Słońce wzeszło już kilka godzin temu, oświetlając przyjemnie pokój. Okna były na północ, więc nie świeciło po oczach, ale białe ściany, firanki i pościel robiły swoje. Zerknąłem na zegarek. Była dziewiąta. Uśmiechnąłem się i z satysfakcją zacząłem wyciągać mięśnie, wciąż leżąc na łóżku. Nie pamiętam nocy, żebym się tam nie wyspał. Doskonałe miejsce do odpoczynku. W końcu jedenastolatkowie latem nie próżnują.
Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.
Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!
***
Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.
Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.
Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...
***
W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.
***
Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...
***
"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).
Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.
***
Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.
Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.
Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.
***
Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!
***
Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.
Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...
Ciąg dalszy nastąpi...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 9 sierpnia 2016
wtorek, 3 maja 2016
Ogień
Czarna, cieniutka kurtka z groteskowo olbrzymim logo umbro połyskiwała w świetle latarni, dając pozory tego, że woda po niej spływa i ani kropla nie przesiąka do wewnątrz. Niestety - przemiękła już po kilku pierwszych sekundach w deszczu. Deszczu, który, należy nadmienić, lał nieprzerwanie od co najmniej dwudziestu dni. Miasto w milczeniu tonęło pod hektolitrami życiodajnej wody, sparaliżowane siłą żywiołu.
Mało kto w tamtych dniach ruszał się z domu, jeśli nie musiał. Większość lokali usługowych zamykało się "do odwołania", bo po 5 dobach bez odwiedzin ani jednego klienta każdy przedsiębiorca potykał się o próg opłacalności. Zresztą i tak pracownicy solidarnie zostawali w domach, wybierając suche ubrania, zamiast mokrych banknotów wypłaty.
![]() |
| http://sowa777.fotek.pl/fotka-92484 |
Żeby było zabawniej, temperatury utrzymywały się na równym poziomie dwudziestu kilku stopni. Namiastka tropikalnej pory deszczowej w samym sercu umiarkowanej strefy klimatycznej.
Dlatego ubierając się do wyjścia, a robił to co wieczór, decydował się na bawełniany t-shirt i tą starą, bezużyteczną kurtkę. Szybciej schła, a przy okazji umiejętnie tłumiła wyrzuty sumienia, że można było coś jednak na siebie założyć.
Liście na drzewach zieleniły się soczyście, tego roku wyjątkowo rozpieszczane ciepłem i wilgocią. Tworzyły ciepłą otulinę, dodającą otuchy każdemu kto odważył się kroczyć pośród wpatrzonych w siebie, cuchnących wilgocią kamienic łódzkiego Polesia. W gruncie rzeczy, dzięki wszystkim tym roślinom Mielczarskiego wyglądała całkiem przyjaźnie, a wręcz zachęcająco.
Wsłuchany w narkotyzujący dźwięk bębniących o kałuże kropel odwrócił się w prawo. Nie, to nie były omamy słuchowe - rzeczywiście z jednej z bram dobiegały chrypliwe męskie głosy. W mroku stała grupka lokalnych watażków, którzy - w normalnych warunkach - najprawdopodobniej już próbowaliby zaczepki w jego kierunku. Niestety, wielodniowy opad działał przygnębiająco także na nich, toteż ich zwyczajna jurność była znacznie, ale to znacznie przygaszona.
No i nie było co pić, bo zapasy już dawno się pokończyły, nawet zamknięte sklepy umiejętnie wyczyszczono, ale więcej nie chciało przyjechać. Jakoś ważniejsze okazało się dostarczanie żywności, aniżeli używek. A skoro podaż wymarła, to i popyt wymierał.
Uśmiechnął się ponuro. Deszcz spłukiwał każdy makijaż i każdą maskę. Odcięci od świata łodzianie, okazywali swoje prawdziwe oblicza. Jeśli w ogóle wystawiali nosy za drzwi własnego cieplutkiego (póki co) mieszkanka.
Apokalipsa? Armageddon? Drugi Potop?
Możliwe, że tak. I tak nikt tego nie wiedział, bo przecież w trakcie końca świata nie pojawi się na niebie napis "TO JUŻ". Ludzkość była być może wystawiana na największą od wieków próbę i w związku z tym nie robiła nic poza wystawaniem w oknie i udawaniem, że jest tak jak być powinno.
Przetarł twarz z wody i pokręcił głową. Skąd u niego ten katastrofizm, defetyzm i pesymizm? Prawda była taka, że takiego deszczu nikt się nie spodziewał i kilka prężnie (dotychczas) działających nitek tego cywilizacyjnego ekosystemu po prostu nawaliło. Przestanie padać i wszystko wróci do normy.
Jemu akurat nie zależało na tym, żeby przestało padać. Miał jak i po co żyć. Wraz z grupą podobnych sobie ludzi, trwonili swoją doczesność niezależnie od tego co działo się za oknem. Na to nie mieli wpływu, więc energię wykorzystywali tylko na to, co kształtować mogli swoimi dłońmi. Na muzykę, malarstwo, literaturę, a czasem, kiedy było już bardzo ciemno i bardzo późno na taniec i prokreację. Żyli prosto i zostawiali na kałużach ślady, jakich inni nie zostawiali nawet na świeżo wylanym betonie. Odciskali swoje dłonie, niczym szamani w jaskiniach, kilka tysięcy lat temu.
Wciągnął do nosa ciężkie, lepkie powietrze, obrzydliwie wilgotne i pełne oleistego zapachu kwitnących drzew. Zapach, zdaje się, ambrozji. Spojrzał przed siebie, stojąc na środku jezdni 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Krzyknął głośno, unosząc wysoko ramiona. Zdjął kaptur i radośnie podbiegł do parterowej kamieniczki. Zza okien już pobrzmiewały spontanicznie uderzane bębny.
Nacisnął na klamkę drewnianych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie. Nie skrzypiały, bo regularnie o nie dbali. Stare nie znaczy popsute. Światło uderzyło go w oczy. Musiał przymknąć oczy, zanim przyzwyczaił się do jasności. Potężny, brodaty mężczyzna z szerokim uśmiechem i sentymentalnym spojrzeniem wyszedł mu naprzeciw.
- Już się bałem, że się potopiłeś! - zawołał przyjemnym basem i uścisnął dłoń przybysza.
- Panta rhei. - odpowiedział, odwzajemniając uśmiech - A skoro tak, to nic na tym świecie nie może utonąć.
Brodacz zmarszczył brwi.
- Jak zwykle nie mam pojęcia o co ci chodzi, ale dobrze cię widzieć. - skwitował. Co wieczór powtarzał wszystkim przybywającym, że dobrze ich widzieć. Dzięki temu, co wieczór czuli się dobrze. Bo się widzieli.
Przybysz sięgnął do kieszeni i skrzywił się, rozczarowany.
- Znowu to samo. A myślałem, że dzisiaj się uda. - powiedział, wyjmując z kieszeni przemokniętą do cna bibułkę pełną zawilgotniałej zawartości.
- Nie martw się o nic. Wczorajszy zdążył wyschnąć. - odparł brodacz, a w jego oczach zapłonął ogień. Podał przybyszowi suchusieńkiego jointa i zapałki.
Tamten skinął głową i przyjął podarek. Brodacz odszedł bez słowa. Przybysz zamknął oczy, włożył jointa do ust i zapalił go. Wciągnął dym do płuc i zrobił kilka kroków do przodu. Otworzył oczy i zobaczył duże pomieszczenie, pełne rozgadanych i roześmianych głów. Uśmiechnął się i wypuścił powietrze.
Nie było już deszczu, nocy i śmierci. Płonął ogień, a dzień nie schodził z nieboskłonu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



