. Niestety, ale tak się Łódź budowała - jako rozrośnięta wiocha. Dzięki temu mamy patologicznie wydłużone na linii północ - południe "city". Rodzi to oczywiście problemy z komunikacją, zarówno w kwestiach "dojazdu do" jak i poruszania się wewnątrz.

Ulica to nadal ulica, powinna być miejscem ruchu, a nie rynkiem. Z funkcji społecznej wywiązuje się słabo, bo nie kumuluje ludzi w jednym miejscu. Przez to nie mamy chociażby tylu ulicznych grajków, bo trudno o złapanie publiki, skoro każdy pędzi dalej, jak to na ulicy. Powiedz komuś, że widzicie się na Piotrkowskiej, a później szukajcie na pięciu kilometrach - powodzenia! We Wrocławiu mówisz Rynek, myślisz Rynek, wiesz gdzie to jest, jak tam trafić i, że tam toczy się życie całego miasta. W Łodzi niestety trzeba się nakombinować.

Czy można temu zaradzić? Myślę, że tak, ożywiając w sensowny sposób, któryś z trzech pierwszych rynków. Największy potencjał wydaje się mieć Plac Dąbrowskiego, bo nie wierzę, że jakakolwiek władza pogodzi się z utratą wartości komunikacyjnych Placu Wolności. A Stary Rynek jest według mnie zbyt kameralny, żeby przejąć chociaż część roli Pietryny. Czy coś się uda zmienić w tej kwestii? Może po wybudowaniu Fabrycznego... Póki co musimy zadowolić się tym co mamy. Bo to co my mamy, tego nie ma nikt!

środa, 22 lipca 2015

Love

W Łodzi mieszkam, Łódź uwielbiam, Łódź mnie fascynuje i Łódź opisuję. Muszę się jednak przyznać do czegoś. Wszystkie te moje uczucia wobec Łodzi są nie do końca uczciwe. Sercem i myślami jest mi bliżej do kogoś innego. Kogoś, kto położony jest jakieś dwieście kilometrów na południowy - zachód od mojego obecnego domu.


Wrocław. "Miasto Spotkań", jak się reklamuje. Oj, spotykam się z nim (hm ;)) z ogromną przyjemnością. Nasz pierwszy raz zaliczyliśmy w 2012, w styczniu. Zachmurzone niebo i doskwierający mróz nie przeszkodziły mnie i Dominice zaglądać w bajeczne, wąziutkie, średniowieczne uliczki, podziwiać cudowny Stary Rynek, a nawet zachwycić się ogromem wrocławskiego zoo.


Zakochaliśmy się.

Ba, zakochaliśmy się na tyle mocno, że postanowiliśmy się tam przenieść. Wszystko układało się jak w bajce, udało nam się nawet wynająć mieszkanie na poddaszu kamienicy stojącej na Rynku! W zasadzie równo trzy lata temu zwialiśmy z Łodzi realizować swoje marzenia, optymistycznie zapatrzeni w przyszłość. Jednak jak tu nie być optymistą, kiedy przyjemny miejski gwar, pomieszany z muzyką ulicznych grajków i kojącym chlupaniem fontanny, wlewa się przez całą dobę do niewyobrażalnie klimatycznego mieszkania, z unikalną zieloną podłogą i widokiem na wieżę ratusza nawet z łóżka.

Niestety, szara polska rzeczywistość dała nam popalić, równie zresztą mocno, co nasz brak doświadczenia i odpowiedniego przygotowania. Miesiąc zleciał szybko, ale nie przyniósł oczekiwanych efektów. W drugiej połowie sierpnia wróciliśmy do Łodzi.


Wyobraźcie sobie piękną, smukłą karafkę, pięknie zdobioną, wykonaną z nieskazitelnego szkła. Teraz karafka upada i rozbija się na drobne kawałeczki. Tak właśnie się czuliśmy, maksymalnie rozbici, zdruzgotani, jakby ktoś kazał nam grać komediową rolę w dramacie.

Minęły sobie trzy lata, sporo się pozmieniało, nam się, całe szczęście poprawiło. W końcu musiał przyjść ten moment. Pojawiła się okazja, żeby wrócić do Wrocka. Plany na trzy dni wolnego były różne, ale od początku do końca siedziało nam w głowie "Wrocław, Wrocław, Wrocław...".

Wskoczyliśmy w autokar, który teraz pędzi 3 godziny z Łodzi i znów zobaczyliśmy to co nami tak mocno zakręciło.


Drogi Czytelniku, jeśli jeszcze tam nie byłeś, pakuj się i jedź! Zobacz tętniący życiem Rynek, średniowieczne ślady w zabudowie, rozwidlającą się malowniczo Odrę, mający w sobie mistyczną aurę Ostrów Tumski, imponujący Most Grunwaldzki, Halę Stulecia, Pergolę, zwierzęta w zoo, a na końcu obejrzyjcie to wszystko jeszcze raz z 49. piętra Sky Tower!

I przede wszystkim zobacz coś jeszcze innego. Coś, co wydaje mi się unikalne w skali Polski. Może jeszcze za mało widziałem, ale tylko we Wrocławiu jest ta życzliwa, pozytywna atmosfera. Nie spotkałem się nigdzie indziej z taką specyficzną uprzejmością, z jednej strony podszytą swego rodzaju obojętnością (bo każdy ma swoje sprawy i niech je sobie ogarnia), z drugiej ciepłą i otwartą, kiedy już dochodzi do kontaktu.



W Łodzi przyzwyczajony jestem do tego, że każdy zerka na każdego, często spode łba, gdzieś z tyłu głowy zaszywając niezrozumiałą zazdrość czy zawiść. We Wrocławiu zdarza się to wyjątkowo rzadko.

Nie ma co ukrywać, że jest idealnie. Sporo jest niestety żebraków, cwaniaków, zdarzają się też typowo polskie popisy chamstwa i buractwa. Nie ma róży bez kolców. Na szczęście całkowity obraz Wrocławia oczarowuje na tyle, że te wszystkie drobiazgi przestają przeszkadzać.

Marzy mi się wrócić tam i zamieszkać na dłużej, tym bardziej, że bliżej stamtąd do mojej innej miłości, czyli Sudetów, z Karkonoszami na czele. Póki co jednak zostaję tutaj, ale może zbiorę się i, idąc za radą mamy, napiszę książkę o (lub we) Wrocławiu...


wtorek, 10 marca 2015

Stary Rynek

Zachęcałem Was wczoraj (i nadal zachęcam), żebyście przeszli się po swoim mieście i poszukali odpowiedzi na pytanie "skąd to się tutaj wzięło właściwie?", więc czuję się zobowiązany wrzucić coś niecoś o rynku mojego miasta (Łodzi znaczy się :)).

No i na dzień dobry mamy problem. Rynek, to miejsce najważniejsze w mieście, historycznie usytuowane, tam się mieszczą wszystkie istotne instytucje, jest to także ważny plac z punktu widzenia społecznego (miejsce spotkań, itp.). W Łodzi nic nie jest normalne, więc definicje możemy odłożyć sobie na bok.

No bo tu to jest tak: rynków mamy kilka, tych istotnych mamy trzy (w tym jeden wliczam kontrowersyjnie, ale o tym za moment). Jeden jest słuszny ze względów historycznych, bo najstarszy (Stary Rynek). Drugi jest równie istotny ze względów historycznych, bo był centralnym placem Nowego Miasta, które to dało początek znanej obecnie Łodzi (obecnie Plac Wolności). Do tego znajduje się lub znajdowało się przy nim kilka siedzib ważnych instytucji (w tym oczywiście Ratusz). Trzeci pełni dziś bardzo dużą funkcję społeczną, a żeby było zabawniej to jest to prywatna "zabawka" właściciela całego centrum handlowo-rozrywkowego (rynek Manufaktury).

Jednak i tak na nic moje wywody, skoro najważniejsza w tym mieście jest i tak ulica, łącząca wszystkie możliwe funkcje, jakie można tylko przypisać rynkowi. Na upartego można powiedzieć, że Piotrkowska to taki przesadnie wydłużony rynek, ale prawda jest taka, że mamy do czynienia z układem typowym nie dla miasta, a wsi... Do tego jednak jeszcze kiedyś wrócę.

Kiedy już ustaliliśmy skalę patologii urbanistycznej Łodzi, wiemy, że należy przyjąć jakieś odgórne założenia, skoro definicje na nic się tu zdają. Nie będę strzelał na ślepo. Wybiorę Stary Rynek, jako miejsce może nie najważniejsze, nie najładniejsze, ale najbardziej interesujące, no i najmniej znane.

Cofnijmy się do średniowiecza.

Leniwa wioseczka, przemieniona dzięki łaskawości króla Jagiełły w 1423 roku w miasto, musiała zatroszczyć się o rynek. W związku jednak z tym, że miasto, mówiąc kolokwialnie, szału nie robiło, to i rynek ryneczkiem był raczej. Nigdy nie było to wspaniałe, reprezentacyjne miejsce, jakim być powinno. Dość powiedzieć, że niemalże pół milenium musiało upłynąć, żeby z rynku zniknęła drewniana zabudowa, a zaczęła niepodzielnie rządzić murowana.

Dziś słyszy się głosy, żeby zrewitalizować to miejsce, przywrócić mu życie i właściwy mu blichtr. Problem jest taki, że żeby coś REwitalizować, to trzeba mieć od czego to RE zrobić. Tutaj za wiele nie było, no bo tak: w średniowieczu - dostają prawa miejskie, wytyczają plac, ulice, stawiają trochę drewnianych budyneczków tyle. 

Za czasów Łodzi przemysłowej przed wojną był to teren rewiru żydowskiego. Panowały tu liczne kramy, gwar, ale też nie oszukujmy się - bieda. Bogatsi Żydzi zwiewali do Nowego Miasta, wykupując sobie prawo do opuszczenia rewiru. Zostawali tam co najwyżej "średniacy", a tacy nie budują pięknych pałaców i nie mają jak podnieść wartości "swojego" rynku.

W trakcie wojny wymazana zostaje społeczność żydowska, zabudowa niszczeje. Po wojnie stawiane są podobne jak dwie krople wody kamieniczki, dodające miejscu uroku i poczucia kameralności, ale na pewno nie dostojności. Do czego więc tu nawiązywać? Co z tym fantem począć?

Dla mnie sprawa jest prosta. Łódź cierpi okrutnie na brak dwóch elementów: dużego zbiornika wodnego (na to próbowali zaradzić Fabrycznym i trasą W-Z, ale chyba wyjdą nici ;)) i rynku z prawdziwego zdarzenia. Miejskiego rynku, od mieszkańców dla mieszkańców, a nie kolorowej, komercyjnej zabawki. Plac Dąbrowskiego miał szansę stać się takim miejscem, ale wygrała Wagina Miejska. Plac Wolności jest zbyt istotny komunikacyjnie, żeby go całkowicie oddać mieszkańcom. Natomiast Stary Rynek ma wszystko - jest spora przestrzeń, obok jest coraz mniej groźny park, tramwaje pomykają sobie spokojnie boczkiem, ulicą Zgierską - włożyć trochę pracy i pojawi się bardzo ciekawa alternatywa dla "Manu". Tym bardziej, że uroku nie można temu miejscu odmówić. Nawet trochę średniowiecznego klimatu udało się zachować! No ale już, na dziś koniec ględzenia, zobaczcie sami!


Pomyśleć co by było, gdyby wyrównać szaroburą kostkę, poustawiać kolorowe miejskie meble, zamiast betonowych gazonów i poczekać jak drzewa się zazielenią... To widok na północną pierzeję Rynku.


Tutaj mamy jego południową część. Znów - gdyby dodać koloru i życia do tej nijakości, to otwiera nam się fantastyczna przestrzeń. Kto by nie chciał wypić tutaj w ogródku kawki czy piwka i pogadać o tym jak w tej Łodzi jednak fajnie?


Czy może być bardziej łódzko? :) Tramwaj jest wystarczająco blisko, żeby zaczarować swoim klimatem, ale też wystarczająco daleko żeby nie było poczucia, że jeździ nam po głowie.



Mamy też nieco ukryte średniowieczne pamiątki. Na zdjęciu lepiej widać to po ulicy Drewnowskiej (swoją drogą nazwa nie od drewna, a od rodziny, która tam mieszkała), ale na Bojowników Getta Warszawskiego urzeka usytuowanie nowoczesnej zabudowy zgodnie z dawną linią granicy działki.


Tu natomiast była kiedyś grobla, a jeśli wytężymy wzrok (w terenie, na zdjęciu niestety guzik widać) będziemy mogli zobaczyć jak przycupnięte po obu stronach Łódki były Stare i Nowe Miasto.


Na koniec mój ulubiony zakątek, czyli ulica Kościelna. Do kościoła pw. NMP można dojść z pełną pompą, Zgierską, ale można też po cichutku, od tyłu, znów puszczając wodze wyobraźni i przenosząc się do średniowiecza, gdzie na końcu czekałaby na nas nie wielka murowana świątynia, a skromniutki drewniany kościółek, otoczony cmentarzem (trochę jak w Inowłodzu :). Swoją drogą folklor miejski wymiata, powinienem ogłosić konkurs z nagrodami "Który łódzki klub to ch...j?" ;).

Takiej Łodzi się nie zna, o takiej Łodzi się zapomina. Jednak w tym szalonym mieście, nawet średniowiecze da się znaleźć! I to nie takie ostentacyjne jak w Krakowie czy Wrocławiu, ale klimatyczne, dla ambitnych. Zachęcam do odwiedzenia!