Pamiętam mój pokój, ciemny prawie jak w nocy, chociaż była to jakaś godzina koło południa. Leżałem na łóżku i nie chciało mi się kompletnie nic. Prawdopodobnie zmagałem się z depresją, ale wtedy nie byłem świadomy, że to może być ta choroba, a poza tym... nigdy nie zdecydowałem się wybrać do specjalisty, żeby potwierdzić czy to faktycznie było to. Dziś nie ma to właściwie żadnego znaczenia. Istotne jest to, że pamiętam siebie całkowicie odrętwiałego, z poczuciem, że niczego nie osiągnąłem i już raczej nie osiągnę. Że zawsze marzyło mi się zrobić coś bardzo dużego i że Dziadek Jasiu mówił, że Mateusz kiedyś zajdzie naprawdę wysoko, a ja go zwyczajnie zawodzę.
I od lutego 2001 roku nie mogę mu powiedzieć o tym, że mi Go naprawdę brakuje. Wnosił do mojego życia beztroską radość, której później bardzo zabrakło, zresztą pewnie nie tylko mnie.
sobota, 20 października 2018
niedziela, 14 października 2018
Kubuś Puchatek
Trwające aż nazbyt długo lato zmotywowało mnie do pójścia na spacer, do lasu. Wysiadłem z auta, dumnie obnosząc się krótkim rękawkiem koszulki, zupełnie tak jakbym tylko ja wiedział, że dziś jest tak ciepło. Zresztą, kto wie, czy to nie jest tak, że tylko ja odczuwam to w ten sposób. Niekiedy mam takie chwile, gdy wydaje mi się, że tylko ja potrafię widzieć świat w ten obleśnie bezpośredni sposób, z czubkiem nosa tworzącym mglistą plamę pośrodku każdego pejzażu i z tymi dłońmi, które podobają się wszystkim, tylko nie mnie i z tym brzuchem i tymi żylastymi stopami. Nie lubię patrzeć na siebie. Wolę patrzeć na Ciebie, kimkolwiek jesteś.
Albo na las.
Albo na las.
środa, 3 października 2018
Szczęście | 40. PZU Maraton Warszawski - relacja
Jest 6.00 w niedzielę. Jestem w środku urlopu. Obudziłem się dosłownie minutę temu, bez budzika. Wyłączyłem go, zanim zaczął dzwonić. Nie powinienem pospać tego dnia dłużej? Zabalować mocniej w sobotę? Wyjechać na koniec świata i położyć się spać o świcie (czyli tego dnia o 6.38, ale to w Łodzi, a nie na końcu świata ;))?
Zdecydowałem, już jakiś czas temu, że nie. Że moim celem będzie zdobycie Korony Maratonów Polskich, a to oznacza przebiegnięcie pięciu maratonów w dwa lata. Pierwszy krok wykonałem (a ze mną oczywiście mój Tata) w Krakowie, 22 kwietnia, w piekielnym upale kończąc 42,195. Byłem trochę rozczarowany tamtym biegiem i swoją dyspozycją, ale wiedziałem, że w taki gorąc i przy takiej trasie (bardzo kiepskiej!) wiele więcej bym nie wyciągnął.
sobota, 29 września 2018
UDOWODNIJ
A co gdyby zamiast mózgu mieć papkę? Kierować się tylko popędami - jeść, pić, wydalać, rozmnażać się. Urodzić się, przewegetować, umrzeć. Szczerze? Wyszłaby z tego całkiem kusząca propozycja, pod warunkiem, że byłoby co jeść, co pić i z kim rozmnażać się. Zostać pierwotniakiem, tylko zamiast nibynóżek mieć prawdziwe nóżki. I generalnie całkiem ambitną fizjonomię.
Cześć, to ja, Mateusz. Chłopak dość rozsądny, żeby ogarniać swoje to i owo. Doświadczyłem kilku nieprzyjemnych rzeczy, które siedzą mi głęboko w głowie do dziś. Nie chcę porównywać się z innymi, bo skali traum i cierpienia nie da się w żaden sposób zmiarkować. I tak każdy uważa, że jego ból i rany są najgłębsze. Prawda jest taka, że organizm leczy się i regeneruje w zadziwiający sposób, często bez żadnej ingerencji z zewnątrz, a przeciążonego umysłu... cóż, nie sposób doprowadzić do porządku nawet latami.
Cześć, to ja, Mateusz. Chłopak dość rozsądny, żeby ogarniać swoje to i owo. Doświadczyłem kilku nieprzyjemnych rzeczy, które siedzą mi głęboko w głowie do dziś. Nie chcę porównywać się z innymi, bo skali traum i cierpienia nie da się w żaden sposób zmiarkować. I tak każdy uważa, że jego ból i rany są najgłębsze. Prawda jest taka, że organizm leczy się i regeneruje w zadziwiający sposób, często bez żadnej ingerencji z zewnątrz, a przeciążonego umysłu... cóż, nie sposób doprowadzić do porządku nawet latami.
niedziela, 23 września 2018
Spróbujmy tego, Skarbie
Siedziałem w nieco pretensjonalnej, ale ostatecznie nie najgorszej knajpie i popijałem ciemne ale leżakowane w beczce po whisky. Miało doskonały wiśniowo - czekoladowy posmak i byłem bardzo zadowolony z barmana, który mi zaproponował ten bezkompromisowy trunek. Zająłem miejsce na wysokim krześle przy długim blacie pod oknem. Przez kilka chwil zerkałem za witrynę, obserwując twarze płynące ulicą, przy której nie da się zatrzymać, czyli Piotrkowską. Jeśli, ktoś uważa, że w tym mieście nie ma żadnej przyzwoitej rzeki to znaczy, że nigdy nie popłynął na Pietrynie.
czwartek, 6 września 2018
Niewysłane listy
Spójrz na Księżyc. Znasz go na pamięć, prawda? Słońce i Ziemia pozwalają Ci zobaczyć go jednego dnia w całości, innego nie widać go wcale, ale zawsze jest to jedna i ta sama facjata. Co znajduje się po jego ciemnej stronie? Ja chciałbym wiedzieć, ale... czy wystarczyłoby mi odwagi na to, żeby tam zajrzeć?
Boję się wysokości, a najbardziej - spadania. Zawsze przeraża mnie wizja, tego że, gdyby coś poszło nie tak, leciałbym w dół tej przestrzeni, która otwiera się tuż pod moimi stopami. Mimo to wydaje mi się, że naprawdę uwielbiam wystawiać swoją odwagę na próbę. Uwielbiam wspinać się na góry, włazić na punkty widokowe i wjeżdżać windami na najwyższe piętra. Do dziś pamiętam jak bardzo pociły mi się dłonie kiedy zbliżałem się do szyby we wrocławskim Sky Tower. Mimo to, postawiłem swoje stopy na brzegu.
Boję się wysokości, a najbardziej - spadania. Zawsze przeraża mnie wizja, tego że, gdyby coś poszło nie tak, leciałbym w dół tej przestrzeni, która otwiera się tuż pod moimi stopami. Mimo to wydaje mi się, że naprawdę uwielbiam wystawiać swoją odwagę na próbę. Uwielbiam wspinać się na góry, włazić na punkty widokowe i wjeżdżać windami na najwyższe piętra. Do dziś pamiętam jak bardzo pociły mi się dłonie kiedy zbliżałem się do szyby we wrocławskim Sky Tower. Mimo to, postawiłem swoje stopy na brzegu.
wtorek, 28 sierpnia 2018
37
37. Mam wrażenie, że gdyby zapytać maratończyków o pierwszą liczbę, jaka kojarzy im się z królewskim biegiem, to podaliby właśnie tą. Nie 42 (i 195 metrów), ale właśnie 37. Owiane złą sławą. Legendarne. Dlaczego?
37 kilometr to najczęstsze miejsce występowania tzw. "ściany". Człowiekowi odcina prąd, kumulują się zmęczenie, ból, a umysł w żadnym wypadku nie pracuje racjonalnie. W nogach jest już na tyle dużo, że cierpienie jest gigantyczne, a do mety wciąż daleko, wciąż pięć długich kilometrów.
Pozornie straszne przeżycie, ale realizowanie takich wielkich, długodystansowych celów ma swoje plusy. Przychodzi taki absolutnie wyjątkowy moment, kiedy umysł zaczyna się wyłączać. Nie ma myśli. Nie odbiera się bodźców. Jest tylko muzyka - biały szum, jaki gra krew sunąca w tętnicach i żyłach w rytm werbla - serca.
37 kilometr to najczęstsze miejsce występowania tzw. "ściany". Człowiekowi odcina prąd, kumulują się zmęczenie, ból, a umysł w żadnym wypadku nie pracuje racjonalnie. W nogach jest już na tyle dużo, że cierpienie jest gigantyczne, a do mety wciąż daleko, wciąż pięć długich kilometrów.
Pozornie straszne przeżycie, ale realizowanie takich wielkich, długodystansowych celów ma swoje plusy. Przychodzi taki absolutnie wyjątkowy moment, kiedy umysł zaczyna się wyłączać. Nie ma myśli. Nie odbiera się bodźców. Jest tylko muzyka - biały szum, jaki gra krew sunąca w tętnicach i żyłach w rytm werbla - serca.
niedziela, 19 sierpnia 2018
Eraser
Siedziałem na wzgórzu, zerkając na zachód. Było już ciemno. Chmury przykrywały wątły jeszcze księżyc tak, jakby były zwiniętą, jedwabną chustką rzuconą na lampkę. Wilgoć wolno odparowywała z asfaltowej alejki biegnącej za moimi plecami. Do nosa dostawał mi się zapach burzy, która minęła dwie godziny temu, zostawiając po sobie ciszę i nieco liści, brutalnie zerwanych z drzew jeszcze przed wrześniem. Starałem się... naprawdę starałem się zatrzymać gonitwę myśli, która znów nie pozwalała mi zasypiać w nocy i znajdować skupienie w dzień.
Dotarłem do momentu, z którego kompletnie nie potrafiłem się wydostać. Uświadomiłem sobie gdzieś między snem o zawalonym domu, wielotygodniowym błaganiem o to bym obudził się po zaśnięciu, a pierwszą metą czterdziestu dwóch, że jedynym lekarstwem jest nieustanne działanie na pełnej mocy. Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś zacznę gapić się w przestrzeń, rozważając czy możliwe jest, żeby mój mózg się roztopił, jak kawałek gównianego plastiku nad kuchenką gazową.
Dotarłem do momentu, z którego kompletnie nie potrafiłem się wydostać. Uświadomiłem sobie gdzieś między snem o zawalonym domu, wielotygodniowym błaganiem o to bym obudził się po zaśnięciu, a pierwszą metą czterdziestu dwóch, że jedynym lekarstwem jest nieustanne działanie na pełnej mocy. Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś zacznę gapić się w przestrzeń, rozważając czy możliwe jest, żeby mój mózg się roztopił, jak kawałek gównianego plastiku nad kuchenką gazową.
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Dziewięć
9 lat. Trochę ironiczny jest fakt, że piszę te słowa mniej więcej rok po ostatnim spotkaniu z pewną osobą, którą poznałem dwa miesiące później niż Dominikę. Nasunęło mi się to skojarzenie, przez cytat, którym się wtedy posłużyłem (z "Ziemi, ojczyzny ludzi" Sain-Exupery'ego):
"W rzeczywistości nic nigdy nie zastąpi utraconego towarzysza. Nie można sobie stworzyć dawnych kolegów. Nic nie zrównoważy skarbu tylu wspólnych wspomnień, tylu złych chwil razem przeżytych, tylu wzajemnych waśni, pogodzeń i odruchów serca. (...) Jeżeli posadzimy dąb, na próżno spodziewalibyśmy się rychłego schronienia pod jego listowiem.".
"W rzeczywistości nic nigdy nie zastąpi utraconego towarzysza. Nie można sobie stworzyć dawnych kolegów. Nic nie zrównoważy skarbu tylu wspólnych wspomnień, tylu złych chwil razem przeżytych, tylu wzajemnych waśni, pogodzeń i odruchów serca. (...) Jeżeli posadzimy dąb, na próżno spodziewalibyśmy się rychłego schronienia pod jego listowiem.".
Skwar, bicykl i... Stolec | Stolec - Wieluń - Osjaków - Stolec | [WŁÓCZYKIJ #25]
Czasem tak bywa, że chociaż człowiekowi się nie chce to pewne rzeczy robi. Zazwyczaj nazywa się to etatem (ho, ho, ho ależ tłusty żart na wejściu!), ale niekiedy też można maltretować się także w wolnym czasie. Ja zazwyczaj karmię swojego wewnętrznego masochistę bieganiem maratonów (w co wliczam także przygotowania do tychże), ale niekiedy wykraczam poza te ramy. Tak było i tym razem, kiedy zawoziłem Dominikę do pracy w... miejscowości Filipole. Mam wątpliwość co do używania nazwy "miejscowość" nie dlatego, że to taka podła miejscówka, ale dlatego, że ta osada to dosłownie kilka domów, malowniczo położonych pośród pól i lasów. Dosłownie.
Wystawiłem pasażerkę za drzwi, następnie wyciągnąłem z auta rower, zawiesiłem na szyi aparat, poprawiłem troczki w plecaku, wsunąłem mapę pod linki przy ramie i... witaj przygodo. Miałem gigantycznego smaka na jakąś wyprawę po regionie, a z drugiej strony - znałem prognozę pogody na ten dzień (już o 8.30, kiedy ruszałem, było naprawdę gorąco - dalej tylko gorzej) i marzyłem o błogim lenistwie na kanapie, a nie dokładaniu sobie dodatkowego obciążenia. Cóż, Filipole to naprawdę śliczny zakątek świata. Jeśli nie zaczynać w tak wyjątkowych okolicznościach, to gdzie?
Wystawiłem pasażerkę za drzwi, następnie wyciągnąłem z auta rower, zawiesiłem na szyi aparat, poprawiłem troczki w plecaku, wsunąłem mapę pod linki przy ramie i... witaj przygodo. Miałem gigantycznego smaka na jakąś wyprawę po regionie, a z drugiej strony - znałem prognozę pogody na ten dzień (już o 8.30, kiedy ruszałem, było naprawdę gorąco - dalej tylko gorzej) i marzyłem o błogim lenistwie na kanapie, a nie dokładaniu sobie dodatkowego obciążenia. Cóż, Filipole to naprawdę śliczny zakątek świata. Jeśli nie zaczynać w tak wyjątkowych okolicznościach, to gdzie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
