Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 lutego 2018

Miłość wrogiem sukcesu

Oczy szkliły jej się kiedy wiatr przenosił zimne wilgotne powietrze tuż nad powierzchnią spracowanej Odry. Rzeka niosła na swoich plecach niezliczone ilości kropel wody i jeszcze więcej ludzkich tęsknych westchnień. Chciała żeby choć jedna łza popłynęła szybko po jej policzku, ale jak na złość żadna nie kwapiła się do zroszenia gładkiej skóry. Była pusta w środku, choć podświadomie czuła, że powinna być wściekła i rozżalona.

Może łatwiej byłoby jej przetrawić to wszystko, gdyby po prostu powiedzieli sobie "do widzenia" i odeszli - każde w swoją stronę. Zamiast tego woleli jednak rozdrapywać świeżą ranę dając sobie setki razy "kolejne, ostatnie szanse". Rozmawiali, tulili się, całowali, kochali, a następnego dnia znów - wrzeszczeli, wściekali i nie rozumieli. W końcu jednemu i drugiemu przestały podpowiadać rozsądek i serce, a zaczął po prostu instynkt samozachowawczy.

Ich związek, zdaje się, zaczynał po prostu zagrażać ich życiu.

Źródło: http://www.1zoom.me/en/wallpaper/496134/z512.9/

niedziela, 23 sierpnia 2015

Wśród źródeł tryszczących, czyli gdzie te rzeki? (Miasto zasadom wbrew cz. 5)

"[Łódź] znajduje się z całą swoją rozległą okolicą pod obszernem i wyniosłem wzgórzem, z którego niezliczone tryszczą źródła..." pisał w 1825 roku sam Stanisław Staszic, jednocześnie rekomendując ówczesną Łódź, jako miejsce odpowiednie do założenia osady fabrycznej. Wiedział co robi, bo przecież w tamtych czasach przemysł potrzebował do funkcjonowania wody i drewna, tak samo jak dziś potrzebuje zwolnienia z podatków i ekstremalnie taniej siły roboczej ;).

Łódź, jako miasto położone w środku puszczy, na bagnistym terenie, poprzecinanym niezliczonymi, bystro płynącymi rzeczkami, gwarantowała nieograniczony wręcz dostęp do wcześniej wymienionych surowców. Dodajmy jeszcze, że ze względu na ukształtowanie terenu, na linii północny wschód - południowy zachód występuje dość spory spadek wysokości, więc nasze rzeczki płyną bystro, oferując wiele darmowej energii, która aż prosi się o wykorzystanie. Bajka.

Bystrzy, nie mniej niż nasze rzeczki, przemysłowcy wzięli się więc za eksploatowanie tego co natura dała. Szczególną miłością zapałali do jednej z nich, a mianowicie Jasienia, nie zapominając jednak o walorach innych, jak Łódki czy Neru. Jak to się dla naszych wodnych przyjaciół i przyjaciółek skończyło? Zapraszam na krótki spacer wzdłuż kilku najważniejszych rzek Łodzi, a sami się przekonacie!

Kusi mnie, żeby zacząć od tej najważniejszej, ale nie. Na pierwszy ogień (jak to woda) pójdzie Łódka, czyli ta najsłynniejsza. Czym sobie zasłynęła? W zasadzie to głównie nazwą. Legenda głosi iż nazwa miasta naszego pochodzi od nazwy tej, jakże ważnej już od średniowiecza, rzeki! Niestety, trzeba wyrzucić tę romantyczną bajeczkę na bok i pogodzić się z faktem, że to Łódka wzięła nazwę od Łodzi, a nie na odwrót.

Łódka między Parkiem Ocalałych, a Parkiem Helenów
Wcześniejsza nazwa rzeki brzmiała Ostroga (lub rzeka Starowiejska) i póki Łódź się nie rozrosła takim właśnie mianem się szczyciła.

Nie zmienia to faktu, że była to rzeka, z którą sąsiadowało (i w zasadzie nadal sąsiaduje) Stare Miasto. Jest, więc dla Łodzi tym czym Wisła dla Krakowa. Jaka rzeka takie miasto, chciałoby się rzec, ale nie będę uszczypliwy (jeszcze zdążę ;)).

Co ważnego znajduje się lub znajdowało przy tym 19 kilometrowym cieku? Stare Miasto, już wymieniłem. W dawnych czasach na rzece stał młyn (mniej więcej w miejscu gdzie dziś można przejść przez Nowomiejską z jednej strony Parku Staromiejskiego na drugą.). Poza tym z wód rzeki przez długi czas korzystał browar rodziny Anstadtów (dzisiejsze Browary Łódzkie) oraz fabryka Roberta Biedermanna.

Staw w Parku Staromiejskim.
Dziś jednak wzdłuż rzeki ciągną się głównie parki, wykorzystujące wodę i koryto Łódki do zasilania stawów. Są to kolejno (od wschodu): Park Ocalałych, Park Helenów, Park Staromiejski, Park na Zdrowiu oraz Ogród Botaniczny. W sumie miło, że rzeka, która jest w większości skanalizowana zostawia jakiś ślad na mapie miasta, nanosząc choć odrobinę natury w betonowo - asfaltowy krajobraz.


Staw na Łódce w Parku Helenów
Staw na Łódce w Parku Ocalałych
 
Staw na Łódce, Park na Zdrowiu

Hm, rozumiem, że susza ale... Łódka w pełnej krasie :).
Nie można również zapomnieć o dawnych zakładach I.K. Poznańskiego, które także korzystały z wody Łódki. Dzisiejsza Manufaktura, zostawia malutki hołd rzeczce w postaci rzędu fontann, mniej więcej wzdłuż jej koryta.

Mniej znana, ale dużo ważniejsza jest jednak Jasień. Gwoli ścisłości - Pan Jasień. Odznacza się on około ośmioprocentowym spadkiem wysokości i swego czasu niósł sporo wody. Wykorzystano ten fakt do postawienia w biegu tej 12,5 kilometrowej rzeki 4 młynów: Wójtowskiego, Księżego, Lamus i Araszt. To przy Jasieniu powstawały pierwsze duże zakłady przy Piotrkowskiej (tzw. bielnik Kopischa i Biała Fabryka L. Geyera), a przede wszystkim największe w Łodzi przedsiębiorstwo przemysłu bawełnianego, czyli zakłady Scheiblera (później połączone z zakładami Grohmanów, także nad Jasieniem).

Jasień, za Wójtowskim Młynem, tuż przed Księżym Młynem
 Dziś już próżno szukać śladów dawnej mocy Jasienia, rzeka płynie albo w podziemnym korycie, albo grzecznie sączy się w odkrytej "rynience" wzdłuż Rokicia. Pozostały natomiast ślady po młynach - w postaci stawów. I oczywiście parki - Widzewski, Nad Jasieniem i Reymonta.

Jasień w rynnie na Rokiciu...
Most jest, a rzeka...?
Łódzką tradycję wyznaczania osi parków kontynuuje także rzeka Olechówka. Ją ominęła kara przykrywania i wtłaczania w betonowe paskudztwa. Płynie sobie względnie naturalnym korytem (chociaż o wzmocnionych brzegach) z Olechowa, przez Dąbrowę, Chojny, Rudę, aż do ujścia do Neru. Nie zasilała nigdy słynnych fabryk, ale zasila Łodzian w zieleń i tereny rekreacyjne. Parki "u źródeł Olechówki", "na Młynku", a szczególnie Stawy Jana dają możliwości odetchnięcia od miejskiego gwaru, popływania kajaczkiem po stawach, czy przespacerowania się nad wodą.

Relaks na Stawach Jana, za drzewami widać tira, żeby czasem nie zapomnieć, że to Łódź ;).

Stawy Jana

Ledwo żywa Olechówka za Stawami Jana
Ciekawy temat to rzeka Sokołówka. Władze Łodzi podjęły się ambitnego planu "renaturyzacji" rzeki. Jego celem miało być poprawienie jakości wody w rzece, polepszenie retencji wody (tak aby cała nie spływała od razu za miasto) i stworzenie obszarów zrównoważonych ekologicznie, pomimo bliskości dużych osiedli mieszkaniowych i centrum miasta. Wydaje się, że prace w tym temacie już się zakończyły, ale czy zamierzone efekty zostały osiągnięte... O ile park im. Mickiewicza (popularny Julianowski) wygląda naprawdę ładnie, to to co dzieje się między ul. Zgierską i al. Włókniarzy jest... moim zdaniem dziwne.

Staw na Sokołówce, Park Julianowski
Niby są miejsca do rekreacji, chodniczki, ławeczki, boiseczka i w ogóle fajnie, ale... wszystko jakby na uboczu, schowane gdzieś za wielkie bloki, do tego dość mocno zarośnięte. Jest naturalnie, to fakt, ale czy jakoś specjalnie przyjaźniej? Dla naukowców pewnie tak, dla przeciętnego Kowalskiego - wątpię...

Staw na Sokołówce, na zachód od ul. Zgierskiej

Zarośnięty staw, a w tle "Titanic" :)

Hm... mnie nie zachęca.

Zrenaturalizowana Sokołówka...
Mamy też dwie rzeki, które na miano rzek rzeczywiście zasługują. Tzn. jedna już w Łodzi jest nawet całkiem okazała, a druga nabiera rozpędu w dalszym biegu.

Pierwsza z nich to Ner, mająca swoje źródła w Łodzi, potem uciekająca na chwilę z miasta i wracająca w okolicach Rudy Pabianickiej. Całkowita jej długość to 134 kilometry (ponad 10 razy więcej niż Olechówka czy Jasień, hłe hłe), ostatecznie zasila wody Warty.

Ner za Stawami Stefańskiego
Z punktu widzenia Łodzian najważniejsze jeśli chodzi o Ner to oczywiście "Stawy Stefańskiego" (oficjalna nazwa to Park 1. Maja). W południowej części miasta to najważniejsze po Stawach Jana miejsce rekreacji. Oprócz oczywistych atrakcji, jakimi są kajaki i rowerki wodne, a także ścieżka wokół Stawu, mamy tam także restaurację i... wyciąg do wakeboardu. Wake & Roll Park, bo tak się nazywa ten obiekt, to wyjątkowa atrakcja na mapie Łodzi, pozwalająca poczuć troszkę więcej ekstremalnych doznań. Fajna sprawa, oby takich pozytywnych "kwiatków" rosło nam ile się da!

I znów relaksik nad wodą, ale już bez tira!
 
Stawy Stefańskiego

Ner pod ul. Pabianicką. Susza wykańcza rzeki...
Przy okazji mówienia o Nerze warto wspomnieć o pomyśle na biznes, jaki miał znany skądinąd pan Ludwik Geyer. Otóż wymyślił on sobie, że postawi w tamtym miejscu... cukrownię. Jak można się domyśleć biznes niezbyt wypalił i stał się jedną z przyczyn bankructwa tego pioniera łódzkiego przemysłu.

Ale dlaczego akurat cukrownię, to ja chyba nigdy nie zrozumiem...

Na koniec kilka słów o rzece, która z Łodzi płynie najdalej, bo aż przez 168,5 kilometra. Bzura, bo o niej mowa, jest niestety w Łodzi tylko małym ciekiem, który dopiero dalej, pędząc między innymi przez Zgierz, Ozorków czy Łowicz, nabiera mocy. Nie zmienia to faktu, że zdążyliśmy postawić na Bzurze co? Oczywiście stawy i obiekty rekreacyjne! :) Arturówek, przycupnięty w Lesie Łagiewnickim, to znów rekreacyjna Mekka dla mieszkańców dzielnicy Bałuty.
Bzura...

Arturówek, czyli to co udało się Łodzi "wycisnąć" z Bzury ;)
No i co, gdzie się podziały te tryszczące źródła? W większości zamieniły się w stawy albo kanały. Zepchnęliśmy swoje rzeki na margines, ale niespecjalnie się temu procesowi dziwię. O ile za czasów małej, średniowiecznej mieściny takie cieki mogły się utrzymać w naturalnym stanie, tak mocna urbanizacja spowodowała opadnięcie poziomu wód, co zmarginalizowało znaczenie naszych rzeczułek. Poza tym, takie wąskie "ścieki" bardziej przeszkadzają, aniżeli dodają atutów, dlatego się je chowa.

Miasta potrzebują dużych zbiorników wodnych - dla celów rekreacyjnych, dla odpowiedniego wietrzenia obszaru i po prostu dlatego, że w takich miejscach żyje się przyjemniej (bo jak coś Cię wnerwia to idziesz się przejść nad wodę i Ci lżej, a w Łodzi gdzie nie wyjdziesz tam wszędzie ten cholerny beton...).

Niestety rzeki sobie nie wyczarujemy, z morzem też musimy jeszcze trochę poczekać (chuchajcie ciepłym powietrzem w stronę lodowców, może coś przyspieszymy ;)), pozostaje pogodzić się z tym co mamy. I to akurat jest jedna z niewielu rzeczy, która mi się w Łodzi ewidentnie nie podoba i która sprawia, że chciałbym stąd zwiewać, gdyby była możliwość...

A mówili, że ta Łódź taka szara...

poniedziałek, 18 maja 2015

Króciótki spacer, czyli w 3 godziny z Wysowej na Słowację

"Chodźcie, przejdziemy się na spacerek, tylko tu, do cerkwi i z powrotem!" zawołał dziarsko tata, zaraz po pysznej jajecznicy zjedzonej na śniadanie na świeżym powietrzu Beskidu Niskiego. Któż by się nie zgodził na taką propozycję, tym bardziej, że słoneczko coraz przyjemniej przygrzewało, zachęcając do aktywności. Ubraliśmy wygodne buty, krótkie spodenki, zarzuciliśmy plecaki na plecy i powoli podreptaliśmy.

Po drodze do cerkwi z naszego miejsca noclegu, można zawiesić oko (abstrahując oczywiście od przepięknego krajobrazu Beskidu Niskiego) na spokojnej rzeczce jaką jest obecnie Ropa, a także na drewnianym budynku, pewnie z końca XIX albo początku XX wieku. Budynek pewnie służył kuracjuszom, tak mi się wydaje. Obok domku postawiony jest prawosławny krzyż, jakich tutaj mnóstwo w okolicy.




Cerkiew stoi kawałeczek dalej, oczywiście drewniana i oczywiście urokliwa, jak zresztą wszystkie okoliczne. Jest pod wezwaniem św. Michała Archanioła i została postawiona w 1779 roku. Ma podobno bardzo ciekawe wnętrze, ale jak to zazwyczaj w takich przypadkach była zamknięta. Nie ma co narzekać, z zewnątrz prezentuje się ładnie, a obok niej stoi potężna, 400-letnia lipa drobnolistna, będąca pomnikiem przyrody. Kawał historii na kilkunastu metrach kwadratowych!

Tutaj widok ogólny na cerkiew, od strony wschodniej (świątynia jest orientowana). Co ciekawe, zegary które widać na wieżyczce są całkowicie namalowane, to znaczy - wskazówki też :). Wszystkie pokazują godzinę "za pięć" - 3, 6, 9 i 12.


Tutaj budynek obok wejścia, przypomina dzwonnicę (kampanilę ;)), ale brak okien wskazuje, że chyba pełni inną funkcję...?


Wejście na teren cerkwi, dalej widoczny tata wpatrujący się w mapę okolicy. Za chwilę padnie pewna propozycja...


A oto i okazała lipa, zdjęcie nie oddaje jej ogromu...


...chyba że postawimy pod nią dwójkę dorosłych ludzi. Kawał drzewa! I nadal w formie! :)


Kolejny krzyż, stojący w otoczeniu cerkwi. Swoją drogą ciekawiło mnie znaczenie tych dodatkowych belek, w stosunku do krzyża znanego z kościoła rzymskokatolickiego. Otóż górna belka symbolizuje tabliczkę z krzyża Jezusa, z napisem INRI - Jezus Nazarejczyk Król Żydowski. Dolna natomiast była belką na nogi (prawosławni są zdania, że Jezus miał obie nogi przybite do krzyża), a skierowana jest ukośnie symbolizując kierunek do nieba i do piekła. Tam powędrowały dusze łotrów umierających razem z Jezusem - dobrego i nieskruszonego.


I wejście do cerkwi... szkoda, że zamknięte...


No to co... cel zaliczony! Zwijamy się i lecimy na naleśniki do knajpy, albo byczyć się na trawniku przed domkiem? Nie, nie! Moi drodzy, macie do czynienia z Bajasami! Szybko zgromadziliśmy się wokół mapki, którą studiował tata i padło hasło - idziemy na górę Jawor! Idzie się rachu-ciachu, na miejscu jest kapliczka i święte źródełko - będzie fajnie. Odzew mógł być tylko jeden - chodźmy po wodę i coś na przekąszenie i w drogę!

Zanim jednak ruszyliśmy - próba rozszyfrowania napisu z elewacji tego budynku...


Udało się to dopiero w domu - napis głosi "Błagosłowien griadyj wo imia Gospodnie", czyli błogosławiony, który idzie w imię Pańskie. Cytat zdobi budynek monasteru Opatrzności Matki Bożej, według wikipedii zamieszkałego przez dwóch mnichów. Jak widać nawet satelitkę mają ;).

Okej, butelka Wysowianki zakupiona, dwa jabłuszka i gorzka czekolada też. Można ruszać dalej. Szlak odbija od głównej asfaltowej drogi, prowadząc pomiędzy drewnianymi zabudowaniami. Sielska atmosfera poniedziałkowego południa udziela się wszystkim wokół...







Jak widać, szczególnie na ostatnim zdjęciu, drewniana zabudowa mieszkaniowa i gospodarcza popada w coraz większą ruinę i pewnie za parę lat zostaną tu tylko puste place po dawnych stodołach czy domach. Trzeba się cieszyć tym, że są jeszcze miejsca, w których czas zatrzymał się kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu. Dziś już mało kto dba o te relikty przeszłości, bo i po co? Funkcjonalność lepsza jakby postawić coś nowego, a i cena remontu takiego czegoś z pewnością o wiele droższa... Ekonomia jest nieubłagana, a zresztą - nam, mieszczuchom podoba się klimatyczna, drewniana wieś, ale nie oszukujmy się - nikt z nas nie trzyma w domu meblościanki na wysoki połysk, tylko dlatego, że pozwala choć na chwilę cofnąć się w czasie...

Zostawmy jednak problemy ludzkości w tyle i zapukajmy do drzwi Matki Natury. Najpierw mostkiem, znów przez Ropę... (po lewej wersja dla tych co im za gorąco w stopy)


...a później już tylko zieleń łąk i drzew i błękit nieba! I oczywiście prześliczne góry!


Słoneczko przyjemnie przygrzewało, co poskutkowało, jak się teraz okazuje, poprawą opalenizny ;). Ptaki fruwały nad głową i ćwiergoliły dookoła, cisza była wręcz uderzająco przyjemna. Poczułem się znów jak na szlaku pod Spałą - zjednany z przyrodą, otoczony bezkresnym spokojem, czerpiący darmową energię z otoczenia. Na drodze nie było żywej duszy oprócz nas, co dla mnie jest jednym z największych atutów Beskidu Niskiego. Nie żebym nie lubił ludzi, ale jakoś przebywanie w mniejszym lub większym tłumie nigdy nie było moim konikiem...

Kolejne spotkanie z rzeką (to chyba nadal Ropa... ma tutaj tyle odgałęzień, że trudno stwierdzić czy to ta rzeka, czy jakiś nienazwany strumyczek czy jeszcze coś innego) oznaczało zwiększenie się poziomu trudności. Przeprawa przez rwący potok okazała się jednak bułką z masłem dla wprawionych w bojach Bajasów!


Za chwilę droga zaczęła mocno piąć się w górę i weszliśmy w las. Zrobiło się nieco chłodniej, ale nadal było klimatycznie. Tym bardziej, że co chwilę natykaliśmy się na różne ciekawostki - przemykające jaszczurki, huby obficie porastające drzewa, czy różnobarwne ptactwo. No i szliśmy wzdłuż głębokiego jaru, po którego dnie leniwie płynęła sobie strużka wody. W takie dni jak dziś nie widać potęgi żywiołu, który pewnie przy roztopach, albo intensywnych opadach pożera ziemię i drąży swoje koryto coraz głębiej i głębiej.


No i nie można zapomnieć, że mamy wiosnę! A skoro wiosnę, to i wysyp kwiatów, urozmaicających swoimi kolorami szaro-zielono-brązową barwę lasu.


PTTKowska tabliczka informowała, że na Jawor wejdziemy w godzinę, półtorej. My weszliśmy w pół, co każe sugerować, że czas liczony jest pod kuracjuszy, którzy zdecydowanie wolniej wspinają się pod świętą górę.

Bo przecież musi być święta, skoro postawiono tu cerkiew? Mówi się, że w międzywojniu jedna z mieszkanek Wysowej miała tutaj kilka cudownych widzeń Matki Boskiej. Poza tym, ze wzgórza bije źródełko (dziś ładnie obudowana studnia), któremu przypisuje się cudowne właściwości... W związku z tym, w 1929 roku postawiono tutaj cerkiew i miejsce stało się punktem pielgrzymkowym dla wyznawców prawosławia. Później nastąpiła zawierucha wojenna i długie czasy komunizmu, podczas których to okresów miejsce nie było odwiedzane. Co więcej, w cerkwi urządzono strażnicę, bo jest to miejsce tuż przy granicy ze Słowacją...

Takie to były smutne czasy dla góry Jawor, ale w końcu zaczęły wiać pomyślniejsze wiatry i dziś znów jest to miejsce o znaczeniu religijnym. Liczne krzyże otaczające Cerkiew Opatrzności Matki Bożej, to pamiątki po pielgrzymkach do tego miejsca. Rozsiedliśmy się wygodnie na ławeczce wokół cerkwi i chłonęliśmy magiczną atmosferę tego miejsca.

Nie ma co - nawet najbardziej zorganizowana i skodyfikowana religia nie wygra ze swego rodzaju pogańskim zwyczajem czczenia natury. Nie oszukujmy się - nie cerkiew, nie studnia, nawet nie krzyże, a góra jest elementem łączącym tu człowieka z Bogiem czy czymkolwiek w co wierzy. To ona otwiera umysł i duszę, dając poczucie jakby było się bliżej tego utęsknionego absolutu, bytu doskonałego. Bo do tego przecież sprowadzają się wszystkie wierzenia i religie...

Poddajcie się ze mną chwili zadumy, oglądając zdjęcia z tego miejsca...







Na ostatnim zdjęciu widać studnię, z której naczerpaliśmy sobie wiadro wody, której skosztowaliśmy. Ze świętymi źródełkami jest trochę jak z puszczaniem lotka. Nie do końca się w to wierzy, ale zawsze się spróbuje - a nuż zadziała? Tym bardziej, że woda była bardzo smaczna, a klimat czerpania sobie jej ręką prosto z wiadra był niezapomniany!

Niestety, w beczce sielankowego miodu, jest łyżeczka dziegciu. Na zdjęciu poniżej widać tablice upamiętniające akcję "Wisła" z 1947 roku, w skutek której przesiedlono ogromną ilość rdzennych mieszkańców tego terenu, czyli Łemków... Poskutkowało to zniszczeniem tutejszego krajobrazu kulturowego. Czego się nie zrobi w imię bezsensownej, politycznej idei?


Dajmy jednak spokój polityce i uciekajmy od tego jak najdalej się tylko da! Skoro tak, to najlepiej - za granicę! W końcu jesteśmy rzut beretem. W zasadzie to nawet trudno powiedzieć, w którym momencie znaleźliśmy się po Słowackiej stronie (może wcale?). Żyjemy wszyscy razem na tej samej Ziemi, na tej samej planecie, więc po co ją dzielić ogrodzeniami i drutami kolczastymi? Dzielmy się nią i tym co w nas fajne - tradycjami, świętami, zwyczajami i radością. O, tak powinien wyglądać idealny świat! Bez fizycznych granic, ale z prawem do zachowania własnej, indywidualnej tożsamości!

Wybaczcie, że popadam w takie wzniosłe tony, ale gdy wyszliśmy na tę polanę...


...nie dało się oprzeć wrażeniu, że jest się ponad tymi wszystkimi banałami i błahostkami jakie przytłaczają nas każdego dnia.

Zdjęcia nie oddają poczucia przestrzeni, tej podniecającej wolności jaką daje widok bezkresnej łąki i gór spokojnie stojących w miejscach jakie im przypadły. Ma się ochotę tędy iść i iść i chłonąć każdy centymetr, każdy milimetr, jaki tylko można ujrzeć. A po tym wszystkim zamknąć na chwilę oczy i zobaczyć, że to wszystko nieubłaganie zmienia się, będąc jedynym wyznacznikiem upływającego czasu...

W związku z tym najpierw stanęliśmy w najwyższych możliwych punktach, aby zobaczyć tak wiele jak się tylko da...



...a następnie położyliśmy się na trawie i chłonęliśmy krajobraz całym sobą. Wsłuchani w szumiący w trawach wiatr, w śpiewy ptaków i bzyczenie owadów. Wpatrzeni w przestrzeń, to zerkając bliżej, to dalej, to, mrużąc oczy, patrząc na białe kłębki przepływających nad nami chmur i szybujące, drapieżne ptaki. Otumanieni zapachami łąki i pobliskiego lasu. Dotykający ziemi i krzepko rosnącej roślinności...

Chwilo trwaj wiecznie!, chciałoby się krzyknąć, ale głos więźnie w gardle, jakby zawstydzony perspektywą przełamania tej doskonałej harmonii...

I tak leżeliśmy długo, w jedności z przepięknym światem, aż w końcu z trudem, niechętnie zarzuciliśmy plecaki i wolnym krokiem wróciliśmy do Polski i do Wysowej... 3 godziny od momentu rozpoczęcia tego krótkiego spacerku.