niedziela, 28 sierpnia 2016

Śmierć pije wódkę

- Cieszę się, że znalazłaś chwilę na rozmowę. - zagaiłem jak jakiś uczniak do laski z wyższej klasy. Nic dziwnego, byłem zestresowany jak przed pierwszym lotem paralotnią.

Ona uśmiechnęła się szeroko. Poczułem się jak Charlie Chaplin wklejony do Avengersów. Nic nie pasowało do siebie. A najbardziej do siebie nie pasowała ona. Była taka piękna... Miała cudne migdałowe oczy, niespotykanie szczere i czyste, luźno puszczone grafitowe włosy i, co mnie najbardziej zdziwiło, śniadą cerę, taką... wakacyjną. Wyglądała bardzo pogodnie. Wręcz żałowałem, że widzimy się tu gdzie się widzimy, a nie gdzieś na plaży, gdzieś gdzie mogłaby sączyć wodę kokosową i zarażać swoim pięknem całe zmęczone słońcem towarzystwo.

- Ja zawsze znajduję chwilę. Na rozmowę, na zabawę, na refleksję. To wam ich brakuje. - odpowiedziała śmiejąc się dźwięcznie. Miała głos jak rozbawiona licealistka. Kolejna, przyprawiająca o zawrót głowy, niedorzeczność.

Też sobie wybrałem lokal. Słońce świeciło radośnie przez ogromne szyby witryny, rozkręcając i tak zawsze wesołe towarzystwo. Z głośników plumkała bossa nova wprawiając w beztroski, pachnący kawą i brazylijską radością nastrój....

Gdzie indziej mogłem ją zabrać jak nie do Retro? Przecież Mareczek by mnie zabił, gdybym mu powiedział, że wybrałem się na takie spotkanie gdziekolwiek indziej. Nie zniósłbym jego ględzenia przez najbliższe dwa miesiące, że daję zarobić innym, kiedy on, mój wierny przyjaciel ma dla mnie zawsze wolny stolik.

- Czego się napijesz? - zapytałem, wciąż stercząc przy naszym stoliku jak idiota.
- Wódki. - odpowiedziała bez zastanowienia.
- Wódki? - zapytałem znów, kompletnie zaskoczony.
- Tak, wódki. - za to ona zaskoczona nie była. Patrzyła na mnie wyrozumiale, dzięki Bogu bez cienia drwiny.
- No dobrze, skoro tak sobie życzysz. - powiedziałem i zacząłem drapać się po głowie nie wiedząc co począć.
- A ty co będziesz pił? - przerwała moje nerwowe znieruchomienie.
- Ja... eee... wodę.
- Wodę? Weźże się ogarnij. Mam pić wódkę sama?
- No tak, ale mam jeszcze dziś trening. Nie mogę.
- Przestań się zastanawiać, bo widzę, że się wahasz. Leć do baru, bierz gorzałę i usiądź w końcu. Jestem równie ciekawa tej rozmowy co ty. - strofowanie okazało się skuteczną metodą. Bez zastanowienia odwróciłem się i pognałem do lady.
- Co chce? - zapytał zaintrygowany Mareczek.
- Wódki.
- Wódki?
- Tak, wódki. Też byłem zaskoczony. Dawaj co masz dobrego i zimnego, dwa kieliszki i spadam. Muszę się w końcu rozluźnić.
- Ale to wiesz, że nie możesz jej dać byle czego? - zapytał, wyraźnie przejęty rolą. - Weź Belvedera. Nie wypada brać nic tańszego.
- A ile za to chcesz?
- 150.
- Co?
- No dobra, 120.
- Chyba sobie żartujesz. W Społem u mnie na osiedlu jest po 90. Dawaj mi po 100 i jesteśmy kwita.

Spojrzał na mnie z nieskrywaną złością.

- Niech ci będzie. Zbankrutuję przez te twoje pomysły. - wymamrotał i zanurzył się w chłodziarce.

Już widzę jak zbankrutujesz stary skąpcu. Każdego rżniesz na ile się tylko da, a im lepiej się znacie tym bardziej rżniesz.

Pukałem nerwowo palcami o blat, kiedy mój kochany Mareczek w końcu znalazł butelkę i kieliszki. Zostawiłem na blacie banknot z Jagiełło i wróciłem do stolika. Moja rozmówczyni uśmiechała się bez ustanku. To nie mogło dziać się naprawdę.

- Świetnie wyglądasz. - powiedziałem siadając.
- Dziękuję. - odparła. - Wyglądasz na zmieszanego...
- Bo jestem. Nic tu do siebie nie pasuje. - odpowiedziałem szczerze.
- Co nie pasuje? Ładna pogoda? Fajna muzyka? Mój wygląd? - kiwnąłem głową. - Stereotypy przysłaniają ci zdrowy rozsądek. Wolałbyś, żeby była szarówka, spotkalibyśmy się w jakiejś marnej spelunie, a ja byłabym zasuszoną starowinką, której mógłbyś policzyć wszystkie kości? - to mówiąc poprawiła swój niezbyt obfity, ale kuszący biust.
- No cóż... nie. - rozluźniałem się coraz bardziej, więc pozwoliłem sobie na szeroki uśmiech. Zresztą, autentycznie mnie rozbawiła.
- No to o co ci chodzi? Pogódź się ze mną i ze sobą. Jest jak jest. A jest cudownie, prawda? - zapytała i zręcznie odkręciła zakrętkę. Bezceremonialnie nalała do kieliszków i podniosła swój. Szybko powtórzyłem jej gest.
- Za co? - zapytałem.
- Za nic. - odpowiedziała - Chcę się upić podczas tej rozmowy. Nie muszę wymyślać sobie do tego ideologii. - dodała i przechyliła kieliszek. Uczyniłem tak samo i po chwili spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Wolę piwo. - powiedziałem. - Chociaż to jest niezłe.
- Piwo otępia umysł. Jest dobre dla tych co lubią stać, a w zasadzie siedzieć w miejscu. Nie popycha do czynu. Wódka popycha. - skwitowała.
- No, na przykład do rozpierduchy na ulicy.
- To też czyn. Lepszy taki niż żaden. Gdybyś zobaczył przy naszym stoliku kogoś kogo nie lubisz wolałbyś dać mu w mordę i wziąć co twoje czy usiąść gdzieś indziej i wysączyć sobie w spokoju piwko?
- Dałbym w mordę.
- To kogo chcesz oszukać tym piwem?
- O tym będziemy rozmawiać?

Zaśmiała się.

- Mnie nie oszukasz kochanieńki. Ze wszystkich rzeczy na tym świecie ja jestem tą jedyną, która zawsze żyje w prawdzie. Mnie nie okłamiesz, nie schowasz się przede mną, nie uciekniesz. Pod jakimś względem wiem wszystko. Bo wiem wszystko to co jest mi wiedzieć dane. Pewnie dlatego od razu widzę, kiedy ktoś chce mnie okantować.
- Sugerujesz, że nie jestem z tobą szczery?
- Sugeruję, że nikt nie jest szczery ze sobą. Mnie to obojętne co mi dzisiaj powiesz. Możesz kłamać do woli. Tylko po co ludzie kłamią?
- Żeby odnieść z tego jakieś korzyści, zazwyczaj. Nie zdenerwować żony, nie obrazić kolegi, nie przegonić apetycznej koleżanki.
- A odnoszą te korzyści?
- Z reguły nie.
- To nie można tak od razu? - zapytała i nalała drugi kieliszek. Wypiliśmy bez słowa.

- Kim jesteś? - zapytałem po chwilowej pauzie.
- Motywacją. Tak lubię o sobie sądzić. - odpowiedziała, wyraźnie rozochocona zmianą tematu na ją samą. Z werwą trzepotała rzęsami.
- Motywacją do czego?
- Do wszystkiego, skarbie. Gdyby nie ja niewiele byście osiągali. Pewnie nawet wstawać z łóżka by się wam nie chciało.
- Tak by zapewne było. Wiesz, najgorszy problem z tobą jest taki, że trudno przejść obok ciebie obojętnie. - rzekłem, po czym ostentacyjnie zmierzyłem ją od stóp do głów, nie bez satysfakcji.
- Och, wiem że jestem piękna. Ludzie różnie reagują na piękno. Jedni zaczynają się denerwować, inni milkną, a jeszcze inni są na nie kompletnie obojętni. Każdy coś traci na widok rzeczy pięknych. A straty boicie się najbardziej. To nie ja sama was przerażam, ale poczucie straty, które idzie obok mojego piękna.
- Boimy się zostawić to wszystko co nas otacza?
- Też. Ale najbardziej boicie się stracić szansę, żeby to wszystko mieć.

Napiła się wódki z butelki. Mareczek na ten widok niemalże zszedł na zawał przy barze. Wzruszyłem ramionami i również zbezcześciłem Belvedera. Mareczek wyszedł na zaplecze. Rozmowa się kleiła, alkohol rozluźniał. W końcu zaczynałem cieszyć się tą cudowną atmosferą i towarzystwem pięknej i niebezpiecznej kobiety.

- Czyli twoim zdaniem motywacja polega nie na tym, żeby coś mieć, ale na tym żeby mieć szansę na uzyskanie tego? - zapytałem.
- Gdybyś wiedział że masz dwie szanse, którą starałbyś się wykorzystać bardziej?
- Próbowałbym sobie rozłożyć po równo... no, może trochę więcej włożyłbym w tę drugą, bo to przecież ostatnia.
- I w żadną nie włożyłbyś stu procent.
- Zmarnowałbym obie.
- Ludzie marnują nawet tą jedną. Osiągają mniej niż chcieli, albo osiągają nie to co chcieli.
- Ze strachu?
- Z wiary, że mają drugą szansę. Rozkładają siły na dwie próby. Wiesz w jaki sposób należy postawić sobie cel?
- Hm, dość wysoki, żeby motywował, ale dość niski, żeby był osiągalny?
- Bzdura. Taki, żebyś na myśl o jego osiągnięciu miał ciarki na plecach.

Znowu sięgnęła po butelkę i kiedy mi ją podała ze zgrozą zauważyłem, że robi się niebezpiecznie pusta.

- Tak jak kiedy myślałem o mecie pierwszego maratonu?
- A dobiegłeś?
- I to jak!
- To wiesz o czym mówię.Wódka się kończy. A ja mam ochotę iść na spacer. - oświadczyła bezceremonialnie.
- Potrafisz być urzekająco bezpośrednia. - skomentowałem. Zaśmiała się, wesoło odrzucając włosy na plecy. - A przy tym aż niemożliwie spokojna.
- Kiedy wiesz czego chcesz, przestaje ci się spieszyć i zależeć na byle czym. Ja zawsze mam czas, bo i tak nigdy nie przychodzę w porę. Nie mam powodów do stresu. - wzruszyła ramionami. - Wiesz, w gruncie rzeczy nie różnię się od was kompletnie niczym. Wy też zawsze macie aż nadto czasu. Nigdy wam się nic nie udaje, bo uczycie się tylko przez popełniane błędy. Powiedz mi w takim razie - skąd ten pośpiech i pragnienie bycia idealnym?
- Straszy brak uzyskania drugiej szansy...
- Och, to akurat pożyczyłeś od Adasia Ostrowskiego. Mogłeś spuentować to czymś swoim.
- To może...
- Nie. Straciłeś swoją szansę. Trudno. Czekaj na kolejną.

Tym razem to ja sięgnąłem po wódkę. Dopiłem prawie całą, zostawiając jej resztkę na dnie. Uśmiechnęła się i wypiła.

- Przestałeś mnie szanować po tej rozmowie?
- Przeciwnie. Po prostu zrozumiałem, że ty nie domagasz się szacunku. I tak będziesz robić swoje. Jak doświadczona prostytutka, która już wie, że resztę życia spędzi w burdelu.
- No! W końcu coś twojego i z pazurem! - zawołała, wyraźnie uszczęśliwiona obelgą. - Bierzemy drugą flaszkę, poszlajamy się z nią do zachodu słońca, później zaszyjemy się w Staromiejskim i będziemy się kochać na ławce.

Zakrztusiłem się.

- Że co proszę? Kochać się?
- A dlaczego nie?
- Kochasz się z ludźmi?
- Kotku, ja robię co mi się żywnie podoba. Zresztą, skoro wymyśliłeś, że rozmawiasz ze mną, istniejącą pod ludzką postacią, w wyimaginowanej knajpie, to czemu nie mógłbyś dopisać jeszcze, że uprawialiśmy seks w parku z najgorszą reputacją w Łodzi? Zresztą... - przesunęła dłonią po swoim biodrze - nie mów, że nie miałbyś na to ochoty?
- Miałbym, ale...
- ...ale nic ci nie grozi. Twój czas jeszcze przyjdzie. Więc zamiast rozczulać się nad stówą dla Mareczka zacznij lepiej stawiać na swoją szansę całe sto procent.


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Kredens cz. 3

Co było wtedy, a nie ma tego teraz?

Odpowiedź na to pytanie wydaje się być kluczowa do pojęcia co różni moją ostatnią podróż pociągiem, od biegania w cudowny, śnieżny wieczór.

Tym bardziej, że część opisanych przeze mnie na początku wydarzeń miała miejsce już PO, a nawet grubo PO moim załamaniu z 2010. A jednak nosiły w sobie cechy tego co było przed.

Piszę o tym teraz, bo dopiero teraz czuję, że wyczerpałem wszelkie zapasy tego dawnego "czegoś". Stoję przed jednolitą ścianą w labiryncie i pozostaje mi albo dowiedzieć się gdzie skręciłem źle, albo poczekać aż w tym miejscu zostanie kupka moich kości.

Kto mnie zna ten wie. Prędzej przebiję się przez ten pieprzony mur przede mną, niźli stanę w miejscu i pogodzę się z tym myśląc, że tak mi było pisane. Wychowałem się na Legia - Widzew z 18.06.1997. Ja nie przegrywam meczy, które jeszcze trwają.

Są pewne cechy, którymi opisałbym te fajne wydarzenia z pierwszej części i pewne pasujące tylko do klimatu części drugiej. W tym po jednej kluczowej i na nich się skupię.

Co widzę w pierwszej? Swobodę. Nie! Nie Ewę Swobodę, ale lubię sobie zawiesić na niej wzrok jak już ją widzę... Swobodę myśli. Zaistnienie tych czynności nie wynikało z jakiegokolwiek planu. Wydarzenia, jakie są z nimi związane płynęły swoim nurtem. Raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze po swojemu. Decyzji, o którejkolwiek z tych rzeczy nie podejmowałem działając według planu, reguł i ustaleń. One się działy.

Nie działy się same. Nic się nie dzieje samo. Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie jest nam pisany los w gwiazdach. Piszemy go sami. O losie w gwiazdach mówią ci, co wiecznie coś partolą i muszą uzasadnić swoje nieszczęście złym układem planet. Akcja ma reakcję, a to czy te reakcje nam się podobają czy nie, to już nasz problem.

W związku z tym, że nurtu tamtych wydarzeń nie zaburzało z mojej strony nic, żadne kontrdziałanie czy mechanizm obronny, to były one po prostu dobre. Miałem ochotę siknąć w krzaki? Sikałem. Chciałem skopcić jointa w pokoju bursy? Kopciłem. Rozpierała mnie chęć pobawić się w łazience u babci z moją kobietą? Bawiłem się. A jakby mnie ktoś przyłapał, to trudno. Każdy ma coś na sumieniu.

Notabene, ci co mają najwięcej na sumieniu piszą najlepsze książki i robią najlepszą muzykę.

Jednak szeregi niepowodzeń, błędów, bolesnych konsekwencji, plus ta nikczemna świadomość nieuchronnego końca wykształciły we mnie masę blokad i jeden obrzydliwy pomysł. Wszystko co robię musi być dobrze przemyślane i zaplanowane.

Serio, ja non stop myślę o tym co zrobię jutro, pojutrze i popojutrze, jaki to będzie miało wpływ na mnie i moją przyszłość i zastanawiam się czy to co zrobiłem na pewno było ok i czy nie można było lepiej.

Skutek? Bezsenne noce, nadwrażliwość na wszystko, nadmierne pobudzenie i brak poczucia szczęścia. A kiedy już zerwę się ze smyczy, to tak przegnę, że później mam siebie jeszcze bardziej dosyć. Jak w tym pieprzonym pociągu. Bo jestem tak głodny tego co podświadomie pragnę, że zamiast się tym najadać regularnie, to raz na jakiś czas się przeżeram. Powiedziałbym, że jak świnia, ale nie chcę obrażać świni. Tylko człowiek jest zdolny to tak absurdalnych, autodestrukcyjnych zachowań.

 Przez to też przestało mi zależeć na czymkolwiek. Nic dla mnie nie ma smaku. Wszystko jest mi obojętne. Każde danie, jakie sobie zaserwuję, zdaje się mieć smak kartonu.

I to jest ta różnica. Kiedyś nie chciałem niczego, ale mi na wszystkim zależało. Dziś chcę wszystkiego, ale na niczym mi nie zależy.

Ciąg dalszy nastąpi.

Będzie wrzesień. Ubiorę się wieczorem w ulubione jeansy i ulubiony t-shirt i pójdę na piwko do Kredensu. Usiądę przy stoliku z brzegu i będę chłonął atmosferę tego unikalnego miejsca. Będę cieszył się ciepłem kominka, wiedząc, że za chwilę zejdę na plażę i solidnie zmarznę, wdychając do nosa słony zapach morza. Wychodząc zerknę na stojący przy barze "tytułowy" kredens. Zobaczę leżącą na nim małą monetę. Schowam ją do kieszeni. A nuż jest magiczna?

Rano obudzę się, przyjemnie wyspany i spojrzę w oczy mojej kobiety i mojego syna. Uśmiechnę się do obojga i wezmę się za parzenie herbaty, koniecznie z dużą ilością cytryny. Parę dni później wbiegnę na metę augustowskiego półmaratonu, pewnie w średniej formie, ale wiedząc, że mam już bazę do poprawy na wiosnę życiówki w maratonie. Bo jednak konkretny, wysoki cel nakręca mnie najlepiej. Dzień po połówce wstanę pierwszy i zbiegnę na dół Piecuszka, szybko wyskoczę na werandę i puszczę sika w kierunku Biebrzy. Napiszę smsa, czy może byśmy nie spalili się na amen, na przykład w następną wolną sobotę, czyli dla mnie w listopadzie. Wykonam międzynarodowe połączenie, aby upewnić się, że na wiosnę rozłożymy jeszcze raz ten basen i zrobimy sequel Killera. I nie będę potrzebował ulewy, żeby się z Tobą bawić, gdzie tylko dusza zapragnie, a najlepiej tam gdzie lepiej się nie przyznawać, że to miało kiedykolwiek miejsce.

A do pociągu będę wsiadał już tylko po to, żeby cieszyć oko widokami, duszę klimatem kolei, a PKP płaceniem im fortuny za normalne bilety.

I najlepiej, jeśli żadna z tych rzeczy się nie spełni.

Ale to już moja decyzja.


niedziela, 14 sierpnia 2016

Kredens cz. 2

Siedzę w pociągu. W starej osobówce, na skórzanej kanapie. Mam na sobie, jak to zazwyczaj w takich sytuacjach, luźne dresowe spodnie, bawełnianą "ziomalską" bluzę, białe najeczki i plecak, a w plecaku rzecz jasna piwo. Na kanapie obok siedzi jakaś paniusia i zerka ukradkiem, w chwilach kiedy myśli, że ja nie patrzę. Ręce wsadziłem głęboko w kieszenie i zjechałem dupskiem na sam brzeg. Wyglądam jakbym miał wywalone na cały świat i najpewniej nie myślał o niczym, poza kolejnym piwem i kolejną dziewusią do zbajerowania.

Niestety, nie jest tak. Gotuje się we mnie na maksa. Myśli pulsują mi po głowie jak krew po tętnicach przy zaliczaniu Alpe Cermis. Daleko mi do spokoju. Mój kac ani trochę nie przypomina tego ze Slow Motion 2cztery7. W ustach mnie nie suszy, czuję za to smak goryczy i niestety nie pochodzi on od chmielu.

To nie tak miało być.

Rozczarowany samym sobą, moją naiwnością, brakiem dojrzałości i wiecznym hurraoptymizmem, wysiądę na Chojnach, obcesowo obetnę znaną już Wam paniusię i powlokę się do domu. Wieczorem, mimo potwornego zmęczenia, będę cierpiał katusze, próbując zasnąć i powstrzymać bezustanny potok myśli, lejący się z nieubłaganą siłą, niczym Odra we Wrocław w 97. Nie pierwszy raz. A raczej powinienem powiedzieć - jak to zazwyczaj od kilku dobrych tygodni.

Nie mogę spać, a ściślej - nie mogę usnąć. Praktycznie co wieczór, a później za każdym razem kiedy obudzę się w nocy. Syn mi nie pomaga, ale do niego nie mogę mieć żadnych pretensji. Jedynie do siebie.

Rano obudzę się i, kompletnie zobojętniały, pojadę do pracy. Tam wyleje swoje gorzkie żale, duszyczce, która lubi mnie wysłuchać i samemu się czasem wyspowiadać. Jednak nawet najdłuższy potok słów nie jest w stanie przykryć faktu, że zboczyłem z kursu i płynę w niewłaściwym kierunku. Jestem cholernie pewien, że jestem w miejscu, w którym nie powinienem być. I wiem to, chociaż nie mam żadnej mapy, która wskazałaby mi drogę - właściwą lub niewłaściwą. Jestem Kolumbem, który wie że nie dopłynie do Indii, chociaż nadal ma kurs na Karaiby. I odkrywa ziemię Europejczykowi nieznaną.

Czuję się jakbym zgubił po ciemku monetę. Na domiar złego magiczną monetę. Wiem, że mi wypadła i wiem, że gdzieś leży. Ale za cholerę nie mogę jej wypatrzyć.

Fajnie się czytało historyjki z pierwszej części? No to super. Mnie się też je fajnie pisało i odkurzało w głowie. Szkoda, że dzieli je przepaść.

W tej boskiej krainie facebook'owych lajków i youtube'owych wyświetleń, gdzie wszystko jest super, wporzo i w ogóle kciuk do góry, ja nawijam, jak Mes, historię gorzką jak gin lubuski (o ironio!).

Pisząc w skrócie - było fajnie do pewnego momentu, a teraz to już równia pochyła. I pozostaje mi zadawać w kółko pytania: co się dzieje? Od kiedy? Dlaczego? Co było wtedy, a nie ma tego teraz?

Chcecie odpowiedzi, jakich sobie udzielam? No to jedziemy.

Co się dzieje? Pogubiłem się. Zatraciłem gdzieś siebie, swoją istotę i nie potrafię jej odnaleźć. Mam wrażenie jakbym żył życiem kogoś innego, chociaż wiem, że to jestem ja sam. I że to ja sam zgotowałem sobie ten los, podejmując różnorakie, takie, a nie inne, decyzje.

Od kiedy? Nie wyznaczę jednej daty, ale myślę, że od dnia kiedy dopadła mnie ta przebrzydła wizja rychłej śmierci, a po tym, najpewniej, depresja. Na pierwszym roku studiów, zaraz na początku 2010.

Dlaczego? Gwałtowne uświadomienie sobie, że to cudowne coś zwane życiem naprawdę ma koniec oraz chęć wyjścia w jakikolwiek sposób z tego doła wytworzyły w moim umyśle szereg dziwacznych, a pewnie i patologicznych schematów działań. Dziś czerpię nie z tego co było przed tym wydarzeniem, a po nim.

A co było po nim? Co było wtedy, a nie ma tego teraz?

Zapraszam do części trzeciej.

Źródło: https://vik87.flog.pl/archiwum/albumy/152604/wnetrza/

wtorek, 9 sierpnia 2016

Kredens cz. 1

Słońce wzeszło już kilka godzin temu, oświetlając przyjemnie pokój. Okna były na północ, więc nie świeciło po oczach, ale białe ściany, firanki i pościel robiły swoje. Zerknąłem na zegarek. Była dziewiąta. Uśmiechnąłem się i z satysfakcją zacząłem wyciągać mięśnie, wciąż leżąc na łóżku. Nie pamiętam nocy, żebym się tam nie wyspał. Doskonałe miejsce do odpoczynku. W końcu jedenastolatkowie latem nie próżnują.

Wsparłem się na łokciach i spojrzałem na mebel, który stał naprzeciwko. Też w jasnym kolorze. Nie wiem co to dokładnie było, bo ani za dobrze nie pamiętam, ani nie przywiązywałem wagi do nazewnictwa mebli w tamtym czasie. Jednak dla zaspokojenia mojej obecnej potrzeby taniego efekciarstwa przyjmijmy, że był to kredens.

Co było w środku? Nie mam pojęcia. Nie wiem czy chociaż raz otworzyłem którąś z szafek czy szuflad, więc stawiam, że ukryta tam była pościel. Ale kto wie, może był tam jakiś skarb? Może zawieruszyła się jakaś stara moneta, o rzekomo magicznych mocach?

O czym ja w ogóle rozmyślam? Przygrzało mnie za bardzo wczoraj? Przecież mamy dziś kolejny piękny dzionek, trzeba iść na dół, zjeść kanapkę albo kilka naleśniczków, popić herbatką z dużą ilością cytrynki i lecieć pohasać gdzieś nad rzeką albo rozegrać jakieś 30 partyjek szachów!

***

Rodzice krzątali się w kuchni i salonie, sprzątając po śniadaniu, na które, rzecz jasna, zaspałem. Trudno, dojem sobie coś z tego co zostało. Nie ma sensu wstawać wcześniej, skoro wieczorem można posiedzieć tak długo przy ognisku albo poczytać książkę do oporu. I tak zanim dopiją swoje kawki, dogadają się co dziś robimy, to zrobi się jakaś 13. Mam czas.

Zaspanymi oczami zmierzyłem las rosnący tuż za bramą. Przyjemny, rześki zapach poranka, podszyty aromatem odparowującej rosy i wszechobecnego igliwia stawia na nogi nawet większych śpiochów ode mnie.

Zbiegłem po schodach. Rozejrzałem czy nikt się nie kręci albo nie wystawia głowy z okna. Wybrałem sobie krzaczek zsunąłem spodenki i z niekrytą satysfakcją spełniłem codzienny rytuał robienia pierwszego sika na świeżym powietrzu...

***

W końcu mogłem zgasić światło w pokoju i czytać przy tym naturalnym. Połykałem właśnie "Władcę Pierścieni", pierwszą tak dużą i poważną literaturę w moim życiu. Zawzięty byłem niemiłosiernie, bo zależało mi, żeby jak najszybciej obejrzeć filmową adaptację tego dzieła, a wiadomo - najpierw książka, potem film. Katowałem więc "Drużynę Pierścienia" do białego rana, wydaje mi się, że właśnie tego poranka poznałem Toma Bombadila. Ach, jakże było mi później przykro, że ten wątek Jackson pominął. Wtedy jednak bajeczny poranek w Starym Lesie, był też moim bajecznym porankiem. A ja byłem piątym z hobbitów w tej małej kompanii.

***

Siedzieliśmy przy stoliku w Kredensie. To był mój powrót po latach do Jastrzębiej i pierwszy wypad z tatą od bardzo, zbyt bardzo, dawna. Stolik wybraliśmy z brzeżku, sączyliśmy tonik z ginem i przegryzaliśmy grzankami z jajem i łososiem. To był pierwszy raz kiedy zachwyciłem się jakąś knajpką. Jej nadmorskim klimatem, trzaskającym w kominku ogniem i nostalgiczną muzyką w głośnikach. Chłonąłem tą niedotykalną atmosferę, wsłuchując się w głosy innych gości, przypatrując ich twarzom i oglądając za uwijającymi się kelnerkami. Niby obecny tylko duchem, ale z pełną próżnością karmiący ciało pysznym jedzeniem i rozluźniającym alkoholem...

***

"Nocy koniec, co za pojeb podniósł te rolety" nawijał Pores na płycie, którą katowaliśmy wtedy w kółko. I co ranek na działce było to samo. Ja bym pospał ale jakiś... dzik podnosił rolety i cieszył się widząc jak chętnie bym pospał jeszcze ze dwie - trzy godziny. A potem koniecznie chciał się sparingować (i zawsze dostawał wpierdy, he he he).

Jednym z najlepszych patentów ever było rozstawienie wielkiego gumowego basenu i najpierw napuszczenie do niego wody o 23 (z obowiązkową kąpielą, dramatycznie zimną!), a później zainstalowanie się w samo gorące południe z piwerkiem. Siedzieliśmy w samych gaciach, niczym Juerk Kiler i Siara (dzięki Bogu to ja mniej przypominam Siarę, he he he 2... ale się narażam!) i mieliśmy rozkminy na podobnie ambitnym poziomie.

***

Pamiętam ten cudowny czas, kiedy przygotowywałem się do pierwszego maratonu i byłem święcie przekonany, że po zrobieniu 24-tygodniowego planu, przebiegnę maraton i jeszcze zrobię 3.30. Żeby było zabawnie - przebiegłem i zrobiłem 3.35, a do dziś, mimo 5 kolejnych prób, tylko raz zrobiłem lepszy czas.

Treningi robiłem dokładnie tak jak w planie, w sensie rozkładu i w sensie ich zawartości. Nie miała znaczenia chęć i pogoda. Trzeba było lecieć, to się leciało.

Jeden trening zapamiętałem wyjątkowo. Właśnie zaczął padać sypki, leciuteńki śnieg. Był spory mróz i chyba sobota. Ulice były wyludnione, jakby to była śnieżyca stulecia, nie wiem czy spotkałem więcej niż 10 samochodów przez godzinę latania. Przechodniów nie było wcale, poza mną i jakimiś kilkoma wariatami, którzy też uznali, że to doskonała okazja na dobry trening. Aura była magiczna, jak Boże Narodzenie z reklamy coca coli, a ja czułem się jakbym leciał tuż nad tą cudowną warstewką białego puchu. I gdyby nie ślady jakie zostawiały moje buty, zresztą zaraz zasypywane, to szedłbym o zakład, że rzeczywiście frunąłem, a nie biegłem.

***

Na tym malutkim telewizorku, na którym ledwo szło obejrzeć prognozę pogody, przez 3 tygodnie katowaliśmy fifę na plejce. Przez 3 tygodnie paliliśmy do tego jointy i popijaliśmy piwkiem. Żeby było zabawniej cały rytuał nabijania gandzi, ustawiania krzesełek i konsoli zaczynaliśmy o jakiejś 24-1, bo wcześniej trzeba było się pozbyć "rodziców" i robiłeś jakieś tam ćwiczenia. Skutkiem czego ani razu nie poszliśmy spać jak było jeszcze ciemno, ale za to jak kleiły się gadki pod lecący w kółko soundtrack fify!

***

Od zawsze lubiliśmy się rządzić. Gdzie tylko pojawiała się okazja - instalowaliśmy się i mieliśmy tę namiastkę "swojego", o którym tak bardzo marzyliśmy. Największe święta były dwa - wyjazd rodziców i wyjazd babci. O ile jednak, kiedy rodzice wyjeżdżali, musieliśmy dzielić władzę z siostrą (równie chętną do dzielenia się tą władzą co my :)), o tyle u babci rządziliśmy niepodzielnie. Dlatego to tam wracaliśmy sobie z Piotrkowskiej nad ranem, tam spędzaliśmy całe dnie bez wychodzenia z łóżka i tam szaleliśmy oglądając siatkarzy.

Pamiętam jeden z wieczorów - wracaliśmy chyba z działki? Wysiedliśmy z tramwaju na Dąbrowskiego i w tym momencie zaczęło się oberwanie chmury. Zaśmiewając się w głos zdjęliśmy buty i niespiesznie człapaliśmy w stronę suchego lądu. Mieliśmy gdzieś cały świat i to co sądzą o nas ci, którzy próbowali schować się przed tą nawałnicą. Nie było szans uniknąć wody, więc bawiliśmy się nią, a potem wskoczyliśmy razem pod prysznic i... zabawa trwała dalej...

Ciąg dalszy nastąpi...


niedziela, 24 lipca 2016

Cześć, Harry

UWAGA! Tekst zawiera tzw. spoilery czyli zdradza elementy fabuły serii Harry Potter. Jeśli nie znasz tej historii i dopiero zamierzasz poznać, albo nie chcesz jej poznawać bo nie, to nie czytaj dalej! Ale i tak dzięki, że tu wszedłeś/weszłaś. Hihi :).


Tak mnie wzięło, jakoś tuż przed narodzinami Kubusia, żeby przeczytać całego Harry'ego Potter'a. Skąd taki pomysł? Ano, powiem Wam, że potrzebowałem poczytać coś lżejszego, niźli to, po co zazwyczaj sięgam. Nie wiem, może dlatego czymś się denerwowałem i potrzebowałem odstresować? ;)

Przyznam szczerze, że myślałem, że będę się przegryzał przez te kilka tysięcy stron do końca roku, a tu niespodzianka. Wystarczyły cztery miesiące i dotarłem do ostatniej kropeczki w "Insygniach Śmierci". Postanowiłem więc napisać co nieco o tym, było nie było, kulturowym fenomenie przełomu wieków, skoro wyssał mi drugi raz w życiu tyle wolnego czasu (a należy pamiętać, że teraz definicja czasu wolnego nieco mi się zmieniła!).

Jednym słowem? Warto! Bo? A tu już odpowiedź w trzech punktach i więcej niż jednym słowie :).


  1. Przede wszystkim dlatego, że to fajne książki są. Po prostu. Pani Rowling stworzyła świat równie ogromny i złożony, co wiarygodny. A wszelkie "krzaczki" rosnące między światem mugoli i czarodziejów umiejętnie zaciera gumką wszechogarniającej magicznej mocy. W końcu magii nikt nie może całkowicie ogarnąć, nawet potężni Dumbledore czy Lord Voldemort, a co dopiero my, maluczcy, niewtajemniczeni.

Dlatego w ten świat się wsiąka od pierwszej do ostatniej strony. Pomysł z podzieleniem historii na 7 części, z których każda odpowiada o kolejnym roku nauki, napędza czytelnika i, zdaje się, napędzało samą autorkę. Początek jest słodki i niewinny. Zostawiona na pastwę wujostwa sierota budzi politowanie i, siłą rzeczy, sympatię. Im dalej tym robi się mniej przyjemnie, ale nie mniej ciekawie. I chociaż serducho woła, błaga o litość dla tego już i tak doświadczonego przez życie chłopaka, to los Harry'ego nie oszczędza. Zresztą - w większość tarapatów pakuje się na własne życzenie!


To chyba właśnie to najbardziej sprawia, że od tych książek jest cholernie trudno się oderwać. Po prostu od pierwszej chwili wiesz, czytelniku, że jak Harry się czymś zaintryguje, czy to sam, czy z przyjaciółmi, to póki nie dojdzie o co w tym biega, to nie spocznie. A Ty nie spoczniesz, póki się nie dowiesz z nim. Jego niedojrzałość, niewiedza i jednoczesne bycie w centrum uwagi całego czarodziejskiego świata sprawiają, że czytelnik rozwija się razem z Harry'm. Nie jest się ani przez moment mądrzejszym od niego, ale też ani przez sekundę głupim i zdezorientowanym.

No i ten angielski humor! Bajka! Ile razy musiałem przerwać czytanie, bo nie mogłem wytrzymać z rechotu. Nawet w obliczu śmiertelnych zagrożeń bohaterowie i autorka nie tracą dystansu, przez co ani przez moment nie robi się pompatycznie - a to mogłoby przebić magiczny (nomen omen) balonik zwariowanego świata nieogarniętych ekscentryków.


Jedyne co mógłbym zarzucić pani Rowling to nadmierny pośpiech przy finiszowaniu książek. Jest sobie kulminacyjny moment, długo wyczekiwany, człowiek liczy, że dadzą mu go posmakować, porozważać, a tu... Czasem kilka, czasem kilkanaście stron, że się rozjeżdżają do domów, że do zobaczenia i... już. Ja tam lubię troszkę pobawić się sukcesami (lub posmucić tragediami) z bohaterami.

I nie potrafię pozbyć się wizji łudzących podobieństw do Władcy Pierścieni. Młokos stający się wybrańcem całego świata w walce z wcielonym złem, dźwigający samotnie brzemię. We wszystkim pomaga mu wierny przyjaciel (z obowiązkowym momentem załamania), a nad wszystkim czuwa starszy, tajemniczy czarodziej, o równie potężnej mocy, co czasem mylnym osądzie. Pasuje i tu i tu, co? Muszę jednak przyznać, że nie przeszkadza to w chłonięciu Potter'a z równą zawziętością co Bagginsa.


2. Dla mnie ten podpunkt jest o tyleż istotny, że historię Harry'ego poznawałem będąc, mniej więcej, w podobnym wieku co nasz bohater. I to jest to! Najpierw tajemniczy świat wielkiej szkoły i mimowolna chęć bycia w centrum uwagi i wydarzeń. Wielkie przyjaźnie, równie wielkie niesnaski. Później stopniowe wygaszanie się entuzjazmu. Nie da się nie zauważyć, że Harry od pewnego momentu oddałby swoje życie komuś innemu, byle odwrócili od niego wzrok. Do tego pojawiają się rozterki sercowe, różnice w światopoglądzie i problemy z akceptacją siebie i rzeczywistości. Bunt przeciw wszystkiemu, co możliwe, podszyty solidną porcją egocentryzmu. I koniec końców przyspieszony kurs dojrzewania, w świecie gdzie decyzje nie podejmują się, jak do tej pory, same, gdzie łatwo o zwątpienie i trudno o wiarę w cokolwiek. Zerknięcie w ciemne i puste oczy spraw ostatecznych jest kulminacją tego powolnego i bolesnego procesu.

Och, jak mnie, sentymentalnemu Bajasowi, robiło się ciepło na serduchu, kiedy Harry jechał na wakacje do Weasley'ów i przypominałem sobie wakacje u ciotki, z gronem kuzynów i kuzynek i permanentną dobrą zabawą. Jak trzymałem kciuki za jego spotkania z Cho i jak bardzo jarałem się Ginny... znaczy się... jarałem się jak mu się dobrze powodziło w kwestiach towarzyskich! Nie zazdrościłem mu frustracji i światopoglądu, w którym każdy jest twoim wrogiem, ale... moje dni z takiego okresu też dobrze pamiętam i w myślach wołałem "WYLUZUJ! To mija! Weź się ogarnij, pogódź ze światem i się ułoży!".

Taaaak. Fajnie się to czyta, bo fajnie powspominać. Ciepło bijące ze stron tych książek, to w dużej mierze zasługa faktu, że z większością problemów, z jakimi zmagają się bohaterowie, zmagał się każdy z nas. Magia, jak się okazuje, nie pomaga w zaproszeniu tej, którą by się chciało, na bal. Nie rozwiązuje przyjacielskich waśni i nie odrabia nadmiaru odłożonych "na potem" prac domowych. Ja tam lubię w Harry'm to, że mimo bycia Chłopcem, Który Przeżył i Wybrańcem, to i tak jest pierdołą. Tak jak każdy z nas w jego wieku...

3. Nie przepadam za czytaniem współczesnej literatury. Dla mnie zbyt często nie niesie ona ze sobą żadnych wartości (stawiając na efekt), albo niesie taką ilość mądrości, że aż trudno uwierzyć w jej autentyczność i odnieść ją do tej surowej rzeczywistości, która mnie otacza.


Harry Potter do mnie trafił, bo w gruncie rzeczy, pomimo całej tej humorystyczno - ekscentrycznej otoczki, jest dla mnie książką o... śmierci. Nie w nachalny sposób, gdzie każdy zdycha, kto tylko może, albo gdzie obserwujesz powolne umieranie chorego na raka dziecka (nie umniejszając takim historiom, broń Boże!). Nie. Tutaj "główny zły" Lord Voldemort pragnie nieśmiertelności. I z tego pragnienia wynika całe zło jakie dotyka Harry'ego i cały otaczający go świat. I przypadkiem też - jeszcze większe niż zazwyczaj dobro.

Rowling śmierć dawkuje delikatnie, ale zabija bohaterów budzących sympatię. Jakby całkiem wbrew intuicji. Koniec końców sam Harry musi pogodzić się z koniecznością śmierci, aby odżyć na nowo. I, okej, dzięki magii przeżywa śmiertelne zaklęcie Voldemorta dwa razy, ale... przeżywa tak naprawdę dzięki magii, którą ma w sobie każdy z nas. Dzięki tej magii, która płynie w naszych żyłach i bije w naszych sercach, a nie jest wywoływana tajemniczą, łacińsko brzmiącą formułką i uwalniana dzięki machnięciu różdżką.


Dzięki miłości.

Brzmi to pompatycznie, wiem. Ale mam dla Was fragment, który wyjątkowo dobrze oddaje to co chcę Wam powiedzieć.

"Ach, te wszystkie odwiedziny u Hagrida, połysk miedzianego czajnika nad paleniskiem, ciasteczka twarde jak kamień, olbrzymie larwy, jego wielka, brodata twarz i Ron wymiotujący ślimakami, i Hermiona pomagająca mu ratować Norberta..."

Te myśli pozwalają Harry'emu pogodzić się ze śmiercią. Pomagają w zrozumieniu, że na drugą stronę przejść trzeba i już. Że przed śmiercią nie ma ucieczki, nawet mając jej Insygnia w rękach, co gorzko uświadamia sobie Dumbledore. To jest to clue. Według mnie cała historia spięta jest właśnie tymi końcowymi wydarzeniami - pogodzonym z losem Harrym, jego rozmową z rozczarowanym sobą samym Dubledore'm i zabijającym się własnym zaklęciem pysznym Voldemortem.

Swego czasu dużo rozmyślałem o śmierci, dużo czasu i energii mi zabrała. Dziś nadal się jej boję jak cholera, ale znalazłem w sobie to samo co znalazł Harry idąc na pewną śmierć. Tę chatkę Hagrida, która będzie świtać mi w głowie po ostatnią sekundę życia. Tę cząstkę duszy, która nawet po Avada Kedavra będzie dalej żyć.

Ta septologia, podobnie jak życie, w którymś momencie się kończy. Harry dla nas umiera. Nie wiemy co jest dalej, nawet jeśli, według opisanej historii, wciąż żyje. Czyż te wszystkie jego przygody, błahe i niezmiernie poważne nie nabierają większego znaczenia, bo zostaną zapamiętane?


To jest rewelacyjne w tej serii książek. Ten przekaz, mówiący - rób co chcesz, bo czy jesteś potężny jak Voldemort, czy mądry jak Dumbledore, czy dramatyczny jak Snape, czy szurnięty jak Luna Lovegood i tak nie zostanie po Tobie nic, poza tym co jest w środku. Między pierwszą, a ostatnią stroną.

Co zrobić, więc, jeśli jest noc, a Ty chcesz poczytać tę historię, dla samej rozrywki? Albo potrzebujesz zajrzeć wgłąb dawnego siebie, by wyłuskać co było w Tobie dobre na pierwszym czy drugim roku? A może po prostu nie wiesz jak masz spojrzeć w oczy mrocznej śmierci, tak skrytej i złowrogiej w cieniu?

Spróbuję Ci pomóc.

Lumos!

niedziela, 19 czerwca 2016

Zrób sobie prezent

Udając, że nie pamiętam o tym ni chu chu (chociaż wszyscy wiedzą, że do terminów ważnych wydarzeń mam pamięć w zasadzie niezawodną) przyjąłem ze zdziwieniem sms od mbanku, że już w sobotę będę za stary na ich konto dla młodych i muszę do nich zajrzeć w celu ogarnięcia konta dla wyrośniętych dzieci, czyli wszystkich szanownych ludzi powyżej 26 roku życia.

Boże, jakie długie zdanie wstępu. Ale ja lubię rozpędzać się powoli.

Co miałem zrobić, pojechałem do tego mbanku. Najgorsze jest to, że piszę Wam, że nie zapominam, a jednak zapomniałem i gnałem w czwartek, na ostatnią chwilę. Może zapomniałem ze względu na wiek? Na miejscu zdenerwowałem się, bo musiałem długo czekać i wiedziałem, że nie zdążę na pierwszą połowę Anglia - Walia. Tak, zapłaciłem Solorzowi stówkę, bo jestem uzależniony od futbolu. I tak, pretensje mogę mieć tylko do siebie.

Nerwy, wydawanie stówy na taką bzdurę jak transmisje i przyznawanie się do winy (publicznie!), to na bank kwestia wieku!

Doczekałem się. Wziął mnie do pokoju pan (ze względu na wiek nie brzmi to niebezpiecznie) i zachęcił, żeby usiąść. Zerknąłem PRZYPADKIEM na jego name-tag... eee... wizytówkę przypiętą do marynarki. Oooo. Zastępca dyrektora. Traktują mnie poważnie. Ale zastępcę może obsługiwać tylko zastępca, prawda?

Muszę przyznać, że ogarnął misję, łechtając moje ego, dając mi konto z PLUS w nazwie. Rozumiecie, mam za darmo bankomaty everywhere i wpływy na tyle duże, żeby nie płacić za konto ani złotówki! Dorobiłem się. Z wiekiem.

Ciach. Ciach. Ciach.

Wstałem sobie dziś (a w zasadzie wczoraj, ale brzmi efektowniej) i pomyślałem - MAM URODZINY, ALE FAJNIE. Wiedziałem, że:

a) to będzie fajny dzień, bo każdy będzie robił to co ja sobie zażyczę.
b) dostanę prezenty, co jest super fajne.
c) napiję się piwa, obejrzę mecze i zrobię jeszcze coś innego i Dominika jeszcze się będzie uśmiechać, bo to 'w końcu Twój dzień!'

I było fajnie. Wskoczyłem w czas, kiedy najbliższe bilety ulgowe dostanę za minimum 40 lat, ale i tak było fajnie. Latali wokół mnie jak służba. Syn był grzeczny. Dominika nie (ale to na plus, gdyby młodsi czytelnicy nie wiedzieli). Szwagier spragniony piwa (udam, że tylko dziś). Siostra i Teściówka chętne do zajęcia się Kubą ("oglądaj sobie, spoko!"). Dostałem na prezent 11 wybornych piw. Obejrzałem mecze, poczytałem książkę, a teraz siedzę sobie i piszę bez wyrzutów sumienia.

Fajnie jest być dużym!

Ciach. Ciach. Ciach.

Egoista ze mnie, co? Egoista i egocentryk, dodam. Pazera, menda i niewdzięcznik. Myśl sobie dalej tak. I proś swojego boga, jakkolwiek go zwiesz, żeby:

a) zabrał mnie to co mam
b) oddał Tobie.

Ja padam na kolana przed moim i nie przestaję dziękować. Bez ściemy - ze łzami w oczach.

Gdybym mógł cofnąć czas pewnie nic bym nie zmienił,
26 lat chodzę sam po tej ziemi.

Tak nawijał Gural w 2008 (2005? data nawijki, czy premiery ważniejsza?). Miałem ten kawałek mega długo na dzwonku w telefonie. Kojarzy mi się doskonale, a najbardziej z czerwonym escortem, gnającym w niedzielne popołudnie przez Łódź, ku stolicy chilloutu - Wągrom.

Słucham go właśnie teraz. I innych jemu podobnych, z tamtych cudownych dni.

Ile węzłów wtedy się zawiązało, ile się rozwiązało, ile motyli zatrzepotało, żeby dziś wywołać trzęsienie ziemi - nie pomnę. Ale szybko zleciało i to 8 lat od wtedy i te 26 od początku.

Wszystko co mam dziś, WSZYSTKO co dziś cieszyło mnie, w moje urodziny, było moim najlepszym prezentem. Zrobiłem go sobie sam, jak prawdziwy egoista.

Po kolei:

1. Zawsze pierwsza i najpierwsza Dominika. Znalazłem Cię gdzieś na świecie, a potem zabrałem na piwo i rozmowę, które trwają do dziś. Było cudownie, później beznadziejnie, wręcz tragicznie, było zawsze pod wiatr i zawsze pod górę, a dziś jest nadal pod wiatr i pod górę, ale mamy przeciwko temu odpowiedź. Czworo rąk to już wiatr na sztorm. Prawie Cię straciłem, ale dzięki temu czuję, że wciąż prawie Cię mam, dzięki czemu mogę Cię co dzień na nowo zdobywać. Tylko dzięki temu wiem, że może to trwać, aż po wieczność. Nie wyrzucam. Naprawiam.

2. Kuba. Po prostu. Chociaż jesteś naszym dziełem, dziękuję Ci Synu, że jesteś.

3. Rodzice. Nie było Was dziś u mnie i wiele razy kiedy Was potrzebowałem, chociaż koniec końców dałem sobie radę. Za to byliście ZAWSZE, kiedy rady bym sobie bez Was nie dał. Dlatego "tylko" sms i "tylko" telefon są dla mnie AŻ. Bo to znaczy, że wciąż Was mam. A nigdy nie wiem kiedy będzie nie "dziś", a "ZAWSZE".

4. Przyjaciele. Żadnego z Was nie lubię. Denerwujecie mnie po równo, każdy na swój sposób. Jeden, bo jest sobą i mnie to drażni, bo go nie zmienię. Drugi z tego samego powodu, co poprzedni. A trzeci, bo - patrz punkt pierwszy. No i jeszcze okazuje się, że gdzieś z tyłu chowa się czwarty. Niby nikt, ale raz na, bez mała, siedem lat, potrafi dać niezłego kopa. Dziękuję Wam, głąby!

5. Muzyka. Znalazłem ją sobie sam, poznałem ją sam i rozumiem ją, na swój sposób, chyba tylko ja jeden na świecie. Dla jednych pesymistyczna i głupia, dla innych w ogóle nie muzyka, a dla reszty - zabawka, która fajnie brzęczy w uszach. Bez rapu byłbym nikim. A wolę być w tym świecie sam, niż być nikim. Zresztą... są takie chwile w których będziesz sam, nieważne ile naokoło ludzi.
PS Ciekawe ilu z Was klika w te linki, które namiętnie wklejam i słucha całości tego co wrzucam? Ja sam?

6. Literatura. Zmieściłaś każdego, od Mareczka i J.R.R.'a, przez Lema, Orwella, Bułhakowa czy Dostojewskiego, po Rowling, Milne'a, Sienkiewicza i Bóg wie kogo jeszcze. Dobrej książki nigdy mi za wiele. Miernej, jeśli szczerej, zresztą też nie. Szanuję wszystkich Twoich synów. Proszę uszanuj też mnie.

No właśnie. OFICJALNIE (nieco między wierszami, ale przy okazji sprawdzę, jak uważnie mnie czytacie). Przy współpracy z Novae Res wydaję swoją debiutancką powieść "Dwie świątynie". Premiera - gdzieś na przełomie października i listopada.

7. Sport. Ukończone maratony. Mistrzostwa Widzewa, Polaków, nie-Polaków, ale faworytów, cudowne rozgrywki, wielkie emocje i jeszcze większe rozczarowania. Tak jak bez rapu byłbym nikim, bez literatury nie miałbym co robić, tak bez sportu byłbym pusty i nie miał ani procenta obecnego charakteru.

Ciach. Ciach. Ciach.

Wyszło mi podsumowanie życia, a miało być podsumowanie prezentu. Ale co mam zrobić, skoro życie jest dla mnie najlepszym prezentem? Największy skarb na prawdę dostajemy za friko.

A co dostałem?

Póki co - kilkanaście piwek, koszulkę która bardzo mi się podoba, lot paralotnią (aaaaaaa, boję się!), a jutro (dziś :)) pewnie kasę i tyle.

Vanitas et vanitatum et omnia vanitas.

Miłego dnia.

niedziela, 5 czerwca 2016

Wsiąkam

Chociaż była 4 nad ranem, dopijałem kawę, samotnie trwając przy stoliku i gapiąc się w ocean. Fale migotały złocistymi płatkami, odbijając błyski iskier z ogniska, nieustannie podtrzymywanego przez grupę zdeterminowanych nastolatków. Cudownie było patrzeć na nich, nagich wobec siebie, nieskrępowanych ani jedną fałszywą nutą cierpienia. Pili, rozmawiali, krzyczeli. Co jakiś czas uciekali w mrok nabrzeża dać upust swoim tak wyraźnym skrajnościom. Biegli do cienia przybić stempel miłości, albo wbić nóż nienawiści. Umieli jeszcze żyć tym tak mocno, że nic na świecie nie rosło większe, od tych uczuć pielęgnowanych w ich sercach.

Chłodny, o tej porze, wiatr niósł ze sobą słono-słodki zapach zakwitłego morza i przegnitego drewna prosto z majaczącej w oddali uśpionej mariny.

https://mishahillier.com/
Kawa była przepyszna, ognisko trzaskało, a tysięczna latynoska, która mogłaby zostać kobietą mojego życia, dawno spała w objęciach innego typka, wciąż jednak mając smak moich ust na swoim podniebieniu. Wybacz, Słońce, niby mogę, ale jednak dalej od pocałunku nie odważę się zawędrować. Wybacz, Słońce, nie mogę, ale jednak odważam się na pocałunki.

Kofeina nie mogła zmyć przyjemnej pajęczyny, która kładła się na moich oczach, gdy gapiłem się w ognisko. Chociaż tkwiłem daleko od Ojczyzny, na Karaibach, widziałem w tych płomieniach wieczory z Karkonoszy, Bieszczadów, Niskiego, Tresty czy Jastrzębiej. Równie długie, równie nostalgiczne i równie ulotne.

Gitara smęciła w tle, jak zawsze gdy gdzieś w pobliżu tlił się ogień. Zachciało mi się usiąść z Tobą w Kredensie i, po znakomitej Alla Bascaioli z oliwą peperoncino, wypić o dwa kieliszki wina za dużo. Zwyczajnie tęskniłem. Nie ma podróży bez tęsknoty, bo żeby podróżować trzeba dokądś wyjść i chcieć dokądś wrócić. Donikąd można tylko błądzić.


Ostatnia kropla kawy wsiąkła w moją, wysuszoną alkoholem, tytoniem i wiatrem, wargę. Zerknąłem na zegarek. 4.17. Rozejrzałem się po nigdy nie pustoszejącej knajpce. Wciąż kręciło się tu sporo ludzi. Napotkałem spojrzenie młodego, ciemnoskórego mężczyzny, trzymającego w długich palcach szklankę z rumem. Uniósł brwi, jakby był zaskoczony faktem, że widzi mnie akurat teraz i akurat tu.

Sam mimowolnie też uniosłem brwi. Skąd ja się tu wziąłem? Na dalekiej Kubie, z filiżanką bez kawy przy stoliku, pachnącego perfumami migdałowookiej bogini, a jednocześnie tęskniący za zapachem Twoich włosów, śmiechem naszego syna i smakiem swojskiej jajecznicy na śniadanie...

Człowiek pełen paradoksów. Wypiętrzony przez skrajności niczym Himalaje. Wsiąkający we wszystko czego się tknie niczym tsunami w kilometry wybrzeża Filipin.

Mam kilka swoich koników i żaden się nie znudził.

Zaczęło się od łażenia po Łodzi. I pisania. Z tego wykiełkowała pierwsza książka. Za nią poszły spacery po mieście z mniej lub bardziej sympatycznymi gośćmi. Kupiłem sobie na nie czas, rezygnując z etatu bez wyrzutów sumienia. Blogowanie było wypadkową obu, dzięki czemu stanowiło świetnie uzupełniającą całość, synergiczną wartość. Im więcej pokazywałem kamienic, im więcej słów stukałem w klawiaturę, tym dalej spędzałem coraz dłuższe urlopy. Raz samemu, raz z Kubą (nomen omen), raz z Tobą, a najczęściej we troje.


Równie mocno co spacery i Ciebie kocham dolce far niente. Palący alkohol wieczorem, mocna kawa na śniadanie, literatura strona po stronie i sto tysięcy zachodów Słońca, w które chcę się gapić. Umiesz, Skarbie, wybaczać jak nikt inny, więc kradzież tych kilkuset spojrzeń obcych kobiet już dawno wybaczyłaś. Biegam w rytm nieśpiesznych werbli i Bóg wie ile to już kilometrów, ile to maratonów?

Machnąłem na barmana, pokazując gestem, że łyknąłbym jeszcze szklaneczkę rumu, którego notabene nie lubię. Ouzo też nie lubię poza Grecją. Tylko porto wchodzi mi wszędzie. Senność zaczynała wygrywać i z kawą i z moją, latami trenowaną, odpornością na zasypianie przed świtem.

Umoczyłem usta w przyjemnie palącym rumie. Kiedy rówieśnicy wciąż miotali się między paraliżującym paradoksem wyboru, a późnym rodzicielstwem ja miałem wysiłek daleko za sobą. Pot wsiąkł w ziemię z której wyrosły cudowne kwiaty. Warto było odpuścić przedwczoraj, popracować wczoraj, żeby lenić się dziś i mieć do czego wrócić jutro.

Chcąc nie chcąc, nawet pragnąc Bóg wie jak bardzo wolności, żeby gdzieś dojść trzeba iść, w gruncie rzeczy, po sznurku. Stawiać cegła po cegle, od fundamentów, aż po sam sufit. I budować jeden piękny dom, zamiast kilkunastu szop (chociaż każda w innym, unikatowym stylu!).

I kiedy położysz ostatnią dachówkę, będziesz mógł popatrzeć na rozgwieżdżone niebo ze swojego pokoju na poddaszu, o którym zawsze marzyłeś. Napijesz się kawy o 4 rano w nadbrzeżnej knajpce na Kubie. Wbiegniesz na metę piątego, dziesiątego, aż wreszcie setnego maratonu.


Po prostu pracuj, pracuj, pracuj. Nie ma innej kolejności, tylko trud i triumf.

Wypiłem resztę rumu jednym haustem. Rzuciłem banknot na ladę i wyszedłem z knajpy. A co było dalej? Nie wiem. Napiszę Wam kiedy dopracuję się tej kawy na Kubie.

wtorek, 3 maja 2016

Ogień

Czarna, cieniutka kurtka z groteskowo olbrzymim logo umbro połyskiwała w świetle latarni, dając pozory tego, że woda po niej spływa i ani kropla nie przesiąka do wewnątrz. Niestety - przemiękła już po kilku pierwszych sekundach w deszczu. Deszczu, który, należy nadmienić, lał nieprzerwanie od co najmniej dwudziestu dni. Miasto w milczeniu tonęło pod hektolitrami życiodajnej wody, sparaliżowane siłą żywiołu.

Mało kto w tamtych dniach ruszał się z domu, jeśli nie musiał. Większość lokali usługowych zamykało się "do odwołania", bo po 5 dobach bez odwiedzin ani jednego klienta każdy przedsiębiorca potykał się o próg opłacalności. Zresztą i tak pracownicy solidarnie zostawali w domach, wybierając suche ubrania, zamiast mokrych banknotów wypłaty.

http://sowa777.fotek.pl/fotka-92484
Żeby było zabawniej, temperatury utrzymywały się na równym poziomie dwudziestu kilku stopni. Namiastka tropikalnej pory deszczowej w samym sercu umiarkowanej strefy klimatycznej.

Dlatego ubierając się do wyjścia, a robił to co wieczór, decydował się na bawełniany t-shirt i tą starą, bezużyteczną kurtkę. Szybciej schła, a przy okazji umiejętnie tłumiła wyrzuty sumienia, że można było coś jednak na siebie założyć.

Liście na drzewach zieleniły się soczyście, tego roku wyjątkowo rozpieszczane ciepłem i wilgocią. Tworzyły ciepłą otulinę, dodającą otuchy każdemu kto odważył się kroczyć pośród wpatrzonych w siebie, cuchnących wilgocią kamienic łódzkiego Polesia. W gruncie rzeczy, dzięki wszystkim tym roślinom Mielczarskiego wyglądała całkiem przyjaźnie, a wręcz zachęcająco.


Wsłuchany w narkotyzujący dźwięk bębniących o kałuże kropel odwrócił się w prawo. Nie, to nie były omamy słuchowe - rzeczywiście z jednej z bram dobiegały chrypliwe męskie głosy. W mroku stała grupka lokalnych watażków, którzy - w normalnych warunkach - najprawdopodobniej już próbowaliby zaczepki w jego kierunku. Niestety, wielodniowy opad działał przygnębiająco także na nich, toteż ich zwyczajna jurność była znacznie, ale to znacznie przygaszona.

No i nie było co pić, bo zapasy już dawno się pokończyły, nawet zamknięte sklepy umiejętnie wyczyszczono, ale więcej nie chciało przyjechać. Jakoś ważniejsze okazało się dostarczanie żywności, aniżeli używek. A skoro podaż wymarła, to i popyt wymierał. 

Uśmiechnął się ponuro. Deszcz spłukiwał każdy makijaż i każdą maskę. Odcięci od świata łodzianie, okazywali swoje prawdziwe oblicza. Jeśli w ogóle wystawiali nosy za drzwi własnego cieplutkiego (póki co) mieszkanka.

Apokalipsa? Armageddon? Drugi Potop?

Możliwe, że tak. I tak nikt tego nie wiedział, bo przecież w trakcie końca świata nie pojawi się na niebie napis "TO JUŻ". Ludzkość była być może wystawiana na największą od wieków próbę i w związku z tym nie robiła nic poza wystawaniem w oknie i udawaniem, że jest tak jak być powinno.

Przetarł twarz z wody i pokręcił głową. Skąd u niego ten katastrofizm, defetyzm i pesymizm? Prawda była taka, że takiego deszczu nikt się nie spodziewał i kilka prężnie (dotychczas) działających nitek tego cywilizacyjnego ekosystemu po prostu nawaliło. Przestanie padać i wszystko wróci do normy.


Jemu akurat nie zależało na tym, żeby przestało padać. Miał jak i po co żyć. Wraz z grupą podobnych sobie ludzi, trwonili swoją doczesność niezależnie od tego co działo się za oknem. Na to nie mieli wpływu, więc energię wykorzystywali tylko na to, co kształtować mogli swoimi dłońmi. Na muzykę, malarstwo, literaturę, a czasem, kiedy było już bardzo ciemno i bardzo późno na taniec i prokreację. Żyli prosto i zostawiali na kałużach ślady, jakich inni nie zostawiali nawet na świeżo wylanym betonie. Odciskali swoje dłonie, niczym szamani w jaskiniach, kilka tysięcy lat temu.

Wciągnął do nosa ciężkie, lepkie powietrze, obrzydliwie wilgotne i pełne oleistego zapachu kwitnących drzew. Zapach, zdaje się, ambrozji. Spojrzał przed siebie, stojąc na środku jezdni 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Krzyknął głośno, unosząc wysoko ramiona. Zdjął kaptur i radośnie podbiegł do parterowej kamieniczki. Zza okien już pobrzmiewały spontanicznie uderzane bębny.

Nacisnął na klamkę drewnianych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie. Nie skrzypiały, bo regularnie o nie dbali. Stare nie znaczy popsute. Światło uderzyło go w oczy. Musiał przymknąć oczy, zanim przyzwyczaił się do jasności. Potężny, brodaty mężczyzna z szerokim uśmiechem i sentymentalnym spojrzeniem wyszedł mu naprzeciw. 

- Już się bałem, że się potopiłeś! - zawołał przyjemnym basem i uścisnął dłoń przybysza.
- Panta rhei. - odpowiedział, odwzajemniając uśmiech - A skoro tak, to nic na tym świecie nie może utonąć.

Brodacz zmarszczył brwi.

- Jak zwykle nie mam pojęcia o co ci chodzi, ale dobrze cię widzieć. - skwitował. Co wieczór powtarzał wszystkim przybywającym, że dobrze ich widzieć. Dzięki temu, co wieczór czuli się dobrze. Bo się widzieli.

Przybysz sięgnął do kieszeni i skrzywił się, rozczarowany. 

- Znowu to samo. A myślałem, że dzisiaj się uda. - powiedział, wyjmując z kieszeni przemokniętą do cna bibułkę pełną zawilgotniałej zawartości.

- Nie martw się o nic. Wczorajszy zdążył wyschnąć. - odparł brodacz, a w jego oczach zapłonął ogień. Podał przybyszowi suchusieńkiego jointa i zapałki.

Tamten skinął głową i przyjął podarek. Brodacz odszedł bez słowa. Przybysz zamknął oczy, włożył jointa do ust i zapalił go. Wciągnął dym do płuc i zrobił kilka kroków do przodu. Otworzył oczy i zobaczył duże pomieszczenie, pełne rozgadanych i roześmianych głów. Uśmiechnął się i wypuścił powietrze. 

Nie było już deszczu, nocy i śmierci. Płonął ogień, a dzień nie schodził z nieboskłonu.


wtorek, 26 kwietnia 2016

Rewolucje

Dziś dotarły do mnie dwie takie płytki. 


Zgodnie z moim planem uzupełniania dyskografii i kupowania dwóch płyt każdego miesiąca. Pal sześć, że obie to reedycje. Pal sześć, że Zapiski Typa kupiłem za karygodne 17,99 (Piotrek, wybacz). Najważniejsze, że w końcu mam je na nośniku na jaki zasługują. W oryginalnym opakowanku i z prężącym się dumnie na półce grzbietem.

Mes to Mes, klasyka gatunku, każdy kto choć odrobinę siedzi w "branży" wie jaka to jest mocna pozycja. Jednak dla mnie dużo ważniejsza i znacznie ciekawsza jest druga z nich. 

Album ZESPOŁU Jamal (ten charakterystyczny z miliona refrenów głos to głos Mioda!) to longplay równie rewelacyjny, co nigdy nie doceniony. Całkowicie przyćmiony przemielonym na popowy hit singlem "Policeman", uderza zabarwioną ragga'e i dancehall'em hip-hopową energią w najczystszej postaci. Doskonała pozycja do posłuchania na wakacje, rozgrzewająca na początku i refleksyjnie wyciszająca pod koniec, w sam raz na piwko z kolegami pod drzewem, gdzieś na obrzeżach skwierczącego z gorąca osiedla.

Czemu piszę akurat o tej płycie, mającej swoją drogą już 11 lat? 

Bo znam ją od lat dziesięciu. Od dekady! I jest dla mnie czymś w rodzaju muzycznej pocztówki (albo raczej listu) z tamtych czasów.


Taka sytuacja. Jest, dajmy na to, wtorek. Grupka gimnazjalistów (z 3 klasy, więc kozaczących) przychodzi do szkoły na 11, bo doskonale wiedzą, że po egzaminach obecność na czymkolwiek innym niż na wfie nie ma najmniejszego sensu. Mamy hopla na punkcie futbolu (choć Lewandowski z naszych czasów to sobowtór świnki Pepy, a nie topowy piłkarz globu, lansowany na polskiego Beckhama), a wolna duża sala to kąsek nie do odpuszczenia.

Kiedy wchodzimy do szatni, uważamy żeby nie brzęczeć za głośno butelkami Harnasia. Piwo - legenda tamtych czasów - sponsor Widzewa, kosztuje niecałe dwa złote, ma 6 % i jeszcze można wygrać kolejne w promocji kapslowej! 

Po pograniu nikt nie zbiera się do domu, tym bardziej, że jest trochę po 12. Wypalimy po kilka papierosów w drodze na Mieszczańską i władujemy się kumplowi na chatę. Zawsze ma wolną, a mieszka z 200 metrów od szkoły. Idealnie. Podpinamy pady, włączamy PESa, a z głośników leci Tubaka. Pierwszy utwór z Rewolucji.

Ile takich wieczorów było w te wakacje? Do tego jeszcze mecze Mistrzostw Świata w Niemczech, gorąca pizza i upalne wieczory na Stawach. Cudowny czas...

To wszystko dekadę temu. Gdybyś wtedy powiedział mi, że w dniu kiedy odpalę w domu "Rewolucje" na CeDeku mój syn skończy trzy tygodnie, ja od dwóch lat będę mieszkał w swojej chałupce (dziękuję Rodzice!), ostatni mecz na Widzewie zaliczę trzy lata wcześniej, a z tamtych ludzi nie będę miał kontaktu z nikim i może połowa w ogóle poda mi rękę, to powiedziałbym, że to życiorys kogoś innego. 



Ile się pozmieniało, długo by jeszcze wymieniać. Ludzie, widoki z okna, codzienność, pasje, słownictwo, kobieta, której obrazy przyklejam po wewnętrznej stronie powiek. Zdaje się, że wszystko co się zmienić mogło.

I w istocie tak jest. Zostało mi dzisiaj tylko to co niezmienne. Wszelkie nieujarzmione myśli, zajawki, koncepcje, uczucia i cechy charakteru, które nie istnieją w materialnym świecie, więc żadna materialna siła nie może ich kształtować. I jestem pewien, że za następną dekadę będę mógł napisać dokładnie to samo.

Dlatego nadal kocham futbol i czekam na czerwcowe Mistrzostwa we Francji. Wciąż zerkam jak radzi sobie Widzew. Bez ustanku uwielbiam grać w komputerowe symulatory piłki nożnej. Ciągle lubię wysączyć dobre piwko w upalny dzionek i przegryźć to zamówioną pizzą. Moją pasją jest poszlajać się nocą po parkach i konstruktywnie poobijać (choć dziś przy książce niż przy grze komputerowej), zupełnie jak dziesięć lat temu. 

Tym bardziej cieszę się, że doszło mi kilka takich niewidzialnych "haczyków", o które w razie potrzeby mogę się zaczepić. Mam Dominikę, na której mogę polegać jak na nikim, bo sprawdziliśmy się już przy wielu sztormach. Mam Kubusia, którego kocham bardzo, nawet jeśli on jeszcze nie do końca wie, co to za podłużna twarz z czarnymi kłaczorami na głowie się na niego gapi. Mam Rodziców, którzy odnaleźli siebie i dzięki czemu, łatwiej było znaleźć się nam. 

Kilka rewolucji już wybuchło, większość udało się już dawno temu ugasić. Jednak tej zapisanej w słowach i bitach, od Tubaki po Ja mówię daj 2, nie ugasi, całe szczęście, nic.



niedziela, 20 marca 2016

Kolego...

Siemasz Jezus!

Obiło mi się o uszy, że przyjechałeś dzisiaj do Jerozolimy. W związku z tym uznałem, że warto do Ciebie napisać. Tym bardziej, że mówi się, że w piątek masz umrzeć. Chyba warto się pospieszyć w takim razie...

Właśnie - chciałbym Ci powiedzieć, że szkoda, że mają Cię uśmiercić. Musiałeś być naprawdę fajnym gościem, skoro Twoim pierwszym cudem była zamiana wody w wino. Do dzisiaj to pozostało skuteczną metodą zdobywania szacunku na imprezach - kiedy nikt już nie ma hajsu, a ktoś wyciąga ostatnie dwie dychy na kolejną flaszkę. Ciekawi mnie tylko, czy za Twoich czasów bawili się inaczej, to znaczy czy wtedy bawiliście się dla rozrywki i towarzystwa, czy tak jak dziś - dla lansu, fotek i zniszczenia się co sobotę?

Ach, zapomniałem! Przecież obracasz się wśród Żydów, sam nim jesteś... Sobota to Wasz święty dzień. Żadnej pracy i innych pierdół, tylko pielęgnowanie tradycji. Zazdroszczę, szczerze. Dzisiaj w niedzielę chodzi się dla zabawy do sklepów. Mało kogo obchodzi, że przez to ktoś musi harować - w swój święty dzień.


Pewnie dlatego nikt Was nigdy nie lubił. Dzisiaj też nie znosi się ludzi, którzy mają swoje zdanie i stawiają granice. Jest tyle istotniejszych wartości, na przykład kasa albo sława...

O! A propos kasy! Strasznie ciekawi mnie jak to było z tym Judaszem! Czy rzeczywiście zdradził Cię za worek srebrników, czy może dogadaliście to wcześniej, bo reszta Twojej ekipy nie posłuchałaby Ciebie, że tak trzeba zrobić? Może kiedyś się tego dowiem.

Teraz śmieszy mnie jak "panowie szlachta", zainspirowani płomienną mową klechy w kościele, plują na Judasza, zresztą na Piotra też, a później jadą do swojej hacjendy SUVem kupionym za sowite łapówki. Jemu potrafię wybaczyć, tak jak zresztą nauczałeś przez całe życie. Wyrzuty sumienia zżarły go do cna. Dzisiaj nikt już nie ma sumienia, o wyrzutach nawet nie wspominając.

Tak mi się skojarzyło teraz - co sądzisz na temat Kościoła? Jest jak w tym dowcipie, że mówisz do swojego Taty "pamiętasz to kółko rybackie co założyłem dwa tysiące lat temu? Ono nadal działa!"? Wolałbym żeby tak było. Nie przepadam za tą instytucją.

Wiesz, coś mnie kiedyś tknęło, bo ja strasznie lubię czytać. I pomyślałem sobie - przeczytam Biblię. Całą. I przeczytałem. I już nie chodzi o to, że jakbym miał wpadać z kimś w polemikę o chrześcijaństwie, to nie byłoby o czym gadać, bo niewielu czyta książkę, na której opiera się ich religia. Mierzi mnie co innego. Nie widziałem tam wskazówek typu "stawiajcie wielkie budynki, żeby się tam modlić" albo "ubierajcie się w złocone szaty i pijcie ze złotych kielichów".


No właśnie, więc skąd im się to wzięło? Kurczę, mam do Ciebie mega szacun, że potrafiłeś stanąć nad jeziorem albo w środku miasta i wygłosić fascynującą, pouczającą przemowę. Nie robiło Ci chyba różnicy gdzie to się dzieje? A dziś ktoś mi wmawia, że jak się nie modlę w świątyni, to nie modlę się wcale... Podobno Bóg, czyli (z tego co załapałem) jakby Ty, ale też nie do końca, jesteś(cie) wszędzie. To chyba nie robi różnicy skąd nadaję? Chyba, że w kościołach jest lepszy zasięg, to rozumiem. No ale Wszechmogący, chyba dał zasięg na 100% populacji, nie?

Tak, no tak w ogóle to wierzę w Ciebie i w, jak to się zwykło mawiać, w Boga. Po swojemu, ale sądzę że na tym polega wiara, religia. Na intuicji. Jak pierwiastek mistyczny i niematerialny sprowadzić do racjonalnych reguł, ściśle skodyfikowanych i schowanych za murami świątyni? Mnie to przeszkadza w skupieniu, jak błyszczy mi nad głową złocony ołtarz, duchowny gada tak głośno, że słychać go na zewnątrz, a tłum ludzi klęka na trzy-cztery.

Twój Tato stworzył ten świat, ale uznał, że to bez sensu, żeby tam nikt nie mieszkał na tym pięknym świecie. I stworzył człowieka, na swój obraz i podobieństwo. Skoro na obraz i podobieństwo, to jakoś dziwnie wychodzi, że brakuje nam radości, poczucia humoru, dystansu, współczucia czy współpracy. Część z nas to ma, to znaczy, że Tato też ma. Chyba nie poskąpił reszcie, nie? To raczej nie w jego stylu, skąpić? Ja jakbym miał nieograniczoną moc i zasoby to bym nie skąpił. Po dziesiątym nie skąpię...


Dobrze, że o tym dziesiątym wspomniałem! Dziesięć przykazań jest super! Proste wskazówki, trafią do każdego, bez jakiejś bzdurnej otoczki i kruczków. Nie zabijaj, to nie zabijaj i już. Ja tam staram się tego trzymać. Szkoda, że tylu zrobiło sobie negatyw (może czytali przykazania pod słońce?) i tę upośledzoną wersję traktuje jako manual do życia.

Zaczynam już trochę przynudzać, więc będę kończył, żeby nie zamęczać Cię w ostatnie dni Twojego żywota. W ogóle, to weź powiedz tym swoim uczniom, żeby przekazali dalszej ekipie, że słabe logo sobie wybrali. Mnie jest przykro jak patrzę na Twoje smętne zwłoki wiszące na krzyżu. Po co oni Ci to przypominają, przecież mówią, że Cię kochają? Nie mogli zostawić już tej rybki, którą mieli na początku? Fatalny rebranding!

Na dzisiaj wystarczy. Pogadałbym z Tobą dłużej, serio. Obiecałeś, że wrócisz do nas i ja ogromnie na to czekam! Obawiam się tylko, że Ty już to zrobiłeś, tylko gnijesz w jakimś zapleśniałym lochu CIA, KGB czy innego ChGW, bo byłeś zbyt niebezpieczny dla ustalonego porządku. Albo, co gorsza, znowu Cię zaciukali, bo wzięli Cię za oszołoma, co sobie jaja z poważnej religii robi.

Właśnie, jeszcze tak na koniec! Poważne religie, teraz mi się skojarzyło! Czy któraś z nich namawia do mordowania w jej imię, albo tworzenia profili na facebooku (taki serwis internetowy, jak ktoś nie wie gdzie szukać Boga, to na skróty znajduje facebook) typu "Jebać <nazwa religii>?  Bardziej się ogarniasz w tym temacie, to może mi powiesz? Jak nie będziesz miał głowy, to zrozumiem. Stary i Nowy Testament nic o tym nie wspominają, sprawdzę sobie jeszcze kiedyś Koran i będę miał pełny ogląd.


Jeszcze raz chciałbym, żebyś wiedział, że strasznie mi przykro, że w piątek umrzesz. Trochę ulgi sprawia mi myśl, że robisz to dla dobra ludzkości. Poświęcasz się dla ogółu, imponujące. Niestety dziś, dwa tysiące lat później, niewielu o tym pamięta, a już prawie nikt nie docenia Twojego poświęcenia.

Pozostaje mi tylko swoim życiem dać Ci choć trochę satysfakcji, że nie umarłeś na próżno. I namówić do tego jak najwięcej osób.

Trzymaj się, chociaż wiem, że będzie Ci cholernie ciężko!
Jeśli uda Ci się odpisać, będę ogromnie wdzięczny!
Pozdrowienia z Łodzi do Jerozolimy,
od Mateusza