Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałtyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałtyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lutego 2016

Plaża

Gęsta mgła spowijała wybrzeże, szczelnie zasłaniając światło gwiazd i księżyca. Chociaż widoczność i tak była nikła, zamknąłem oczy. Powoli wciągałem nosem wilgotne powietrze, czując odkładającą się na końcu podniebienia morską sól. Kostka brukowa pod gołymi stopami była zimna, wywołując przyjemne kłucie. 

Podniosłem powieki. Z klifu trudno było określić czy na dole rzeczywiście znajduje się morze. Nie było szans na ujrzenie go, a mgła tłumiła szum fal. Równie dobrze mogłyby tak szumieć liście na drzewach. Mogłyby, bo powietrze stało nieruchomo.

Skręciłem w prawo i, kierując się bardziej przeczuciem niźli zmysłami, znalazłem drewniane schody prowadzące w dół klifu. Powinienem stąpać ostrożnie, bo wyślizgane stopnie pokryte były jeszcze warstewką wody. Bez pośpiechu zszedłem na dół. Ani razu nie musiałem łapać równowagi. Może dlatego, że szedłem rozluźniony? Gdybym przy każdym kroku skupiał się na tym, gdzie mam postawić stopę, na pewno bym się poślizgnął.

Zeskoczyłem z ostatniego stopnia i piasek pod stopami przyjemnie chrupnął. Skorupka, która utworzyła się na wierchu była zimna i wilgotna, ale pod spodem zachowała się resztka dziennego ciepła. Chociaż może to było tylko ulotne wrażenie?

Zrobiłem kilka kroków przed siebie, ledwo słysząc szum nieznacznie poruszającej się wody. Bałtyk spał tej nocy, otulony kołdrą mgły. Nie niepokoiło go nic, ani wiatr, ani deszcz, ani - póki co - ludzie. Święty spokój i uspokajająca samotność. Było nam obu dobrze.

Dopiero z metra udało mi się zobaczyć mojego milczącego towarzysza. Płaska tafla wody, wydawała się być zamarznięta, tak bardzo była nieruchoma. Nieczęsty widok nad morzem. 

Piasek na brzegu był znacznie cieplejszy. Woda cały czas trzymała temperaturę, która już dawno uleciała z kapryśnego gruntu. Bez zastanowienia wszedłem w morze, dając zanurzyć się po kolana. Zmąciłem, rzecz jasna, nienaruszalną zdawałoby się powierzchnię Bałtyku. Wybacz przyjacielu, że chwilkę Ci pomieszam. W swoim ogromie, pewnie i tak nie zauważysz tej jednej mróweczki, czerpiącej radość z Twojej obecności.

Kilka minut pobrodziłem przy brzegu, aż poczułem delikatny powiew wiatru. Obróciłem się na wschód i znów wciągnąłem powietrze, jak przed kilkoma minutami. Pora usiąść i odprężyć się. Wyszedłem z wody i położyłem się na piasku. Ciuchy szybko przesiąkły wilgocią i chłodem. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie - pomogło mi to w jakiś sposób zjednoczyć się z ziemią, na której leżałem. 

Wiatr wzmagał się coraz bardziej i częściej udawało mi się zauważyć gwiazdy między strzępami mgły. Niebo z bezbarwnego (bo czerń to przecież brak koloru, tak jak pustka to brak materii, a cisza brak dźwięku), zaczynało na wschodzie nabierać najpierw grafitowego, a później szarego odcienia. Wiało już mocno, kiedy Bałtyk zaczął wybudzać się ze snu. Jeszcze kilka godzin minie, zanim rozhuśta się na dobre.

Mówiłem coś o pustce i ciszy? Wiatr hulał po mojej głowie wypłukanej z jakichkolwiek myśli. Jedyne co docierało do mojej świadomości, to fizyczne bodźce. Dotyk rozpędzonego zimnego powietrza na policzku. Zimno na plecach. Swędzenie nóg, od piasku który przywarł do stóp i łydek po mojej krótkiej kąpieli. Teraz sądzę, że nie różniłem się wtedy niczym od drzewa, które kilkanaście metrów za mną skrzypiało, uginane przez kolejne podmuchy budzącej się bryzy.

Zwinnie obróciłem się na plecach, twarzą skierowaną na wschód. Jak Żyd, pochowany na zapomnianym cmentarzu, kilka tysięcy kilometrów od swojej Ziemi Obiecanej. Mgła zniknęła jak na życzenie. Na wschodniej stronie nieba szarość przeobrażała się w cudowny sposób w błękit. Nigdy nie byłbym w stanie określić, w którym momencie następowała ta zmiana, ale byłem absolutnie pewny, że zachodziła.

Kilka metrów ode mnie, tuż nad powierzchnią wody, przeleciało kilka mew, krzykliwie skrzecząc. Jakby zwiastowały zbliżające się wydarzenie. 

I rzeczywiście. Kilka sekund później, na moich oczach, na linii horyzontu doszło do przełamania. Doskonałą równowagę między wodą, a niebem zaburzyło powoli, ale z niemiłosierną konsekwencją wyłaniające się Słońce.

Jego zjawiskowa tarcza powiększała się w każdym ułamku sekundy, dając coraz więcej światła i ciepła. Krajobraz zaczynał nabierać kolorów, jakby ktoś wypełniał każdy widziany przeze mnie element pigmentem, wyciągniętym na noc, żeby nie wyblakł. W końcu musiałem, niechętnie, odwrócić wzrok. Ból spowodowany nadmiarem światła stał się nie do zniesienia, choć był na swój sposób przyjemny.

Zamknąłem oczy, ciesząc się z ciepła promieni Słońca ogrzewających moje nieco już zmarznięte ciało. Co za przyjemność! Jakby topniała lodowa skorupa, która zebrała się na powierzchni mojego ciała i w mięśniach.

Usłyszałem głosy po prawej stronie.

- No i spóźniliśmy się!
- Super... Nie wiem po co wstawaliśmy tak wcześnie...
- I tak jest fajnie, daj spokój.
- Fajnie, fajnie... Miałem ochotę sobie pospać.

Krzyczały do siebie cztery osoby, przekonane, że są same na plaży i pewnie na całym świecie. Podniosłem się z piasku i rozprostowałem zastałe kości. Zamilkli na chwilę, widząc kogoś innego. Do tego szczęściarza, któremu dane było zobaczyć pokaz, na który oni się spóźnili.

Ruszyłem w stronę schodów. Minąłem ich tuż przy wejściu. Uśmiechnąłem się szeroko i szczerze. 

- Dzień dobry! - zagadnąłem wesoło.
- Dzień dobry. - mruknęli.
- Miłego dzionka. Wschodem się nie przejmujcie. Jutro powtórzą pokaz. Pojutrze zresztą też. Próbujcie do skutku. - powiedziałem i z satysfakcją zacząłem wdrapywać się na klif. 

Kiedy doszedłem na górę, Słońce stało już na tyle wysoko, żeby oświetlać zabudowania przede mną. Obejrzałem się za siebie. Morze szumiało już głośno, a piasek nagrzewał się i sechł błyskawicznie. Po mgle nie było śladu. Po ciszy i czerni też. Znów byłem elementem doklejonym do krajobrazu, a nie jego częścią. 

Zamknąłem oczy. Odwróciłem się i zrobiłem kilka kroków. Podniosłem powieki. Widok nie był tak przyjemny jak wcześniej. Zamiast plaży znów miasto.

Inspirowane Eldo - Plaża.

piątek, 8 maja 2015

Plaża

Moim zdaniem miasto niszczy. Cywilizacja niszczy. Wyżera nas od środka, niczym kornik drzewo. Wytrąca z równowagi, burzy wewnętrzną harmonię. Dlatego po ciężkim, miejskim tygodniu, zapraszam na kilka kroków po plaży (i nie tylko) w Jastrzębiej Górze.

Zacznijmy od bardzo króciutkiego przytoczenia historii tej miejscowości. Powstała w okresie międzywojennym, na tzw. surowym korzeniu. Znaczy się - wcześniej nie było tu nic. Zbudowana została dla celów letniskowych. Przyznam szczerze, że do niczego innego się ten teren nie nadaje. I dobrze - niech będzie to prztyczek w nos ludzkości, że z naturą nie wygrają, choćby nie wiem jak się starali!

To z czego słynie Jastrzębia Góra to przede wszystkim nadmorski klif. 


Tu widok z góry. Pięknie widać z niego ogrom morza i jego potęgę. Na tej wąziutkiej plażyczce widocznej na dole swego czasu można było grać w piłkę. Nie, nie wzdłuż plaży - wszerz!

Okej, jest ładnie, widok super, ale obiecałem plażę, więc udajemy się na dół. 


Matko, ile schodów! Nie mogliby tu zrobić jakiejś windy? 

Zrobili. Winda nazywała się Światowid i od niej nazwę wzięła główna promenada spacerowa Jastrzębiej. Morze jednak uznało, że nie będzie człowiek stawiał mu takich wynalazków pod nosem i zeżarło windę. Dzisiaj na próżno szukać choćby najmniejszego śladu po Światowidzie, więc pozostaje skakanie po drewnianych schodkach. 

W końcu doczłapaliśmy się na plażę. Charakterystyczny, świeży zapach słonej wody, pobudza jak kubeł zimnej wody w upalny letni dzień. Wieje piekielnie mocno, tak bardzo, że po podskoczeniu, ląduje się kilkadziesiąt centymetrów wcześniej. Jednak co z tego, skoro jest przepięknie...


Na falujące morze, mógłbym się gapić i gapić, podobnie jak na wodę płynącą w górskim strumieniu. Jest w tym coś uzależniającego, a przede wszystkim - uspokajającego. 

Wszechobecne falochrony psują nieco naturalny wygląd klifu, ale nie znaczy to, że nie ma miejsc, w których widać jego całkiem prawdziwe oblicze. Na przykład tu.


Patrząc na tę fotkę, żałuję, że nie ma na niej nikogo, bo dzięki temu łatwiej byłoby ocenić ogrom tej groźnie zerkającej w stronę Bałtyku ściany...

Są tacy, którzy uważają, że chodzenie po plaży jest nudne, bo wciąż widać tylko jedno i to samo. Z jednej morze, po środku piach, po drugiej (zazwyczaj) las. No to proszę bardzo - dla wybrednych. Plaże piaszczystą nagle zmieniamy w kamienistą. 



Miła to odmianka, prawda? Jednak po głazach nie chodzi się tak wygodnie jak po piachu. Zresztą, mamy jeszcze kilka rzeczy do zobaczenia po drodze! Chociażby tu, po prawej stronie, zaczyna wyłaniać się cudo natury, a przy okazji miejsce liźnięte historią Polski. To słynny Lisi Jar!

Abstrahując od tego, że jest to prześliczne miejsce, to podobno w tym miejscu wylądował król Zygmunt III Waza, wracając z wyprawy do Szwecji. Jest to upamiętnione obeliskiem, ale żeby go zobaczyć, trzeba przebyć tę samą drogę co król. 


Królewskiego wyzwania podjęła się cała rodzina Bajasów. Całe szczęście droga do obelisku prowadzi tym szerokim, wygodnym traktem, a nie tą szaloną ścieżynką widoczną poniżej. Przy okazji - zwróćcie uwagę na czerwony znaczek szlaku na drzewie. To trasa dla kijkarzy. Powodzenia przy wspinaczce na górę (chociaż sam zamierzam się tam wdrapać przy następnej okazji ;))!


Dzielni piechurzy, niczym Drużyna Pierścienia parli przed siebie mijając pokrzywione, ale majestatycznie wyglądające drzewa. Ta szaro-brązowo-zielona barwa Jaru dodaje mu dużo z klimatu fantasy. To oznacza dobrą wiadomość - przy drobnym wsparciu wyobraźni, nie trzeba jechać do Nowej Zelandii, żeby poczuć się choć trochę jak w Śródziemiu ;).


No i właśnie. Szliśmy sobie po równym, a przecież Jastrzębia położona jest wysoko nad morzem. Pewnych kwestii się nie oszuka, trzeba się wspinać! Na szczęście schodów nie ma zbyt wiele...

O, i tak przy okazji. Nie zwykłem marudzić, że gdzieś jest pod górkę i trzeba włazić. Generalnie to lubię. Jednak w Jastrzębiej ilość schodów, schodków, podejść i innych pionowych atrakcji jest tak duża, że w pierwszych kilku dniach mocno czuć w dupsku, że nie łazi się po równym. Stąd moja radość w miejscach gdzie wchodzenia nie ma zbyt wiele, bo to się tam nie zdarza :).


Tymczasem przywódca naszej grupy, oddalił się nagle w nieznanym kierunku. Wrócił po kilku minutach, ale dlaczego zniknął pozostanie tajemnicą do końca świata. Być może eksplorował nieznany nikomu fragment Jaru? Szukał tajemniczych skarbów pozostawionych przez Zygmunta III Wazę? Może zwyczajnie pytał o drogę? Nie chciał nam tego powiedzieć...


Wspinaczka po schodach zakończyła się sukcesem. Wędrujemy dalej przed siebie, tym bardziej, że za pagórkiem, który widzicie na zdjęci poniżej, znajduje się legendarny drewniany mostek. Taki wiszący i skrzypiący, jak w Shreku!


Do tego miejsca tak myślała moja kochana siostrzyczka. Strwożona oddała mi chwilę później aparat, woląc skupić myśli na radzeniu sobie ze strachem przed mostem... Zresztą każdy z nas wyglądał na przerażonego. Robiło się nieciekawie, Kasia nieśmiało proponowała zmianę trasy, my obstawialiśmy przy swoim. Ahoj przygodo! Zawołaliśmy i zniknęliśmy za rogiem.

Oczywiście, że wymyśliliśmy tę bajeczkę, żeby wkręcić siostrę!

Mostku nie ma, jest zwykły szlak prowadzący do obelisku. Orzeł został zrzucony przez Niemców w 1939 i powrócił na należne mu miejsce dopiero w 1996. Możemy usiąść przy ławce i oddać się chwili zadumy, patrząc na orła i brukowaną drogę z Jastrzębiej Góry do Hallerowa...


...ale wolimy ruszyć dalej, prawda?

Znów zbliżyliśmy się do cywilizacji, więc szybko uciekamy do lasu! Wyjątkowo urokliwego lasu. Liczne pagórki, skarpy, przebijające się miejscami morze... Nie wiem czy przyjemniej się tam biega, czy spaceruje...


Wiatr sprawia, że cuda dzieją się z drzewami. Rosną pod niewyobrażalnymi kątami, albo ich konary i gałęzie tworzą rewelacyjne esy floresy - wszystko po to, żeby nie dać się sile wiatru i trwać w swoim miejscu do końca dni!


W razie potrzeby jest też gdzie usiąść i oddać się leniwym obserwacjom Bałtyku...


No i nie możemy zapominać o faunie. Wiewiórka to akurat chyba jedyny przykład jaki udało się uchwycić na zdjęciu. Widziałem tam już sarny, zające, masę ptactwa, lisa i raz udało się biec razem z przepięknym jastrzębiem (chyba, nie wiem co to był za ptak dokładnie, ale był ogromny, piękny i na pewno był drapieżnikiem :)).


Na zachód od Jastrzębiej las staje się dużo szerszy i zmienia się z liściastego w iglasty. Miliony wydeptanych ścieżek biegną po milionie pagórków. Nie ma miejsca na nudę, oj nie!


Jednak nie po to jedzie się nad morze, żeby chodzić po lesie, prawda? Spróbujmy więc wrócić na plażę...


Wygląda na to, że się uda, chociaż morze szaleje okrutnie i wieje wciąż tak samo potężnie jak wcześniej...


W tę stronę moglibyśmy spróbować przejść.... Swoją drogą, ten sztuczny klif daje poczucie, że udaje się jakoś powstrzymywać żywioł.

Niestety - po pierwsze to idziemy w drugą stronę, a po drugie - żywioł cały czas, z tą swoją bezduszną cierpliwością, zwalcza każdą formę oporu jaką tylko wymyślą sobie ludzie.



Dolne poziomy falochronu są systematycznie zalewane, siatka rdzewieje i kruszy się, kamienie są wypłukiwane, linia oporu staje się powoli coraz węższa i węższa. Za jakiś czas zbudują tu coś nowego, być może bardziej pomysłowego niż to co widać teraz, a morze dalej będzie robić swoje. I tak w kółko. 

Przez to wszystko robi się nieco smutno. Wiatr wwiewa do głowy myśli o przemijaniu i o tym, jak malutcy jesteśmy my i nasz czas tutaj, wobec tego całego ogromu natury. Ciężki temat, ale mnie takie myśli uspokajają i nawet nieco podnoszą na duchu. Skoro jestem tak drobny, to w zasadzie nic mi nie grozi i nie mam nic do stracenia. I w zasadzie, to czym ja się przejmuję na codzień? Pracą? Rachunkami? Bałaganem w kuchni? Krachem na giełdzie? W tej jednej krótkiej chwili to wszystko okazuje się być głupie i bezsensowne.


Ale starczy już tej melancholii! Życie jest fajne, piękne i na każdym kroku możemy trafić na coś pięknego! Ciekawi mnie, czy gdyby zrobić taką ankietę - co jest najpiękniejsze na świecie? - ile osób odpowiedziałoby - zachody Słońca. Ja widziałem w Jastrzębiej najpiękniejszy w moim życiu, ale nie skalałem go robieniem mu fotek. Jednak kilka migawek z innych dni udało się złapać.



Bajka prawda? Pod spodem mój faworyt. Siostra - mistrzowski kadr! Przez źle skonstruowane schody (ten dolny schodek jest na wysokości pół metra od ziemi!) robi się problem z wejściem na górę. Jednak od czego ma się oparcie w rodzinie?


Ehhhh, pięknie tam, pięknie. Zawsze się zastanawiam, czy gdyby tam mieszkać, to nadal byłoby tak zjawiskowo, czy jednak codzienność przykryłaby całą magię tego miejsca? W sumie, to czemu by kiedyś nie spróbować? Marzenia się przecież spełniają, więc może gdyby marzeniem byłoby mieszkać tam cały czas i cieszyć się życiem tak samo, jak podczas wakacji, to by się udało?

Trzeba złapać wiat w żagle, jak te "ptaki" - kitesurferzy, szalejący na nadbałtyckim wietrze!


czwartek, 16 kwietnia 2015

Władek

Do maratonu zostały raptem trzy dni, a nam się z tatą nic nie chce, a już na pewno nie biegać. Dziś zwlekliśmy się na śniadanie, później znów polegliśmy na łóżkach, poszliśmy pograć godzinkę w pingla i znów na wyrka... Drętwota opanowała nasze ciała i umysły, strach pomyśleć co będzie, jak zostanie nam to do niedzieli.

Jednak przecież nie po to przyjechaliśmy nad morze, żeby leżeć godzinami na łóżku. W Jastrzębiej zleźliśmy już wszystko, więc żeby pobudzić się do życia potrzebowaliśmy czegoś więcej. Pierwszy pomysł - Żarnowiec i wieża widokowa w Gniewinie. Czynne od maja... To może chociaż latarnia w Rozewiu? Dupa, też dopiero od majówki. To może Władysławowo?

Zwlekliśmy się do auta i podjechaliśmy te kilka kilometrów do Władka. Z daleka widać wieżę Domu Rybaka, który przecież posiada wieżę widokową! Uda nam się jednak na coś wysokiego dziś wczłapać!



Ciekawy to budynek, bo wybudowany w drugiej połowie lat 50. jako hotel dla pracowników rozwijającego się wtedy portu rybackiego. Posiadał 150 pokojów noclegowych i, jak podają internetowe źródła, charakteryzował się typowym dla ówczesnej epoki... przepychem. Nie ma informacji o tym jak długo pełnił tę funkcję, ale sądząc po ironicznym przydomku wieży przy budynku, czyli "Wieży Popiela" (od nazwiska pomysłodawcy Mieczysława Popiela), raczej nie cieszył się wielką popularnością. Obecnie mieści się tam Urząd Miasta i masa innych instytucji, ale wiadomym jest, że najciekawszy jest taras widokowy na wieży.

W drodze na górę można skorzystać z luksusu, czyli windy, która wiezie na 7 piętro. Jedno trzeba przeskoczyć z buta, aby uiścić niezbędną opłatę (8 zł  bilet normalny, 16 zł za wstęp na "Kulę" na szczycie wieży, sami oceńcie czy warto ;)) u niezbyt sympatycznej pani ze sklepu z pamiątkami. Później po "ślimaczku" na taras i... wicher wyrywa z butów! Generalnie od niedzieli nad morzem wieje jak cholera, więc na 45 metrach ponad poziomem morza było dopiero ciekawie...

Trzeba jednak przyznać, że widok jest całkiem przyjemny, szczególnie na wyrastającą z lądu Mierzeję Helską.

Na początek klif wyrastający za Władysławowem i ciągnący się dalej na zachód w stronę Rozewia i Jastrzębiej Góry. Widoczne po lewej stronie jupitery to COS w Cetniewie.


Tutaj Władysławowo, czyli bloki, bloki, bloki i jeszcze trochę apartamentowców ;).


Władysławowski port.



Mierzeja Helska.


Ulica Hallera i dworzec kolejowy na jej końcu.


"Władek" za specjalnie urokliwy nie jest, ale nie ma co wymagać cudów, miasto swoją historię zaczęło w zasadzie w latach 20. XX wieku, dzięki powstaniu portu. Wcześniej nosiło nazwę Wielka Wieś, co daje nieco do myślenia. Jedynym naprawdę wartym odnotowania wydarzeniem z wcześniejszych lat było zbudowanie na zlecenie króla Władysława IV fortu w okolicy wsi, w związku z groźbą wojny ze Szwecją. W ten sposób rozwikłana zostaje zagadka obecnej nazwy miejscowości (hurra!).

W roku 1920, w dzień po zaślubinach Polski z morzem w Pucku, do Wielkiej Wsi zawitał gen. Józef Haller, aby odbyć krótki rejs. Okolica tak bardzo przypadła do gustu jednemu z jego oficerów, że postanowił wykupić część tego terenu. Nieco na zachód od Wielkiej Wsi założono letniskową osadę Hallerowo (dzisiaj jest to dzielnica Władysławowa).

Letnisko to jednak nie wszystko, jak już wspomniałem najistotniejszy jest tutaj port rybacki, ponoć jeden z najważniejszych w Polsce, jeśli chodzi o rybołówstwo. Powstał w latach 1935-38 i ciekawe jest to, że jest całkowicie sztuczny, tzn. nie ma tu ujścia żadnej rzeki. Dzięki niemu miasto rozwinęło się do widocznych na zdjęciach rozmiarów.

Oto kilka migawek z portu. Urokliwego, chociaż nie wiem czy jest jakiś nieurokliwy port :). Mają w sobie ten fascynujący nostalgiczny i tajemniczy klimat, kuszący obietnicą przygód i podróży w niebezpiecznych morskich warunkach...










To właśnie jest magia nadmorskich miejscowości. Nawet jeśli nie ma w nich zbyt wielu ciekawych miejsc, to zawsze można uciec do portu albo na plażę i cieszyć się tym co piękne w przyrodzie...


Wiatr stawał się okrutnie natarczywy, więc przeszliśmy plażą tylko krótki kawałek i uciekliśmy znów do miasta. Po drodze, przy wejściu do portu pamiątkowy pomnik, związany z tysiącleciem Państwa Polskiego. Szczególnie urokliwa jest ta syrenka pośrodku daty 1966 ;).


Dookoła tablicy znajdują się kotwice i ktoś mądry pomyślał, że warto wyjaśnić turystom o co z nimi chodzi. Postawiono w związku z tym tę doskonale czytelną, przejrzystą i zachęcającą do zapoznania się z zawartymi informacjami tablicę...


Tak to już jest w naszym kraju niestety ;).

Wyjeżdżając z Władysławowa udało mi się jeszcze napotkać dwie ciekawe rzeczy. Po pierwsze - czeska czekolada Studentska była do kupienia w zwykłym markecie. W Łodzi trzeba się nieco nagimnastykować żeby ten rarytas trafić.

Drugi fascynujący temat to budynek dworca. Kolej została doprowadzona tu w 1922 roku, nie wiążą się z tym żadne super historie, sam budynek nie jest również wybitnym dziełem architektury. Co w takim razie jest tu takiego ciekawego? Sami zobaczcie...



Co to takiego zielonego w tym tympanonie? Jakieś malowidło? Może machnęli jakieś rybki, glony czy coś innego? Warto sprawdzić! Idę...!

Zbliżam się, przyglądam, a tajemnicze zielone "coś" okazuje się być... starą farbą przebijającą tę beżową ze świeżego malowania!


Świetnie wykonana robota! Pogratulować :).

Taki to właśnie ten Władek jest. Niby fajnie, że nad morzem, ale w sumie poza tym to szału nie ma... Wpaść na jeden dzień, na wieżę i port? Spoko. Zostać tu na cały urlop? Nie zdecydowałbym się, tyle przyjemniejszych miejsc w okolicy.

Plus jest taki, że chociaż trochę się tam z ojcem rozruszaliśmy i pokonaliśmy porannego lenia! Władku! Chociaż za to Ci dziękujemy!