Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2015

Pogoda to nie wymówka, czyli z Dąbrowy na Nowosolną wbrew rozsądkowi

Chciałoby się, żeby każda sobota była wolna, co? Chciałoby się pewnie też, żeby w każdą wolną sobotę, a najlepiej w ogóle w każdą sobotę pogoda była jak marzenie. Słoneczko, ciepło, a nie za gorąco, no - ostatecznie zimą niech będzie przyjemny, leciuchny mrozik, ale słoneczko i dużo śniegu, żeby było jak bałwana polepić. No właśnie... tylko wiecie co?

NIE DA SIĘ TAK! :)

Później jest gadanie "aaaa, bo miałem jechać w sobotę rowerem gdzieś daleko, odpocząć, ale pogoda do dupy, to zostałem w domu i piłem piwo przed telewizorem"...

To tylko wymówka! Nie ma takiego gadania! Jak mawia ludowe porzekadło - "nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani rowerzyści". Toteż, pomimo chmur, ciężkich jak niemieckie działo artyleryjskie, ubrałem się jak trzeba i pojechałem zwiedzić nieco mniej znanej mi części Łodzi. W zasadzie w ogóle nie znanej.

Wymyśliłem sobie, że skoczę na Wiączyń, stamtąd przez tamtejszy las, do krajowej 72, do Nowosolnej i do domciu, najpierw Pomorską, a potem już sobie znanymi ścieżkami.

"Tam" zdecydowałem się pojechać ul. Śląską, przez Młynek do Della. Młynek, smutny przy tej pogodzie, jak każdy park zanim się zazieleni...


Po przeciwległej stronie stawu sfotografowałem pewien fascynujący mnie obiekt. Chodzi mianowicie o ten głaz:


Przyznam szczerze - pierwszy raz widziałem go z przodu, zazwyczaj jeno zerkałem na niego przebiegając pobliską ścieżką. No i z tej perspektywy wyglądał jak jakaś pogańska kapliczka ;). Okazało się, że jednak nie, że jednak coś upamiętnia, chociaż jedyną wskazówką jest data 1932 r. No bo "RTSa" na środku nie brałem pod uwagę, jako wiarygodnego dowodu.

Otóż jest to głaz upamiętniający wizytę w tym miejscu Władysława Gomułki, który, przemawiając do ludu, został pogoniony przez policję i postrzelony. Jeśli ciekawi kogoś cała historia znajdzie ją na tym blogu.

Kawałek dalej, za pomnikiem dawnej władzy biegła ścieżynka. Przypomniała mi, nie wiem czemu, czerwony szlak do Inowłodza ;).


Skoro już o pomnikach władzy mowa - dalej jechałem sobie pewną bardzo ważną, szeroką i piękną łódzką arterią... Aleja Ofiar Terroryzmu 11 Września, bo tak brzmi jej pełna nazwa, to bardzo istotna droga w Łodzi. Zbudowana jako, hm, połączenie między ul. Rokinińską, Olechowem, a ul. Śląską i Górną. Jej znaczenie komunikacyjne widać chociażby na tym, pełnym aut, zdjęciu:


No dobra, trochę podkoloryzowuję, coś tam jednak jeździ, ale kurczę... Całość kosztowała prawie 200 mln złotych, a zostało to zbudowane tylko po to, żeby ściągnąć do łodzi miłościwego Della, bez którego przecież nie było tylu miejsc pracy, tylu zysków! No cóż, a może gdyby za to w jakiś sposób wspomóc małe przedsiębiorstwa?

Lubimy podlizywać się zachodowi, to mamy, kto bogatemu zabroni ;).

Pognałem dalej mijając krańcowy punkt budowy trasy W-Z (nie miałem pojęcia, że aż tu dociera!) i postanowiłem odbić sobie w prawo, w uliczkę Nery. Za chwilę miała być odbitka w ulicę Kątną, ale teraz patrząc na google maps już wiem czemu jej nie było :). Nie miało prawa jej być, bo znajduje się kawałek wcześniej, a dopiero teraz zauważyłem, że na moim planie nie ma jeszcze drugiej części "Trasy Della" ;).

Nieświadom zagrożenia, pogoniony przez pieska, olewając znaki zakazu ruchu za kilkaset metrów, wtryniłem się na budowę autostrady A1! No i tu, nomen omen, budująca wiadomość - buduje się! Czyżby droga najpilniejsza dla Łodzi (i jedna z najpilniejszych dla całego kraju!) w końcu miała powstać? Nie uwierzę, póki nie otworzą, chociaż wygląda to przyzwoicie.



Po przebiciu się przez błocko widoczne na drugiej fotce, dopchałem się w końcu do ul. Malowniczej. Czarne chmury zbierały się nade mną...


...ale nie dawałem za wygraną. Malownicza jest malownicza, nazwa w pełni oddaje urok tej ulicy. Polecam przejechać się tamtędy rowerem, żeby poczuć, chociaż odrobinkę, klimat niejednorodnej Łodzi. W tym przypadku wsi - Wiączynia, będącej formalnie częścią miasta. Dwa smaczki i jedna "poglądówka" (to nadal Łódź!):




Przejechałem kilkaset metrów i w końcu udało mi się uciec z miasta do lasu! Niedaleko od Malowniczej jest wjazd na szeroki dukt prowadzący do lasu wiączyńskiego. Jednak zanim las - kolejny rarytasik - cmentarz ofiar tzw. bitwy łódzkiej, z czasów I Wojny Światowej. Do tematu samej bitwy obiecuję wrócić przy innej okazji, teraz wrzucam tylko kilka fotek. Bardzo ciekawe miejsce, polecam!










Wprawne oko wypatrzy na czwartym od końca zdjęciu sarnę, nie mniej zdziwioną i przestraszoną niż ja :).

Dalej była już przyroda! Jechało się, niestety, średnio przyjemnie. Dużo kałuż, brzydka pogoda, nierówna nawierzchnia... Nie do końca tego oczekiwałem, ale i tak były cisza i spokój, a na tym mi najbardziej zależało!




Na poniższym zdjęciu widać duże zagłębienie. Zacząłem się zastanawiać czy to takie ukształtowanie terenu, czy może pozostałość, na przykład po wybuchu pocisku... Zagadka do rozwikłania w przyszłości :).




 Wejście do rezerwatu "Wiączyń". Za wiele nie zobaczyłem, bałem się, że z tej "drogi" wyjdzie jakaś wielka, błotnista łapa i wciągnie mnie do środka... Może przy lepszej pogodzie jest to miejsce bardziej dostępne. Dam znać przy okazji czy tak jest :).

Skręt w prawo, skręt w lewo i nagle jestem znów w cywilizacji... Jak zawsze szybciej niż bym chciał, chociaż pierwszy widok bardzo przyjemny.


Wzniesienia Łódzkie są super, szkoda że mam do nich tak daleko...

Tymczasem zaczęło mżyć, więc szybko zrobiłem popas, zarzuciłem na plecy kurtkę i, już do końca w miejskim klimacie zacząłem mozolny powrót do domu w coraz większym deszczu...

Mam kilka fotek z Nowosolnej i Mileszek, ale przyznam szczerze, że wolę wrócić tam innym razem i zrobić lepsze zdjęcia i pokazać nieco więcej, gdyż w pewnym momencie lało niemiłosiernie, a naprzemienne strome zjazdy i podjazdy sprawiały, że myślałem bardziej o przeżyciu (i ciepłym prysznicu w domu), aniżeli zwiedzaniu. Zresztą sami zobaczcie, to jest staw w Mileszkach...


Aby nie kończyć tym smutnym, przemoczonym do cna zdjęciem, zakończę krajoznawczym sucharem:

Jadąc północno-wschodnimi krańcami Łodzi można natknąć się na podobne nazwy miejscowości: Natalin, Teolin, Bartolin... W takim razie gdzieś w pobliżu musi być ten słynny Szaolin!

poniedziałek, 9 marca 2015

Rynek

Dzisiaj dam troszkę materiału do nauki (jeśliś czytelniku zainteresowany), a troszkę do podzielenia się własnymi obserwacjami. Przyznam szczerze, że w większości będę starał opierać się na własnej wiedzy, aniżeli na obiektywnych źródłach informacji - a dlaczego to napiszę już za chwilę...

Przepraszam Was za jakość zdjęć, robione były tym samym aparatem co wcześniej (czyli niezniszczalnym Samsungiem Solid ;)), ale światło było już znikome, a robiłem je biegając. Potraktujcie je poglądowo, obiecuję zrobić lepsze jeśli będzie okazja - a jeśli nie będzie, to wsiadajcie na rower i jedźcie zobaczyć to na własne oczy :).

Wyobraź sobie, że śpisz sobie spokojnie, śnią Ci się przyjemne sny, no i dajmy na to - w tych snach podróżujesz. Niczym prawdziwy włóczykij przemierzasz setki różnych miast i wsi. Większych, mniejszych, dostojnych i biednych, zadziwiających na pierwszy rzut oka i odsłaniających swój urok dopiero przy bliższym poznaniu. Nagle otwierasz oczy, budząc się i... jesteś w nieznanym sobie miejscu, tak jakby we śnie ktoś przeniósł Cię tutaj. Przed Tobą stoi tajemniczy jegomość (z wyglądu podobny całkiem do niego) i pyta "gdzie jesteś?".

Rozglądasz się po okolicy. Zabudowa dość wysoka, widzisz kilka ulic. Bez pudła odpowiadasz "w mieście". Tajemniczy jegomość (żeby było łatwiej nazwijmy go... Pan G) uśmiecha się blado. "Powiedz mi więcej o tym miejscu.". Zastanawiasz się co począć, bo zauważasz, że pod marynarką rysuje się kształt glocka. Jednak tym razem to Ty się uśmiechasz i mówisz Panu G "Chodź za mną".

Stawiasz pewne kroki, bo wiesz dokąd masz iść. Pytasz, rozglądasz się, szukasz, ale wiedząc co chcesz znaleźć na pewno dojdziesz do celu. Do najważniejszego miejsca każdego miasta (załóżmy jednak, że nie masz ważnego paszportu i trzymamy się miast polskich, najdalej tych w strefie Schengen ;)).

Trafiliście na rynek. Zniecierpliwiony Pan G syczy przez zęby "gadaj". Wskazujesz mu ręką przestrzeń dookoła.






Widząc to samo co na zdjęciach, jesteś pewien, że jest to rynek mający historię zaczynającą się w średniowieczu. Jest czworokątny (niekoniecznie kwadratowy, w czasem romboidalny lub trapezoidalny, układ terenu kiedyś stanowił większy problem niż obecnie), widzisz przynajmniej po jednej uliczce wychodzącej z narożników placu,



zabudowa jest najprawdopodobniej o jedną lub więcej kondygnacji wyższa niż w najbliższej okolicy (dla pewności odlicz socreal ;)), a na samym rynku lub bardzo niedaleko stoi kościół.



Mówisz to wszystko zszokowanemu Panu G, który już wie, że niczym Cię nie zagnie. Żeby go dobić dodajesz kilka mniej istotnych faktów. Zabudowa rynku nie sięga wyżej niż drugiej kondygnacji (znów biorąc poprawkę na socreal), więc miasto było (i zapewne jest) niezbyt zamożne. Uliczki są wąskie i kręte,


co pokazuje zachowanie średniowiecznego układu urbanistycznego. Gdyby popuścić wodze wyobraźni, na widocznej przed Wami uliczce pewnie biegliby mieszczanie, pędzący do domów zanim nastanie niebezpieczny zmrok, a za Wami słychać byłoby metaliczne kroki miejskiej straży, gotowej jednym uderzeniem miecza uciszyć jakiekolwiek próby zakłócania porządku.

Na koniec dorzucasz, że zapewne miasto leży na (lub obecnie przy) jakimś dużym trakcie transportowym, bo przy nich lokowano miasta i rynki. Parę kroków od rynku trafiacie na krajową 14, która pewnie kiedyś była traktem między większymi miejscowościami.

Pan G z nienawiścią kręci głową. Na nic jego pułapka, nie dałeś się na nią złapać. Pstryka palcami, znika, a Ty musisz wracać do domu na własną rękę... w pidżamie.

Co z tego wszystkiego właściwie wynika? Poza tym, że należy uważać na dziwnych typków w niebieskich garniturach... To mianowicie, że każde miasto da się "przeczytać". Przestrzeń miejska (zresztą nie tylko ona) "mówi" do nas wskazując masę istotnych informacji. Nie ma budynku, ulicy, dzielnicy, które powstają przez przypadek. Nawet jeśli dzieje się to chaotycznie (a do tego tematu obiecuję wrócić), to niesie to za sobą jakieś znaczenie.

Bo widzicie, moi drodzy. Wszystkie powyższe zdjęcia zostały wykonane w Łasku. W Łasku! Niewielkiej miejscowości pod Łodzią, w której większość była głównie z okazji przejeżdżania krajówką w stronę Sieradza. Tymczasem ten interesujący rynek znajduje się dosłownie kilkaset metrów od drogi!

Więcej - każdy ma w swojej miejscowości masę takich śladów przeszłości, które można na własną rękę szukać i z nich czytać. Ja nie miałem pojęcia co tam jest, szedłem tam biegać, zupełnie przy okazji i nie robiąc tego po to żeby zwiedzać, a po to żeby nie marnować czasu. Wszystkie informacje jakie tu widzicie wydedukowałem sam, jedynie potwierdzając je później w źródłach.

Poza tym, w samym Łasku znalazłem dwa kolejne, nie związane ze średniowieczem i bardziej namacalne "ślady".

Pierwszy to barokowy kościół, o średniowiecznych korzeniach. Sama świątynia już jest ciekawa, ale najbardziej efektowne jest to:


Typowo barokowe założenie zbudowania fasady (tej przedniej części :)) świątyni w taki sposób, żeby sprawiała wrażenie większej.

Drugie związane ze współczesnością. Taką oto pamiątkową informację można znaleźć na jednym z Łaskich budynków.


Jest to Powiatowy Dom Kultury. Niemal 60 lat temu postawiony, przypomina o dawnych, przez niektórych znienawidzonych, przez innych kochanych, ale na pewno fascynujących czasach PRL.

To tylko kilka "fantów" znalezionych w sumie przypadkiem w małej mieścinie niedaleko Łodzi. Aż strach pomyśleć co można znaleźć tam gdzie mieszkacie - w Łodzi, Pabianicach, Zgierzu, Warszawie, a może nawet Nowym Jorku. Szukajcie, obserwujcie, starajcie się zrozumieć, bo to po prostu fajna zabawa. Zresztą - nigdy nie wiadomo, czy nie zajrzy do Was pan w niebieskim garniturze. Lepiej być przygotowanym, prawda?

A jutro, zapewne bardzo późnym wieczorem, zapraszam na kilka kolejnych informacji i przemyśleń na temat rynków :).