Jak rozpoznać ojca niemowlaka? To proste. Budzik nastawiony na 7.00. Budzi się o 6.35 i pierwsze co myśli to nie "Jeszcze pięć minut!", a "Wstać już, czy dać jeszcze pospać Młodemu?". Leżąc sztywno jak kłoda przetrawiłem dwadzieścia minut i za pięć siódma zdecydowałem się wstać. Oczywiście w bloku, jak na złość, cisza jak makiem zasiał. Mój palec ledwo dotknął podłogi i... panel zaskrzypiał, aż ucho zabolało.
Kilka sekund później witało mnie wesołe "UUUUU".
Myślę, że dalsze wydarzenia najlepiej opisze ta melodia. Uparłem się (słusznie!), żeby do Lutomierska dostać się 43. Niestety, trasę spod łódzkiego ZOO do krańcówki tramwaj pokonuje w 57 minut. Kiedy dodałem sobie do tego czas dojazdu do centrum (żeby się przesiąść) zaczęło brakować mi doby. Postawiłem na sprawdzone, ale dość ekstremalne rozwiązania, w postaci szprych w rowerze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szlak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szlak. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 lutego 2017
poniedziałek, 18 maja 2015
Króciótki spacer, czyli w 3 godziny z Wysowej na Słowację
"Chodźcie, przejdziemy się na spacerek, tylko tu, do cerkwi i z powrotem!" zawołał dziarsko tata, zaraz po pysznej jajecznicy zjedzonej na śniadanie na świeżym powietrzu Beskidu Niskiego. Któż by się nie zgodził na taką propozycję, tym bardziej, że słoneczko coraz przyjemniej przygrzewało, zachęcając do aktywności. Ubraliśmy wygodne buty, krótkie spodenki, zarzuciliśmy plecaki na plecy i powoli podreptaliśmy.
Po drodze do cerkwi z naszego miejsca noclegu, można zawiesić oko (abstrahując oczywiście od przepięknego krajobrazu Beskidu Niskiego) na spokojnej rzeczce jaką jest obecnie Ropa, a także na drewnianym budynku, pewnie z końca XIX albo początku XX wieku. Budynek pewnie służył kuracjuszom, tak mi się wydaje. Obok domku postawiony jest prawosławny krzyż, jakich tutaj mnóstwo w okolicy.
Cerkiew stoi kawałeczek dalej, oczywiście drewniana i oczywiście urokliwa, jak zresztą wszystkie okoliczne. Jest pod wezwaniem św. Michała Archanioła i została postawiona w 1779 roku. Ma podobno bardzo ciekawe wnętrze, ale jak to zazwyczaj w takich przypadkach była zamknięta. Nie ma co narzekać, z zewnątrz prezentuje się ładnie, a obok niej stoi potężna, 400-letnia lipa drobnolistna, będąca pomnikiem przyrody. Kawał historii na kilkunastu metrach kwadratowych!
Tutaj widok ogólny na cerkiew, od strony wschodniej (świątynia jest orientowana). Co ciekawe, zegary które widać na wieżyczce są całkowicie namalowane, to znaczy - wskazówki też :). Wszystkie pokazują godzinę "za pięć" - 3, 6, 9 i 12.
Tutaj budynek obok wejścia, przypomina dzwonnicę (kampanilę ;)), ale brak okien wskazuje, że chyba pełni inną funkcję...?
Wejście na teren cerkwi, dalej widoczny tata wpatrujący się w mapę okolicy. Za chwilę padnie pewna propozycja...
A oto i okazała lipa, zdjęcie nie oddaje jej ogromu...
Kolejny krzyż, stojący w otoczeniu cerkwi. Swoją drogą ciekawiło mnie znaczenie tych dodatkowych belek, w stosunku do krzyża znanego z kościoła rzymskokatolickiego. Otóż górna belka symbolizuje tabliczkę z krzyża Jezusa, z napisem INRI - Jezus Nazarejczyk Król Żydowski. Dolna natomiast była belką na nogi (prawosławni są zdania, że Jezus miał obie nogi przybite do krzyża), a skierowana jest ukośnie symbolizując kierunek do nieba i do piekła. Tam powędrowały dusze łotrów umierających razem z Jezusem - dobrego i nieskruszonego.
I wejście do cerkwi... szkoda, że zamknięte...
No to co... cel zaliczony! Zwijamy się i lecimy na naleśniki do knajpy, albo byczyć się na trawniku przed domkiem? Nie, nie! Moi drodzy, macie do czynienia z Bajasami! Szybko zgromadziliśmy się wokół mapki, którą studiował tata i padło hasło - idziemy na górę Jawor! Idzie się rachu-ciachu, na miejscu jest kapliczka i święte źródełko - będzie fajnie. Odzew mógł być tylko jeden - chodźmy po wodę i coś na przekąszenie i w drogę!
Zanim jednak ruszyliśmy - próba rozszyfrowania napisu z elewacji tego budynku...
Udało się to dopiero w domu - napis głosi "Błagosłowien griadyj wo imia Gospodnie", czyli błogosławiony, który idzie w imię Pańskie. Cytat zdobi budynek monasteru Opatrzności Matki Bożej, według wikipedii zamieszkałego przez dwóch mnichów. Jak widać nawet satelitkę mają ;).
Okej, butelka Wysowianki zakupiona, dwa jabłuszka i gorzka czekolada też. Można ruszać dalej. Szlak odbija od głównej asfaltowej drogi, prowadząc pomiędzy drewnianymi zabudowaniami. Sielska atmosfera poniedziałkowego południa udziela się wszystkim wokół...
Jak widać, szczególnie na ostatnim zdjęciu, drewniana zabudowa mieszkaniowa i gospodarcza popada w coraz większą ruinę i pewnie za parę lat zostaną tu tylko puste place po dawnych stodołach czy domach. Trzeba się cieszyć tym, że są jeszcze miejsca, w których czas zatrzymał się kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu. Dziś już mało kto dba o te relikty przeszłości, bo i po co? Funkcjonalność lepsza jakby postawić coś nowego, a i cena remontu takiego czegoś z pewnością o wiele droższa... Ekonomia jest nieubłagana, a zresztą - nam, mieszczuchom podoba się klimatyczna, drewniana wieś, ale nie oszukujmy się - nikt z nas nie trzyma w domu meblościanki na wysoki połysk, tylko dlatego, że pozwala choć na chwilę cofnąć się w czasie...
Zostawmy jednak problemy ludzkości w tyle i zapukajmy do drzwi Matki Natury. Najpierw mostkiem, znów przez Ropę... (po lewej wersja dla tych co im za gorąco w stopy)
...a później już tylko zieleń łąk i drzew i błękit nieba! I oczywiście prześliczne góry!
Słoneczko przyjemnie przygrzewało, co poskutkowało, jak się teraz okazuje, poprawą opalenizny ;). Ptaki fruwały nad głową i ćwiergoliły dookoła, cisza była wręcz uderzająco przyjemna. Poczułem się znów jak na szlaku pod Spałą - zjednany z przyrodą, otoczony bezkresnym spokojem, czerpiący darmową energię z otoczenia. Na drodze nie było żywej duszy oprócz nas, co dla mnie jest jednym z największych atutów Beskidu Niskiego. Nie żebym nie lubił ludzi, ale jakoś przebywanie w mniejszym lub większym tłumie nigdy nie było moim konikiem...
Kolejne spotkanie z rzeką (to chyba nadal Ropa... ma tutaj tyle odgałęzień, że trudno stwierdzić czy to ta rzeka, czy jakiś nienazwany strumyczek czy jeszcze coś innego) oznaczało zwiększenie się poziomu trudności. Przeprawa przez rwący potok okazała się jednak bułką z masłem dla wprawionych w bojach Bajasów!
Za chwilę droga zaczęła mocno piąć się w górę i weszliśmy w las. Zrobiło się nieco chłodniej, ale nadal było klimatycznie. Tym bardziej, że co chwilę natykaliśmy się na różne ciekawostki - przemykające jaszczurki, huby obficie porastające drzewa, czy różnobarwne ptactwo. No i szliśmy wzdłuż głębokiego jaru, po którego dnie leniwie płynęła sobie strużka wody. W takie dni jak dziś nie widać potęgi żywiołu, który pewnie przy roztopach, albo intensywnych opadach pożera ziemię i drąży swoje koryto coraz głębiej i głębiej.
No i nie można zapomnieć, że mamy wiosnę! A skoro wiosnę, to i wysyp kwiatów, urozmaicających swoimi kolorami szaro-zielono-brązową barwę lasu.
PTTKowska tabliczka informowała, że na Jawor wejdziemy w godzinę, półtorej. My weszliśmy w pół, co każe sugerować, że czas liczony jest pod kuracjuszy, którzy zdecydowanie wolniej wspinają się pod świętą górę.
Bo przecież musi być święta, skoro postawiono tu cerkiew? Mówi się, że w międzywojniu jedna z mieszkanek Wysowej miała tutaj kilka cudownych widzeń Matki Boskiej. Poza tym, ze wzgórza bije źródełko (dziś ładnie obudowana studnia), któremu przypisuje się cudowne właściwości... W związku z tym, w 1929 roku postawiono tutaj cerkiew i miejsce stało się punktem pielgrzymkowym dla wyznawców prawosławia. Później nastąpiła zawierucha wojenna i długie czasy komunizmu, podczas których to okresów miejsce nie było odwiedzane. Co więcej, w cerkwi urządzono strażnicę, bo jest to miejsce tuż przy granicy ze Słowacją...
Takie to były smutne czasy dla góry Jawor, ale w końcu zaczęły wiać pomyślniejsze wiatry i dziś znów jest to miejsce o znaczeniu religijnym. Liczne krzyże otaczające Cerkiew Opatrzności Matki Bożej, to pamiątki po pielgrzymkach do tego miejsca. Rozsiedliśmy się wygodnie na ławeczce wokół cerkwi i chłonęliśmy magiczną atmosferę tego miejsca.
Nie ma co - nawet najbardziej zorganizowana i skodyfikowana religia nie wygra ze swego rodzaju pogańskim zwyczajem czczenia natury. Nie oszukujmy się - nie cerkiew, nie studnia, nawet nie krzyże, a góra jest elementem łączącym tu człowieka z Bogiem czy czymkolwiek w co wierzy. To ona otwiera umysł i duszę, dając poczucie jakby było się bliżej tego utęsknionego absolutu, bytu doskonałego. Bo do tego przecież sprowadzają się wszystkie wierzenia i religie...
Poddajcie się ze mną chwili zadumy, oglądając zdjęcia z tego miejsca...
Na ostatnim zdjęciu widać studnię, z której naczerpaliśmy sobie wiadro wody, której skosztowaliśmy. Ze świętymi źródełkami jest trochę jak z puszczaniem lotka. Nie do końca się w to wierzy, ale zawsze się spróbuje - a nuż zadziała? Tym bardziej, że woda była bardzo smaczna, a klimat czerpania sobie jej ręką prosto z wiadra był niezapomniany!
Niestety, w beczce sielankowego miodu, jest łyżeczka dziegciu. Na zdjęciu poniżej widać tablice upamiętniające akcję "Wisła" z 1947 roku, w skutek której przesiedlono ogromną ilość rdzennych mieszkańców tego terenu, czyli Łemków... Poskutkowało to zniszczeniem tutejszego krajobrazu kulturowego. Czego się nie zrobi w imię bezsensownej, politycznej idei?
Dajmy jednak spokój polityce i uciekajmy od tego jak najdalej się tylko da! Skoro tak, to najlepiej - za granicę! W końcu jesteśmy rzut beretem. W zasadzie to nawet trudno powiedzieć, w którym momencie znaleźliśmy się po Słowackiej stronie (może wcale?). Żyjemy wszyscy razem na tej samej Ziemi, na tej samej planecie, więc po co ją dzielić ogrodzeniami i drutami kolczastymi? Dzielmy się nią i tym co w nas fajne - tradycjami, świętami, zwyczajami i radością. O, tak powinien wyglądać idealny świat! Bez fizycznych granic, ale z prawem do zachowania własnej, indywidualnej tożsamości!
Wybaczcie, że popadam w takie wzniosłe tony, ale gdy wyszliśmy na tę polanę...
...nie dało się oprzeć wrażeniu, że jest się ponad tymi wszystkimi banałami i błahostkami jakie przytłaczają nas każdego dnia.
Zdjęcia nie oddają poczucia przestrzeni, tej podniecającej wolności jaką daje widok bezkresnej łąki i gór spokojnie stojących w miejscach jakie im przypadły. Ma się ochotę tędy iść i iść i chłonąć każdy centymetr, każdy milimetr, jaki tylko można ujrzeć. A po tym wszystkim zamknąć na chwilę oczy i zobaczyć, że to wszystko nieubłaganie zmienia się, będąc jedynym wyznacznikiem upływającego czasu...
W związku z tym najpierw stanęliśmy w najwyższych możliwych punktach, aby zobaczyć tak wiele jak się tylko da...
...a następnie położyliśmy się na trawie i chłonęliśmy krajobraz całym sobą. Wsłuchani w szumiący w trawach wiatr, w śpiewy ptaków i bzyczenie owadów. Wpatrzeni w przestrzeń, to zerkając bliżej, to dalej, to, mrużąc oczy, patrząc na białe kłębki przepływających nad nami chmur i szybujące, drapieżne ptaki. Otumanieni zapachami łąki i pobliskiego lasu. Dotykający ziemi i krzepko rosnącej roślinności...
Chwilo trwaj wiecznie!, chciałoby się krzyknąć, ale głos więźnie w gardle, jakby zawstydzony perspektywą przełamania tej doskonałej harmonii...
I tak leżeliśmy długo, w jedności z przepięknym światem, aż w końcu z trudem, niechętnie zarzuciliśmy plecaki i wolnym krokiem wróciliśmy do Polski i do Wysowej... 3 godziny od momentu rozpoczęcia tego krótkiego spacerku.
Po drodze do cerkwi z naszego miejsca noclegu, można zawiesić oko (abstrahując oczywiście od przepięknego krajobrazu Beskidu Niskiego) na spokojnej rzeczce jaką jest obecnie Ropa, a także na drewnianym budynku, pewnie z końca XIX albo początku XX wieku. Budynek pewnie służył kuracjuszom, tak mi się wydaje. Obok domku postawiony jest prawosławny krzyż, jakich tutaj mnóstwo w okolicy.
Cerkiew stoi kawałeczek dalej, oczywiście drewniana i oczywiście urokliwa, jak zresztą wszystkie okoliczne. Jest pod wezwaniem św. Michała Archanioła i została postawiona w 1779 roku. Ma podobno bardzo ciekawe wnętrze, ale jak to zazwyczaj w takich przypadkach była zamknięta. Nie ma co narzekać, z zewnątrz prezentuje się ładnie, a obok niej stoi potężna, 400-letnia lipa drobnolistna, będąca pomnikiem przyrody. Kawał historii na kilkunastu metrach kwadratowych!
Tutaj widok ogólny na cerkiew, od strony wschodniej (świątynia jest orientowana). Co ciekawe, zegary które widać na wieżyczce są całkowicie namalowane, to znaczy - wskazówki też :). Wszystkie pokazują godzinę "za pięć" - 3, 6, 9 i 12.
Tutaj budynek obok wejścia, przypomina dzwonnicę (kampanilę ;)), ale brak okien wskazuje, że chyba pełni inną funkcję...?
Wejście na teren cerkwi, dalej widoczny tata wpatrujący się w mapę okolicy. Za chwilę padnie pewna propozycja...
A oto i okazała lipa, zdjęcie nie oddaje jej ogromu...
...chyba że postawimy pod nią dwójkę dorosłych ludzi. Kawał drzewa! I nadal w formie! :)
Kolejny krzyż, stojący w otoczeniu cerkwi. Swoją drogą ciekawiło mnie znaczenie tych dodatkowych belek, w stosunku do krzyża znanego z kościoła rzymskokatolickiego. Otóż górna belka symbolizuje tabliczkę z krzyża Jezusa, z napisem INRI - Jezus Nazarejczyk Król Żydowski. Dolna natomiast była belką na nogi (prawosławni są zdania, że Jezus miał obie nogi przybite do krzyża), a skierowana jest ukośnie symbolizując kierunek do nieba i do piekła. Tam powędrowały dusze łotrów umierających razem z Jezusem - dobrego i nieskruszonego.
I wejście do cerkwi... szkoda, że zamknięte...
No to co... cel zaliczony! Zwijamy się i lecimy na naleśniki do knajpy, albo byczyć się na trawniku przed domkiem? Nie, nie! Moi drodzy, macie do czynienia z Bajasami! Szybko zgromadziliśmy się wokół mapki, którą studiował tata i padło hasło - idziemy na górę Jawor! Idzie się rachu-ciachu, na miejscu jest kapliczka i święte źródełko - będzie fajnie. Odzew mógł być tylko jeden - chodźmy po wodę i coś na przekąszenie i w drogę!
Zanim jednak ruszyliśmy - próba rozszyfrowania napisu z elewacji tego budynku...
Udało się to dopiero w domu - napis głosi "Błagosłowien griadyj wo imia Gospodnie", czyli błogosławiony, który idzie w imię Pańskie. Cytat zdobi budynek monasteru Opatrzności Matki Bożej, według wikipedii zamieszkałego przez dwóch mnichów. Jak widać nawet satelitkę mają ;).
Okej, butelka Wysowianki zakupiona, dwa jabłuszka i gorzka czekolada też. Można ruszać dalej. Szlak odbija od głównej asfaltowej drogi, prowadząc pomiędzy drewnianymi zabudowaniami. Sielska atmosfera poniedziałkowego południa udziela się wszystkim wokół...
Jak widać, szczególnie na ostatnim zdjęciu, drewniana zabudowa mieszkaniowa i gospodarcza popada w coraz większą ruinę i pewnie za parę lat zostaną tu tylko puste place po dawnych stodołach czy domach. Trzeba się cieszyć tym, że są jeszcze miejsca, w których czas zatrzymał się kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu. Dziś już mało kto dba o te relikty przeszłości, bo i po co? Funkcjonalność lepsza jakby postawić coś nowego, a i cena remontu takiego czegoś z pewnością o wiele droższa... Ekonomia jest nieubłagana, a zresztą - nam, mieszczuchom podoba się klimatyczna, drewniana wieś, ale nie oszukujmy się - nikt z nas nie trzyma w domu meblościanki na wysoki połysk, tylko dlatego, że pozwala choć na chwilę cofnąć się w czasie...
Zostawmy jednak problemy ludzkości w tyle i zapukajmy do drzwi Matki Natury. Najpierw mostkiem, znów przez Ropę... (po lewej wersja dla tych co im za gorąco w stopy)
...a później już tylko zieleń łąk i drzew i błękit nieba! I oczywiście prześliczne góry!
Słoneczko przyjemnie przygrzewało, co poskutkowało, jak się teraz okazuje, poprawą opalenizny ;). Ptaki fruwały nad głową i ćwiergoliły dookoła, cisza była wręcz uderzająco przyjemna. Poczułem się znów jak na szlaku pod Spałą - zjednany z przyrodą, otoczony bezkresnym spokojem, czerpiący darmową energię z otoczenia. Na drodze nie było żywej duszy oprócz nas, co dla mnie jest jednym z największych atutów Beskidu Niskiego. Nie żebym nie lubił ludzi, ale jakoś przebywanie w mniejszym lub większym tłumie nigdy nie było moim konikiem...
Kolejne spotkanie z rzeką (to chyba nadal Ropa... ma tutaj tyle odgałęzień, że trudno stwierdzić czy to ta rzeka, czy jakiś nienazwany strumyczek czy jeszcze coś innego) oznaczało zwiększenie się poziomu trudności. Przeprawa przez rwący potok okazała się jednak bułką z masłem dla wprawionych w bojach Bajasów!
Za chwilę droga zaczęła mocno piąć się w górę i weszliśmy w las. Zrobiło się nieco chłodniej, ale nadal było klimatycznie. Tym bardziej, że co chwilę natykaliśmy się na różne ciekawostki - przemykające jaszczurki, huby obficie porastające drzewa, czy różnobarwne ptactwo. No i szliśmy wzdłuż głębokiego jaru, po którego dnie leniwie płynęła sobie strużka wody. W takie dni jak dziś nie widać potęgi żywiołu, który pewnie przy roztopach, albo intensywnych opadach pożera ziemię i drąży swoje koryto coraz głębiej i głębiej.
No i nie można zapomnieć, że mamy wiosnę! A skoro wiosnę, to i wysyp kwiatów, urozmaicających swoimi kolorami szaro-zielono-brązową barwę lasu.
PTTKowska tabliczka informowała, że na Jawor wejdziemy w godzinę, półtorej. My weszliśmy w pół, co każe sugerować, że czas liczony jest pod kuracjuszy, którzy zdecydowanie wolniej wspinają się pod świętą górę.
Bo przecież musi być święta, skoro postawiono tu cerkiew? Mówi się, że w międzywojniu jedna z mieszkanek Wysowej miała tutaj kilka cudownych widzeń Matki Boskiej. Poza tym, ze wzgórza bije źródełko (dziś ładnie obudowana studnia), któremu przypisuje się cudowne właściwości... W związku z tym, w 1929 roku postawiono tutaj cerkiew i miejsce stało się punktem pielgrzymkowym dla wyznawców prawosławia. Później nastąpiła zawierucha wojenna i długie czasy komunizmu, podczas których to okresów miejsce nie było odwiedzane. Co więcej, w cerkwi urządzono strażnicę, bo jest to miejsce tuż przy granicy ze Słowacją...
Takie to były smutne czasy dla góry Jawor, ale w końcu zaczęły wiać pomyślniejsze wiatry i dziś znów jest to miejsce o znaczeniu religijnym. Liczne krzyże otaczające Cerkiew Opatrzności Matki Bożej, to pamiątki po pielgrzymkach do tego miejsca. Rozsiedliśmy się wygodnie na ławeczce wokół cerkwi i chłonęliśmy magiczną atmosferę tego miejsca.
Nie ma co - nawet najbardziej zorganizowana i skodyfikowana religia nie wygra ze swego rodzaju pogańskim zwyczajem czczenia natury. Nie oszukujmy się - nie cerkiew, nie studnia, nawet nie krzyże, a góra jest elementem łączącym tu człowieka z Bogiem czy czymkolwiek w co wierzy. To ona otwiera umysł i duszę, dając poczucie jakby było się bliżej tego utęsknionego absolutu, bytu doskonałego. Bo do tego przecież sprowadzają się wszystkie wierzenia i religie...
Poddajcie się ze mną chwili zadumy, oglądając zdjęcia z tego miejsca...
Na ostatnim zdjęciu widać studnię, z której naczerpaliśmy sobie wiadro wody, której skosztowaliśmy. Ze świętymi źródełkami jest trochę jak z puszczaniem lotka. Nie do końca się w to wierzy, ale zawsze się spróbuje - a nuż zadziała? Tym bardziej, że woda była bardzo smaczna, a klimat czerpania sobie jej ręką prosto z wiadra był niezapomniany!
Niestety, w beczce sielankowego miodu, jest łyżeczka dziegciu. Na zdjęciu poniżej widać tablice upamiętniające akcję "Wisła" z 1947 roku, w skutek której przesiedlono ogromną ilość rdzennych mieszkańców tego terenu, czyli Łemków... Poskutkowało to zniszczeniem tutejszego krajobrazu kulturowego. Czego się nie zrobi w imię bezsensownej, politycznej idei?
Dajmy jednak spokój polityce i uciekajmy od tego jak najdalej się tylko da! Skoro tak, to najlepiej - za granicę! W końcu jesteśmy rzut beretem. W zasadzie to nawet trudno powiedzieć, w którym momencie znaleźliśmy się po Słowackiej stronie (może wcale?). Żyjemy wszyscy razem na tej samej Ziemi, na tej samej planecie, więc po co ją dzielić ogrodzeniami i drutami kolczastymi? Dzielmy się nią i tym co w nas fajne - tradycjami, świętami, zwyczajami i radością. O, tak powinien wyglądać idealny świat! Bez fizycznych granic, ale z prawem do zachowania własnej, indywidualnej tożsamości!
Wybaczcie, że popadam w takie wzniosłe tony, ale gdy wyszliśmy na tę polanę...
...nie dało się oprzeć wrażeniu, że jest się ponad tymi wszystkimi banałami i błahostkami jakie przytłaczają nas każdego dnia.
Zdjęcia nie oddają poczucia przestrzeni, tej podniecającej wolności jaką daje widok bezkresnej łąki i gór spokojnie stojących w miejscach jakie im przypadły. Ma się ochotę tędy iść i iść i chłonąć każdy centymetr, każdy milimetr, jaki tylko można ujrzeć. A po tym wszystkim zamknąć na chwilę oczy i zobaczyć, że to wszystko nieubłaganie zmienia się, będąc jedynym wyznacznikiem upływającego czasu...
W związku z tym najpierw stanęliśmy w najwyższych możliwych punktach, aby zobaczyć tak wiele jak się tylko da...
...a następnie położyliśmy się na trawie i chłonęliśmy krajobraz całym sobą. Wsłuchani w szumiący w trawach wiatr, w śpiewy ptaków i bzyczenie owadów. Wpatrzeni w przestrzeń, to zerkając bliżej, to dalej, to, mrużąc oczy, patrząc na białe kłębki przepływających nad nami chmur i szybujące, drapieżne ptaki. Otumanieni zapachami łąki i pobliskiego lasu. Dotykający ziemi i krzepko rosnącej roślinności...
Chwilo trwaj wiecznie!, chciałoby się krzyknąć, ale głos więźnie w gardle, jakby zawstydzony perspektywą przełamania tej doskonałej harmonii...
I tak leżeliśmy długo, w jedności z przepięknym światem, aż w końcu z trudem, niechętnie zarzuciliśmy plecaki i wolnym krokiem wróciliśmy do Polski i do Wysowej... 3 godziny od momentu rozpoczęcia tego krótkiego spacerku.
Etykiety:
beskid niski,
beskidy,
cerkiew,
cerkwie,
góry,
las,
natura,
piękno,
przyroda,
ropa,
rzeka,
słowacja,
szlak,
święte źródło,
turystyka,
woda,
wysowa
czwartek, 19 marca 2015
Cmentarz na Marsie i skoki przez wodę (Spała - Inowłódz - Spała cz. 3 i ostatnia)
Wychodząc z Inowłodza bardziej niźli okolicą, zaprzątałem sobie głowę pytaniem - którędy wrócić. Miałem na względzie, że chociaż pogoda płata zimie figla, to Słońce nieubłaganie zajdzie około 16. Pierwotny plan, żeby pójść nieco naokoło, przez Królową Wolę, zarzuciłem. Spacer wzdłuż drogi krajowej też wydawał mi się mało interesujący. W związku z tym, że miałem jeszcze zamiar znaleźć cmentarz żydowski w Inowłodzu wymyśliłem sobie trasę przez las, do Teofilowa, a tam zamierzałem się martwić co dalej.
Znalezienie inowłodzkiego kirkutu nie jest proste. Trzeba skręcić w prawo w drogę, która jest jeszcze oznakowana, a dalej kierować się bardziej przeczuciem. Zgodnie z opisem ze "Spacerownika" wiedziałem, że muszę szukać bardzo blisko gigantycznego wykopu kopalni chalcedonitu, w przerzedzonym lasku. Przyznam szczerze, że gdybym nie miał ze sobą zdjęcia tego miejsca, to w życiu bym tam nie trafił, chociaż byłem o krok...
Sam cmentarz, a w zasadzie to co po nim zostało, to malutki kawalątek ziemi, w którym gdzieniegdzie widać mniej lub bardziej zniszczone macewy i pozapadane doły w miejscach pochówku. Wygląda to tak:
Całe szczęście, widać że kirkut niszczeje sobie, głupio to zabrzmi, po swojemu. Nie widać śladów wandalizmu, można zauważyć sporo zostawionych kamyków i nawet kilka zniczy. Taki to urok cmentarzy żydowskich. Nie mają Starozakonni w zwyczaju zajmować się cmentarzami i wynika to po prostu z ich tradycji. Abstrahując oczywiście od tego, że Żydów już tutaj nie ma.
Zostało wspomnienie i mnie ten cmentarz kojarzy się właśnie ze słowem "wspomnienie". Kiedyś było to zapewne urokliwe, ciche miejsce, na swój sposób czarujące, z czasem traci na wyrazistości, staje się coraz bardziej niewyraźne, rozwiewane przez wiatr historii. I tak jak wspomnienie, które z czasem ginie w pamięci, tak ten cmentarz zniknie bez śladu.
Zobaczyłem ostatni obiekt jaki chciałem i poczułem, że chcę dojść do Spały najkrótszą możliwą drogą. Słońce było jeszcze wysoko, ale niebezpiecznie zaczynało zbliżać się do koron drzew. Ruszyłem żwawo w znane mi z "dawnych czasów" tereny i... zacząłem się bać.
Swego czasu latałem po tych lasach z całą ekipą, nawet nocą i nie zwracałem kompletnie uwagi na fakt, że jest tu... niefajnie. Las jest brzydki, zachaszczony, a szeroka droga, którą szedłem, zmieniła się w mgnieniu oka w wąską ścieżynę, ledwo widoczną pomiędzy krzakami. Do tego jeszcze ten zbliżający się zmrok... Początkowo próbowałem złapać rytm, jak pod Spałą, ale zamiast lepiej - było tylko gorzej. Strach narastał, aż w końcu poddałem się.
Postanowiłem wrócić do drogi, nawet kosztem cierpienia wśród samochodów. Kawałek za Teofilowem wypatrzyłem ścieżkę wzdłuż Pilicy i, jeśliby okazało się, ze krajówka jest nie do zniesienia - zamierzałem maszerować tamtędy. Odbiłem w lewo i, idąc na azymut, postanowiłem dojść do skraju kopalni, a stamtąd prosto do drogi. Pieszy off-road ;).
Warto było! Kiedyś zdarzyło mi się być tam i jeden z kolegów zaczął się drzeć "JESTEŚMY NA MARSIE!". Stałem po kostki w żółtawym błocie robiąc to zdjęcie, ale ufajdanie butów to niska cena za taki oryginalny widoczek:
Nie przepadam za takimi wytworami człowieka, wolę czystą naturę, ale temu miejscu nie można odmówić uroku!
Przeczłapałem, brnąc w tym cholernym błocku, aż do krańca nasypu, wieńczącego kopalnię. Żwawo zsunąłem się ze stromej krawędzi i stanąłem przed znanym mi już bunkrem. Linia obrony Pilicy, z czasów II WŚ kryje wiele takich "artefaktów" i większość jest w przyzwoitym stanie! Do tego są one bardzo łatwe do znalezienia, bo większość jest całkiem niedaleko krajówki.
Przeskoczyłem przez asfaltówkę i zobaczyłem, że jestem tuż przy miejscu postoju, gdzie latem można zaopatrzyć się w zapiekanki (a przynajmniej kiedyś można było ;)). Zrobili tam fajny pomościk nad Pilicą - dla kajakarzy. Nie wiem jak to się stało, że nie zrobiłem temu fotki... Odetchnąłem świeżym, nadpilicznym powietrzem i pognałem dalej. Teofilów spał, jak zawsze zresztą. Oj co tam za cuda się wyprawiało jeszcze nie tam dawno temu! Strach opowiadać, ale miło powspominać ;).
Krajówka męczyła, ale nie było tragedii. Minąłem "Teofkę" i leciałem już prosto do Spały. Zastanawiałem się czy szukać wspomnianej wcześniej ścieżki, ale kiedy zobaczyłem bajkowo oświetloną, przykrytą stertą listowia dróżkę prowadzącą nad rzekę, dałem się skusić!
Znów nie wiem jak to się stało, że nie mam żadnego zdjęcia, żeby je Wam pokazać, ale ten szlak okazał się strzałem w dychę! Pilica, mimo swojej wielkości w tamtym miejscu, stosunkowo mocno meandruje. Tworzy to przecudne skarpy i widoki, niezmącone ludzką obecnością. Bajka, istna bajka! Przypominając sobie tę obrzydliwą ścieżkę za cmentarzem, nie żałowałem zmiany planów.
Maszerowałem wesoło, wiedziałem już że dzień uznam za wyjątkowo udany! Starsze małżeństwo wydawało się być nieco zdziwione, kiedy mijając ich zawołałem "dzień dobry!", ale niespecjalnie zważałem na to. Chwilę później udało mi się uchwycić ślady obecności bobrów - nie wiedziałem, ze mają takie moce przerobowe!
Toż to kawał drzewa!
Zaraz za tym miejscem ścieżynka oddalała się od rzeki, zgodnie z tym co widziałem na mapie i wiedziałem, że lada chwila będę w Spale. Cieszyłem się na gorący prysznic i smaczny obiad, ale chłonąłem jeszcze ostatnie mgnienia dzikiej przyrody, gdyż szedłem znów po terenie rezerwatu. Nie spodziewałem się spotkać już niczego zaskakującego, ale jednak się udało!
Tabliczka stała przy niezbyt szerokim rowie z wodą, ale o to tu chodzi! Pozostałość jakiś kolonii albo obozu harcerskiego! Rewelacyjna sprawa, ciekawe czy gdzieś w okolicy można znaleźć inne "stacje" tej zabawy...
Mnie burczało w brzuchu coraz bardziej, więc pognałem dalej. Zza drzew widziałem już Spałę, minąłem przydrożne zabudowania i stanąłem na moście na rzeczce Gać. Odetchnąłem z dużą dozą satysfakcji. Sporo wrażeń na jeden dzień! Pomyśleć, że nie musiałem jechać nawet 100 km z Łodzi, żeby przeżyć taką wędrówkę! To jeszcze nie był koniec, został mi jeszcze marsz do Tomaszowa, ale to już przy innej okazji. Na tę chwilę to tyle... :).
Znalezienie inowłodzkiego kirkutu nie jest proste. Trzeba skręcić w prawo w drogę, która jest jeszcze oznakowana, a dalej kierować się bardziej przeczuciem. Zgodnie z opisem ze "Spacerownika" wiedziałem, że muszę szukać bardzo blisko gigantycznego wykopu kopalni chalcedonitu, w przerzedzonym lasku. Przyznam szczerze, że gdybym nie miał ze sobą zdjęcia tego miejsca, to w życiu bym tam nie trafił, chociaż byłem o krok...
Sam cmentarz, a w zasadzie to co po nim zostało, to malutki kawalątek ziemi, w którym gdzieniegdzie widać mniej lub bardziej zniszczone macewy i pozapadane doły w miejscach pochówku. Wygląda to tak:
Całe szczęście, widać że kirkut niszczeje sobie, głupio to zabrzmi, po swojemu. Nie widać śladów wandalizmu, można zauważyć sporo zostawionych kamyków i nawet kilka zniczy. Taki to urok cmentarzy żydowskich. Nie mają Starozakonni w zwyczaju zajmować się cmentarzami i wynika to po prostu z ich tradycji. Abstrahując oczywiście od tego, że Żydów już tutaj nie ma.
Zostało wspomnienie i mnie ten cmentarz kojarzy się właśnie ze słowem "wspomnienie". Kiedyś było to zapewne urokliwe, ciche miejsce, na swój sposób czarujące, z czasem traci na wyrazistości, staje się coraz bardziej niewyraźne, rozwiewane przez wiatr historii. I tak jak wspomnienie, które z czasem ginie w pamięci, tak ten cmentarz zniknie bez śladu.
Zobaczyłem ostatni obiekt jaki chciałem i poczułem, że chcę dojść do Spały najkrótszą możliwą drogą. Słońce było jeszcze wysoko, ale niebezpiecznie zaczynało zbliżać się do koron drzew. Ruszyłem żwawo w znane mi z "dawnych czasów" tereny i... zacząłem się bać.
Swego czasu latałem po tych lasach z całą ekipą, nawet nocą i nie zwracałem kompletnie uwagi na fakt, że jest tu... niefajnie. Las jest brzydki, zachaszczony, a szeroka droga, którą szedłem, zmieniła się w mgnieniu oka w wąską ścieżynę, ledwo widoczną pomiędzy krzakami. Do tego jeszcze ten zbliżający się zmrok... Początkowo próbowałem złapać rytm, jak pod Spałą, ale zamiast lepiej - było tylko gorzej. Strach narastał, aż w końcu poddałem się.
Postanowiłem wrócić do drogi, nawet kosztem cierpienia wśród samochodów. Kawałek za Teofilowem wypatrzyłem ścieżkę wzdłuż Pilicy i, jeśliby okazało się, ze krajówka jest nie do zniesienia - zamierzałem maszerować tamtędy. Odbiłem w lewo i, idąc na azymut, postanowiłem dojść do skraju kopalni, a stamtąd prosto do drogi. Pieszy off-road ;).
Warto było! Kiedyś zdarzyło mi się być tam i jeden z kolegów zaczął się drzeć "JESTEŚMY NA MARSIE!". Stałem po kostki w żółtawym błocie robiąc to zdjęcie, ale ufajdanie butów to niska cena za taki oryginalny widoczek:
Nie przepadam za takimi wytworami człowieka, wolę czystą naturę, ale temu miejscu nie można odmówić uroku!
Przeczłapałem, brnąc w tym cholernym błocku, aż do krańca nasypu, wieńczącego kopalnię. Żwawo zsunąłem się ze stromej krawędzi i stanąłem przed znanym mi już bunkrem. Linia obrony Pilicy, z czasów II WŚ kryje wiele takich "artefaktów" i większość jest w przyzwoitym stanie! Do tego są one bardzo łatwe do znalezienia, bo większość jest całkiem niedaleko krajówki.
Przeskoczyłem przez asfaltówkę i zobaczyłem, że jestem tuż przy miejscu postoju, gdzie latem można zaopatrzyć się w zapiekanki (a przynajmniej kiedyś można było ;)). Zrobili tam fajny pomościk nad Pilicą - dla kajakarzy. Nie wiem jak to się stało, że nie zrobiłem temu fotki... Odetchnąłem świeżym, nadpilicznym powietrzem i pognałem dalej. Teofilów spał, jak zawsze zresztą. Oj co tam za cuda się wyprawiało jeszcze nie tam dawno temu! Strach opowiadać, ale miło powspominać ;).
Krajówka męczyła, ale nie było tragedii. Minąłem "Teofkę" i leciałem już prosto do Spały. Zastanawiałem się czy szukać wspomnianej wcześniej ścieżki, ale kiedy zobaczyłem bajkowo oświetloną, przykrytą stertą listowia dróżkę prowadzącą nad rzekę, dałem się skusić!
Znów nie wiem jak to się stało, że nie mam żadnego zdjęcia, żeby je Wam pokazać, ale ten szlak okazał się strzałem w dychę! Pilica, mimo swojej wielkości w tamtym miejscu, stosunkowo mocno meandruje. Tworzy to przecudne skarpy i widoki, niezmącone ludzką obecnością. Bajka, istna bajka! Przypominając sobie tę obrzydliwą ścieżkę za cmentarzem, nie żałowałem zmiany planów.
Maszerowałem wesoło, wiedziałem już że dzień uznam za wyjątkowo udany! Starsze małżeństwo wydawało się być nieco zdziwione, kiedy mijając ich zawołałem "dzień dobry!", ale niespecjalnie zważałem na to. Chwilę później udało mi się uchwycić ślady obecności bobrów - nie wiedziałem, ze mają takie moce przerobowe!
Toż to kawał drzewa!
Zaraz za tym miejscem ścieżynka oddalała się od rzeki, zgodnie z tym co widziałem na mapie i wiedziałem, że lada chwila będę w Spale. Cieszyłem się na gorący prysznic i smaczny obiad, ale chłonąłem jeszcze ostatnie mgnienia dzikiej przyrody, gdyż szedłem znów po terenie rezerwatu. Nie spodziewałem się spotkać już niczego zaskakującego, ale jednak się udało!
Tabliczka stała przy niezbyt szerokim rowie z wodą, ale o to tu chodzi! Pozostałość jakiś kolonii albo obozu harcerskiego! Rewelacyjna sprawa, ciekawe czy gdzieś w okolicy można znaleźć inne "stacje" tej zabawy...
Mnie burczało w brzuchu coraz bardziej, więc pognałem dalej. Zza drzew widziałem już Spałę, minąłem przydrożne zabudowania i stanąłem na moście na rzeczce Gać. Odetchnąłem z dużą dozą satysfakcji. Sporo wrażeń na jeden dzień! Pomyśleć, że nie musiałem jechać nawet 100 km z Łodzi, żeby przeżyć taką wędrówkę! To jeszcze nie był koniec, został mi jeszcze marsz do Tomaszowa, ale to już przy innej okazji. Na tę chwilę to tyle... :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)





