Wychodząc z Inowłodza bardziej niźli okolicą, zaprzątałem sobie głowę pytaniem - którędy wrócić. Miałem na względzie, że chociaż pogoda płata zimie figla, to Słońce nieubłaganie zajdzie około 16. Pierwotny plan, żeby pójść nieco naokoło, przez Królową Wolę, zarzuciłem. Spacer wzdłuż drogi krajowej też wydawał mi się mało interesujący. W związku z tym, że miałem jeszcze zamiar znaleźć cmentarz żydowski w Inowłodzu wymyśliłem sobie trasę przez las, do Teofilowa, a tam zamierzałem się martwić co dalej.
Znalezienie inowłodzkiego kirkutu nie jest proste. Trzeba skręcić w prawo w drogę, która jest jeszcze oznakowana, a dalej kierować się bardziej przeczuciem. Zgodnie z opisem ze "Spacerownika" wiedziałem, że muszę szukać bardzo blisko gigantycznego wykopu kopalni chalcedonitu, w przerzedzonym lasku. Przyznam szczerze, że gdybym nie miał ze sobą zdjęcia tego miejsca, to w życiu bym tam nie trafił, chociaż byłem o krok...
Sam cmentarz, a w zasadzie to co po nim zostało, to malutki kawalątek ziemi, w którym gdzieniegdzie widać mniej lub bardziej zniszczone macewy i pozapadane doły w miejscach pochówku. Wygląda to tak:
Całe szczęście, widać że kirkut niszczeje sobie, głupio to zabrzmi, po swojemu. Nie widać śladów wandalizmu, można zauważyć sporo zostawionych kamyków i nawet kilka zniczy. Taki to urok cmentarzy żydowskich. Nie mają Starozakonni w zwyczaju zajmować się cmentarzami i wynika to po prostu z ich tradycji. Abstrahując oczywiście od tego, że Żydów już tutaj nie ma.
Zostało wspomnienie i mnie ten cmentarz kojarzy się właśnie ze słowem "wspomnienie". Kiedyś było to zapewne urokliwe, ciche miejsce, na swój sposób czarujące, z czasem traci na wyrazistości, staje się coraz bardziej niewyraźne, rozwiewane przez wiatr historii. I tak jak wspomnienie, które z czasem ginie w pamięci, tak ten cmentarz zniknie bez śladu.
Zobaczyłem ostatni obiekt jaki chciałem i poczułem, że chcę dojść do Spały najkrótszą możliwą drogą. Słońce było jeszcze wysoko, ale niebezpiecznie zaczynało zbliżać się do koron drzew. Ruszyłem żwawo w znane mi z "dawnych czasów" tereny i... zacząłem się bać.
Swego czasu latałem po tych lasach z całą ekipą, nawet nocą i nie zwracałem kompletnie uwagi na fakt, że jest tu... niefajnie. Las jest brzydki, zachaszczony, a szeroka droga, którą szedłem, zmieniła się w mgnieniu oka w wąską ścieżynę, ledwo widoczną pomiędzy krzakami. Do tego jeszcze ten zbliżający się zmrok... Początkowo próbowałem złapać rytm, jak pod Spałą, ale zamiast lepiej - było tylko gorzej. Strach narastał, aż w końcu poddałem się.
Postanowiłem wrócić do drogi, nawet kosztem cierpienia wśród samochodów. Kawałek za Teofilowem wypatrzyłem ścieżkę wzdłuż Pilicy i, jeśliby okazało się, ze krajówka jest nie do zniesienia - zamierzałem maszerować tamtędy. Odbiłem w lewo i, idąc na azymut, postanowiłem dojść do skraju kopalni, a stamtąd prosto do drogi. Pieszy off-road ;).
Warto było! Kiedyś zdarzyło mi się być tam i jeden z kolegów zaczął się drzeć "JESTEŚMY NA MARSIE!". Stałem po kostki w żółtawym błocie robiąc to zdjęcie, ale ufajdanie butów to niska cena za taki oryginalny widoczek:
Nie przepadam za takimi wytworami człowieka, wolę czystą naturę, ale temu miejscu nie można odmówić uroku!
Przeczłapałem, brnąc w tym cholernym błocku, aż do krańca nasypu, wieńczącego kopalnię. Żwawo zsunąłem się ze stromej krawędzi i stanąłem przed znanym mi już bunkrem. Linia obrony Pilicy, z czasów II WŚ kryje wiele takich "artefaktów" i większość jest w przyzwoitym stanie! Do tego są one bardzo łatwe do znalezienia, bo większość jest całkiem niedaleko krajówki.
Przeskoczyłem przez asfaltówkę i zobaczyłem, że jestem tuż przy miejscu postoju, gdzie latem można zaopatrzyć się w zapiekanki (a przynajmniej kiedyś można było ;)). Zrobili tam fajny pomościk nad Pilicą - dla kajakarzy. Nie wiem jak to się stało, że nie zrobiłem temu fotki... Odetchnąłem świeżym, nadpilicznym powietrzem i pognałem dalej. Teofilów spał, jak zawsze zresztą. Oj co tam za cuda się wyprawiało jeszcze nie tam dawno temu! Strach opowiadać, ale miło powspominać ;).
Krajówka męczyła, ale nie było tragedii. Minąłem "Teofkę" i leciałem już prosto do Spały. Zastanawiałem się czy szukać wspomnianej wcześniej ścieżki, ale kiedy zobaczyłem bajkowo oświetloną, przykrytą stertą listowia dróżkę prowadzącą nad rzekę, dałem się skusić!
Znów nie wiem jak to się stało, że nie mam żadnego zdjęcia, żeby je Wam pokazać, ale ten szlak okazał się strzałem w dychę! Pilica, mimo swojej wielkości w tamtym miejscu, stosunkowo mocno meandruje. Tworzy to przecudne skarpy i widoki, niezmącone ludzką obecnością. Bajka, istna bajka! Przypominając sobie tę obrzydliwą ścieżkę za cmentarzem, nie żałowałem zmiany planów.
Maszerowałem wesoło, wiedziałem już że dzień uznam za wyjątkowo udany! Starsze małżeństwo wydawało się być nieco zdziwione, kiedy mijając ich zawołałem "dzień dobry!", ale niespecjalnie zważałem na to. Chwilę później udało mi się uchwycić ślady obecności bobrów - nie wiedziałem, ze mają takie moce przerobowe!
Toż to kawał drzewa!
Zaraz za tym miejscem ścieżynka oddalała się od rzeki, zgodnie z tym co widziałem na mapie i wiedziałem, że lada chwila będę w Spale. Cieszyłem się na gorący prysznic i smaczny obiad, ale chłonąłem jeszcze ostatnie mgnienia dzikiej przyrody, gdyż szedłem znów po terenie rezerwatu. Nie spodziewałem się spotkać już niczego zaskakującego, ale jednak się udało!
Tabliczka stała przy niezbyt szerokim rowie z wodą, ale o to tu chodzi! Pozostałość jakiś kolonii albo obozu harcerskiego! Rewelacyjna sprawa, ciekawe czy gdzieś w okolicy można znaleźć inne "stacje" tej zabawy...
Mnie burczało w brzuchu coraz bardziej, więc pognałem dalej. Zza drzew widziałem już Spałę, minąłem przydrożne zabudowania i stanąłem na moście na rzeczce Gać. Odetchnąłem z dużą dozą satysfakcji. Sporo wrażeń na jeden dzień! Pomyśleć, że nie musiałem jechać nawet 100 km z Łodzi, żeby przeżyć taką wędrówkę! To jeszcze nie był koniec, został mi jeszcze marsz do Tomaszowa, ale to już przy innej okazji. Na tę chwilę to tyle... :).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spała. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 marca 2015
piątek, 13 lutego 2015
Na czerwonym szlaku (Spała - Inowłódz - Spała cz. 1)
16 stycznia 2015 roku powitał mnie prześliczną pogodą. Przyjmijmy, że wyspany w "jedynce" spalskiego "Rogacza", z dużą dozą satysfakcji zjadłem pożywne śniadanie, zerkając nie bez przyjemności na Słońce, energicznie przebijające się między drzewami. Plecak spakowany, w nim woda, mapa, bardzo spontaniczna kanapka i tabliczka czekolady. Zestaw podstawowy.
Wychodzę na rześkie, poranne powietrze i nie mogę uwierzyć, że to połowa stycznia. Pachnie trochę lodowatą świeżością zimy, a trochę ciepłą i wilgotną wiosną. Ruszam na szlak, przez obrzydliwie zaśmiecony skwerek (Polska...) i kieruję się na most na Pilicy.
Przy moście wielka tablica informacyjna oraz druga, upamiętniająca gen. T. Buka. Most (zbyt) szeroko opisany na tablicy, jako zabytkowy, historyczny i w ogóle ach i och (pierwszy był jeszcze w XIX wieku! ;)). Dla mnie - most jak most, ale w sumie miło, że jest na jego temat jakaś informacja.
I chociaż obiekt sam w sobie nie zapada specjalnie w pamięć, to jego usytuowanie jest wyjątkowe. Stojąc nad rzeką nie mogę powstrzymać się przed głębokim wciągnięciem powietrza i kręcę z niedowierzaniem głową. Sami oceńcie dlaczego.

Jest doskonale. Są momenty kiedy rzeczywistość wydaje się brzydka i beznadziejna, ale tutaj, nad Pilicą, nie mogę powstrzymać się od myśli, że nawet jeśli to wszystko nie ma głębszego sensu, to chociaż jest się czym zachwycić.
Dla chętnych pogłębienia duchowych doznań - kawałek dalej całkiem ładna i zadbana kapliczka. Nawet nie czuć w niej aż tak bardzo tej kiczowatej pobożności, która razi przy większości takich miejsc.
Mija mnie dosłownie kilka osób i jeszcze mniej samochodów, kiedy przechodzę wzdłuż ostatnich zabudowań Spały. Jestem na czerwonym szlaku. Przede mną otwiera się las.
Przyznam szczerze - mam pietra. Nie czuję się zbyt pewnie, mam wrażenie, że jestem obserwowany - przez las. Każdy dźwięk sprawia, że od razu z napięciem odwracam głowę. Nie mogę złapać rytmu marszu, bez przerwy nerwowo się rozglądam. Dlaczego? Czego się tu obawiać? To jest właśnie świat, a ja jestem jego częścią.
Z kroku na krok ogarnia mnie coraz większa błogość. Spływa na mnie spokój. Czuję jedność z przyrodą, zaczynam jakby czerpać energię z ziemi, wszelkie obawy znikają.
Droga przede mną wygląda tak:
Pocieszającym jest fakt, że budynek wygląda na użytkowany.
A cywilizacja miała mnie nie opuszczać już prawie do samego końca mojego spaceru.
Niedaleko za drewnianym domem natknąłem się na stawy, będące pozostałością po wyrobisku piasku, jakich, swoją drogą, wiele w tej okolicy. Na wysokiej hałdzie stały opuszczone koparki i inne ciężkie sprzęty. Ciekawy i inspirujący widok dla miłośników pikników na skraju drogi ;).
Na brzegu jednego ze stawów wypatrzyłem prowizoryczną ławeczkę, zachęcającą do dłuższego odpoczynku. Dodatkową zachętą była tabliczka "zakaz wstępu" i dwa łabędzie leniwie dryfujące po powierzchni jeziorka.
Rozsiadłem się wygodnie na piasku, rozprostowałem nogi i cieszyłem się sielankowym widokiem. Ciekawskie łabędzie podpływały bliżej, kiedy ja patrzyłem na znicze zapalone na brzegu mikroplaży. Rozrzucone wokół puste butelki po alkoholu dawały pewną, prawdopodobną odpowiedź na pytanie skąd tu te pośmiertne pamiątki.
W oddali było słychać rzężenie ciężarówki, które, ku mojemu niezadowoleniu, stawało się coraz głośniejsze. Pora ruszać. Chwilę później minęła mnie równie wielka co hałaśliwa wywrotka i duże auto z robotnikami. Zapomniałem, że jest dość wcześnie i pewnie praca w tym miejscu dopiero się zaczyna. Tak czy siak - miałem szczęście, że nie zamarudziłem wcześniej, bo nie odpocząłbym w takim spokoju.
Powoli zbliżałem się do Inowłodza. Las zmienił się całkowicie. Po pierwsze - stał się w większości iglasty, po drugie - ilość dróg technicznych i ściętych drzew przypominały, że spokój rezerwatu zostawiłem daleko za sobą. Nawet kiedy zapominałem na chwilę o tym, że dzielą mnie już tylko kroki od dużej miejscowości, atakowany byłem dźwiękiem samochodu-lodziarni (tak obstawiam :)). Paskudna forma marketingu.
Według mapy powinienem lada chwila postawić pierwszy krok w Inowłodzu. Szlak zwężał się podejrzanie, aż stał się ledwo widoczną ścieżyną. Znaki były widoczne, więc szedłem dalej. Szczęśliwy, że dotarłem do celu dużo wcześniej niż planowałem wyszedłem zza zakrętu i... stanąłem jak wryty.
To jest Słomianka. Na mapie ledwo widoczna, zarówno ze względu na swoją wielkość jak i na to, że akurat w tym miejscu biegnie zaznaczona grubą linią granica Spalskiego Parku Krajobrazowego. Myślę, że zaryzykowałbym przejście tędy, ale nie będąc samemu. Widoczny na początku mostek był tylko pierwszą częścią przeprawy, dalej trzeba było iść po dnie rzeczułki. Nie miałem ochoty sprawdzać czy znajomość ze Słomianką nie okaże się wciągająca.
Poza tym nie chciałem żeby zmarzły mi nogi :).
Długo się nie zastanawiałem, bo też nie było nad czym. Zawróciłem i skręciłem w pierwszą leśną drogę, na którą się natknąłem. Nie wiem czemu czułem niepokój, ze względu na to, że wracam tą samą drogą, którą szedłem wcześniej. Poza tym musiałem porzucić szlak i iść nieoznakowaną drogą. W zasadzie miałem mapę i bardzo niewiele do przejścia do asfaltówki, ale zapragnąłem znaleźć się w łatwiejszym do orientacji miejscu.
Moje obawy okazały się, jak zwykle, płonne. Po kilku minutach szedłem już równiutką i, dzięki Bogu, pustą drogą. Zaczęło robić się naprawdę ciepło, więc zdjąłem kurtkę. Co za styczeń!
Ciąg dalszy nastąpi... :)
Wychodzę na rześkie, poranne powietrze i nie mogę uwierzyć, że to połowa stycznia. Pachnie trochę lodowatą świeżością zimy, a trochę ciepłą i wilgotną wiosną. Ruszam na szlak, przez obrzydliwie zaśmiecony skwerek (Polska...) i kieruję się na most na Pilicy.
Przy moście wielka tablica informacyjna oraz druga, upamiętniająca gen. T. Buka. Most (zbyt) szeroko opisany na tablicy, jako zabytkowy, historyczny i w ogóle ach i och (pierwszy był jeszcze w XIX wieku! ;)). Dla mnie - most jak most, ale w sumie miło, że jest na jego temat jakaś informacja.
I chociaż obiekt sam w sobie nie zapada specjalnie w pamięć, to jego usytuowanie jest wyjątkowe. Stojąc nad rzeką nie mogę powstrzymać się przed głębokim wciągnięciem powietrza i kręcę z niedowierzaniem głową. Sami oceńcie dlaczego.

Jest doskonale. Są momenty kiedy rzeczywistość wydaje się brzydka i beznadziejna, ale tutaj, nad Pilicą, nie mogę powstrzymać się od myśli, że nawet jeśli to wszystko nie ma głębszego sensu, to chociaż jest się czym zachwycić.
Dla chętnych pogłębienia duchowych doznań - kawałek dalej całkiem ładna i zadbana kapliczka. Nawet nie czuć w niej aż tak bardzo tej kiczowatej pobożności, która razi przy większości takich miejsc.
Mija mnie dosłownie kilka osób i jeszcze mniej samochodów, kiedy przechodzę wzdłuż ostatnich zabudowań Spały. Jestem na czerwonym szlaku. Przede mną otwiera się las.
Przyznam szczerze - mam pietra. Nie czuję się zbyt pewnie, mam wrażenie, że jestem obserwowany - przez las. Każdy dźwięk sprawia, że od razu z napięciem odwracam głowę. Nie mogę złapać rytmu marszu, bez przerwy nerwowo się rozglądam. Dlaczego? Czego się tu obawiać? To jest właśnie świat, a ja jestem jego częścią.
Z kroku na krok ogarnia mnie coraz większa błogość. Spływa na mnie spokój. Czuję jedność z przyrodą, zaczynam jakby czerpać energię z ziemi, wszelkie obawy znikają.
Droga przede mną wygląda tak:
Las wokół ma przyjemną brązową barwę, wydaje się być gościnnym dla swoich mieszkańców. Śladów ludzkiej bytności brak, w końcu szlak prowadzi przez rezerwat przyrody (o nazwie Spała). Jak podają źródła (spala24.pl) - rezerwat chroni pozostałości Puszczy Spalskiej i jej nawet dwustuletni drzewostan. Zaiste musiała być to piękna puszcza. Zakładając, że tak wyglądały te okolice za czasów prezydenta Mościckiego - nie dziwię się, że szczególnie upodobał sobie to miejsce.
Dopiero po wyjściu z rezerwatu zaczynają pojawiać się ogrodzenia, na szczęście związane z pracami leśnymi, a nie ludzką zabudową. Właśnie za jednym z takich ogrodzeń wypatrzyłem nieświadomie skubiące sobie trawę sarny. Chciałem zbliżyć się po cichu, ale, jak to współczesny człowiek, stąpnąłem głośniej niż powinienem. Sarny czmychnęły do zagajnika, skąd obserwowały co dalej zrobię.
Ja szedłem dalej, szczęśliwy, że jestem tak blisko przyrody, a tak daleko od cywilizacji. Mijałem kolejne drogi techniczne, z ciekawością zaglądając w ich głąb, ale nie chciały zdradzać dokąd prowadzą. Za to na jednej z nich, po lewej stronie, spotkałem kolejną grupę saren. Stały nie dalej jak 50 metrów ode mnie i wydawały się nie mniej zaskoczone niż ja. Patrzyliśmy na siebie kilka sekund, kiedy podjęły decyzję - zwiewamy!
Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Z mapy wiedziałem, że za chwilę minę leśniczówkę, więc postanowiłem zrobić sobie krótki postój. Woda z butelki nie smakowała może tak dobrze, jak ta ze strumienia, ale dodała mi pożądanej witalności. Poprawiłem troczki w plecaku i ruszyłem w dalszą drogę.
Las nieco się zmienił, chociaż może zmieniło się moje nastawienie, bo oprócz leśniczówki trafiło mi się zobaczyć kilka innych, opuszczonych, śladów ludzkiej bytności. Wróciłem do rzeczywistości, ale znakomity nastrój nie gasł ani odrobinkę. Z mapy wiedziałem, że niedługo natknę się na jakąś pamiątkę z dawnych czasów - zabytek architektury drewnianej. Cóż, nie starczyło mi wytrwałości, żeby sprawdzać co to dokładnie jest, ale chociaż wiem, że nie jest to zabytek jak sugeruje mapa. Przynajmniej według rejestru zabytków województwa ;).
Osobiście przyznam, że budynek okazał się miłym zaskoczeniem, tym bardziej będąc położonym tak uroczym miejscu. Z jednej strony las, z drugiej bezkresne, zdawałoby się, łąki, które muszą ślicznie wyglądać wiosną i latem. Gdyby nie widok Tomaszowskiego komina, miałbym wrażenie, że jest wiek XVIII, a nie XXI.
Niedaleko za drewnianym domem natknąłem się na stawy, będące pozostałością po wyrobisku piasku, jakich, swoją drogą, wiele w tej okolicy. Na wysokiej hałdzie stały opuszczone koparki i inne ciężkie sprzęty. Ciekawy i inspirujący widok dla miłośników pikników na skraju drogi ;).
Na brzegu jednego ze stawów wypatrzyłem prowizoryczną ławeczkę, zachęcającą do dłuższego odpoczynku. Dodatkową zachętą była tabliczka "zakaz wstępu" i dwa łabędzie leniwie dryfujące po powierzchni jeziorka.
Rozsiadłem się wygodnie na piasku, rozprostowałem nogi i cieszyłem się sielankowym widokiem. Ciekawskie łabędzie podpływały bliżej, kiedy ja patrzyłem na znicze zapalone na brzegu mikroplaży. Rozrzucone wokół puste butelki po alkoholu dawały pewną, prawdopodobną odpowiedź na pytanie skąd tu te pośmiertne pamiątki.
W oddali było słychać rzężenie ciężarówki, które, ku mojemu niezadowoleniu, stawało się coraz głośniejsze. Pora ruszać. Chwilę później minęła mnie równie wielka co hałaśliwa wywrotka i duże auto z robotnikami. Zapomniałem, że jest dość wcześnie i pewnie praca w tym miejscu dopiero się zaczyna. Tak czy siak - miałem szczęście, że nie zamarudziłem wcześniej, bo nie odpocząłbym w takim spokoju.
Powoli zbliżałem się do Inowłodza. Las zmienił się całkowicie. Po pierwsze - stał się w większości iglasty, po drugie - ilość dróg technicznych i ściętych drzew przypominały, że spokój rezerwatu zostawiłem daleko za sobą. Nawet kiedy zapominałem na chwilę o tym, że dzielą mnie już tylko kroki od dużej miejscowości, atakowany byłem dźwiękiem samochodu-lodziarni (tak obstawiam :)). Paskudna forma marketingu.
Według mapy powinienem lada chwila postawić pierwszy krok w Inowłodzu. Szlak zwężał się podejrzanie, aż stał się ledwo widoczną ścieżyną. Znaki były widoczne, więc szedłem dalej. Szczęśliwy, że dotarłem do celu dużo wcześniej niż planowałem wyszedłem zza zakrętu i... stanąłem jak wryty.
To jest Słomianka. Na mapie ledwo widoczna, zarówno ze względu na swoją wielkość jak i na to, że akurat w tym miejscu biegnie zaznaczona grubą linią granica Spalskiego Parku Krajobrazowego. Myślę, że zaryzykowałbym przejście tędy, ale nie będąc samemu. Widoczny na początku mostek był tylko pierwszą częścią przeprawy, dalej trzeba było iść po dnie rzeczułki. Nie miałem ochoty sprawdzać czy znajomość ze Słomianką nie okaże się wciągająca.
Poza tym nie chciałem żeby zmarzły mi nogi :).
Długo się nie zastanawiałem, bo też nie było nad czym. Zawróciłem i skręciłem w pierwszą leśną drogę, na którą się natknąłem. Nie wiem czemu czułem niepokój, ze względu na to, że wracam tą samą drogą, którą szedłem wcześniej. Poza tym musiałem porzucić szlak i iść nieoznakowaną drogą. W zasadzie miałem mapę i bardzo niewiele do przejścia do asfaltówki, ale zapragnąłem znaleźć się w łatwiejszym do orientacji miejscu.
Moje obawy okazały się, jak zwykle, płonne. Po kilku minutach szedłem już równiutką i, dzięki Bogu, pustą drogą. Zaczęło robić się naprawdę ciepło, więc zdjąłem kurtkę. Co za styczeń!
Ciąg dalszy nastąpi... :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









