Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 sierpnia 2017

Truskawki, czy marakuja?

Świat nam się skurczył. Odległości się zmniejszyły na przekór fizyce. Bariery językowe przełamujemy, grając na nosie Wieży Babel. Do tego wszystkiego - o zgrozo! - wirtualnie możemy być w każdym dowolnym miejscu świata, nie ruszając wygodnickich pośladków z fotela. Wewnętrzna złośliwość kazała autorowi tego tekstu zerknąć na Monachium. A co! "Lewego" może nie spotkam, ale mogę później błysnąć w towarzystwie - ze stolicą Bawarii znamy się z widzenia!
Jakże łatwo dziś też o informację! Klik, klik, klep, klep i już wiem z kilkunastu źródeł co jest NAJ w Polsce, na Słowacji czy nawet w Burkina Faso! Uzbrojony w specjalistyczną wiedzę mogę zabrać się za arbitralne uznawanie co warto zobaczyć, a czego nie. Oczywiście gdyby brakło mi własnego osądu, mogę posiłkować się ocenami "użytkowników" tych wszystkich miejsc. Dzięki temu wiem już gdzie śmierdzi, gdzie drogo i gdzie niemiłe towarzystwo. Na pozytywy raczej nie liczę. Internet przyjmuje jeno żółć.


czwartek, 13 lipca 2017

Wycieczki!

Bynajmniej nie osobiste :).

Uwaga, uwaga, uwaga!

Jeżeli jesteś ciekawy Łodzi albo organizujesz grupie przyjazd do tego fascynującego miejsca polecam swoje usługi jako przewodnika!

czwartek, 27 kwietnia 2017

Ja zostaję | Bratoszewice - Stryków | [WŁÓCZYKIJ #9]

Jeśli powiedziało się "a", to trzeba powiedzieć "b". A jeśli tej wiosny jest wiosna to trzeba korzystać.

Znaną już skądinąd trasą kolejową pędziłem tego ślicznego, słonecznego poranka ku Bratoszewicom. Miejscowości, w której skończyłem ostatni epizod Włóczykija. Jak już zapewne wiecie (lub lada chwila klikniecie w link kilkanaście słów wcześniej i się dowiecie :)) zdążyłem tu ledwo zwiedzić stację kolejową, ulicę Chorobliwie Szczekających Psów (czyli Kolejową) oraz boleśnie zapuszczony dwór.


poniedziałek, 18 maja 2015

Króciótki spacer, czyli w 3 godziny z Wysowej na Słowację

"Chodźcie, przejdziemy się na spacerek, tylko tu, do cerkwi i z powrotem!" zawołał dziarsko tata, zaraz po pysznej jajecznicy zjedzonej na śniadanie na świeżym powietrzu Beskidu Niskiego. Któż by się nie zgodził na taką propozycję, tym bardziej, że słoneczko coraz przyjemniej przygrzewało, zachęcając do aktywności. Ubraliśmy wygodne buty, krótkie spodenki, zarzuciliśmy plecaki na plecy i powoli podreptaliśmy.

Po drodze do cerkwi z naszego miejsca noclegu, można zawiesić oko (abstrahując oczywiście od przepięknego krajobrazu Beskidu Niskiego) na spokojnej rzeczce jaką jest obecnie Ropa, a także na drewnianym budynku, pewnie z końca XIX albo początku XX wieku. Budynek pewnie służył kuracjuszom, tak mi się wydaje. Obok domku postawiony jest prawosławny krzyż, jakich tutaj mnóstwo w okolicy.




Cerkiew stoi kawałeczek dalej, oczywiście drewniana i oczywiście urokliwa, jak zresztą wszystkie okoliczne. Jest pod wezwaniem św. Michała Archanioła i została postawiona w 1779 roku. Ma podobno bardzo ciekawe wnętrze, ale jak to zazwyczaj w takich przypadkach była zamknięta. Nie ma co narzekać, z zewnątrz prezentuje się ładnie, a obok niej stoi potężna, 400-letnia lipa drobnolistna, będąca pomnikiem przyrody. Kawał historii na kilkunastu metrach kwadratowych!

Tutaj widok ogólny na cerkiew, od strony wschodniej (świątynia jest orientowana). Co ciekawe, zegary które widać na wieżyczce są całkowicie namalowane, to znaczy - wskazówki też :). Wszystkie pokazują godzinę "za pięć" - 3, 6, 9 i 12.


Tutaj budynek obok wejścia, przypomina dzwonnicę (kampanilę ;)), ale brak okien wskazuje, że chyba pełni inną funkcję...?


Wejście na teren cerkwi, dalej widoczny tata wpatrujący się w mapę okolicy. Za chwilę padnie pewna propozycja...


A oto i okazała lipa, zdjęcie nie oddaje jej ogromu...


...chyba że postawimy pod nią dwójkę dorosłych ludzi. Kawał drzewa! I nadal w formie! :)


Kolejny krzyż, stojący w otoczeniu cerkwi. Swoją drogą ciekawiło mnie znaczenie tych dodatkowych belek, w stosunku do krzyża znanego z kościoła rzymskokatolickiego. Otóż górna belka symbolizuje tabliczkę z krzyża Jezusa, z napisem INRI - Jezus Nazarejczyk Król Żydowski. Dolna natomiast była belką na nogi (prawosławni są zdania, że Jezus miał obie nogi przybite do krzyża), a skierowana jest ukośnie symbolizując kierunek do nieba i do piekła. Tam powędrowały dusze łotrów umierających razem z Jezusem - dobrego i nieskruszonego.


I wejście do cerkwi... szkoda, że zamknięte...


No to co... cel zaliczony! Zwijamy się i lecimy na naleśniki do knajpy, albo byczyć się na trawniku przed domkiem? Nie, nie! Moi drodzy, macie do czynienia z Bajasami! Szybko zgromadziliśmy się wokół mapki, którą studiował tata i padło hasło - idziemy na górę Jawor! Idzie się rachu-ciachu, na miejscu jest kapliczka i święte źródełko - będzie fajnie. Odzew mógł być tylko jeden - chodźmy po wodę i coś na przekąszenie i w drogę!

Zanim jednak ruszyliśmy - próba rozszyfrowania napisu z elewacji tego budynku...


Udało się to dopiero w domu - napis głosi "Błagosłowien griadyj wo imia Gospodnie", czyli błogosławiony, który idzie w imię Pańskie. Cytat zdobi budynek monasteru Opatrzności Matki Bożej, według wikipedii zamieszkałego przez dwóch mnichów. Jak widać nawet satelitkę mają ;).

Okej, butelka Wysowianki zakupiona, dwa jabłuszka i gorzka czekolada też. Można ruszać dalej. Szlak odbija od głównej asfaltowej drogi, prowadząc pomiędzy drewnianymi zabudowaniami. Sielska atmosfera poniedziałkowego południa udziela się wszystkim wokół...







Jak widać, szczególnie na ostatnim zdjęciu, drewniana zabudowa mieszkaniowa i gospodarcza popada w coraz większą ruinę i pewnie za parę lat zostaną tu tylko puste place po dawnych stodołach czy domach. Trzeba się cieszyć tym, że są jeszcze miejsca, w których czas zatrzymał się kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu. Dziś już mało kto dba o te relikty przeszłości, bo i po co? Funkcjonalność lepsza jakby postawić coś nowego, a i cena remontu takiego czegoś z pewnością o wiele droższa... Ekonomia jest nieubłagana, a zresztą - nam, mieszczuchom podoba się klimatyczna, drewniana wieś, ale nie oszukujmy się - nikt z nas nie trzyma w domu meblościanki na wysoki połysk, tylko dlatego, że pozwala choć na chwilę cofnąć się w czasie...

Zostawmy jednak problemy ludzkości w tyle i zapukajmy do drzwi Matki Natury. Najpierw mostkiem, znów przez Ropę... (po lewej wersja dla tych co im za gorąco w stopy)


...a później już tylko zieleń łąk i drzew i błękit nieba! I oczywiście prześliczne góry!


Słoneczko przyjemnie przygrzewało, co poskutkowało, jak się teraz okazuje, poprawą opalenizny ;). Ptaki fruwały nad głową i ćwiergoliły dookoła, cisza była wręcz uderzająco przyjemna. Poczułem się znów jak na szlaku pod Spałą - zjednany z przyrodą, otoczony bezkresnym spokojem, czerpiący darmową energię z otoczenia. Na drodze nie było żywej duszy oprócz nas, co dla mnie jest jednym z największych atutów Beskidu Niskiego. Nie żebym nie lubił ludzi, ale jakoś przebywanie w mniejszym lub większym tłumie nigdy nie było moim konikiem...

Kolejne spotkanie z rzeką (to chyba nadal Ropa... ma tutaj tyle odgałęzień, że trudno stwierdzić czy to ta rzeka, czy jakiś nienazwany strumyczek czy jeszcze coś innego) oznaczało zwiększenie się poziomu trudności. Przeprawa przez rwący potok okazała się jednak bułką z masłem dla wprawionych w bojach Bajasów!


Za chwilę droga zaczęła mocno piąć się w górę i weszliśmy w las. Zrobiło się nieco chłodniej, ale nadal było klimatycznie. Tym bardziej, że co chwilę natykaliśmy się na różne ciekawostki - przemykające jaszczurki, huby obficie porastające drzewa, czy różnobarwne ptactwo. No i szliśmy wzdłuż głębokiego jaru, po którego dnie leniwie płynęła sobie strużka wody. W takie dni jak dziś nie widać potęgi żywiołu, który pewnie przy roztopach, albo intensywnych opadach pożera ziemię i drąży swoje koryto coraz głębiej i głębiej.


No i nie można zapomnieć, że mamy wiosnę! A skoro wiosnę, to i wysyp kwiatów, urozmaicających swoimi kolorami szaro-zielono-brązową barwę lasu.


PTTKowska tabliczka informowała, że na Jawor wejdziemy w godzinę, półtorej. My weszliśmy w pół, co każe sugerować, że czas liczony jest pod kuracjuszy, którzy zdecydowanie wolniej wspinają się pod świętą górę.

Bo przecież musi być święta, skoro postawiono tu cerkiew? Mówi się, że w międzywojniu jedna z mieszkanek Wysowej miała tutaj kilka cudownych widzeń Matki Boskiej. Poza tym, ze wzgórza bije źródełko (dziś ładnie obudowana studnia), któremu przypisuje się cudowne właściwości... W związku z tym, w 1929 roku postawiono tutaj cerkiew i miejsce stało się punktem pielgrzymkowym dla wyznawców prawosławia. Później nastąpiła zawierucha wojenna i długie czasy komunizmu, podczas których to okresów miejsce nie było odwiedzane. Co więcej, w cerkwi urządzono strażnicę, bo jest to miejsce tuż przy granicy ze Słowacją...

Takie to były smutne czasy dla góry Jawor, ale w końcu zaczęły wiać pomyślniejsze wiatry i dziś znów jest to miejsce o znaczeniu religijnym. Liczne krzyże otaczające Cerkiew Opatrzności Matki Bożej, to pamiątki po pielgrzymkach do tego miejsca. Rozsiedliśmy się wygodnie na ławeczce wokół cerkwi i chłonęliśmy magiczną atmosferę tego miejsca.

Nie ma co - nawet najbardziej zorganizowana i skodyfikowana religia nie wygra ze swego rodzaju pogańskim zwyczajem czczenia natury. Nie oszukujmy się - nie cerkiew, nie studnia, nawet nie krzyże, a góra jest elementem łączącym tu człowieka z Bogiem czy czymkolwiek w co wierzy. To ona otwiera umysł i duszę, dając poczucie jakby było się bliżej tego utęsknionego absolutu, bytu doskonałego. Bo do tego przecież sprowadzają się wszystkie wierzenia i religie...

Poddajcie się ze mną chwili zadumy, oglądając zdjęcia z tego miejsca...







Na ostatnim zdjęciu widać studnię, z której naczerpaliśmy sobie wiadro wody, której skosztowaliśmy. Ze świętymi źródełkami jest trochę jak z puszczaniem lotka. Nie do końca się w to wierzy, ale zawsze się spróbuje - a nuż zadziała? Tym bardziej, że woda była bardzo smaczna, a klimat czerpania sobie jej ręką prosto z wiadra był niezapomniany!

Niestety, w beczce sielankowego miodu, jest łyżeczka dziegciu. Na zdjęciu poniżej widać tablice upamiętniające akcję "Wisła" z 1947 roku, w skutek której przesiedlono ogromną ilość rdzennych mieszkańców tego terenu, czyli Łemków... Poskutkowało to zniszczeniem tutejszego krajobrazu kulturowego. Czego się nie zrobi w imię bezsensownej, politycznej idei?


Dajmy jednak spokój polityce i uciekajmy od tego jak najdalej się tylko da! Skoro tak, to najlepiej - za granicę! W końcu jesteśmy rzut beretem. W zasadzie to nawet trudno powiedzieć, w którym momencie znaleźliśmy się po Słowackiej stronie (może wcale?). Żyjemy wszyscy razem na tej samej Ziemi, na tej samej planecie, więc po co ją dzielić ogrodzeniami i drutami kolczastymi? Dzielmy się nią i tym co w nas fajne - tradycjami, świętami, zwyczajami i radością. O, tak powinien wyglądać idealny świat! Bez fizycznych granic, ale z prawem do zachowania własnej, indywidualnej tożsamości!

Wybaczcie, że popadam w takie wzniosłe tony, ale gdy wyszliśmy na tę polanę...


...nie dało się oprzeć wrażeniu, że jest się ponad tymi wszystkimi banałami i błahostkami jakie przytłaczają nas każdego dnia.

Zdjęcia nie oddają poczucia przestrzeni, tej podniecającej wolności jaką daje widok bezkresnej łąki i gór spokojnie stojących w miejscach jakie im przypadły. Ma się ochotę tędy iść i iść i chłonąć każdy centymetr, każdy milimetr, jaki tylko można ujrzeć. A po tym wszystkim zamknąć na chwilę oczy i zobaczyć, że to wszystko nieubłaganie zmienia się, będąc jedynym wyznacznikiem upływającego czasu...

W związku z tym najpierw stanęliśmy w najwyższych możliwych punktach, aby zobaczyć tak wiele jak się tylko da...



...a następnie położyliśmy się na trawie i chłonęliśmy krajobraz całym sobą. Wsłuchani w szumiący w trawach wiatr, w śpiewy ptaków i bzyczenie owadów. Wpatrzeni w przestrzeń, to zerkając bliżej, to dalej, to, mrużąc oczy, patrząc na białe kłębki przepływających nad nami chmur i szybujące, drapieżne ptaki. Otumanieni zapachami łąki i pobliskiego lasu. Dotykający ziemi i krzepko rosnącej roślinności...

Chwilo trwaj wiecznie!, chciałoby się krzyknąć, ale głos więźnie w gardle, jakby zawstydzony perspektywą przełamania tej doskonałej harmonii...

I tak leżeliśmy długo, w jedności z przepięknym światem, aż w końcu z trudem, niechętnie zarzuciliśmy plecaki i wolnym krokiem wróciliśmy do Polski i do Wysowej... 3 godziny od momentu rozpoczęcia tego krótkiego spacerku.

poniedziałek, 9 marca 2015

Rynek

Dzisiaj dam troszkę materiału do nauki (jeśliś czytelniku zainteresowany), a troszkę do podzielenia się własnymi obserwacjami. Przyznam szczerze, że w większości będę starał opierać się na własnej wiedzy, aniżeli na obiektywnych źródłach informacji - a dlaczego to napiszę już za chwilę...

Przepraszam Was za jakość zdjęć, robione były tym samym aparatem co wcześniej (czyli niezniszczalnym Samsungiem Solid ;)), ale światło było już znikome, a robiłem je biegając. Potraktujcie je poglądowo, obiecuję zrobić lepsze jeśli będzie okazja - a jeśli nie będzie, to wsiadajcie na rower i jedźcie zobaczyć to na własne oczy :).

Wyobraź sobie, że śpisz sobie spokojnie, śnią Ci się przyjemne sny, no i dajmy na to - w tych snach podróżujesz. Niczym prawdziwy włóczykij przemierzasz setki różnych miast i wsi. Większych, mniejszych, dostojnych i biednych, zadziwiających na pierwszy rzut oka i odsłaniających swój urok dopiero przy bliższym poznaniu. Nagle otwierasz oczy, budząc się i... jesteś w nieznanym sobie miejscu, tak jakby we śnie ktoś przeniósł Cię tutaj. Przed Tobą stoi tajemniczy jegomość (z wyglądu podobny całkiem do niego) i pyta "gdzie jesteś?".

Rozglądasz się po okolicy. Zabudowa dość wysoka, widzisz kilka ulic. Bez pudła odpowiadasz "w mieście". Tajemniczy jegomość (żeby było łatwiej nazwijmy go... Pan G) uśmiecha się blado. "Powiedz mi więcej o tym miejscu.". Zastanawiasz się co począć, bo zauważasz, że pod marynarką rysuje się kształt glocka. Jednak tym razem to Ty się uśmiechasz i mówisz Panu G "Chodź za mną".

Stawiasz pewne kroki, bo wiesz dokąd masz iść. Pytasz, rozglądasz się, szukasz, ale wiedząc co chcesz znaleźć na pewno dojdziesz do celu. Do najważniejszego miejsca każdego miasta (załóżmy jednak, że nie masz ważnego paszportu i trzymamy się miast polskich, najdalej tych w strefie Schengen ;)).

Trafiliście na rynek. Zniecierpliwiony Pan G syczy przez zęby "gadaj". Wskazujesz mu ręką przestrzeń dookoła.






Widząc to samo co na zdjęciach, jesteś pewien, że jest to rynek mający historię zaczynającą się w średniowieczu. Jest czworokątny (niekoniecznie kwadratowy, w czasem romboidalny lub trapezoidalny, układ terenu kiedyś stanowił większy problem niż obecnie), widzisz przynajmniej po jednej uliczce wychodzącej z narożników placu,



zabudowa jest najprawdopodobniej o jedną lub więcej kondygnacji wyższa niż w najbliższej okolicy (dla pewności odlicz socreal ;)), a na samym rynku lub bardzo niedaleko stoi kościół.



Mówisz to wszystko zszokowanemu Panu G, który już wie, że niczym Cię nie zagnie. Żeby go dobić dodajesz kilka mniej istotnych faktów. Zabudowa rynku nie sięga wyżej niż drugiej kondygnacji (znów biorąc poprawkę na socreal), więc miasto było (i zapewne jest) niezbyt zamożne. Uliczki są wąskie i kręte,


co pokazuje zachowanie średniowiecznego układu urbanistycznego. Gdyby popuścić wodze wyobraźni, na widocznej przed Wami uliczce pewnie biegliby mieszczanie, pędzący do domów zanim nastanie niebezpieczny zmrok, a za Wami słychać byłoby metaliczne kroki miejskiej straży, gotowej jednym uderzeniem miecza uciszyć jakiekolwiek próby zakłócania porządku.

Na koniec dorzucasz, że zapewne miasto leży na (lub obecnie przy) jakimś dużym trakcie transportowym, bo przy nich lokowano miasta i rynki. Parę kroków od rynku trafiacie na krajową 14, która pewnie kiedyś była traktem między większymi miejscowościami.

Pan G z nienawiścią kręci głową. Na nic jego pułapka, nie dałeś się na nią złapać. Pstryka palcami, znika, a Ty musisz wracać do domu na własną rękę... w pidżamie.

Co z tego wszystkiego właściwie wynika? Poza tym, że należy uważać na dziwnych typków w niebieskich garniturach... To mianowicie, że każde miasto da się "przeczytać". Przestrzeń miejska (zresztą nie tylko ona) "mówi" do nas wskazując masę istotnych informacji. Nie ma budynku, ulicy, dzielnicy, które powstają przez przypadek. Nawet jeśli dzieje się to chaotycznie (a do tego tematu obiecuję wrócić), to niesie to za sobą jakieś znaczenie.

Bo widzicie, moi drodzy. Wszystkie powyższe zdjęcia zostały wykonane w Łasku. W Łasku! Niewielkiej miejscowości pod Łodzią, w której większość była głównie z okazji przejeżdżania krajówką w stronę Sieradza. Tymczasem ten interesujący rynek znajduje się dosłownie kilkaset metrów od drogi!

Więcej - każdy ma w swojej miejscowości masę takich śladów przeszłości, które można na własną rękę szukać i z nich czytać. Ja nie miałem pojęcia co tam jest, szedłem tam biegać, zupełnie przy okazji i nie robiąc tego po to żeby zwiedzać, a po to żeby nie marnować czasu. Wszystkie informacje jakie tu widzicie wydedukowałem sam, jedynie potwierdzając je później w źródłach.

Poza tym, w samym Łasku znalazłem dwa kolejne, nie związane ze średniowieczem i bardziej namacalne "ślady".

Pierwszy to barokowy kościół, o średniowiecznych korzeniach. Sama świątynia już jest ciekawa, ale najbardziej efektowne jest to:


Typowo barokowe założenie zbudowania fasady (tej przedniej części :)) świątyni w taki sposób, żeby sprawiała wrażenie większej.

Drugie związane ze współczesnością. Taką oto pamiątkową informację można znaleźć na jednym z Łaskich budynków.


Jest to Powiatowy Dom Kultury. Niemal 60 lat temu postawiony, przypomina o dawnych, przez niektórych znienawidzonych, przez innych kochanych, ale na pewno fascynujących czasach PRL.

To tylko kilka "fantów" znalezionych w sumie przypadkiem w małej mieścinie niedaleko Łodzi. Aż strach pomyśleć co można znaleźć tam gdzie mieszkacie - w Łodzi, Pabianicach, Zgierzu, Warszawie, a może nawet Nowym Jorku. Szukajcie, obserwujcie, starajcie się zrozumieć, bo to po prostu fajna zabawa. Zresztą - nigdy nie wiadomo, czy nie zajrzy do Was pan w niebieskim garniturze. Lepiej być przygotowanym, prawda?

A jutro, zapewne bardzo późnym wieczorem, zapraszam na kilka kolejnych informacji i przemyśleń na temat rynków :).