UWAGA! Tekst zawiera tzw. spoilery czyli zdradza elementy fabuły serii Harry Potter. Jeśli nie znasz tej historii i dopiero zamierzasz poznać, albo nie chcesz jej poznawać bo nie, to nie czytaj dalej! Ale i tak dzięki, że tu wszedłeś/weszłaś. Hihi :).
Tak mnie wzięło, jakoś tuż przed narodzinami Kubusia, żeby przeczytać całego Harry'ego Potter'a. Skąd taki pomysł? Ano, powiem Wam, że potrzebowałem poczytać coś lżejszego, niźli to, po co zazwyczaj sięgam. Nie wiem, może dlatego czymś się denerwowałem i potrzebowałem odstresować? ;)
Przyznam szczerze, że myślałem, że będę się przegryzał przez te kilka tysięcy stron do końca roku, a tu niespodzianka. Wystarczyły cztery miesiące i dotarłem do ostatniej kropeczki w "Insygniach Śmierci". Postanowiłem więc napisać co nieco o tym, było nie było, kulturowym fenomenie przełomu wieków, skoro wyssał mi drugi raz w życiu tyle wolnego czasu (a należy pamiętać, że teraz definicja czasu wolnego nieco mi się zmieniła!).
Jednym słowem? Warto! Bo? A tu już odpowiedź w trzech punktach i więcej niż jednym słowie :).
1. Przede wszystkim dlatego, że to fajne książki są. Po prostu. Pani Rowling stworzyła świat równie ogromny i złożony, co wiarygodny. A wszelkie "krzaczki" rosnące między światem mugoli i czarodziejów umiejętnie zaciera gumką wszechogarniającej magicznej mocy. W końcu magii nikt nie może całkowicie ogarnąć, nawet potężni Dumbledore czy Lord Voldemort, a co dopiero my, maluczcy, niewtajemniczeni.
Dlatego w ten świat się wsiąka od pierwszej do ostatniej strony. Pomysł z podzieleniem historii na 7 części, z których każda odpowiada o kolejnym roku nauki, napędza czytelnika i, zdaje się, napędzało samą autorkę. Początek jest słodki i niewinny. Zostawiona na pastwę wujostwa sierota budzi politowanie i, siłą rzeczy, sympatię. Im dalej tym robi się mniej przyjemnie, ale nie mniej ciekawie. I chociaż serducho woła, błaga o litość dla tego już i tak doświadczonego przez życie chłopaka, to los Harry'ego nie oszczędza. Zresztą - w większość tarapatów pakuje się na własne życzenie!
To chyba właśnie to najbardziej sprawia, że od tych książek jest cholernie trudno się oderwać. Po prostu od pierwszej chwili wiesz, czytelniku, że jak Harry się czymś zaintryguje, czy to sam, czy z przyjaciółmi, to póki nie dojdzie o co w tym biega, to nie spocznie. A Ty nie spoczniesz, póki się nie dowiesz z nim. Jego niedojrzałość, niewiedza i jednoczesne bycie w centrum uwagi całego czarodziejskiego świata sprawiają, że czytelnik rozwija się razem z Harry'm. Nie jest się ani przez moment mądrzejszym od niego, ale też ani przez sekundę głupim i zdezorientowanym.
No i ten angielski humor! Bajka! Ile razy musiałem przerwać czytanie, bo nie mogłem wytrzymać z rechotu. Nawet w obliczu śmiertelnych zagrożeń bohaterowie i autorka nie tracą dystansu, przez co ani przez moment nie robi się pompatycznie - a to mogłoby przebić magiczny (nomen omen) balonik zwariowanego świata nieogarniętych ekscentryków.
Jedyne co mógłbym zarzucić pani Rowling to nadmierny pośpiech przy finiszowaniu książek. Jest sobie kulminacyjny moment, długo wyczekiwany, człowiek liczy, że dadzą mu go posmakować, porozważać, a tu... Czasem kilka, czasem kilkanaście stron, że się rozjeżdżają do domów, że do zobaczenia i... już. Ja tam lubię troszkę pobawić się sukcesami (lub posmucić tragediami) z bohaterami.
I nie potrafię pozbyć się wizji łudzących podobieństw do Władcy Pierścieni. Młokos stający się wybrańcem całego świata w walce z wcielonym złem, dźwigający samotnie brzemię. We wszystkim pomaga mu wierny przyjaciel (z obowiązkowym momentem załamania), a nad wszystkim czuwa starszy, tajemniczy czarodziej, o równie potężnej mocy, co czasem mylnym osądzie. Pasuje i tu i tu, co? Muszę jednak przyznać, że nie przeszkadza to w chłonięciu Potter'a z równą zawziętością co Bagginsa.
2. Dla mnie ten podpunkt jest o tyleż istotny, że historię Harry'ego poznawałem będąc, mniej więcej, w podobnym wieku co nasz bohater. I to jest to! Najpierw tajemniczy świat wielkiej szkoły i mimowolna chęć bycia w centrum uwagi i wydarzeń. Wielkie przyjaźnie, równie wielkie niesnaski. Później stopniowe wygaszanie się entuzjazmu. Nie da się nie zauważyć, że Harry od pewnego momentu oddałby swoje życie komuś innemu, byle odwrócili od niego wzrok. Do tego pojawiają się rozterki sercowe, różnice w światopoglądzie i problemy z akceptacją siebie i rzeczywistości. Bunt przeciw wszystkiemu, co możliwe, podszyty solidną porcją egocentryzmu. I koniec końców przyspieszony kurs dojrzewania, w świecie gdzie decyzje nie podejmują się, jak do tej pory, same, gdzie łatwo o zwątpienie i trudno o wiarę w cokolwiek. Zerknięcie w ciemne i puste oczy spraw ostatecznych jest kulminacją tego powolnego i bolesnego procesu.
Och, jak mnie, sentymentalnemu Bajasowi, robiło się ciepło na serduchu, kiedy Harry jechał na wakacje do Weasley'ów i przypominałem sobie wakacje u ciotki, z gronem kuzynów i kuzynek i permanentną dobrą zabawą. Jak trzymałem kciuki za jego spotkania z Cho i jak bardzo jarałem się Ginny... znaczy się... jarałem się jak mu się dobrze powodziło w kwestiach towarzyskich! Nie zazdrościłem mu frustracji i światopoglądu, w którym każdy jest twoim wrogiem, ale... moje dni z takiego okresu też dobrze pamiętam i w myślach wołałem "WYLUZUJ! To mija! Weź się ogarnij, pogódź ze światem i się ułoży!".
Taaaak. Fajnie się to czyta, bo fajnie powspominać. Ciepło bijące ze stron tych książek, to w dużej mierze zasługa faktu, że z większością problemów, z jakimi zmagają się bohaterowie, zmagał się każdy z nas. Magia, jak się okazuje, nie pomaga w zaproszeniu tej, którą by się chciało, na bal. Nie rozwiązuje przyjacielskich waśni i nie odrabia nadmiaru odłożonych "na potem" prac domowych. Ja tam lubię w Harry'm to, że mimo bycia Chłopcem, Który Przeżył i Wybrańcem, to i tak jest pierdołą. Tak jak każdy z nas w jego wieku...
3. Nie przepadam za czytaniem współczesnej literatury. Dla mnie zbyt często nie niesie ona ze sobą żadnych wartości (stawiając na efekt), albo niesie taką ilość mądrości, że aż trudno uwierzyć w jej autentyczność i odnieść ją do tej surowej rzeczywistości, która mnie otacza.
Harry Potter do mnie trafił, bo w gruncie rzeczy, pomimo całej tej humorystyczno - ekscentrycznej otoczki, jest dla mnie książką o... śmierci. Nie w nachalny sposób, gdzie każdy zdycha, kto tylko może, albo gdzie obserwujesz powolne umieranie chorego na raka dziecka (nie umniejszając takim historiom, broń Boże!). Nie. Tutaj "główny zły" Lord Voldemort pragnie nieśmiertelności. I z tego pragnienia wynika całe zło jakie dotyka Harry'ego i cały otaczający go świat. I przypadkiem też - jeszcze większe niż zazwyczaj dobro.
Rowling śmierć dawkuje delikatnie, ale zabija bohaterów budzących sympatię. Jakby całkiem wbrew intuicji. Koniec końców sam Harry musi pogodzić się z koniecznością śmierci, aby odżyć na nowo. I, okej, dzięki magii przeżywa śmiertelne zaklęcie Voldemorta dwa razy, ale... przeżywa tak naprawdę dzięki magii, którą ma w sobie każdy z nas. Dzięki tej magii, która płynie w naszych żyłach i bije w naszych sercach, a nie jest wywoływana tajemniczą, łacińsko brzmiącą formułką i uwalniana dzięki machnięciu różdżką.
Dzięki miłości.
Brzmi to pompatycznie, wiem. Ale mam dla Was fragment, który wyjątkowo dobrze oddaje to co chcę Wam powiedzieć.
"Ach, te wszystkie odwiedziny u Hagrida, połysk miedzianego czajnika nad paleniskiem, ciasteczka twarde jak kamień, olbrzymie larwy, jego wielka, brodata twarz i Ron wymiotujący ślimakami, i Hermiona pomagająca mu ratować Norberta..."
Te myśli pozwalają Harry'emu pogodzić się ze śmiercią. Pomagają w zrozumieniu, że na drugą stronę przejść trzeba i już. Że przed śmiercią nie ma ucieczki, nawet mając jej Insygnia w rękach, co gorzko uświadamia sobie Dumbledore. To jest to clue. Według mnie cała historia spięta jest właśnie tymi końcowymi wydarzeniami - pogodzonym z losem Harrym, jego rozmową z rozczarowanym sobą samym Dubledore'm i zabijającym się własnym zaklęciem pysznym Voldemortem.
Swego czasu dużo rozmyślałem o śmierci, dużo czasu i energii mi zabrała. Dziś nadal się jej boję jak cholera, ale znalazłem w sobie to samo co znalazł Harry idąc na pewną śmierć. Tę chatkę Hagrida, która będzie świtać mi w głowie po ostatnią sekundę życia. Tę cząstkę duszy, która nawet po Avada Kedavra będzie dalej żyć.
Ta septologia, podobnie jak życie, w którymś momencie się kończy. Harry dla nas umiera. Nie wiemy co jest dalej, nawet jeśli, według opisanej historii, wciąż żyje. Czyż te wszystkie jego przygody, błahe i niezmiernie poważne nie nabierają większego znaczenia, bo zostaną zapamiętane?
To jest rewelacyjne w tej serii książek. Ten przekaz, mówiący - rób co chcesz, bo czy jesteś potężny jak Voldemort, czy mądry jak Dumbledore, czy dramatyczny jak Snape, czy szurnięty jak Luna Lovegood i tak nie zostanie po Tobie nic, poza tym co jest w środku. Między pierwszą, a ostatnią stroną.
Co zrobić, więc, jeśli jest noc, a Ty chcesz poczytać tę historię, dla samej rozrywki? Albo potrzebujesz zajrzeć wgłąb dawnego siebie, by wyłuskać co było w Tobie dobre na pierwszym czy drugim roku? A może po prostu nie wiesz jak masz spojrzeć w oczy mrocznej śmierci, tak skrytej i złowrogiej w cieniu?
Spróbuję Ci pomóc.
Lumos!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 lipca 2016
poniedziałek, 16 lutego 2015
Apetyt na Italię
Czyli Eating Up Italy.
Książkę Matthew Fort'a sprezentowała mi matula na Boże Narodzenie. Nie będę ukrywał, że podchodzę z dużym sceptycyzmem to tego typu wydawnictw. Zaszczepiłem sobie solidną dawkę rezerwy do wszystkich relatywnie nowych książek, chociaż nie potrafię znaleźć sensownego uzasadnienia dlaczego tak się stało. Może ze względu na to, że na okładce wszystkich napisane są farmazony typu "Sprawdź jaki przepis z książki przygotowała Zosia Cudny na blogu..."?
Całe szczęście, przez całą podróż przez Italię mój imiennik nie spotyka Zosi Cudny i nie reklamuje żadnych blogów ;).
Opowiada natomiast fascynującą historię przejechania włoskiego buta (tego kozackiego państwa, ha ha ha) na skuterze. Sam określa tę podróż na samym początku jako "romantyczną, wiążącą się z poczuciem wolności, przygody (...) i seksualnych możliwości". Pomysł na wyprawę, jak i jej opis co najmniej intrygujący zważywszy, że Matthew Fort to człowiek o aparycji takiej oto:
No dobrze, książka została napisana troszkę ponad 10 lat temu, więc oddajmy panu Fort'owi, że mógł wyglądać wtedy nieco mniej... dziaduniowato ;).
Nie zamierzam oczywiście zdradzać szczegółów przygód tego sympatycznego jegomościa, ani tym bardziej przepisów, które zamieszcza na koniec każdego rozdziału. Chciałbym natomiast podzielić się tym co mnie najbardziej w tym zjadaniu Italii najbardziej urzekło.
Sztuka gotowania jest, ze wszystkich gatunków zamieszkujących Ziemię, właściwa jedynie ludziom. Truizm. Jednak nie ma co się oszukiwać, że "nasze czasy" cechuje... odczłowieczenie ogólnie pojętej kuchni. Warzywka rosną sobie same, pod opieką troskliwych maszyn i precyzyjnych systemów, trafiają do ogromnych, monochromatycznych marketów, w których zakupy robią bezkształtne masy ludzi, skuszone odpowiednim marketingiem, korzystające z bezkresnych zasobów. Po przywiezieniu zakupionych produktów do domu, rozpoczyna się proces gotowania, w którym pomagają inteligentne, elektryczne kuchenki, a zamiast zeszytu z przepisami korzysta się z internetu, jako nieograniczonego źródła.
Idylla, ale jakby straszliwie nudna (jak każdy ideał swoją drogą ;)). Niech podniesie rękę ten, kto uważa, że te wszystkie udogodnienia nie są nam na rękę. Bliżej, wygodniej, łatwiej - może być lepiej?
Okej, a teraz niech podniesie rękę ten, kto nie miałby ochoty teraz na zakradnięcie się na pole, podwędzenie kilku ziemniaków i upieczenie ich w rozpalonym na dziko ognisku. Na pewno się ubrudzisz, nakombinujesz przy zbieraniu chrustu i rozpalaniu ognia, a ile będzie przy tym adrenaliny ("Jak cię zaraz pogonię ty darmozjadzie, kraść będziesz?! Swoje wyhoduj!" + widły i groźnie szczekające psy :))?
I o tym właśnie jest "Apetyt na Italię". O jedzeniu, tak, jako głównym wyznaczniku celu podróży. Jednak w gruncie rzeczy najwięcej jest w niej ludzi. Tych ludzi, którzy nie boją się ryzyka. Nie boją się konfrontacji z globalną rzeczywistością. Tych, którzy wiernie trzymają się wpojonych zasad i nie zamierzają chodzić na skróty, bo tak jest wygodniej.
Przepisy podane w książce są fascynujące. Pewnie nigdy nie przygotuję ragù ze ślimaków, ani nie zamarynuję węgorza. Jednak podziwiam ludzi, którzy nadal przyrządzają takie potrawy. I z wielką przyjemnością przeczytałem o ich historiach, poglądach i sposobach na radzenie sobie z drapieżną rzeczywistością. Bo za każdym daniem opisanym w książce krył się człowiek, jego praca, przyzwyczajenia, problemy.
Matthew Fort nie pokazał wielkich fabryk, które pozwalają nam się stołować "po włosku" każdego dnia. Pokazał ludzi, którzy przede wszystkim chcą stołować samych siebie, a jeśli ktoś zażyczy sobie skosztować ich dzieł - chętnie się nimi podzielą. Pokazał produkty, które nie zalegają na marketowych półkach. Pokazał gatunki roślin, które występują w jednym miejscu na świecie. Pokazał mięsa, które są produkowane w jednym miejscu na świecie, ze zwierząt, które żyją w specyficznym, niespecjalnie unormowanym klimacie.
Tutaj smak zmienia się wraz ze zmianą położenia geograficznego i pory roku. Mam ochotę napisać, że tutaj smak w ogóle się zmienia, ale nie pasuje mi to... Tutaj, przede wszystkim, w ogóle JEST smak. I właśnie dlatego, jest to (jak mówi okładka) najbardziej apetyczna książka sezonu. Ma swój charakter.
Polecam lekturę każdemu, bo uważam, że każdy lubi dobrze zjeść i popodróżować, chociaż w wyobraźni.
Polecam też rozejrzeć się dookoła. Dla mnie najtrudniejszym momentem tej, było nie było bardzo lekkiej, lektury okazał się moment, gdy zerknąłem na przepis na fasolę konkretnego gatunku z konkretnego regionu. I uświadomiłem sobie, że nie mam pojęcia jakiego typu fasola, czy cokolwiek innego rośnie w mojej okolicy. Czym się cechuje, jaki ma smak, kto ją uprawia i dlaczego. Nie wiem czy przez te 10 lat, które upłynęło od napisania książki świat, który został w niej opisany zwyczajnie nie przepadł. Jednak, jeśli chociaż część tych punktów oporu przed homogeniczną komercjalizacją pozostało na placu boju - sądzę, że warto się do nich przyłączyć.
PS Opisane powyżej refleksje traktuje tym bardziej poważnie, ponieważ spotkała mnie, dosłownie wczoraj, przykra historia. Przykra, bo rozczarowałem sam siebie. Długo szukałem porządnego sklepu z piwem, które uwielbiam. Zaglądałem tu i tam, ale nigdzie nie było tego "czegoś", co sprawiłoby, żebym to miejsce uznał za swoistą świątynie ukochanego trunku. Tymczasem jakieś 300 metrów od mojego mieszkania, znalazłem sklep, w którym poczułem się jak dziecko w fabryce czekolady, takiej jak z filmu z Johnny'm Depp'em. Nie odważyłem się tam wejść nigdy wcześniej, kierując się pozorami - tym, że sklep umiejscowiony jest w obskurnej kamienicy, więc pewnie typowa "żulerka". Więcej o tym miejscu na pewno napiszę tutaj, kiedy tylko poznam je i jego właścicieli lepiej niż teraz. W międzyczasie zajrzyjcie na róg Kilińskiego i Odyńca i zaopatrzcie się w butelkę kwiecistego IPA. Na zdrowie!
Książkę Matthew Fort'a sprezentowała mi matula na Boże Narodzenie. Nie będę ukrywał, że podchodzę z dużym sceptycyzmem to tego typu wydawnictw. Zaszczepiłem sobie solidną dawkę rezerwy do wszystkich relatywnie nowych książek, chociaż nie potrafię znaleźć sensownego uzasadnienia dlaczego tak się stało. Może ze względu na to, że na okładce wszystkich napisane są farmazony typu "Sprawdź jaki przepis z książki przygotowała Zosia Cudny na blogu..."?
Całe szczęście, przez całą podróż przez Italię mój imiennik nie spotyka Zosi Cudny i nie reklamuje żadnych blogów ;).
Opowiada natomiast fascynującą historię przejechania włoskiego buta (tego kozackiego państwa, ha ha ha) na skuterze. Sam określa tę podróż na samym początku jako "romantyczną, wiążącą się z poczuciem wolności, przygody (...) i seksualnych możliwości". Pomysł na wyprawę, jak i jej opis co najmniej intrygujący zważywszy, że Matthew Fort to człowiek o aparycji takiej oto:
No dobrze, książka została napisana troszkę ponad 10 lat temu, więc oddajmy panu Fort'owi, że mógł wyglądać wtedy nieco mniej... dziaduniowato ;).
Nie zamierzam oczywiście zdradzać szczegółów przygód tego sympatycznego jegomościa, ani tym bardziej przepisów, które zamieszcza na koniec każdego rozdziału. Chciałbym natomiast podzielić się tym co mnie najbardziej w tym zjadaniu Italii najbardziej urzekło.
Sztuka gotowania jest, ze wszystkich gatunków zamieszkujących Ziemię, właściwa jedynie ludziom. Truizm. Jednak nie ma co się oszukiwać, że "nasze czasy" cechuje... odczłowieczenie ogólnie pojętej kuchni. Warzywka rosną sobie same, pod opieką troskliwych maszyn i precyzyjnych systemów, trafiają do ogromnych, monochromatycznych marketów, w których zakupy robią bezkształtne masy ludzi, skuszone odpowiednim marketingiem, korzystające z bezkresnych zasobów. Po przywiezieniu zakupionych produktów do domu, rozpoczyna się proces gotowania, w którym pomagają inteligentne, elektryczne kuchenki, a zamiast zeszytu z przepisami korzysta się z internetu, jako nieograniczonego źródła.
Idylla, ale jakby straszliwie nudna (jak każdy ideał swoją drogą ;)). Niech podniesie rękę ten, kto uważa, że te wszystkie udogodnienia nie są nam na rękę. Bliżej, wygodniej, łatwiej - może być lepiej?
Okej, a teraz niech podniesie rękę ten, kto nie miałby ochoty teraz na zakradnięcie się na pole, podwędzenie kilku ziemniaków i upieczenie ich w rozpalonym na dziko ognisku. Na pewno się ubrudzisz, nakombinujesz przy zbieraniu chrustu i rozpalaniu ognia, a ile będzie przy tym adrenaliny ("Jak cię zaraz pogonię ty darmozjadzie, kraść będziesz?! Swoje wyhoduj!" + widły i groźnie szczekające psy :))?
I o tym właśnie jest "Apetyt na Italię". O jedzeniu, tak, jako głównym wyznaczniku celu podróży. Jednak w gruncie rzeczy najwięcej jest w niej ludzi. Tych ludzi, którzy nie boją się ryzyka. Nie boją się konfrontacji z globalną rzeczywistością. Tych, którzy wiernie trzymają się wpojonych zasad i nie zamierzają chodzić na skróty, bo tak jest wygodniej.
Przepisy podane w książce są fascynujące. Pewnie nigdy nie przygotuję ragù ze ślimaków, ani nie zamarynuję węgorza. Jednak podziwiam ludzi, którzy nadal przyrządzają takie potrawy. I z wielką przyjemnością przeczytałem o ich historiach, poglądach i sposobach na radzenie sobie z drapieżną rzeczywistością. Bo za każdym daniem opisanym w książce krył się człowiek, jego praca, przyzwyczajenia, problemy.
Matthew Fort nie pokazał wielkich fabryk, które pozwalają nam się stołować "po włosku" każdego dnia. Pokazał ludzi, którzy przede wszystkim chcą stołować samych siebie, a jeśli ktoś zażyczy sobie skosztować ich dzieł - chętnie się nimi podzielą. Pokazał produkty, które nie zalegają na marketowych półkach. Pokazał gatunki roślin, które występują w jednym miejscu na świecie. Pokazał mięsa, które są produkowane w jednym miejscu na świecie, ze zwierząt, które żyją w specyficznym, niespecjalnie unormowanym klimacie.
Tutaj smak zmienia się wraz ze zmianą położenia geograficznego i pory roku. Mam ochotę napisać, że tutaj smak w ogóle się zmienia, ale nie pasuje mi to... Tutaj, przede wszystkim, w ogóle JEST smak. I właśnie dlatego, jest to (jak mówi okładka) najbardziej apetyczna książka sezonu. Ma swój charakter.
Polecam lekturę każdemu, bo uważam, że każdy lubi dobrze zjeść i popodróżować, chociaż w wyobraźni.
Polecam też rozejrzeć się dookoła. Dla mnie najtrudniejszym momentem tej, było nie było bardzo lekkiej, lektury okazał się moment, gdy zerknąłem na przepis na fasolę konkretnego gatunku z konkretnego regionu. I uświadomiłem sobie, że nie mam pojęcia jakiego typu fasola, czy cokolwiek innego rośnie w mojej okolicy. Czym się cechuje, jaki ma smak, kto ją uprawia i dlaczego. Nie wiem czy przez te 10 lat, które upłynęło od napisania książki świat, który został w niej opisany zwyczajnie nie przepadł. Jednak, jeśli chociaż część tych punktów oporu przed homogeniczną komercjalizacją pozostało na placu boju - sądzę, że warto się do nich przyłączyć.
PS Opisane powyżej refleksje traktuje tym bardziej poważnie, ponieważ spotkała mnie, dosłownie wczoraj, przykra historia. Przykra, bo rozczarowałem sam siebie. Długo szukałem porządnego sklepu z piwem, które uwielbiam. Zaglądałem tu i tam, ale nigdzie nie było tego "czegoś", co sprawiłoby, żebym to miejsce uznał za swoistą świątynie ukochanego trunku. Tymczasem jakieś 300 metrów od mojego mieszkania, znalazłem sklep, w którym poczułem się jak dziecko w fabryce czekolady, takiej jak z filmu z Johnny'm Depp'em. Nie odważyłem się tam wejść nigdy wcześniej, kierując się pozorami - tym, że sklep umiejscowiony jest w obskurnej kamienicy, więc pewnie typowa "żulerka". Więcej o tym miejscu na pewno napiszę tutaj, kiedy tylko poznam je i jego właścicieli lepiej niż teraz. W międzyczasie zajrzyjcie na róg Kilińskiego i Odyńca i zaopatrzcie się w butelkę kwiecistego IPA. Na zdrowie!
Etykiety:
apetyt na italię,
eating up italy,
filozofie,
fort,
gotowanie,
italia,
książka,
książki,
kuchnia,
literatura,
matthew,
matthew fort,
przemyślenia,
włochy
Subskrybuj:
Posty (Atom)









