Nie chcę żebyście go źle oceniali. Nie chciałbym też, żebym zarysował go jako kompletnego outsidera odklejonego od rzeczywistości, bo mam tendencję do przedstawiania bohaterów w ten sposób. W gruncie rzeczy to dobry chłopak chociaż ja nie do końca rozumiem jego postawę. Może kiedy spiszę tę historię przyjdzie mi to nieco łatwiej.
W szkole średniej, ze względu na jego powierzchowność, został ochrzczony przez kumpli jako "Francuz". Zawsze nosił ciasno przylegające sweterki w odcieniach beżu, palił długie i cienkie papierosy, a do świata zwracał się nonszalancko z podszyciem arogancji i impertynencji. Zasłyszawszy kiedyś ten cytat mówił, że pachnie jak Paryż, chociaż nigdy tam nie był.
poniedziałek, 6 lutego 2017
wtorek, 31 stycznia 2017
Bez złudzeń | Pabianice | [WŁÓCZYKIJ #2]
Lubicie "Grę o tron"? Ja miałem moment fascynacji książkami, który równie szybko mi przeszedł, co się zaczął. Serialu obejrzałem dwa odcinki.
Jednakowoż tron kojarzyć się powinien dość jednoznacznie z królami. Jeśli ktoś widzi w tym słowie inny kontekst, to prawdopodobnie jest całkiem normalny, ale skupmy się jednak na władcach. Co decyduje o tym, że najwięksi (z historycznego punktu widzenia; realnie najczęściej kurduple jak ja) odnoszą porażki podczas realizacji swoich ponadczasowych planów? Czemu przegrali Napoleon, Hitler czy chociażby Mózg (ten od Pinkiego)?
Pycha.
Jednakowoż tron kojarzyć się powinien dość jednoznacznie z królami. Jeśli ktoś widzi w tym słowie inny kontekst, to prawdopodobnie jest całkiem normalny, ale skupmy się jednak na władcach. Co decyduje o tym, że najwięksi (z historycznego punktu widzenia; realnie najczęściej kurduple jak ja) odnoszą porażki podczas realizacji swoich ponadczasowych planów? Czemu przegrali Napoleon, Hitler czy chociażby Mózg (ten od Pinkiego)?
Pycha.
środa, 25 stycznia 2017
Banał | Starowa Góra - Gadka Stara - Rzgów | [WŁÓCZYKIJ #1]
Zanurzyłem łyżeczkę w termicznym kubku i wyłowiłem szczura po herbacie. Gapiąc się beznamiętnie za okno rzuciłem mokry woreczek na deskę do krojenia. To co działo się na zewnątrz wyglądało równie żałośnie, co te rozmaślone trociny earl greya zamknięte w woreczku. Mgła, plucha i gdzieniegdzie wystająca spod śniegu gliniasta ziemia nie zachęcały do wyjścia. Oczywiście dwa tygodnie wcześniej było prześlicznie, wręcz zjawiskowo. Fajnie, że wtedy leżałem na łóżku i zdychałem na 37 stopni gorączki. Wiecie, cierpienie tak duże, że bóle porodowe prawie się do tego zbliżają.
Czubata łyżeczka miodu, kilka kropel soku z cytryny, zamieszałem niedbale (reszta wymiesza się po drodze) i byłem gotowy do wyjścia. Papier w jaki zawinąłem dwie kanapki szeleścił na dnie plecaka, kiedy wkładałem do niego butelkę z wodą. "Ubierz się ciepło" zawołała Dominika, więc ubrałem się tak jak zawsze.
Czubata łyżeczka miodu, kilka kropel soku z cytryny, zamieszałem niedbale (reszta wymiesza się po drodze) i byłem gotowy do wyjścia. Papier w jaki zawinąłem dwie kanapki szeleścił na dnie plecaka, kiedy wkładałem do niego butelkę z wodą. "Ubierz się ciepło" zawołała Dominika, więc ubrałem się tak jak zawsze.
środa, 21 grudnia 2016
Nie przyszło
Siedziałem w pustej przydworcowej spelunie. Papieros dopalał się w popielniczce, a ja patrzyłem na kształty jakie tworzył dym. Nie wiem czy dużo jest takich lokali w tym kraju, a jak są to pewnie otwierają je od 6 do 14. I pewnie nie serwują tam piwa.
Wychodzi na to, że miałem szczęście.
Wziąłem łyk Tyskiego, czy jakiegoś innego koncernowego chłamu, nie pamiętam dokładnie. Nie zamierzałem narzekać. Po prostu miałem ochotę napić się czegoś zimnego i gazowanego, więc padło na piwo. Zerknąłem przez zadziwiająco czystą witrynę. Chłodne światło latarni padało na szary chodnik. Wszystko to było tak sterylne, że wydawało mi się, że czuję w powietrzu zapach spirytusu użytego do dezynfekcji.
Co jakiś czas po torach śmigały pociągi. Rzadko który się tu zatrzymywał. I do żadnego nie zamierzałem wsiadać. Przyszedłem tutaj na spotkanie, więc czekałem na tę drugą osobę. Nie wiedziałem kiedy konkretnie ma się zjawić. Po prostu trwoniłem kolejne minuty sącząc piwo i gapiąc się na te cholerne esy-floresy z papierosa.
Rozmyślałem.
Wychodzi na to, że miałem szczęście.
Wziąłem łyk Tyskiego, czy jakiegoś innego koncernowego chłamu, nie pamiętam dokładnie. Nie zamierzałem narzekać. Po prostu miałem ochotę napić się czegoś zimnego i gazowanego, więc padło na piwo. Zerknąłem przez zadziwiająco czystą witrynę. Chłodne światło latarni padało na szary chodnik. Wszystko to było tak sterylne, że wydawało mi się, że czuję w powietrzu zapach spirytusu użytego do dezynfekcji.
Co jakiś czas po torach śmigały pociągi. Rzadko który się tu zatrzymywał. I do żadnego nie zamierzałem wsiadać. Przyszedłem tutaj na spotkanie, więc czekałem na tę drugą osobę. Nie wiedziałem kiedy konkretnie ma się zjawić. Po prostu trwoniłem kolejne minuty sącząc piwo i gapiąc się na te cholerne esy-floresy z papierosa.
Rozmyślałem.
czwartek, 15 grudnia 2016
Dwie świątynie
Marek Hłasko na końcu swojej powieści "Następny do raju" napisał, że autorzy dodają do książek wstępy, aby ustawić czytelników, a posłowia po to, żeby się Czytelnikowi usprawiedliwić. Moja, "Dwie świątynie" ani wstępu, ani posłowia nie zawiera. Ustawiać nikogo nie zamierzam, jednak odczuwam potrzebę wytłumaczenia się Wam i podzielenia kilkoma informacjami na jej temat.
Dlatego zapraszam do lektury niniejszego wpisu. Inspirując się nieco zabawą słowem Gałczyńskiego czy Tuwima, potraktujcie to jako wstęposłowie. Może zachęci Was ono do przeczytania mojej książki, a może wyjaśni co nieco i pozwoli ją lepiej zrozumieć. Poza tym rzadko o niej mówiłem i pisałem, więc dedykuje te kilka słów wszystkim tym, którzy wiedzieć chcieli, dopytywali się, a ja milczałem twardo jak skała.
Dlatego zapraszam do lektury niniejszego wpisu. Inspirując się nieco zabawą słowem Gałczyńskiego czy Tuwima, potraktujcie to jako wstęposłowie. Może zachęci Was ono do przeczytania mojej książki, a może wyjaśni co nieco i pozwoli ją lepiej zrozumieć. Poza tym rzadko o niej mówiłem i pisałem, więc dedykuje te kilka słów wszystkim tym, którzy wiedzieć chcieli, dopytywali się, a ja milczałem twardo jak skała.
sobota, 3 grudnia 2016
Trauma
Zimne światło jarzeniówki oświetlało zieloną warstwę olejnej farby na tej obowiązkowej w każdym szpitalu lamperii. Siedziałem na ławce z trzema plastikowymi siedziskami. Znacie to, prawda? Sytuację tępego oczekiwania na nie wiadomo co w szpitalu też, nie?
Znalazłem dziś dziecko w śmietniku.
Znalazłem dziś dziecko w śmietniku.
piątek, 18 listopada 2016
Sub
Skryty pod nienaturalnie olbrzymim kapturem mężczyzna stał opary o filar wiaduktu. Dosłownie kilkanaście centymetrów od niego woda miarowo kapała do brudnej kałuży. Podniosłem wzrok, chcąc potwierdzić pewne przypuszczanie. Istotnie - krople sączyły się z absurdalnie prawdziwego i obrzydliwie nie pasującego tu stalaktytu. Cóż, chemii, fizyce nie robi różnicy czy działają w środowisku naturalnym czy antropogenicznym.
Błysk pomarańczowego światła rozświetlił twarz mężczyzny. Właśnie zapalił zapałkę i zbliżył ją do twarzy. Chwilę później jego facjata zniknęła i widać było tylko żarzący się punkt - podpaloną końcówkę papierosa.
Błysk pomarańczowego światła rozświetlił twarz mężczyzny. Właśnie zapalił zapałkę i zbliżył ją do twarzy. Chwilę później jego facjata zniknęła i widać było tylko żarzący się punkt - podpaloną końcówkę papierosa.
niedziela, 13 listopada 2016
Tradycja
Przejechałem Sycylię z Matthew Fortem! To znaczy... Ekhm. On przejechał. Ja usadowiłem się wygodnie na kanapie zamiast na poduszce Vespy i wcieliłem się w skórę sympatycznego jegomościa z Wielkiej Brytanii. Siła literatury!
"Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny." to druga część włoskiej przygody Anglika. O pierwszej pisałem w dawnych czasach (to był mój trzeci wpis na tym blogu!).
Wtedy sądziłem, że "Apetyt na Italię" był ciekawą lekturą, ale chyba nie potrafiłem jej docenić do końca. Z czasem zacząłem nabierać do tej książki coraz większej sympatii. Wreszcie, wiedząc, że nadszedł czas na lekturę sequela, myślałem sobie "łaaał, to druga część tej rewelacyjnej książki o Włoszech!". Jak wino...
"Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny." to druga część włoskiej przygody Anglika. O pierwszej pisałem w dawnych czasach (to był mój trzeci wpis na tym blogu!).
Wtedy sądziłem, że "Apetyt na Italię" był ciekawą lekturą, ale chyba nie potrafiłem jej docenić do końca. Z czasem zacząłem nabierać do tej książki coraz większej sympatii. Wreszcie, wiedząc, że nadszedł czas na lekturę sequela, myślałem sobie "łaaał, to druga część tej rewelacyjnej książki o Włoszech!". Jak wino...
poniedziałek, 24 października 2016
Chleb
Słońce leniwie wypełzało zza kamienic na Piotrkowskiej. Był wczesny, niedzielny, sierpniowy poranek. Ulica była wyjątkowo, nawet jak na tę porę, opustoszała. Jedynie dwóch mężczyzn siedziało w ogródku jednej z kafejek i sączyło czarną kawę z białych filiżanek. Cały czas spokojnie rozmawiali.
- Szykuje się gorący dzień. - stwierdził jeden z nich, wyższy jegomość, w okularach i koszuli z krótkim rękawem.
- Też tak sądzę. - odparł drugi, krępy, w luźnym t-shircie z jakimś randomowym wzorem. - Powietrze już pachnie upałem. Którą to mamy godzinę, Paweł? - zapytał. Tamten zerknął na srebrny zegarek, który wisiał mu na szczupłej, lewej dłoni.
- Dwadzieścia po szóstej. Grzesiek, pytałeś się mnie o to jakieś dziesięć minut temu! - zaperzył się Paweł. Tamten machnął ręką.
- Masz rację. Dziwnie się czuję, bez telefonu w kieszeni i to dlatego.
piątek, 21 października 2016
Coś o bieganiu
Wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania. Takiego, wiecie, bez wymówek, odpuszczania co drugiego treningu i wmawiania sobie, że forma jeszcze zdąży przyjść, choć zostały dwa tygodnie do startu. Zamierzam ciężko przepracować zimę i sprawdzić się w kwietniu w łódzkim maratonie. Tak docelowo marzy mi się w dwa lata zejść z mojego 3:28 na 3:15, a na 30 urodziny (Boże kochany, mam realne plany na to co zrobię po trzydziestce...) "pyknąć" 3 godziny. Oprócz tego, w międzyczasie koniecznie chcę zaliczyć jeden maraton z Kubusiem i po głowie chodzi mi choć jeden, mały, nawet osiedlowy triathlon.
Zna ktoś jakieś osiedlowe triathlony, dla takich jak ja, co chcieliby wszystko, ale ich doba nadal ma 24 godziny?
W związku z tym, że wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania, to na treningach daję odpłynąć myślom. Jedną z pierwszych było: dawno nie pisałem nic o bieganiu. Muszę napisać coś o bieganiu.
Zna ktoś jakieś osiedlowe triathlony, dla takich jak ja, co chcieliby wszystko, ale ich doba nadal ma 24 godziny?
W związku z tym, że wróciłem do (mam nadzieję) poważniejszego biegania, to na treningach daję odpłynąć myślom. Jedną z pierwszych było: dawno nie pisałem nic o bieganiu. Muszę napisać coś o bieganiu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)