Czasem tak bywa, że chociaż człowiekowi się nie chce to pewne rzeczy robi. Zazwyczaj nazywa się to etatem (ho, ho, ho ależ tłusty żart na wejściu!), ale niekiedy też można maltretować się także w wolnym czasie. Ja zazwyczaj karmię swojego wewnętrznego masochistę bieganiem maratonów (w co wliczam także przygotowania do tychże), ale niekiedy wykraczam poza te ramy. Tak było i tym razem, kiedy zawoziłem Dominikę do pracy w... miejscowości Filipole. Mam wątpliwość co do używania nazwy "miejscowość" nie dlatego, że to taka podła miejscówka, ale dlatego, że ta osada to dosłownie kilka domów, malowniczo położonych pośród pól i lasów. Dosłownie.
Wystawiłem pasażerkę za drzwi, następnie wyciągnąłem z auta rower, zawiesiłem na szyi aparat, poprawiłem troczki w plecaku, wsunąłem mapę pod linki przy ramie i... witaj przygodo. Miałem gigantycznego smaka na jakąś wyprawę po regionie, a z drugiej strony - znałem prognozę pogody na ten dzień (już o 8.30, kiedy ruszałem, było naprawdę gorąco - dalej tylko gorzej) i marzyłem o błogim lenistwie na kanapie, a nie dokładaniu sobie dodatkowego obciążenia. Cóż, Filipole to naprawdę śliczny zakątek świata. Jeśli nie zaczynać w tak wyjątkowych okolicznościach, to gdzie?