niedziela, 19 czerwca 2016

Zrób sobie prezent

Udając, że nie pamiętam o tym ni chu chu (chociaż wszyscy wiedzą, że do terminów ważnych wydarzeń mam pamięć w zasadzie niezawodną) przyjąłem ze zdziwieniem sms od mbanku, że już w sobotę będę za stary na ich konto dla młodych i muszę do nich zajrzeć w celu ogarnięcia konta dla wyrośniętych dzieci, czyli wszystkich szanownych ludzi powyżej 26 roku życia.

Boże, jakie długie zdanie wstępu. Ale ja lubię rozpędzać się powoli.

Co miałem zrobić, pojechałem do tego mbanku. Najgorsze jest to, że piszę Wam, że nie zapominam, a jednak zapomniałem i gnałem w czwartek, na ostatnią chwilę. Może zapomniałem ze względu na wiek? Na miejscu zdenerwowałem się, bo musiałem długo czekać i wiedziałem, że nie zdążę na pierwszą połowę Anglia - Walia. Tak, zapłaciłem Solorzowi stówkę, bo jestem uzależniony od futbolu. I tak, pretensje mogę mieć tylko do siebie.

Nerwy, wydawanie stówy na taką bzdurę jak transmisje i przyznawanie się do winy (publicznie!), to na bank kwestia wieku!

Doczekałem się. Wziął mnie do pokoju pan (ze względu na wiek nie brzmi to niebezpiecznie) i zachęcił, żeby usiąść. Zerknąłem PRZYPADKIEM na jego name-tag... eee... wizytówkę przypiętą do marynarki. Oooo. Zastępca dyrektora. Traktują mnie poważnie. Ale zastępcę może obsługiwać tylko zastępca, prawda?

Muszę przyznać, że ogarnął misję, łechtając moje ego, dając mi konto z PLUS w nazwie. Rozumiecie, mam za darmo bankomaty everywhere i wpływy na tyle duże, żeby nie płacić za konto ani złotówki! Dorobiłem się. Z wiekiem.

Ciach. Ciach. Ciach.

Wstałem sobie dziś (a w zasadzie wczoraj, ale brzmi efektowniej) i pomyślałem - MAM URODZINY, ALE FAJNIE. Wiedziałem, że:

a) to będzie fajny dzień, bo każdy będzie robił to co ja sobie zażyczę.
b) dostanę prezenty, co jest super fajne.
c) napiję się piwa, obejrzę mecze i zrobię jeszcze coś innego i Dominika jeszcze się będzie uśmiechać, bo to 'w końcu Twój dzień!'

I było fajnie. Wskoczyłem w czas, kiedy najbliższe bilety ulgowe dostanę za minimum 40 lat, ale i tak było fajnie. Latali wokół mnie jak służba. Syn był grzeczny. Dominika nie (ale to na plus, gdyby młodsi czytelnicy nie wiedzieli). Szwagier spragniony piwa (udam, że tylko dziś). Siostra i Teściówka chętne do zajęcia się Kubą ("oglądaj sobie, spoko!"). Dostałem na prezent 11 wybornych piw. Obejrzałem mecze, poczytałem książkę, a teraz siedzę sobie i piszę bez wyrzutów sumienia.

Fajnie jest być dużym!

Ciach. Ciach. Ciach.

Egoista ze mnie, co? Egoista i egocentryk, dodam. Pazera, menda i niewdzięcznik. Myśl sobie dalej tak. I proś swojego boga, jakkolwiek go zwiesz, żeby:

a) zabrał mnie to co mam
b) oddał Tobie.

Ja padam na kolana przed moim i nie przestaję dziękować. Bez ściemy - ze łzami w oczach.

Gdybym mógł cofnąć czas pewnie nic bym nie zmienił,
26 lat chodzę sam po tej ziemi.

Tak nawijał Gural w 2008 (2005? data nawijki, czy premiery ważniejsza?). Miałem ten kawałek mega długo na dzwonku w telefonie. Kojarzy mi się doskonale, a najbardziej z czerwonym escortem, gnającym w niedzielne popołudnie przez Łódź, ku stolicy chilloutu - Wągrom.

Słucham go właśnie teraz. I innych jemu podobnych, z tamtych cudownych dni.

Ile węzłów wtedy się zawiązało, ile się rozwiązało, ile motyli zatrzepotało, żeby dziś wywołać trzęsienie ziemi - nie pomnę. Ale szybko zleciało i to 8 lat od wtedy i te 26 od początku.

Wszystko co mam dziś, WSZYSTKO co dziś cieszyło mnie, w moje urodziny, było moim najlepszym prezentem. Zrobiłem go sobie sam, jak prawdziwy egoista.

Po kolei:

1. Zawsze pierwsza i najpierwsza Dominika. Znalazłem Cię gdzieś na świecie, a potem zabrałem na piwo i rozmowę, które trwają do dziś. Było cudownie, później beznadziejnie, wręcz tragicznie, było zawsze pod wiatr i zawsze pod górę, a dziś jest nadal pod wiatr i pod górę, ale mamy przeciwko temu odpowiedź. Czworo rąk to już wiatr na sztorm. Prawie Cię straciłem, ale dzięki temu czuję, że wciąż prawie Cię mam, dzięki czemu mogę Cię co dzień na nowo zdobywać. Tylko dzięki temu wiem, że może to trwać, aż po wieczność. Nie wyrzucam. Naprawiam.

2. Kuba. Po prostu. Chociaż jesteś naszym dziełem, dziękuję Ci Synu, że jesteś.

3. Rodzice. Nie było Was dziś u mnie i wiele razy kiedy Was potrzebowałem, chociaż koniec końców dałem sobie radę. Za to byliście ZAWSZE, kiedy rady bym sobie bez Was nie dał. Dlatego "tylko" sms i "tylko" telefon są dla mnie AŻ. Bo to znaczy, że wciąż Was mam. A nigdy nie wiem kiedy będzie nie "dziś", a "ZAWSZE".

4. Przyjaciele. Żadnego z Was nie lubię. Denerwujecie mnie po równo, każdy na swój sposób. Jeden, bo jest sobą i mnie to drażni, bo go nie zmienię. Drugi z tego samego powodu, co poprzedni. A trzeci, bo - patrz punkt pierwszy. No i jeszcze okazuje się, że gdzieś z tyłu chowa się czwarty. Niby nikt, ale raz na, bez mała, siedem lat, potrafi dać niezłego kopa. Dziękuję Wam, głąby!

5. Muzyka. Znalazłem ją sobie sam, poznałem ją sam i rozumiem ją, na swój sposób, chyba tylko ja jeden na świecie. Dla jednych pesymistyczna i głupia, dla innych w ogóle nie muzyka, a dla reszty - zabawka, która fajnie brzęczy w uszach. Bez rapu byłbym nikim. A wolę być w tym świecie sam, niż być nikim. Zresztą... są takie chwile w których będziesz sam, nieważne ile naokoło ludzi.
PS Ciekawe ilu z Was klika w te linki, które namiętnie wklejam i słucha całości tego co wrzucam? Ja sam?

6. Literatura. Zmieściłaś każdego, od Mareczka i J.R.R.'a, przez Lema, Orwella, Bułhakowa czy Dostojewskiego, po Rowling, Milne'a, Sienkiewicza i Bóg wie kogo jeszcze. Dobrej książki nigdy mi za wiele. Miernej, jeśli szczerej, zresztą też nie. Szanuję wszystkich Twoich synów. Proszę uszanuj też mnie.

No właśnie. OFICJALNIE (nieco między wierszami, ale przy okazji sprawdzę, jak uważnie mnie czytacie). Przy współpracy z Novae Res wydaję swoją debiutancką powieść "Dwie świątynie". Premiera - gdzieś na przełomie października i listopada.

7. Sport. Ukończone maratony. Mistrzostwa Widzewa, Polaków, nie-Polaków, ale faworytów, cudowne rozgrywki, wielkie emocje i jeszcze większe rozczarowania. Tak jak bez rapu byłbym nikim, bez literatury nie miałbym co robić, tak bez sportu byłbym pusty i nie miał ani procenta obecnego charakteru.

Ciach. Ciach. Ciach.

Wyszło mi podsumowanie życia, a miało być podsumowanie prezentu. Ale co mam zrobić, skoro życie jest dla mnie najlepszym prezentem? Największy skarb na prawdę dostajemy za friko.

A co dostałem?

Póki co - kilkanaście piwek, koszulkę która bardzo mi się podoba, lot paralotnią (aaaaaaa, boję się!), a jutro (dziś :)) pewnie kasę i tyle.

Vanitas et vanitatum et omnia vanitas.

Miłego dnia.

niedziela, 5 czerwca 2016

Wsiąkam

Chociaż była 4 nad ranem, dopijałem kawę, samotnie trwając przy stoliku i gapiąc się w ocean. Fale migotały złocistymi płatkami, odbijając błyski iskier z ogniska, nieustannie podtrzymywanego przez grupę zdeterminowanych nastolatków. Cudownie było patrzeć na nich, nagich wobec siebie, nieskrępowanych ani jedną fałszywą nutą cierpienia. Pili, rozmawiali, krzyczeli. Co jakiś czas uciekali w mrok nabrzeża dać upust swoim tak wyraźnym skrajnościom. Biegli do cienia przybić stempel miłości, albo wbić nóż nienawiści. Umieli jeszcze żyć tym tak mocno, że nic na świecie nie rosło większe, od tych uczuć pielęgnowanych w ich sercach.

Chłodny, o tej porze, wiatr niósł ze sobą słono-słodki zapach zakwitłego morza i przegnitego drewna prosto z majaczącej w oddali uśpionej mariny.

https://mishahillier.com/
Kawa była przepyszna, ognisko trzaskało, a tysięczna latynoska, która mogłaby zostać kobietą mojego życia, dawno spała w objęciach innego typka, wciąż jednak mając smak moich ust na swoim podniebieniu. Wybacz, Słońce, niby mogę, ale jednak dalej od pocałunku nie odważę się zawędrować. Wybacz, Słońce, nie mogę, ale jednak odważam się na pocałunki.

Kofeina nie mogła zmyć przyjemnej pajęczyny, która kładła się na moich oczach, gdy gapiłem się w ognisko. Chociaż tkwiłem daleko od Ojczyzny, na Karaibach, widziałem w tych płomieniach wieczory z Karkonoszy, Bieszczadów, Niskiego, Tresty czy Jastrzębiej. Równie długie, równie nostalgiczne i równie ulotne.

Gitara smęciła w tle, jak zawsze gdy gdzieś w pobliżu tlił się ogień. Zachciało mi się usiąść z Tobą w Kredensie i, po znakomitej Alla Bascaioli z oliwą peperoncino, wypić o dwa kieliszki wina za dużo. Zwyczajnie tęskniłem. Nie ma podróży bez tęsknoty, bo żeby podróżować trzeba dokądś wyjść i chcieć dokądś wrócić. Donikąd można tylko błądzić.


Ostatnia kropla kawy wsiąkła w moją, wysuszoną alkoholem, tytoniem i wiatrem, wargę. Zerknąłem na zegarek. 4.17. Rozejrzałem się po nigdy nie pustoszejącej knajpce. Wciąż kręciło się tu sporo ludzi. Napotkałem spojrzenie młodego, ciemnoskórego mężczyzny, trzymającego w długich palcach szklankę z rumem. Uniósł brwi, jakby był zaskoczony faktem, że widzi mnie akurat teraz i akurat tu.

Sam mimowolnie też uniosłem brwi. Skąd ja się tu wziąłem? Na dalekiej Kubie, z filiżanką bez kawy przy stoliku, pachnącego perfumami migdałowookiej bogini, a jednocześnie tęskniący za zapachem Twoich włosów, śmiechem naszego syna i smakiem swojskiej jajecznicy na śniadanie...

Człowiek pełen paradoksów. Wypiętrzony przez skrajności niczym Himalaje. Wsiąkający we wszystko czego się tknie niczym tsunami w kilometry wybrzeża Filipin.

Mam kilka swoich koników i żaden się nie znudził.

Zaczęło się od łażenia po Łodzi. I pisania. Z tego wykiełkowała pierwsza książka. Za nią poszły spacery po mieście z mniej lub bardziej sympatycznymi gośćmi. Kupiłem sobie na nie czas, rezygnując z etatu bez wyrzutów sumienia. Blogowanie było wypadkową obu, dzięki czemu stanowiło świetnie uzupełniającą całość, synergiczną wartość. Im więcej pokazywałem kamienic, im więcej słów stukałem w klawiaturę, tym dalej spędzałem coraz dłuższe urlopy. Raz samemu, raz z Kubą (nomen omen), raz z Tobą, a najczęściej we troje.


Równie mocno co spacery i Ciebie kocham dolce far niente. Palący alkohol wieczorem, mocna kawa na śniadanie, literatura strona po stronie i sto tysięcy zachodów Słońca, w które chcę się gapić. Umiesz, Skarbie, wybaczać jak nikt inny, więc kradzież tych kilkuset spojrzeń obcych kobiet już dawno wybaczyłaś. Biegam w rytm nieśpiesznych werbli i Bóg wie ile to już kilometrów, ile to maratonów?

Machnąłem na barmana, pokazując gestem, że łyknąłbym jeszcze szklaneczkę rumu, którego notabene nie lubię. Ouzo też nie lubię poza Grecją. Tylko porto wchodzi mi wszędzie. Senność zaczynała wygrywać i z kawą i z moją, latami trenowaną, odpornością na zasypianie przed świtem.

Umoczyłem usta w przyjemnie palącym rumie. Kiedy rówieśnicy wciąż miotali się między paraliżującym paradoksem wyboru, a późnym rodzicielstwem ja miałem wysiłek daleko za sobą. Pot wsiąkł w ziemię z której wyrosły cudowne kwiaty. Warto było odpuścić przedwczoraj, popracować wczoraj, żeby lenić się dziś i mieć do czego wrócić jutro.

Chcąc nie chcąc, nawet pragnąc Bóg wie jak bardzo wolności, żeby gdzieś dojść trzeba iść, w gruncie rzeczy, po sznurku. Stawiać cegła po cegle, od fundamentów, aż po sam sufit. I budować jeden piękny dom, zamiast kilkunastu szop (chociaż każda w innym, unikatowym stylu!).

I kiedy położysz ostatnią dachówkę, będziesz mógł popatrzeć na rozgwieżdżone niebo ze swojego pokoju na poddaszu, o którym zawsze marzyłeś. Napijesz się kawy o 4 rano w nadbrzeżnej knajpce na Kubie. Wbiegniesz na metę piątego, dziesiątego, aż wreszcie setnego maratonu.


Po prostu pracuj, pracuj, pracuj. Nie ma innej kolejności, tylko trud i triumf.

Wypiłem resztę rumu jednym haustem. Rzuciłem banknot na ladę i wyszedłem z knajpy. A co było dalej? Nie wiem. Napiszę Wam kiedy dopracuję się tej kawy na Kubie.

wtorek, 3 maja 2016

Ogień

Czarna, cieniutka kurtka z groteskowo olbrzymim logo umbro połyskiwała w świetle latarni, dając pozory tego, że woda po niej spływa i ani kropla nie przesiąka do wewnątrz. Niestety - przemiękła już po kilku pierwszych sekundach w deszczu. Deszczu, który, należy nadmienić, lał nieprzerwanie od co najmniej dwudziestu dni. Miasto w milczeniu tonęło pod hektolitrami życiodajnej wody, sparaliżowane siłą żywiołu.

Mało kto w tamtych dniach ruszał się z domu, jeśli nie musiał. Większość lokali usługowych zamykało się "do odwołania", bo po 5 dobach bez odwiedzin ani jednego klienta każdy przedsiębiorca potykał się o próg opłacalności. Zresztą i tak pracownicy solidarnie zostawali w domach, wybierając suche ubrania, zamiast mokrych banknotów wypłaty.

http://sowa777.fotek.pl/fotka-92484
Żeby było zabawniej, temperatury utrzymywały się na równym poziomie dwudziestu kilku stopni. Namiastka tropikalnej pory deszczowej w samym sercu umiarkowanej strefy klimatycznej.

Dlatego ubierając się do wyjścia, a robił to co wieczór, decydował się na bawełniany t-shirt i tą starą, bezużyteczną kurtkę. Szybciej schła, a przy okazji umiejętnie tłumiła wyrzuty sumienia, że można było coś jednak na siebie założyć.

Liście na drzewach zieleniły się soczyście, tego roku wyjątkowo rozpieszczane ciepłem i wilgocią. Tworzyły ciepłą otulinę, dodającą otuchy każdemu kto odważył się kroczyć pośród wpatrzonych w siebie, cuchnących wilgocią kamienic łódzkiego Polesia. W gruncie rzeczy, dzięki wszystkim tym roślinom Mielczarskiego wyglądała całkiem przyjaźnie, a wręcz zachęcająco.


Wsłuchany w narkotyzujący dźwięk bębniących o kałuże kropel odwrócił się w prawo. Nie, to nie były omamy słuchowe - rzeczywiście z jednej z bram dobiegały chrypliwe męskie głosy. W mroku stała grupka lokalnych watażków, którzy - w normalnych warunkach - najprawdopodobniej już próbowaliby zaczepki w jego kierunku. Niestety, wielodniowy opad działał przygnębiająco także na nich, toteż ich zwyczajna jurność była znacznie, ale to znacznie przygaszona.

No i nie było co pić, bo zapasy już dawno się pokończyły, nawet zamknięte sklepy umiejętnie wyczyszczono, ale więcej nie chciało przyjechać. Jakoś ważniejsze okazało się dostarczanie żywności, aniżeli używek. A skoro podaż wymarła, to i popyt wymierał. 

Uśmiechnął się ponuro. Deszcz spłukiwał każdy makijaż i każdą maskę. Odcięci od świata łodzianie, okazywali swoje prawdziwe oblicza. Jeśli w ogóle wystawiali nosy za drzwi własnego cieplutkiego (póki co) mieszkanka.

Apokalipsa? Armageddon? Drugi Potop?

Możliwe, że tak. I tak nikt tego nie wiedział, bo przecież w trakcie końca świata nie pojawi się na niebie napis "TO JUŻ". Ludzkość była być może wystawiana na największą od wieków próbę i w związku z tym nie robiła nic poza wystawaniem w oknie i udawaniem, że jest tak jak być powinno.

Przetarł twarz z wody i pokręcił głową. Skąd u niego ten katastrofizm, defetyzm i pesymizm? Prawda była taka, że takiego deszczu nikt się nie spodziewał i kilka prężnie (dotychczas) działających nitek tego cywilizacyjnego ekosystemu po prostu nawaliło. Przestanie padać i wszystko wróci do normy.


Jemu akurat nie zależało na tym, żeby przestało padać. Miał jak i po co żyć. Wraz z grupą podobnych sobie ludzi, trwonili swoją doczesność niezależnie od tego co działo się za oknem. Na to nie mieli wpływu, więc energię wykorzystywali tylko na to, co kształtować mogli swoimi dłońmi. Na muzykę, malarstwo, literaturę, a czasem, kiedy było już bardzo ciemno i bardzo późno na taniec i prokreację. Żyli prosto i zostawiali na kałużach ślady, jakich inni nie zostawiali nawet na świeżo wylanym betonie. Odciskali swoje dłonie, niczym szamani w jaskiniach, kilka tysięcy lat temu.

Wciągnął do nosa ciężkie, lepkie powietrze, obrzydliwie wilgotne i pełne oleistego zapachu kwitnących drzew. Zapach, zdaje się, ambrozji. Spojrzał przed siebie, stojąc na środku jezdni 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Krzyknął głośno, unosząc wysoko ramiona. Zdjął kaptur i radośnie podbiegł do parterowej kamieniczki. Zza okien już pobrzmiewały spontanicznie uderzane bębny.

Nacisnął na klamkę drewnianych drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie. Nie skrzypiały, bo regularnie o nie dbali. Stare nie znaczy popsute. Światło uderzyło go w oczy. Musiał przymknąć oczy, zanim przyzwyczaił się do jasności. Potężny, brodaty mężczyzna z szerokim uśmiechem i sentymentalnym spojrzeniem wyszedł mu naprzeciw. 

- Już się bałem, że się potopiłeś! - zawołał przyjemnym basem i uścisnął dłoń przybysza.
- Panta rhei. - odpowiedział, odwzajemniając uśmiech - A skoro tak, to nic na tym świecie nie może utonąć.

Brodacz zmarszczył brwi.

- Jak zwykle nie mam pojęcia o co ci chodzi, ale dobrze cię widzieć. - skwitował. Co wieczór powtarzał wszystkim przybywającym, że dobrze ich widzieć. Dzięki temu, co wieczór czuli się dobrze. Bo się widzieli.

Przybysz sięgnął do kieszeni i skrzywił się, rozczarowany. 

- Znowu to samo. A myślałem, że dzisiaj się uda. - powiedział, wyjmując z kieszeni przemokniętą do cna bibułkę pełną zawilgotniałej zawartości.

- Nie martw się o nic. Wczorajszy zdążył wyschnąć. - odparł brodacz, a w jego oczach zapłonął ogień. Podał przybyszowi suchusieńkiego jointa i zapałki.

Tamten skinął głową i przyjął podarek. Brodacz odszedł bez słowa. Przybysz zamknął oczy, włożył jointa do ust i zapalił go. Wciągnął dym do płuc i zrobił kilka kroków do przodu. Otworzył oczy i zobaczył duże pomieszczenie, pełne rozgadanych i roześmianych głów. Uśmiechnął się i wypuścił powietrze. 

Nie było już deszczu, nocy i śmierci. Płonął ogień, a dzień nie schodził z nieboskłonu.


wtorek, 26 kwietnia 2016

Rewolucje

Dziś dotarły do mnie dwie takie płytki. 


Zgodnie z moim planem uzupełniania dyskografii i kupowania dwóch płyt każdego miesiąca. Pal sześć, że obie to reedycje. Pal sześć, że Zapiski Typa kupiłem za karygodne 17,99 (Piotrek, wybacz). Najważniejsze, że w końcu mam je na nośniku na jaki zasługują. W oryginalnym opakowanku i z prężącym się dumnie na półce grzbietem.

Mes to Mes, klasyka gatunku, każdy kto choć odrobinę siedzi w "branży" wie jaka to jest mocna pozycja. Jednak dla mnie dużo ważniejsza i znacznie ciekawsza jest druga z nich. 

Album ZESPOŁU Jamal (ten charakterystyczny z miliona refrenów głos to głos Mioda!) to longplay równie rewelacyjny, co nigdy nie doceniony. Całkowicie przyćmiony przemielonym na popowy hit singlem "Policeman", uderza zabarwioną ragga'e i dancehall'em hip-hopową energią w najczystszej postaci. Doskonała pozycja do posłuchania na wakacje, rozgrzewająca na początku i refleksyjnie wyciszająca pod koniec, w sam raz na piwko z kolegami pod drzewem, gdzieś na obrzeżach skwierczącego z gorąca osiedla.

Czemu piszę akurat o tej płycie, mającej swoją drogą już 11 lat? 

Bo znam ją od lat dziesięciu. Od dekady! I jest dla mnie czymś w rodzaju muzycznej pocztówki (albo raczej listu) z tamtych czasów.


Taka sytuacja. Jest, dajmy na to, wtorek. Grupka gimnazjalistów (z 3 klasy, więc kozaczących) przychodzi do szkoły na 11, bo doskonale wiedzą, że po egzaminach obecność na czymkolwiek innym niż na wfie nie ma najmniejszego sensu. Mamy hopla na punkcie futbolu (choć Lewandowski z naszych czasów to sobowtór świnki Pepy, a nie topowy piłkarz globu, lansowany na polskiego Beckhama), a wolna duża sala to kąsek nie do odpuszczenia.

Kiedy wchodzimy do szatni, uważamy żeby nie brzęczeć za głośno butelkami Harnasia. Piwo - legenda tamtych czasów - sponsor Widzewa, kosztuje niecałe dwa złote, ma 6 % i jeszcze można wygrać kolejne w promocji kapslowej! 

Po pograniu nikt nie zbiera się do domu, tym bardziej, że jest trochę po 12. Wypalimy po kilka papierosów w drodze na Mieszczańską i władujemy się kumplowi na chatę. Zawsze ma wolną, a mieszka z 200 metrów od szkoły. Idealnie. Podpinamy pady, włączamy PESa, a z głośników leci Tubaka. Pierwszy utwór z Rewolucji.

Ile takich wieczorów było w te wakacje? Do tego jeszcze mecze Mistrzostw Świata w Niemczech, gorąca pizza i upalne wieczory na Stawach. Cudowny czas...

To wszystko dekadę temu. Gdybyś wtedy powiedział mi, że w dniu kiedy odpalę w domu "Rewolucje" na CeDeku mój syn skończy trzy tygodnie, ja od dwóch lat będę mieszkał w swojej chałupce (dziękuję Rodzice!), ostatni mecz na Widzewie zaliczę trzy lata wcześniej, a z tamtych ludzi nie będę miał kontaktu z nikim i może połowa w ogóle poda mi rękę, to powiedziałbym, że to życiorys kogoś innego. 



Ile się pozmieniało, długo by jeszcze wymieniać. Ludzie, widoki z okna, codzienność, pasje, słownictwo, kobieta, której obrazy przyklejam po wewnętrznej stronie powiek. Zdaje się, że wszystko co się zmienić mogło.

I w istocie tak jest. Zostało mi dzisiaj tylko to co niezmienne. Wszelkie nieujarzmione myśli, zajawki, koncepcje, uczucia i cechy charakteru, które nie istnieją w materialnym świecie, więc żadna materialna siła nie może ich kształtować. I jestem pewien, że za następną dekadę będę mógł napisać dokładnie to samo.

Dlatego nadal kocham futbol i czekam na czerwcowe Mistrzostwa we Francji. Wciąż zerkam jak radzi sobie Widzew. Bez ustanku uwielbiam grać w komputerowe symulatory piłki nożnej. Ciągle lubię wysączyć dobre piwko w upalny dzionek i przegryźć to zamówioną pizzą. Moją pasją jest poszlajać się nocą po parkach i konstruktywnie poobijać (choć dziś przy książce niż przy grze komputerowej), zupełnie jak dziesięć lat temu. 

Tym bardziej cieszę się, że doszło mi kilka takich niewidzialnych "haczyków", o które w razie potrzeby mogę się zaczepić. Mam Dominikę, na której mogę polegać jak na nikim, bo sprawdziliśmy się już przy wielu sztormach. Mam Kubusia, którego kocham bardzo, nawet jeśli on jeszcze nie do końca wie, co to za podłużna twarz z czarnymi kłaczorami na głowie się na niego gapi. Mam Rodziców, którzy odnaleźli siebie i dzięki czemu, łatwiej było znaleźć się nam. 

Kilka rewolucji już wybuchło, większość udało się już dawno temu ugasić. Jednak tej zapisanej w słowach i bitach, od Tubaki po Ja mówię daj 2, nie ugasi, całe szczęście, nic.



niedziela, 20 marca 2016

Kolego...

Siemasz Jezus!

Obiło mi się o uszy, że przyjechałeś dzisiaj do Jerozolimy. W związku z tym uznałem, że warto do Ciebie napisać. Tym bardziej, że mówi się, że w piątek masz umrzeć. Chyba warto się pospieszyć w takim razie...

Właśnie - chciałbym Ci powiedzieć, że szkoda, że mają Cię uśmiercić. Musiałeś być naprawdę fajnym gościem, skoro Twoim pierwszym cudem była zamiana wody w wino. Do dzisiaj to pozostało skuteczną metodą zdobywania szacunku na imprezach - kiedy nikt już nie ma hajsu, a ktoś wyciąga ostatnie dwie dychy na kolejną flaszkę. Ciekawi mnie tylko, czy za Twoich czasów bawili się inaczej, to znaczy czy wtedy bawiliście się dla rozrywki i towarzystwa, czy tak jak dziś - dla lansu, fotek i zniszczenia się co sobotę?

Ach, zapomniałem! Przecież obracasz się wśród Żydów, sam nim jesteś... Sobota to Wasz święty dzień. Żadnej pracy i innych pierdół, tylko pielęgnowanie tradycji. Zazdroszczę, szczerze. Dzisiaj w niedzielę chodzi się dla zabawy do sklepów. Mało kogo obchodzi, że przez to ktoś musi harować - w swój święty dzień.


Pewnie dlatego nikt Was nigdy nie lubił. Dzisiaj też nie znosi się ludzi, którzy mają swoje zdanie i stawiają granice. Jest tyle istotniejszych wartości, na przykład kasa albo sława...

O! A propos kasy! Strasznie ciekawi mnie jak to było z tym Judaszem! Czy rzeczywiście zdradził Cię za worek srebrników, czy może dogadaliście to wcześniej, bo reszta Twojej ekipy nie posłuchałaby Ciebie, że tak trzeba zrobić? Może kiedyś się tego dowiem.

Teraz śmieszy mnie jak "panowie szlachta", zainspirowani płomienną mową klechy w kościele, plują na Judasza, zresztą na Piotra też, a później jadą do swojej hacjendy SUVem kupionym za sowite łapówki. Jemu potrafię wybaczyć, tak jak zresztą nauczałeś przez całe życie. Wyrzuty sumienia zżarły go do cna. Dzisiaj nikt już nie ma sumienia, o wyrzutach nawet nie wspominając.

Tak mi się skojarzyło teraz - co sądzisz na temat Kościoła? Jest jak w tym dowcipie, że mówisz do swojego Taty "pamiętasz to kółko rybackie co założyłem dwa tysiące lat temu? Ono nadal działa!"? Wolałbym żeby tak było. Nie przepadam za tą instytucją.

Wiesz, coś mnie kiedyś tknęło, bo ja strasznie lubię czytać. I pomyślałem sobie - przeczytam Biblię. Całą. I przeczytałem. I już nie chodzi o to, że jakbym miał wpadać z kimś w polemikę o chrześcijaństwie, to nie byłoby o czym gadać, bo niewielu czyta książkę, na której opiera się ich religia. Mierzi mnie co innego. Nie widziałem tam wskazówek typu "stawiajcie wielkie budynki, żeby się tam modlić" albo "ubierajcie się w złocone szaty i pijcie ze złotych kielichów".


No właśnie, więc skąd im się to wzięło? Kurczę, mam do Ciebie mega szacun, że potrafiłeś stanąć nad jeziorem albo w środku miasta i wygłosić fascynującą, pouczającą przemowę. Nie robiło Ci chyba różnicy gdzie to się dzieje? A dziś ktoś mi wmawia, że jak się nie modlę w świątyni, to nie modlę się wcale... Podobno Bóg, czyli (z tego co załapałem) jakby Ty, ale też nie do końca, jesteś(cie) wszędzie. To chyba nie robi różnicy skąd nadaję? Chyba, że w kościołach jest lepszy zasięg, to rozumiem. No ale Wszechmogący, chyba dał zasięg na 100% populacji, nie?

Tak, no tak w ogóle to wierzę w Ciebie i w, jak to się zwykło mawiać, w Boga. Po swojemu, ale sądzę że na tym polega wiara, religia. Na intuicji. Jak pierwiastek mistyczny i niematerialny sprowadzić do racjonalnych reguł, ściśle skodyfikowanych i schowanych za murami świątyni? Mnie to przeszkadza w skupieniu, jak błyszczy mi nad głową złocony ołtarz, duchowny gada tak głośno, że słychać go na zewnątrz, a tłum ludzi klęka na trzy-cztery.

Twój Tato stworzył ten świat, ale uznał, że to bez sensu, żeby tam nikt nie mieszkał na tym pięknym świecie. I stworzył człowieka, na swój obraz i podobieństwo. Skoro na obraz i podobieństwo, to jakoś dziwnie wychodzi, że brakuje nam radości, poczucia humoru, dystansu, współczucia czy współpracy. Część z nas to ma, to znaczy, że Tato też ma. Chyba nie poskąpił reszcie, nie? To raczej nie w jego stylu, skąpić? Ja jakbym miał nieograniczoną moc i zasoby to bym nie skąpił. Po dziesiątym nie skąpię...


Dobrze, że o tym dziesiątym wspomniałem! Dziesięć przykazań jest super! Proste wskazówki, trafią do każdego, bez jakiejś bzdurnej otoczki i kruczków. Nie zabijaj, to nie zabijaj i już. Ja tam staram się tego trzymać. Szkoda, że tylu zrobiło sobie negatyw (może czytali przykazania pod słońce?) i tę upośledzoną wersję traktuje jako manual do życia.

Zaczynam już trochę przynudzać, więc będę kończył, żeby nie zamęczać Cię w ostatnie dni Twojego żywota. W ogóle, to weź powiedz tym swoim uczniom, żeby przekazali dalszej ekipie, że słabe logo sobie wybrali. Mnie jest przykro jak patrzę na Twoje smętne zwłoki wiszące na krzyżu. Po co oni Ci to przypominają, przecież mówią, że Cię kochają? Nie mogli zostawić już tej rybki, którą mieli na początku? Fatalny rebranding!

Na dzisiaj wystarczy. Pogadałbym z Tobą dłużej, serio. Obiecałeś, że wrócisz do nas i ja ogromnie na to czekam! Obawiam się tylko, że Ty już to zrobiłeś, tylko gnijesz w jakimś zapleśniałym lochu CIA, KGB czy innego ChGW, bo byłeś zbyt niebezpieczny dla ustalonego porządku. Albo, co gorsza, znowu Cię zaciukali, bo wzięli Cię za oszołoma, co sobie jaja z poważnej religii robi.

Właśnie, jeszcze tak na koniec! Poważne religie, teraz mi się skojarzyło! Czy któraś z nich namawia do mordowania w jej imię, albo tworzenia profili na facebooku (taki serwis internetowy, jak ktoś nie wie gdzie szukać Boga, to na skróty znajduje facebook) typu "Jebać <nazwa religii>?  Bardziej się ogarniasz w tym temacie, to może mi powiesz? Jak nie będziesz miał głowy, to zrozumiem. Stary i Nowy Testament nic o tym nie wspominają, sprawdzę sobie jeszcze kiedyś Koran i będę miał pełny ogląd.


Jeszcze raz chciałbym, żebyś wiedział, że strasznie mi przykro, że w piątek umrzesz. Trochę ulgi sprawia mi myśl, że robisz to dla dobra ludzkości. Poświęcasz się dla ogółu, imponujące. Niestety dziś, dwa tysiące lat później, niewielu o tym pamięta, a już prawie nikt nie docenia Twojego poświęcenia.

Pozostaje mi tylko swoim życiem dać Ci choć trochę satysfakcji, że nie umarłeś na próżno. I namówić do tego jak najwięcej osób.

Trzymaj się, chociaż wiem, że będzie Ci cholernie ciężko!
Jeśli uda Ci się odpisać, będę ogromnie wdzięczny!
Pozdrowienia z Łodzi do Jerozolimy,
od Mateusza

poniedziałek, 29 lutego 2016

Plaża

Gęsta mgła spowijała wybrzeże, szczelnie zasłaniając światło gwiazd i księżyca. Chociaż widoczność i tak była nikła, zamknąłem oczy. Powoli wciągałem nosem wilgotne powietrze, czując odkładającą się na końcu podniebienia morską sól. Kostka brukowa pod gołymi stopami była zimna, wywołując przyjemne kłucie. 

Podniosłem powieki. Z klifu trudno było określić czy na dole rzeczywiście znajduje się morze. Nie było szans na ujrzenie go, a mgła tłumiła szum fal. Równie dobrze mogłyby tak szumieć liście na drzewach. Mogłyby, bo powietrze stało nieruchomo.

Skręciłem w prawo i, kierując się bardziej przeczuciem niźli zmysłami, znalazłem drewniane schody prowadzące w dół klifu. Powinienem stąpać ostrożnie, bo wyślizgane stopnie pokryte były jeszcze warstewką wody. Bez pośpiechu zszedłem na dół. Ani razu nie musiałem łapać równowagi. Może dlatego, że szedłem rozluźniony? Gdybym przy każdym kroku skupiał się na tym, gdzie mam postawić stopę, na pewno bym się poślizgnął.

Zeskoczyłem z ostatniego stopnia i piasek pod stopami przyjemnie chrupnął. Skorupka, która utworzyła się na wierchu była zimna i wilgotna, ale pod spodem zachowała się resztka dziennego ciepła. Chociaż może to było tylko ulotne wrażenie?

Zrobiłem kilka kroków przed siebie, ledwo słysząc szum nieznacznie poruszającej się wody. Bałtyk spał tej nocy, otulony kołdrą mgły. Nie niepokoiło go nic, ani wiatr, ani deszcz, ani - póki co - ludzie. Święty spokój i uspokajająca samotność. Było nam obu dobrze.

Dopiero z metra udało mi się zobaczyć mojego milczącego towarzysza. Płaska tafla wody, wydawała się być zamarznięta, tak bardzo była nieruchoma. Nieczęsty widok nad morzem. 

Piasek na brzegu był znacznie cieplejszy. Woda cały czas trzymała temperaturę, która już dawno uleciała z kapryśnego gruntu. Bez zastanowienia wszedłem w morze, dając zanurzyć się po kolana. Zmąciłem, rzecz jasna, nienaruszalną zdawałoby się powierzchnię Bałtyku. Wybacz przyjacielu, że chwilkę Ci pomieszam. W swoim ogromie, pewnie i tak nie zauważysz tej jednej mróweczki, czerpiącej radość z Twojej obecności.

Kilka minut pobrodziłem przy brzegu, aż poczułem delikatny powiew wiatru. Obróciłem się na wschód i znów wciągnąłem powietrze, jak przed kilkoma minutami. Pora usiąść i odprężyć się. Wyszedłem z wody i położyłem się na piasku. Ciuchy szybko przesiąkły wilgocią i chłodem. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie - pomogło mi to w jakiś sposób zjednoczyć się z ziemią, na której leżałem. 

Wiatr wzmagał się coraz bardziej i częściej udawało mi się zauważyć gwiazdy między strzępami mgły. Niebo z bezbarwnego (bo czerń to przecież brak koloru, tak jak pustka to brak materii, a cisza brak dźwięku), zaczynało na wschodzie nabierać najpierw grafitowego, a później szarego odcienia. Wiało już mocno, kiedy Bałtyk zaczął wybudzać się ze snu. Jeszcze kilka godzin minie, zanim rozhuśta się na dobre.

Mówiłem coś o pustce i ciszy? Wiatr hulał po mojej głowie wypłukanej z jakichkolwiek myśli. Jedyne co docierało do mojej świadomości, to fizyczne bodźce. Dotyk rozpędzonego zimnego powietrza na policzku. Zimno na plecach. Swędzenie nóg, od piasku który przywarł do stóp i łydek po mojej krótkiej kąpieli. Teraz sądzę, że nie różniłem się wtedy niczym od drzewa, które kilkanaście metrów za mną skrzypiało, uginane przez kolejne podmuchy budzącej się bryzy.

Zwinnie obróciłem się na plecach, twarzą skierowaną na wschód. Jak Żyd, pochowany na zapomnianym cmentarzu, kilka tysięcy kilometrów od swojej Ziemi Obiecanej. Mgła zniknęła jak na życzenie. Na wschodniej stronie nieba szarość przeobrażała się w cudowny sposób w błękit. Nigdy nie byłbym w stanie określić, w którym momencie następowała ta zmiana, ale byłem absolutnie pewny, że zachodziła.

Kilka metrów ode mnie, tuż nad powierzchnią wody, przeleciało kilka mew, krzykliwie skrzecząc. Jakby zwiastowały zbliżające się wydarzenie. 

I rzeczywiście. Kilka sekund później, na moich oczach, na linii horyzontu doszło do przełamania. Doskonałą równowagę między wodą, a niebem zaburzyło powoli, ale z niemiłosierną konsekwencją wyłaniające się Słońce.

Jego zjawiskowa tarcza powiększała się w każdym ułamku sekundy, dając coraz więcej światła i ciepła. Krajobraz zaczynał nabierać kolorów, jakby ktoś wypełniał każdy widziany przeze mnie element pigmentem, wyciągniętym na noc, żeby nie wyblakł. W końcu musiałem, niechętnie, odwrócić wzrok. Ból spowodowany nadmiarem światła stał się nie do zniesienia, choć był na swój sposób przyjemny.

Zamknąłem oczy, ciesząc się z ciepła promieni Słońca ogrzewających moje nieco już zmarznięte ciało. Co za przyjemność! Jakby topniała lodowa skorupa, która zebrała się na powierzchni mojego ciała i w mięśniach.

Usłyszałem głosy po prawej stronie.

- No i spóźniliśmy się!
- Super... Nie wiem po co wstawaliśmy tak wcześnie...
- I tak jest fajnie, daj spokój.
- Fajnie, fajnie... Miałem ochotę sobie pospać.

Krzyczały do siebie cztery osoby, przekonane, że są same na plaży i pewnie na całym świecie. Podniosłem się z piasku i rozprostowałem zastałe kości. Zamilkli na chwilę, widząc kogoś innego. Do tego szczęściarza, któremu dane było zobaczyć pokaz, na który oni się spóźnili.

Ruszyłem w stronę schodów. Minąłem ich tuż przy wejściu. Uśmiechnąłem się szeroko i szczerze. 

- Dzień dobry! - zagadnąłem wesoło.
- Dzień dobry. - mruknęli.
- Miłego dzionka. Wschodem się nie przejmujcie. Jutro powtórzą pokaz. Pojutrze zresztą też. Próbujcie do skutku. - powiedziałem i z satysfakcją zacząłem wdrapywać się na klif. 

Kiedy doszedłem na górę, Słońce stało już na tyle wysoko, żeby oświetlać zabudowania przede mną. Obejrzałem się za siebie. Morze szumiało już głośno, a piasek nagrzewał się i sechł błyskawicznie. Po mgle nie było śladu. Po ciszy i czerni też. Znów byłem elementem doklejonym do krajobrazu, a nie jego częścią. 

Zamknąłem oczy. Odwróciłem się i zrobiłem kilka kroków. Podniosłem powieki. Widok nie był tak przyjemny jak wcześniej. Zamiast plaży znów miasto.

Inspirowane Eldo - Plaża.

wtorek, 9 lutego 2016

Otwieram

Minutowa wskazówka wyjątkowo leniwie popychała do przodu tą godzinową. W końcu mniejsza z nich łaskawie doczołgała się do 9. Piotrek wyskoczył z pokoju jak sprinter z bloków startowych. Buty ubrał w kilkanaście sekund, ciuchy (te najzwyklejsze, "spacerowe") miał na sobie od 20. Ku zdziwieniu brata przez ostatnią godzinę siedział na brzegu łóżka i, zerkając na zmianę na zegarek i za okno, tupał nogami. W długich spodniach i szerokiej bluzie. "Starsi bracia są dziwaczni" pomyślał młody i zajął się swoimi pierdołami.

Upewniwszy się, że ma ze sobą naładowaną mp3 i klucze do mieszkania, Piotrek wściubił tylko głowę do pokoju rodziców, "Wychodzę, nie wiem o której wrócę" zakomunikował i wymieniwszy jeszcze porozumiewawcze spojrzenie z matką – zwiał, na wolność wyczekiwaną od ładnych kilku godzin. Po powrocie miał nadzieję zastać domowników twardo śpiących. Nie chciał żeby ktokolwiek mu przeszkadzał w twórczym procesie.

Kilkoma szybkimi susami zbiegł z klatki schodowej, przemknął przez podwórko jak cień, tak żeby nie pozostawić nikomu ze znajomych wątpliwości, że nie ma ochoty na rozmowę i w końcu wyszedł z bramy na ulicę. Nie planował konkretnej trasy spaceru, ale wiedział, że ma większą ochotę na towarzystwo bloków niż kamienic.

Skręcił w lewo. Mp3 grała tradycyjnie w losowym trybie. Piotrek czuł się trochę nieswojo, bo ruch na ulicach był dość spory mimo późnej godziny. Musiało minąć kilka minut zanim złapał rytm. Minął famułę, bliźniaczo podobną do tej, w której mieszkał i kolejną. Ślady dawnego miasta w mieście. 

Na drugą famułą rozpościerała się ogromna przestrzeń bez zabudowań. Piotrka zawsze fascynowało skąd taka wyrwa w środku szczelnie zabudowanego miasta. W końcu rozgryzł temat, odkrywając, że ceglany budynek na końcu imperium Poznańskiego był magazynem bawełny. Specjalnie stał w oddaleniu, żeby zminimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się ewentualnego pożaru. Miasto smakuje lepiej, kiedy je rozumiesz.

Widok nad prawym barkiem zmienił się z centrum handlowego na Stary Cmentarz, a w zasadzie okalający go mur. Tu już było znacznie spokojniej, jakby zmarli odpędzali przechodniów i kierowców, domagając się spokoju na wieczór. Piotrek coraz bardziej odpływał i dawał ponosić się krokom i myślom. Pokręcił głową, widząc groteskowo pomalowaną na różowo fasadę kwiaciarni, wkomponowanej w ogrodzenie cmentarza. Ludzie są niewidomi, bez kitu.

Niekończący się mur, w końcu urwał się i znów zrobiło się jakby mniej spokojnie. Tuż za cmentarzem stała samotna kamienica, a za nią, kompletnie z niczego wyrastało chaotyczne blokowisko. Wieżowce stały, każdy w inną stronę, jak klocki porozrzucane przez dziecko – urbanistę. Właśnie w tym labiryncie Piotrek zamierzał znaleźć klucz do rozwikłania koncepcji "Otwieraj!". Odbił w prawo i zanurzył się w cieniu. Serce biło mu mocno od szybkiego marszu i poczucia bezradności wobec przytłaczającego ogromu blokowiska, kompletnie odmiennego od stosunkowo poukładanych kamienic Polesia. 

Z tego wszystkiego zapomniał przesłuchać bitu, jaki dostał od Mińskiego. Na szczęście "szufla" znów go nie zawiodła i poczęstowała słuchawki Piotrka podkładem – energetycznym i pozytywnym, ale z zębem. To znaczy, że kawałek ma być ostrzejszy, pewnie Michał chce pokazać pazur, a razem z pazurem wyprostowany środkowy palec dłoni. Samplowana pętla szybko wkręciła się w uszy Piotrka, zachęcając do składania próbnych wersów, które będzie mógł później wykorzystać przy pisaniu tekstu. 

Kluczył bez celu między blokami i co chwilę odtwarzał podkład od początku. W pewnym momencie, dźwięki powtarzające się niczym mantra wypełniły całkowicie jego umysł, zostawiając miejsce tylko i wyłącznie dla muzyki i myśli, które można przelać na takty głośno brzmiące ze słuchawek. Osiągał stan twórczej niezależności od całego świata, jakby cielesna powłoka znikała i całkowicie zmieniała się w niedotykalną, duchową istotę zdolną jedynie do kreowania. Spacerował kilkanaście centymetrów ponad chodnikiem.

Piotrek zagłębiał się w swoich myślach, tak jak to miał w zwyczaju podczas pisania. Rozpoczynał od hasła, myśli przewodniej, najczęściej składającej się z jednego słowa. Tym słowem, kluczem, otwierał drzwi do kolejnych korytarzy, które układały się w ciągi myśli, skojarzeń, wyobrażeń. Z całości powstawało pozornie niespójne dzieło, ponieważ pierwsze myśli najczęściej miały niewiele wspólnego z tymi końcowymi. Zawsze jednak łączył je jakiś, czasem ledwie dostrzegalny, wspólny mianownik. Detal, który sprawia, że z obserwacji ziarnka piasku, kończymy na tworzeniu gigantycznych, majestatycznych witraży.

Dzisiaj temat narzucił mu Miński. "Otwieraj!"... To brzmi jak polecenie, jak rozkaz. Nie ma w tym zawołaniu ani krzty politowania. Czemu taki ton? Żeby cię obudzić. Wywołać w tobie reakcję. Żebyś zauważył, że masz przed sobą mur, który zabarykadowałeś solidnymi, kutymi wrotami. Zamknąłeś się w twierdzy, której nie zamierzasz opuszczać. Jeśli rzeczywiście tego nie chcesz, to zostań tam, ale najpierw zastanów się czy w ogóle wiesz, że poza twoim bunkrem istnieje zewnętrzny świat. Jesteś świadomy swojego zamknięcia?

Dlatego krzyczę, OTWIERAJ! Hej! Dałeś się zapuszkować i nie ma znaczenia czy zrobiłeś to sam sobie czy ktoś ci w tym pomógł! Poza tymi ścianami, które oglądasz dzień w dzień istnieje coś więcej! Nie musisz tego szukać, jeśli nie chcesz. Miej jednak chociaż tyle odwagi i uświadom to sobie, sobie... 

Moment. A co, tak naprawdę, masz otworzyć? Drzwi od mieszkania? Brzmi to głupio, ale... też. Otwórz swój umysł, siebie, swoje życie na świat. Podnieś roletę i otwórz okno, wychyl się przez nie. Wciągnij nosem zimne powietrze. Popatrz na ludzi, popatrz na świat. Nie rozumiesz go? Dziecko też na początku nie rozumie niczego. Dlatego pyta. Zacznij pytać. Siebie, innych, nieważne. Pytaj – czemu tak, a tak się dzieje, czemu to co widzę z okna wygląda jak wygląda? Nic nie dzieje się bez przyczyny, a nie ma przyczyny, której nie da się wyjaśnić. Ćwicz umysł, wyobraźnię, a będziesz w stanie zrozumieć coraz więcej.

Brakuje ci pytań, albo pomysłu na nie? Może ktoś inny ci je podrzuci? Zacznij rozmawiać. Nie na facebook'u, o tym jak minął wczorajszy melanż, tylko w rzeczywistości. W cztery oczy. Poznawaj ludzi i ich reakcje, a nie tylko wirtualne awatary, które pozwalają grać inne role niż te właściwe. Czytaj literaturę. Znajdź twórców, którym zależy na czymś więcej niż tylko przykuciu twojej uwagi do ich dzieła. Czasem warto przecierpieć lekturę napisaną siermiężnym językiem, ale niosącą ze sobą wartości, odpowiedzi lub same tylko pytania. Motywującą do wytężania umysłu aż do granic.

Chcesz być na szczycie? Każdy z nas chce. Otwórz klapę w suficie i wyskocz przez nią! Brakuje ci sił? To potraktuj świat i to co ze sobą niesie jako trampolinę! Wzbijaj się do góry pomału, wtedy ćwicz też upadki. Nie stanie ci się krzywda, kiedy spadniesz z małej wysokości, a dzięki temu będziesz wiedział jak masz się zachować, kiedy wzbijesz się nieco wyżej, a coś pójdzie nie tak. Doświadczenie jest twoją bazą na całe życie, nikt ci go nigdy nie zabierze, a nie wiesz kiedy będzie mogło ci się przydać.

Obserwujesz teraz to wszystko wokół siebie, czego nie zauważałeś do tej pory. Za drzwiami czekają ludzie gotowi otworzyć się przed tobą, tak samo jak ty przed nimi. Zawierasz wspaniałe, magiczne wręcz, znajomości, chociaż z każdym na początku wymieniałeś te kretyńskie uwagi o ładnej pogodzie. Za oknami widzisz góry, lasy, jeziora, rzeki, morza, wschody i zachody słońca. Kiedyś bałeś się ich, natura cię przerażała, dzisiaj czujesz coraz mniej lęku, a coraz więcej szacunku. Rozumiesz skąd te cuda wzięły się na świecie, jak funkcjonują. Ciemny las okazuje się całkiem jasny, kiedy przyzwyczaisz oczy do mroku.

Cegiełka po cegiełce rozbierasz mur wokół siebie. Przestajesz obawiać się najazdu wrogów, bo okazuje się, że wrogów zwyczajnie nie ma. Uświadamiasz siebie, samodoskonalisz się. Im lepiej znasz swoje "ja", tym łatwiej jest ci dogadać się z otoczeniem. Sam zaczynasz łupać w drzwi innych i drzeć się "otwieraj!". Bawisz się życiem. Jesteś spełniony.

Z szerokim uśmiechem na twarzy Piotrek wyszedł z Kozin na Drewnowską i zaczął pomału kierować się ku domowi. Już wiedział co i w jaki sposób będzie chciał napisać. Mówi się, że artysta musi czekać na wenę, wtedy dopiero może zacząć tworzyć. To nieprawda. To wena czeka na artystę, będąc przy nim cały czas. Umiejętnością jest zaprosić ją do wspólnej zabawy, wtedy kiedy ona nie jest do tej zabawy skora. Najlepiej smakują kobiety, które najtrudniej zdobyć.

W końcu Piotrek zlitował się nad powtarzanym w kółko bitem i dał popłynąć innej muzyce. Wyluzowany, pełen zapału i energii do pracy nad swoim nowym dziełem mógł wrócić do domu i przelać ten cały strumień na papier. Właśnie po to chodził na spacery. Jeszcze nigdy go nie zawiodły.

Źródło: www.turystyczna.lodz.pl

wtorek, 26 stycznia 2016

Retro

Około godziny dwunastej zadzwoniłem dzwonkiem wiszącym na futrynie drzwi do Retro. Z wnętrza od razu zapachniało świeżą kawą i gorącym, wilgotnym powietrzem. Przez witrynę nie byłem w stanie ocenić czy w środku siedzi dużo ludzi, bo szyba cała zaparowała. Rozejrzałem się niespiesznie po sali, w międzyczasie odwieszając kurtkę na staromodny, zawalony cudzymi płaszczami wieszak. Niemal wszystkie stoliki były zajęte, ale może przy dwóch siedziała więcej niż jedna osoba. Nudno jak prawie zawsze.

Machnąłem na powitanie Markowi i zamykając powieki potwierdziłem, że zamawiam to co zazwyczaj. Zająłem miejsce przy stoliku od ściany, aby komfortowo móc obserwować co będzie działo się dziś w lokalu. Z kieszeni swetra wyjąłem książkę i miniaturowy notes z zatkniętym długopisem. Nie zamierzałem z nich korzystać, ale wygodniej było mi siedzieć bez pierdół zatkniętych w kieszeniach.


- Wiele to się tu nie napatrzysz dzisiaj. - odezwał się swoim wiecznie ponurym głosem Marek, stawiając przede mną filiżankę czarnej, aromatycznej kawy, talerzyk z wuzetką i kieliszek porto.

- Wiele się nie spodziewam. - odpowiedziałem zerkając na niego i unosząc brwi. Zawsze czułem się przy nim jak dziecko. Diabeł był wielki jak niedźwiedź i sprawiał wrażenie równie groźnego. Szkoda, że znałem go tak dobrze i wiedziałem, że w rzeczywistości jest ciepłą kluchą, roztkliwioną życiową pierdołą. Ten lokal był jego jedynym sukcesem jakim mógł się pochwalić.

Niedźwiedź wzruszył swoimi olbrzymimi barkami i oddalił się, człapiąc ciężko. Retro. Ostatnie (i jedyne) takie miejsce w tym brudnym, opuszczonym mieście, bez choćby jednej porządnej rzeki i sensownej knajpy. Tylko tu dało się wypić dobrą kawę, później znieczulić wytrawnym alkoholem i zapomnieć o Bożym świecie słuchając latynoskiego jazzu i francuskiego hip-hopu.

Pociągnąłem sowity łyk kawy, parząc sobie, jak to miałem w przeklętym zwyczaju, język. Zakląłem pod nosem i odstawiłem filiżankę na później. Wyciągnąłem wygodnie nogi i, skubiąc niezmiernie słodkie ciastko, przyglądałem się gościom kawiarni.

Mareczku drogi, już dawno przestałem oczekiwać, że w jakiejkolwiek knajpie na świecie zobaczę cokolwiek wartego uwagi. Ani stali, ani przypadkowi bywalcy w doskonałej większości nie różnili się od siebie niczym. Wpatrzeni w ciekłokrystaliczne ekraniki swoich komputerów, tabletów i telefonów wypijali na szybko kawę, przegryzali ciastem, którego smaku nawet nie zauważali i z palącą zgagą wybiegali na Piotrkowską.

Mareczku nie widywałem tu już wartych uwagi spojrzeń. Dawno przestałem szukać zjawiskowych kobiet, znających smaki pocałunków we mgle nie tylko z filmów i gotowych utopić gardła w litrach wódki mężczyzn, chętnych do wrzaskliwych rozmów, zadzierzgnięcia przyjaźni i posmakowania krwi w bijatyce nad ranem. Wszyscy stali się płascy jak ekrany, w które gapili się bez ustanku.

Skończywszy ciastko odetchnąłem głęboko i uśmiechnąłem się do dziewczyny siedzącej przy stoliku obok. Oczywiście, udała że niczego nie zauważyła, szybko wlepiając wzrok w telefon komórkowy. Ktoś wyszedł z kawiarni, wpuszczając do środka nieprzyjemne, zimne powietrze. Zadrżałem i od razu pomyślałem o popołudniu nad rzeką z butelką wina schowaną w cieniu, w środku upalnego lata. Zieleń uspokajała mnie i obdarowywała przyjemnym poczuciem, że to wszystko nie ma sensu, więc po co szargać sobie nerwy.

Wypiłem porto, na próżno polując na spojrzenia i nasłuchując rozmów, w które mógłbym się wprosić. Nic takiego nie nastąpiło, więc machnąłem Markowi, aby przyniósł mi pełny kieliszek. Tym razem nie powiedział już nic, widząc moje zobojętniałe oczy. Jak zwykle miał swoją pesymistyczną rację.


A ja, jak na złość, miałem ochotę uderzyć z kimś w dyskusję. Tym bardziej, że porto rozluźniło moje zahamowania. Jak na życzenie w drzwiach pojawił się rudy jegomość, z nieprzyzwoicie niepoukładaną brodą i komicznie kolorowym strojem.

Uśmiechnął się do Mareczka, ten przechylił głowę w moją stronę, co wywołało jeszcze większą radość u przybysza. Niedbale rzucił płaszcz na wieszak i ruszył w moim kierunku, gadając niezrozumiale, ale głośno.

Olof. Uwielbiałem tego Norwega. Poznaliśmy się właśnie w Retro i mieliśmy wyjątkowe szczęście zjawiać się w tym lokalu w tym samym czasie. Ani razu nie umówiłem się z nim na godzinę, a jednak pojawiał się za każdym razem, kiedy byłem tu i miałem ochotę na jego towarzystwo.

Rudzielec usiadł ciężko na krześle obok mnie i spojrzał pytająco. Uśmiechnąłem się szczerze i pokiwałem głową.

- Nie, Olof, nie zamawiałem jeszcze, ale z tego co widzę, to Mareczek już niesie butelkę. - powiedziałem po polsku. Niedźwiedź chwilę później postawił przed nami dwa kieliszki i flaszkę korzennej Żołądkowej. Norweg wesoło zagadnął do Marka w swoim ojczystym, tamten pesymistycznie odpowiedział w swoim ojczystym i, po obowiązkowym uściśnięciu dłoni, oddalił się od naszego stolika.



Olof miał pewną niesamowitą cechę. Otóż mimo tego, że nie mówił po polsku i ledwo kleił zdania po angielsku, był w stanie dogadać się z każdym człowiekiem na Ziemi. Zdarzało mi się przesiedzieć z nim kilkanaście godzin, gadając non stop, z krótkimi przerwami na wychylenie korzennej i dopiero w domu uświadomić sobie, że nie rozumiałem ani słowa jakie do mnie mówił.

Mimo to ceniłem sobie znajomość z tym Wikingiem. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że zawsze miał ochotę na jeszcze jeden kieliszek korzennej. Nie znałem drugiej tak twardej głowy i niezłomnego charakteru. Jako ogromny fan naszego lokalnego napitku, mógł wlewać go litrami, co też skwapliwie czynił. Nie zmienia to faktu, że ani razu nie widziałem go pijanego.

Drugim powodem, dla którego szanowałem Olofa jak mało kogo, był fakt, że nigdy, ale to nigdy nie obawiałem się, że pojawi się w nim ta obrzydliwa cecha, właściwa wszystkim moim polskim przyjaciołom. Zwierzałem mu się z wszelkich tajemnic, spowiadałem z największych grzechów i opowiadałem o najgorszych przewinieniach, a mimo to nie zdarzyło mu się, żeby cokolwiek wychlapał komukolwiek i, mówiąc kolokwialnie, obrobił mi dupę.

Nie będę hipokrytą, sam wielokrotnie plotkowałem na tematy innych, komentowałem, oceniałem, mniej lub bardziej otwarcie krytykowałem. Jednak nie zdarzyło mi się robić komuś z premedytacją syfu za plecami. Każdy zasmradza sobie dostatecznie dobrze swoje CV, żeby mu jeszcze w tym pomagać. Z większą satysfakcją patrzę jak ktoś sobie pierdoli życie samemu, bez wsparcia.

Po kilku kieliszkach Żołądka rozgadaliśmy się na dobre, wyganiając parę osób z lokalu, bo przecież w kawiarni powinno być jak w kościele - cicho i grzecznie. Reszta nawet czasem zerkała na ten komiczny duet jaki stanowiliśmy, ni to z zaciekawieniem, ni to z rozbawieniem. Mniejsza, sukcesem było to, że w ogóle zerkali.

Wypiliśmy flaszkę i zawołaliśmy Mareczka.

- Dobrze się czujecie w swoim towarzystwie co? - zagadnął, starając się zgrywać zirytowanego. Byłem pewien, że w rzeczywistości cieszy się, że ktoś jeszcze potrafi bawić się w starym stylu w jego lokalu.

Olof wyszczerzył zęby z satysfakcją zionąc alkoholem.

- Mareczku, dałbyś nam jakiś dobry obiadek, co? - zapytałem, ignorując jego pytanie. Westchnął ciężko, ale zgodził się. Obiadów w zasadzie tu nie podawał, ale dla stałych klientów zawsze szykował jakiś większy posiłek. Wściekał się o to niemiłosiernie, bo później musiał wysłuchiwać pretensji, że "czemu oni mogą, a my nie?", od innych gości, ale wolał nakarmić nas wbrew zasadom, niż pozwolić zwiać do konkurencji. Wielka, nieporadna pazera.

Postanowiliśmy dać sobie chwilę oddechu od picia. Olof wypatrzył jakiś znajomych i przesiadł się na chwilę do nich. Odetchnąłem z ulgą, bo już troszkę miałem ochotę zmienić towarzystwo. Na kogoś nieco spokojniejszego i bardziej polskojęzycznego.

Dopiero kiedy rudzielec poszedł sobie, zauważyłem, że jestem obserwowany. Dziewczyna, do której uśmiechałem się wcześniej, schowała telefon i czytała książkę. Hm, czytała... udawała że czyta, zerkając na mnie znad kartek. Kiedy odwróciłem głowę w jej kierunku, schowała się oczywiście za literami. Przyjrzałem się okładce, bo wydawała mi się dziwnie znajoma. Wzrok miałem lepszy bez butelki wódki w czubie. Z trudem poukładałem słowa w całość. "Słońce też wschodzi" przeczytałem na głos i zaśmiałem się ostentacyjnie.

Speszona dziewczyna mimochodem zerknęła w moim kierunku. Wykorzystałem ten moment i pokiwałem jej, żeby podeszła do mojego stolika. Początkowo udawała, że nie wie, że chodzi o nią, ale kiedy zawołałem "No chodźże tu wreszcie." podniosła się z krzesła i niepewnie zbliżyła się do mnie.

Uśmiechnąłem się pogodnie, widząc jej przerażone spojrzenie. Skierowałem oczy na książkę leżącą na moim stoliku. Podążyła za moim wzrokiem. Teraz ona się zaśmiała, widząc że obecnie oboje czytamy tego samego Hemingway'a.

Mareczek tym razem się mylił. Napatrzę się dziś, niedźwiedziu, napatrzę...


środa, 6 stycznia 2016

Zjazd

Marzyłem sobie. Kto mnie zna ten wie, że jestem marzyciel. Toteż marzyłem sobie.

O czym?

Och, przede wszystkim to o swoim kąciku na Ziemi. O spokoju, cieple, dachu nad głową i lodówce, z której nie wyjada moich smakołyków cała rodzina. O niezależności. Tym bardziej nakręcałem się w tym kiedy poznałem Ciebie. Bo chociaż dzisiaj mówimy, że miało to ogromny urok, to w duchu oboje mieliśmy dosyć chowania się po kątach, kombinowania, ściemniania i tłumaczenia. U siebie to u siebie, koniec.

Marzenia się spełniają, więc robiłem wszystko, żeby osiągnąć ten cel. Próbowaliśmy daleko stąd, nie udało się - trudno. Jakiś czas później zaczęliśmy walczyć o to za wszelką cenę. Próbowaliśmy u Ciebie, siłą rzeczy musieliśmy spróbować u mnie. Było lepiej, ale to nie to samo. W końcu zdecydowaliśmy się wynająć swój kącik.

To było coś! Mieszkanie takie jak chcieliśmy, klimatyczne, na wysokim piętrze, w super miejscu. Wszystko doskonale, tylko szkoda, że nie nasze. Zżerała nas przyziemność, czyli kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Nawet jak w końcu jakoś tam stanęliśmy na nogi, to i tak wszystko było lepione na styk.

Dość tego! Okej, bez pomocy Taty nie byłoby nic, ale nie ważne jak, ważne że do celu! Udało się. Wylądowaliśmy na swoim! Całkowicie swoim!

Marzenie się spełniło...

Hm. Gdyby spojrzeć na życie z pewnej perspektywy, to można je porównać (pogoda za oknem zachęca) do zjeżdżania, dajmy na to, na sankach. Dzień po dniu, minuta po minucie, płynie sobie to wszystko, stare zostaje z tyłu, nowe rysuje się gdzieś w oddali. W zwyczajnej codzienności wlecze się to wszystko tak niemiłosiernie wolno, że ciężko określić, czy nadal jest się w ruchu, czy już się stoi. I to jest fajne, łatwiej kontrolować tor jazdy, kiedy jedzie się powoli.

Fajnie mieć lejce w rękach, co? Kontrolować każdy, najdrobniejszy nawet skręt, pilnować czy prędkość jest odpowiednia i czy nie zaskoczy nas zaraz jakaś sosna, na której się rozkwasimy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy za zakrętem, sanki przechylają się gwałtownie i zaczyna się szalony pęd. Bez szans na ogarnięcie co się dzieje wokoło, przy diabelskiej prędkości.

Zazwyczaj zaczyna się wtedy odruchowo zapierać nogami, rękami, wszystkim. Byle tylko zwolnić. Byle odzyskać kontrolę. Zazwyczaj po drodze idzie zdrowo się poharatać. To już nie jest takie fajne.

Rok temu o tej porze zjeżdżałem w dół, niemalże z pionowej góry. To jest coś co nie przestanie mnie nigdy zadziwiać. Kiedy w życiu zdarza się coś naprawdę innego i niespodziewanego, czas, wszystko, nabiera takiego rozpędu, że na ma szans ogarnąć się o co chodzi. Często po roku od jakiegoś wydarzenia łatwiej mi zrekonstruować jego przebieg, niż 24 godziny po.

Rok temu wszystkie marzenia zaczęły gnać razem ze mną, prosto ku twardej ziemi. Jeśli doszłoby do upadku - wszystko potłukłoby się w drobny mak. Nie zostałaby ani odrobinka. Koniec myśli o rodzinie, domu, spokoju, bezpieczeństwie i dłubaniu kolejnych marzeń.

Zwiałem z Łodzi do Spały. Musiałem to wszystko obejrzeć dystansu, przyjrzeć się na spokojnie, ocenić na chłodno. Wiecie do jakiego wniosku doszedłem? Że moje sanki zacząłem hamować dużo wcześniej. Jadąc i tak wolno, chciałem zwolnić jeszcze bardziej i jeszcze i jeszcze, najlepiej tak żeby stanąć w tym punkcie i nie zmieniać nic. Tylko, że tak się nie da. Czas płynie, życie płynie. Nie oszukam tego, choćbym nie wiem jak próbował.

Wiecie po co to piszę? Bo w pierwszej chwili chciałem odpuścić. Wziąć swoje sanki i zmienić górkę, z której zjeżdżam. Ot tak, po prostu. Dla świętego spokoju.

Dzisiaj nie drażni mnie bardziej nic, od tego jak widzę, że ktoś próbuje się poddać. Odpuścić marzenia, plany, pomysły i oddać się tej kleistej, obrzydliwej, nudnej monotonii szarej codzienności, z głową zamkniętą w ciasnym pokoju, bez okien i dostępu do powietrza.

Lekarstwem na nazbyt pędzące sanki okazało się dla mnie być... rozpędzenie ich jeszcze bardziej. Odepchnąłem się kilka razy mocniej i dzisiaj gnam jak wariat, chociaż zupełnie nie mam pojęcia dokąd mnie to doprowadzi. Zajebiste uczucie.

A marzenia? Dopiero dzisiaj się spełniają. Tym bardziej, że kilka trzeba było zweryfikować. Bo marzyłem zawsze o mieszkaniu, a tak naprawdę potrzebowałem domu. I ten dom mam dopiero teraz. Dopiero teraz mam kącik, który jest rzeczywiście mój, nawet mój ulubiony Hłasko zerka na mnie z obrazka na ścianie. Wreszcie mam spokój, który tak sobie cenię, tę oazę z dobrą muzyką i ambitną książką. No i mam wreszcie swoją rodzinę, taką której jestem głową. Póki co jest nas tylko dwoje (plus kot :)), ale zaraz pojawi się trzecie. Cudowna sprawa.

Wreszcie czuję się jak facet. Odpowiedzialny za to co robi, pracujący nie tylko na swoje dobro, ale też nie zapominający całkowicie o sobie. Nadający rozpędu, kiedy warto przyspieszyć, hamujący, kiedy trzeba zwolnić, dla bezpieczeństwa.

Rok temu waliłem pięściami w poduszkę, ze łzami w oczach, ogarnięty poczuciem znienawidzonej bezsilności. Dziś budzę się co rano i czuję jak oczy świecą się z zajawki, bo na bank czeka mnie coś niezwykłego. I nie chodzi wcale o wydarzenie, o którym można by napisać poczytną powieść. Dziś zadowala mnie błysk w oku i szeroki uśmiech po długim leżeniu pod kołdrą o poranku.

Sanki niech pędzą, ja już nie zamierzam się zapierać.


wtorek, 29 grudnia 2015

Najlepiej w mróz

No siema, siema. Żyję, żyję, bez obaw! O dziwo mam ciągle jakieś nowe wyświetlenia, więc mimo upływu 3 miesięcy od ostatniego wpisu, wciąż są desperaci, którzy liczą, że coś wrzucę!

Wrzucam!

Dziś o niczym konkretnym. No trochę o mrozie, trochę o bieganiu, trochę śmiesznych śmieszności, a na koniec i tak nie będziecie ani odrobinę mądrzejsi, niż w tym momencie :).

Uwaga! Włączyłem tryb maratoński na początku grudnia! Co to oznacza? Oznacza maraton w maju! Jeeee, będę biegł w Wysowej po raz drugi 22 maja! Przynajmniej tak planuję, bo nigdy nie wiadomo jak to będzie wszystko wyglądać za pół roku.

A dlaczego nie będzie wiadomo? Bo mi się synek urodzi gdzieś między marcem, a kwietniem! Ci co nie wiedzieli niech się cieszą, ci co wiedzieli niech też się cieszą, razem ze mną i moją ukochaną :).

No właśnie taki to będzie rok szalony, jeszcze szaleńszy niż ten! W tym wydarzyło się mega dużo: były rozstania i powroty, były sprzeczki, było takie godzenie się, że ho ho, były życiowe rekordy i starty do zapamiętania na całe życie, było mnóstwo fajnych wyjazdów i mnóstwo fajnych dni w Łodzi. Dobry rok.

Przyznam Wam się szczerze, że wchodzę w ten nowy z zajawką, jakiej dawno nie miałem. Motywację daje mi perspektywa zostania ojcem, ale też w końcu znalazłem motywację w sobie, taką dla samego siebie. Zaczynałem pisać na tym blogu od "Egoisty" i dziś wreszcie jestem tym egoistą jakiego w sobie lubię. Pozytywnym, szczęśliwym, zadowolonym, ambitnym i optymistycznym.

Pozostaje tylko praca!

Najlepiej pracuje się w mróz, tyle Wam powiem! Szczególnie jeśli chodzi o bieganie, hłe hłe. Polaków mniej na chodnikach, nie pocisz się jak świnka i brakuje jeszcze tylko fruwających płatków śniegu!

Żeby nie było, że tylko bieganie i dzieci mi w głowie, to przyznam się Wam do czegoś. Nie mogę się doczekać sylwestrowej imprezy. W końcu nie da się ukryć, że życie to wieczna balanga. W związku z tym balanga jest kwintesencją życia!

Dlatego też życzenia noworoczne złożę Wam (i sobie :)) tak:

Mam nadzieję, że spędzicie tego sylwestra w gronie ludzi, z którymi chętnie spędzilibyście cały rok. Nie ważne czy będzie to jedna osoba czy sto dwadzieścia głów, niech to będą twarze za sto punktów! Jak znam ten naród, to większość z Was pierwsze kroki skieruje do lodówki, po flaszeczkę. Tak najprościej... i bardzo dobrze, bo najprostsza droga zawsze najlepiej prowadzi do celu! Toastów wzniesiecie pewnie co niemiara, niech każdy jeden, oznacza jeden ogromny powód do radości w 2016.

Wiem, że wśród czytających są też tacy, którzy z lodówki wyciągną sok pomarańczowy, albo jakąś smakowitą przekąskę. I super, człowiek nie tylko samymi używkami żyje! Sztuką jest cieszyć się bez wspomagaczy, bo najlepszy narkotyk każdy z nas ma w głowie i wydziela się samoczynnie u wszystkich szczęśliwych! Pijaki - uczcie się od niepijących!

Co więcej? Skoro już musicie żłopać, to jak Was gorzałka w przełyk zapali, to pamiętajcie, że w życiu nie zawsze jest super i trzeba się trochę wycierpieć, żeby poczuć choć odrobinę przyjemności :). Oj tak, każdemu po trochu gorzkich chwil życzę! Nie za dużo, ale dla zbalansowania słodyczy życia się przyda!

Tyle co przetańczycie, spędźcie (proporcjonalnie do całego roku lenie!) ćwicząc swoją kondychę, tyle co przesiedzicie na kanapie i przegadacie, albo przeoglądacie "z Dwójką" - spędźcie na czytaniu dobrych książek! Ile razy wyjdziecie przewietrzyć się (albo na fajkę :)), tyle razy wyjedźcie (razy 10!) i tyle ile gwiazd zobaczycie na niebie, tyle razy śpijcie pod gołym niebem! A jak będą chmury to niech będą, ile chmur tyle razy kiepska pogoda nie popsuje Wam ambitnych planów.

A jak już popijecie, pogadacie, potańczycie i złożycie sobie płomienne życzenia o północy, to rano wstańcie z kapciem w buzi, pociągnijcie sowity łyczek mineralnej i z czystym sumieniem poobijajcie się przez cały ten pierwszy dzień w roku, bo przecież każdy zasługuje na chwilę nicnierobienia (tato, pamiętam, że pracujesz, ale Ty masz 70 dni urlopu na ten rok, to jeszcze się poobijasz :))!

O, tego i w ogóle wszystkiego naj Wam życzę na ten 2016.

I jeszcze pewnej grupce zapaleńców sukcesów kadry na Euro! O matko, o matko, a co będzie jak im się w końcu, pierwszy raz za mojego żywota coś uda?! :)

No, to tyle życzeń. Postanowienia? Ambitne i dużo, chociaż wiem, że to bez sensu takie "od nowego roku nowe życie", ale jakoś nie da się oprzeć takiej unikalnej możliwości zmotywowania! Jak też macie podobnie jak ja milion planów, to pamiętajcie, żeby wytrwać chociaż dalej niż za 3 poniedziałek stycznia. Podobno to najgorszy dzień w roku, bo do tej pory zdążymy już uświadomić sobie, że nie zrealizujemy naszych entuzjastycznych postanowień, już na starcie porażka, a tu jeszcze cały rok... Trzeba oszukać system i załamać się w 4 poniedziałek!

Tyle ode mnie. Mogę jeszcze dodać, że w sobotę 2 idę biegać, więc jak ktoś postanowił sobie "biegam!" to nie ma wymówek! Nawet jak będziecie niedospani i będą bolały głowy. Jak ktoś chce to może iść ze mną, proszę pisać, ale ja nie odpuszczam! No dobra pierwszego odpuszczam, ale... litości! :)

Do zobaczenia w nowym roku!