Siedziałem na twardym, drewnianym krześle w, jak mi się zadawało, ogromnym, okrągłym pomieszczeniu. Trudno było mi to określić, ponieważ panował tu nieprzenikniony mrok. Nie miałem wątpliwości co do dwóch rzeczy. Tuż przy mnie, ustawione w kręgu, stały postacie, niemal nieruchome i patrzące prosto na mnie. Dużo dalej, chyba na podwyższeniu, widziałem morze głów. Przypuszczałem, że jestem w jakimś dziwnym amfiteatrze... a może na sali sądowej?
- Gdzie jestem? - zapytałem głośno, a mój głos poniósł się echem po pomieszczeniu. Wywołało to falę szeptów z publiczności. Postacie przede mną poruszyły się i gwałtownie zbliżyły. Po kolei zaczęły zbliżać się do mojej twarzy i zaglądać mi w oczy. Rozpoznawałem ich rysy bez trudności. Już po kilku pierwszych zacząłem się szyderczo uśmiechać. Wiedziałem już co to za zaplute gremium.
Para oczu za parą oczu, ich twarze przesuwały się przede mną. To co zapamiętałem, to ich zapachy. Niektórzy pachnieli alkoholem i papierosami, u innych czułem słodką, niewinną woń perfum, kilkoro z nich wydzielało zapach starości. U wszystkich rozpoznałem łączącą ich nutę - kwaśne, gryzące w nozdrza zepsucie.
środa, 12 października 2016
sobota, 8 października 2016
Codzienne Rytuały
Część z Was wie z Facebooka, że czytałem ostatnio, sprezentowaną mi przez Dominikę, książkę Masona Curreya "Codzienne Rytuały. Jak pracują wielkie umysły.". Postanowiłem pisać na blogu o tym co akurat udało mi się przeczytać, toteż zapraszam na kilka słów ode mnie na temat tej pozycji.
Chociaż w zasadzie więcej będzie tu moich refleksji na temat tego do czego mnie zainspirowała ta książka, aniżeli o samej książce :).
Już samo poprzednie zdanie wskazuje, iż "Codzienne Rytuały", hm, nie urywają. Na Facebooku napisałem pod zdjęciem z okładką, że "Czego to ludzie nie wymyślą". No bo jakże inaczej ustosunkować się do pomysłu opisania zwykłego dnia 161 znanych osób - pisarzy, architektów, malarzy, naukowców etc.? Od razu zacząłem się zastanawiać czemu to ma służyć?
Chociaż w zasadzie więcej będzie tu moich refleksji na temat tego do czego mnie zainspirowała ta książka, aniżeli o samej książce :).
Już samo poprzednie zdanie wskazuje, iż "Codzienne Rytuały", hm, nie urywają. Na Facebooku napisałem pod zdjęciem z okładką, że "Czego to ludzie nie wymyślą". No bo jakże inaczej ustosunkować się do pomysłu opisania zwykłego dnia 161 znanych osób - pisarzy, architektów, malarzy, naukowców etc.? Od razu zacząłem się zastanawiać czemu to ma służyć?
środa, 5 października 2016
Połówka
Tak się składa, że mój synek kończy dzisiaj pół roku. W związku z tym obija mi się w głowie, niczym grzechotka po blacie stołu, kilka skromnych refleksji.
6 miesięcy to dużo czasu, czy mało? Na to pytanie odpowiedzieć musi sobie każdy samemu. Ja, patrząc wstecz, aż do dnia 2 sierpnia, kiedy to zapłakana Dominika, łamiącym się głosem oznajmiała mi na zapleczu w pracy, że jest w ciąży, stwierdzam, że to jest bardzo dużo czasu. Dużo może się wydarzyć. I tak jak dużo może się wydarzyć, tak każda sekunda z tych 15 811 200 zwiewa ekstremalnie szybko.
6 miesięcy to dużo czasu, czy mało? Na to pytanie odpowiedzieć musi sobie każdy samemu. Ja, patrząc wstecz, aż do dnia 2 sierpnia, kiedy to zapłakana Dominika, łamiącym się głosem oznajmiała mi na zapleczu w pracy, że jest w ciąży, stwierdzam, że to jest bardzo dużo czasu. Dużo może się wydarzyć. I tak jak dużo może się wydarzyć, tak każda sekunda z tych 15 811 200 zwiewa ekstremalnie szybko.
wtorek, 4 października 2016
Opowiem Ci o...
Nie wiem do końca skąd się wziąłem na tym dworcu. Nie przypominam sobie, żebym ubierał buty i wychodził gdzieś na spacer. Tym bardziej byłem pewny tego, że jestem absolutnie trzeźwy. Moja percepcja była całkowicie niezakłócona. Łódź Chojny wyglądał jak za każdym razem kiedy go mijałem podczas wędrówki albo na treningu.
Długi pas asfaltu z latarniami po obu stronach, ograniczone torami. I kameralny budynek jako zwieńczenie kompozycji. Jakkolwiek słowo "dworzec" kojarzy mi się z ruchem i zamętem, tak ten był oazą spokoju, jedynie sporadycznie zakłócaną warkotem koparki z towarowego terminala tuż obok.
Wyszłaś zza budynku tak, jakbyś spodziewała się mnie tam. W dłoni trzymałaś reklamówkę z dwoma zielonymi Lechami i dwoma Dębowymi. Jedno i drugie w puszce. "Po co jej aż cztery piwa?" pomyślałem i uśmiechnąłem się nerwowo.
- Czeeeść. - powiedziałaś. Jestem pewien, że specjalnie przeciągnęłaś to "e", ale i tak nie przyznałabyś się nigdy do winy.
- Cześć. - odparłem sucho. Parsknęłaś, udając rozbawienie.
- Też się cieszę, że Cię widzę. Usiądziesz ze mną na chwilę? - zapytałaś. Było to dla mnie bardzo problematyczne pytanie. Nie miałem najmniejszej ochoty widzieć cię w ogóle, a tym bardziej teraz i tu.
- Tak, pewnie. - odpowiedziałem wbrew sobie. Zawsze ceniłem moją asertywność.
Poprowadziłaś mnie chwilę za sobą i usiedliśmy na schodkach, przy peronie. Bez pytania otworzyłaś dwa Lechy i podałaś jednego mnie. Nawet nie udawałem, że próbuję pić.
- Co u ciebie? - spytałaś, uśmiechając się beztrosko.
- Nic nowego. - odpowiedziałem.
- Nie jesteś dziś zbyt rozmowny, co?
- Nie.
Zapadła cisza. Wydawało mi się, że nieco nerwowa, ale niestety. Tylko ja byłem zdenerwowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. - Twoje zdanie wybuchło w ciszy jak granat.
- Że co proszę? - zapytałem zdezorientowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. Jestem dziś jedną z nich. Może, kiedy odpowiesz mi na to pytanie, dowiem się dlaczego. I co łączy mnie z pozostałymi. - powiedziałaś. - Dobrze wiedzieć w jakim towarzystwie się przebywa.
- Skoro tak... - wymamrotałem. - Opowiem ci o Esther.
- Co?
- Hłasko.
- Uwielbiałeś go.
- Nadal uwielbiam. Tylko dziś żyje we mnie. - zaśmiałem się gorzko.
- Mam Ci opowiedzieć jakie one były, czy jak było między nami? - spytałem.
- Chcę wiedzieć jakie były.
- A pozwolisz, że nie będę wspominał ich imion? Dostatecznie mnie boli obracanie ich w milczeniu.
- Rób jak uważasz,
Nie cierpiałem tego zdania. Nigdy nie uważałem, że powinienem to robić. Jeśli, Czytelniku, rozumiesz co mam na myśli.
- Czekaj. W takim razie muszę ułożyć je sobie w głowie. I dać im jakieś tymczasowe imiona. - powiedziałem i zamilkłem. Mimochodem zacząłem sączyć piwo. Po kilku minutach byłem gotowy, żeby mówić. Nawet miałem na to ochotę.
- Słońce, Wichura, Gwiazda i Ziemia. Tak bym je określił. - rzekłem. Miałaś obojętną minę. Chciałaś tylko słuchać i ważyć każde moje słowo. Zgodziłem się na to.
- Słońce była pierwsza. Była blisko mnie od zawsze. Nie mam pojęcia kiedy się poznaliśmy. Tacy ludzie są najgorsi. Nie wiesz w jaki sposób ich oceniać, bo zanim dotrze do ciebie, że coś dla siebie znaczycie, to macie tyle wspomnień, że błądzisz między tym co jest bolesnym faktem, a przyjemnym wyobrażeniem. Chociaż ją uwielbiałem bez względu na wszystko. Znajdowałem w niej siebie, chyba jak w nikim innym. - zacząłem gadać jak nakręcony.
- Była kompletnie inna od reszty. Nie pasowała do tego obrazka, w który została wklejona. Rozumiała znacznie więcej niż powinna i to powodowało spychanie jej na margines. A im bardziej zostawała tam zrzucana, tym lepiej się tam odnajdowała. Na tej płaszczyźnie się szukaliśmy. I tam się znajdowaliśmy. Renegaci. Jak Winston i Julia.
- Brzmi pasjonująco... - powiedziałaś i gestem zachęciłaś, abym mówił dalej.
- Druga była Wichura. Wszędzie jej było pełno. O wszystkim wiedziała najlepiej, wszystkich znała najlepiej. Może dlatego, że zawsze nosiła ze sobą stolicę?
W każdym razie była najambitniejsza z nich wszystkich. Znów znalazłem w niej siebie. Wolnego ducha, który wierzy, że może być we wszystkim dobry. Fascynująca historia, bo przecież wystarczyło chociaż raz pójść na spacer. Z nich wszystkich to jej byłem najbardziej pewny. I jej się pozbyłem w najbardziej pewny sposób. Kazałem jej spierdalać...
Westchnąłem ciężko i dopiłem resztę Lecha. Nawet chwili nie zastanawiałaś się i podałaś mi drugie piwo. Byłaś cholernie ciekawa co będzie dalej.
- Gwiazda była iluzją. Ani przez chwilę nie była moja, jak jej koleżanki, które ozdabiają nocne niebo. Zawsze była moja, gdybym tylko zażyczył sobie wsiąść w rakietę kosmiczną i dolecieć do jej galaktyki. Nawet zapraszała mnie do siebie, na eksplorację jej układu.
Strasznie pracowita jednostka. Ponadprzeciętna. Chciała tak wiele, ciesząc się jednocześnie z takich drobiazgów. Nie było między nami nic, poza wszystkim. Oddałbym wiele, żeby znaleźć się po tej dobrej stronie barykady.
- To ostatnie było trudne. - skomentowałaś. - Wątpię, że ktoś kto cię nie zna to zrozumie. Ja nie rozumiem. - dodałaś.
- Masz rację. Myślę, że nawet ja tego nie rozumiem. Chciałaś opowieści, to słuchaj jej do końca. Zrozumienie albo przyjdzie, albo nie.
Pokiwałaś głową.
- Ostatnia była Ziemia.
- Czemu Ziemia? - wyrwałaś się z pytaniem. Zmierzyłem cię karcącym spojrzeniem.
- Bo pochowała mnie. Jest ostatnim wspomnieniem przeszłości. Cała reszta poza nią to teraźniejszość. Nawet jeśli bardzo odległa.
- Zabolała cię najbardziej prawda?
- Bo najwięcej zapłaciłem, żeby ułuda jaką dla mnie była, stała się rzeczywistością. Była ostatnim momentem mojego życia, kiedy oddałem siebie w całości. Od tej pory oddaję tylko cząstki. Czasem bliskie całości, ale nigdy nie będące całością.
- A jaka była ona? Nigdy o niej nie opowiadałeś.
- Była wizjonerką. Widziała świat o dwa kroki do przodu. Przez to nie potrafiła sobie poradzić z codziennością, jak ja. Myślę, że to ją tak bardzo przygnębiało. A im bardziej była przygnębiona, tym bardziej ciągnęło mnie do niej. - zamilknąłem na chwilę. - Smutna. Tak. Była bardzo smutna. Nie spotkałem innej kobiety, która tak smutnymi oczami zerkałaby na czerwoną różę, którą dostała chwilę wcześniej.
Zamilkłem, gapiąc się przed siebie.
- A jak widzisz mnie? - przerwałaś ciszę.
- Ciebie? - zapytałem. - Ciebie widzę, jak wszystkie wymienione, tylko w jednym miejscu. Zawsze byłaś cholernie ambitna i pracowita. Chciałaś wiele, często więcej niż sama byłaś w stanie sobie wyobrazić. Odlatywałaś, ale zawsze wracałaś, wiedząc gdzie twoje miejsce na Ziemi. Ciebie kochałem jako jedyną tak naprawdę.
Uśmiechnęłaś się.
- A teraz nie kochasz nikogo? - spytałaś.
- Nie. - odparłem. - Teraz nie potrafię kochać nikogo. Nawet nie chce mi się próbować. Po prostu zaspokajam popędy. Nie ma w tym nic więcej. Surowizna.
- Rozumiem. - rzekłaś. - Gdybyśmy się nie rozeszli wtedy, w styczniu, to co by teraz było? - zapytałaś. Zaśmiałem się w głos, kończąc drugie piwo.
- Byłaby teraźniejszość. Kto wie, może mielibyśmy nawet dziecko. Pewnie syna, bo zawsze pragnęłaś syna. Może nawet miałby blond włosy jak twój wymarzony Kubuś. Bo to że miałby niebieskie oczy, to jest praktycznie pewne.
- Kochałbyś taką teraźniejszość? - zapytałaś, kiedy nagle poczułem uderzenie.
Leżałem pod kołdrą. Obok leżał Kuba i Ty. Spokojnie spaliście. Napawałem się tym widokiem. Twoje ostatnie pytanie przemknęło mi w głowie.
Zamknąłem oczy. Usłyszałem oddech Kuby, chwilę później Twój, aż wreszcie sam wypuściłem powietrze. Była piąta nad ranem.
Kochałem taką teraźniejszość.
Długi pas asfaltu z latarniami po obu stronach, ograniczone torami. I kameralny budynek jako zwieńczenie kompozycji. Jakkolwiek słowo "dworzec" kojarzy mi się z ruchem i zamętem, tak ten był oazą spokoju, jedynie sporadycznie zakłócaną warkotem koparki z towarowego terminala tuż obok.
Wyszłaś zza budynku tak, jakbyś spodziewała się mnie tam. W dłoni trzymałaś reklamówkę z dwoma zielonymi Lechami i dwoma Dębowymi. Jedno i drugie w puszce. "Po co jej aż cztery piwa?" pomyślałem i uśmiechnąłem się nerwowo.
- Czeeeść. - powiedziałaś. Jestem pewien, że specjalnie przeciągnęłaś to "e", ale i tak nie przyznałabyś się nigdy do winy.
- Cześć. - odparłem sucho. Parsknęłaś, udając rozbawienie.
- Też się cieszę, że Cię widzę. Usiądziesz ze mną na chwilę? - zapytałaś. Było to dla mnie bardzo problematyczne pytanie. Nie miałem najmniejszej ochoty widzieć cię w ogóle, a tym bardziej teraz i tu.
- Tak, pewnie. - odpowiedziałem wbrew sobie. Zawsze ceniłem moją asertywność.
Poprowadziłaś mnie chwilę za sobą i usiedliśmy na schodkach, przy peronie. Bez pytania otworzyłaś dwa Lechy i podałaś jednego mnie. Nawet nie udawałem, że próbuję pić.
- Co u ciebie? - spytałaś, uśmiechając się beztrosko.
- Nic nowego. - odpowiedziałem.
- Nie jesteś dziś zbyt rozmowny, co?
- Nie.
Zapadła cisza. Wydawało mi się, że nieco nerwowa, ale niestety. Tylko ja byłem zdenerwowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. - Twoje zdanie wybuchło w ciszy jak granat.
- Że co proszę? - zapytałem zdezorientowany.
- Opowiedz mi o swoich byłych. Jestem dziś jedną z nich. Może, kiedy odpowiesz mi na to pytanie, dowiem się dlaczego. I co łączy mnie z pozostałymi. - powiedziałaś. - Dobrze wiedzieć w jakim towarzystwie się przebywa.
- Skoro tak... - wymamrotałem. - Opowiem ci o Esther.
- Co?
- Hłasko.
- Uwielbiałeś go.
- Nadal uwielbiam. Tylko dziś żyje we mnie. - zaśmiałem się gorzko.
- Mam Ci opowiedzieć jakie one były, czy jak było między nami? - spytałem.
- Chcę wiedzieć jakie były.
- A pozwolisz, że nie będę wspominał ich imion? Dostatecznie mnie boli obracanie ich w milczeniu.
- Rób jak uważasz,
Nie cierpiałem tego zdania. Nigdy nie uważałem, że powinienem to robić. Jeśli, Czytelniku, rozumiesz co mam na myśli.
- Czekaj. W takim razie muszę ułożyć je sobie w głowie. I dać im jakieś tymczasowe imiona. - powiedziałem i zamilkłem. Mimochodem zacząłem sączyć piwo. Po kilku minutach byłem gotowy, żeby mówić. Nawet miałem na to ochotę.
- Słońce, Wichura, Gwiazda i Ziemia. Tak bym je określił. - rzekłem. Miałaś obojętną minę. Chciałaś tylko słuchać i ważyć każde moje słowo. Zgodziłem się na to.
- Słońce była pierwsza. Była blisko mnie od zawsze. Nie mam pojęcia kiedy się poznaliśmy. Tacy ludzie są najgorsi. Nie wiesz w jaki sposób ich oceniać, bo zanim dotrze do ciebie, że coś dla siebie znaczycie, to macie tyle wspomnień, że błądzisz między tym co jest bolesnym faktem, a przyjemnym wyobrażeniem. Chociaż ją uwielbiałem bez względu na wszystko. Znajdowałem w niej siebie, chyba jak w nikim innym. - zacząłem gadać jak nakręcony.
- Była kompletnie inna od reszty. Nie pasowała do tego obrazka, w który została wklejona. Rozumiała znacznie więcej niż powinna i to powodowało spychanie jej na margines. A im bardziej zostawała tam zrzucana, tym lepiej się tam odnajdowała. Na tej płaszczyźnie się szukaliśmy. I tam się znajdowaliśmy. Renegaci. Jak Winston i Julia.
- Brzmi pasjonująco... - powiedziałaś i gestem zachęciłaś, abym mówił dalej.
- Druga była Wichura. Wszędzie jej było pełno. O wszystkim wiedziała najlepiej, wszystkich znała najlepiej. Może dlatego, że zawsze nosiła ze sobą stolicę?
W każdym razie była najambitniejsza z nich wszystkich. Znów znalazłem w niej siebie. Wolnego ducha, który wierzy, że może być we wszystkim dobry. Fascynująca historia, bo przecież wystarczyło chociaż raz pójść na spacer. Z nich wszystkich to jej byłem najbardziej pewny. I jej się pozbyłem w najbardziej pewny sposób. Kazałem jej spierdalać...
Westchnąłem ciężko i dopiłem resztę Lecha. Nawet chwili nie zastanawiałaś się i podałaś mi drugie piwo. Byłaś cholernie ciekawa co będzie dalej.
- Gwiazda była iluzją. Ani przez chwilę nie była moja, jak jej koleżanki, które ozdabiają nocne niebo. Zawsze była moja, gdybym tylko zażyczył sobie wsiąść w rakietę kosmiczną i dolecieć do jej galaktyki. Nawet zapraszała mnie do siebie, na eksplorację jej układu.
Strasznie pracowita jednostka. Ponadprzeciętna. Chciała tak wiele, ciesząc się jednocześnie z takich drobiazgów. Nie było między nami nic, poza wszystkim. Oddałbym wiele, żeby znaleźć się po tej dobrej stronie barykady.
- To ostatnie było trudne. - skomentowałaś. - Wątpię, że ktoś kto cię nie zna to zrozumie. Ja nie rozumiem. - dodałaś.
- Masz rację. Myślę, że nawet ja tego nie rozumiem. Chciałaś opowieści, to słuchaj jej do końca. Zrozumienie albo przyjdzie, albo nie.
Pokiwałaś głową.
- Ostatnia była Ziemia.
- Czemu Ziemia? - wyrwałaś się z pytaniem. Zmierzyłem cię karcącym spojrzeniem.
- Bo pochowała mnie. Jest ostatnim wspomnieniem przeszłości. Cała reszta poza nią to teraźniejszość. Nawet jeśli bardzo odległa.
- Zabolała cię najbardziej prawda?
- Bo najwięcej zapłaciłem, żeby ułuda jaką dla mnie była, stała się rzeczywistością. Była ostatnim momentem mojego życia, kiedy oddałem siebie w całości. Od tej pory oddaję tylko cząstki. Czasem bliskie całości, ale nigdy nie będące całością.
- A jaka była ona? Nigdy o niej nie opowiadałeś.
- Była wizjonerką. Widziała świat o dwa kroki do przodu. Przez to nie potrafiła sobie poradzić z codziennością, jak ja. Myślę, że to ją tak bardzo przygnębiało. A im bardziej była przygnębiona, tym bardziej ciągnęło mnie do niej. - zamilknąłem na chwilę. - Smutna. Tak. Była bardzo smutna. Nie spotkałem innej kobiety, która tak smutnymi oczami zerkałaby na czerwoną różę, którą dostała chwilę wcześniej.
Zamilkłem, gapiąc się przed siebie.
- A jak widzisz mnie? - przerwałaś ciszę.
- Ciebie? - zapytałem. - Ciebie widzę, jak wszystkie wymienione, tylko w jednym miejscu. Zawsze byłaś cholernie ambitna i pracowita. Chciałaś wiele, często więcej niż sama byłaś w stanie sobie wyobrazić. Odlatywałaś, ale zawsze wracałaś, wiedząc gdzie twoje miejsce na Ziemi. Ciebie kochałem jako jedyną tak naprawdę.
Uśmiechnęłaś się.
- A teraz nie kochasz nikogo? - spytałaś.
- Nie. - odparłem. - Teraz nie potrafię kochać nikogo. Nawet nie chce mi się próbować. Po prostu zaspokajam popędy. Nie ma w tym nic więcej. Surowizna.
- Rozumiem. - rzekłaś. - Gdybyśmy się nie rozeszli wtedy, w styczniu, to co by teraz było? - zapytałaś. Zaśmiałem się w głos, kończąc drugie piwo.
- Byłaby teraźniejszość. Kto wie, może mielibyśmy nawet dziecko. Pewnie syna, bo zawsze pragnęłaś syna. Może nawet miałby blond włosy jak twój wymarzony Kubuś. Bo to że miałby niebieskie oczy, to jest praktycznie pewne.
- Kochałbyś taką teraźniejszość? - zapytałaś, kiedy nagle poczułem uderzenie.
Leżałem pod kołdrą. Obok leżał Kuba i Ty. Spokojnie spaliście. Napawałem się tym widokiem. Twoje ostatnie pytanie przemknęło mi w głowie.
Zamknąłem oczy. Usłyszałem oddech Kuby, chwilę później Twój, aż wreszcie sam wypuściłem powietrze. Była piąta nad ranem.
Kochałem taką teraźniejszość.
sobota, 1 października 2016
Początek Starego
- Cześć Budżu! - zawołał do mnie posiadacz czerwonego Forda Escorta, uśmiechając się szeroko. Ja sam nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu już od chwili kiedy usłyszałem charakterystyczny terkot silnika tej cudownej maszyny.
- Cześć Andrzejku. - odpowiedziałem, podając mu dłoń przez uchylone okno. - Parkuj obok Prioryteta. Stałem tam czekając na ciebie, żeby nikt nie zajął miejsca. - dodałem, całkiem serio zresztą.
Andrzejek słynął z punktualności, więc przez te (jedynie) dwadzieścia minut czekania, ktoś mógłby miejsce połasić się na to miejsce. Czy zamierzałem mu robić wyrzut? Bron Boże! Od dawna traktowałem to jako jego znak szczególny. Taki jak u ludzi, którzy nie wymawiają 'r'.
Escort zajechał na szanowne miejsce i chwile później staliśmy przy bagażniku, zaglądając do środka.
- Fiu fiu! - zawołałem widząc zawartość. Zgrzewka Perły Chmielowej i druga Goolmana.
- Pamiętasz te czasy jak Perła była oznaka piwnego szpanu? - zapytał Andrzejek, zacierając ręce.
- Pamiętam. - odparłem - Była wówczas perłą wśród Harnasi. Nomen omen.
- Otóż to Budżasku! I mam jeszcze coś. Coś co poprawi ci humor jeszcze bardziej niż te dwie zgrzewki. - zacząłem się zastanawiać czy powie mi, że ma jeszcze zgrzewkę Donnera na tylnim fotelu, czy może kupił Van Pura na promocji na BP. Andrzejek sięgnął jednak do torby Izostara, za zgrzewkami.
- Uau! - aż zakrzyknąłem z wrażenia. No to mnie chłopak zaskoczył. - Skąd wziąłeś łódzkiego Portera w butelce? To ze starych czasów? - uśmiechnął się szelmowsko.
- Budżu, trzymałem to na specjalną okazję. A sądzę, że twój wpis na bloga to taka okazja.
Zaśmiałem się i poklepałem go po plecach. Miał kamrat łeb i pamięć do takich rzeczy. Zawsze. W przeciwieństwie do mnie. Ja bym te Portery dawno wytrąbił, a na okazję bloga przyniósł byle co.
- Gdzie będziemy siedzieć? - zapytałem, po części z grzeczności - w końcu to on tu był managerem z pasji i wykształcenia.
- Muszę skoczyć na górę, wyprasować kilka rzeczy. - odpowiedział z właściwą dla siebie szczerością, choć nie bez nutki naiwnego poglądu, że to jest właśnie to co chciałem robić tego wieczoru. To też u niego cenię, wbrew pozorom.
Dużo schodów później (bo przecież nie dość, że mieszka na czwartym, to jeszcze w dwupoziomowym!) siedziałem na podłodze strychu, a Andrzejek, z zaangażowaniem pani domu z reklamy płatków śniadaniowych z USA, traktował kolejne ubrania Tefalem. Ja klasycznie robiłem mu burdel w szalikach, podpytując o co ciekawsze.
- Kiedyś mi powiedziałeś, że nie chcesz mieć wszystkich szalików jakie zrobili. - rzekłem. Andrzej nawet nie podniósł wzroku znad koszuli.
- Bo nie chcę. A ty chcesz mnie zdissować na blogu, tak? - zapytał.
- Czemu miałbym cię dissować?
- Bo przecież argumentując to, cytowałem ci Paszczaka z Muminków. - roześmiałem się w głos. Zawsze lubiłem jak mówił o banałach w poważny sposób, właściwy tylko sobie. - No właśnie. Już szydzisz!
- Nie prawda. To był świetny cytat. "Gdybym miał wszystkie, przestałbym być kolekcjonerem, a zostałbym posiadaczem". Największa frajda jest z gonienia króliczka! - Andrzejek rozchmurzył się.
- Zawsze sądziłem, że wiara w fajne jutro jest najważniejsza. Pewnie dlatego pomogła nam przetrwać te wszystkie chujowe czasy... - powiedział. Pokiwałem głową.
- Właśnie! Na moim blogu żadnych rozkmin o Krętaczach czy innych Ł. albo M.! - zmarszczył brwi. - Weź nie pierdziel! - skarciłem go od razu. - Stare czasy były fajne. Zresztą, ta pogoda przypomina mi o tych starych czasach. Jakby zaczynały się na nowo.
- Co masz na myśli? - zapytał zaintrygowany.
- Widziałem dwóch ziomków, którzy szli przez osiedle i gadali. Było dość chłodno, lekka mgła od wilgoci i późny wieczór. Zupełnie jak my za "dawnych dobrych". - wytłumaczyłem. - Weź zostaw te koszule, weźmy po piwku... po dwa piwka i połaźmy jak kiedyś.
15 minut później schodziliśmy po tych samych, upierdliwych schodach.
- Budżu, jedna sprawa... - zagaił Andrzejek na klatce.
- Co tam?
- Okłamujesz ludzi. Nigdy nie mieliśmy takich przeintelektualizowanych rozmów, jak to przedstawiasz na blogu.
- Ano fakt. Zawsze ceniliśmy proste środki wyrazu. Proste, ale nie prostackie. Jednak wybaczcie, Czytelnicy, tę fikcję. Lepiej Wam przeczyta się to co piszę, aniżeli stenogram z naszych rozmów. Tym bardziej, że treści staram się nie ruszać.
Wyszliśmy na chłód dworu.
- Coś zacząłeś mówić o "starym", Budżu.
- Owszem. - zacząłem. Gnaliśmy w kółko po starej, osiedlowej trasie. Ile okrążeń machnęliśmy, zliczyć się nie da. - Czuję, że "stare" właśnie się zaczyna. I stary.
Andrzejek spojrzał się na mnie pytająco.
- Tak, tak. Wiem. Lubisz gadać o konkretach. Już mówię o co chodzi. Mam na myśli trzy kwestie. - powiedziałem.
- Pierwsza to jesień? - zapytał Andrzejek.
- Otóż to.
- Nigdy nie lubiłem jesieni ani zimy. Zawsze łapały mnie krzywe rozkminy i doły.
- Tak było. Jak coś się psuło to wtedy. Jak wybuchały rewolucje to wtedy. Ale czy któraś z nich nie doprowadziła nas do lepszego miejsca niż poprzednie?
- No tu masz rację. Zawsze szło na plus.
- No właśnie. To dobry czas na trudne decyzje. Dlatego go lubię. Mało ludzi wychodzi wtedy z domów, więc biega się i myśli znacznie przyjemniej.
Andrzejek pokiwał ze zrozumieniem głową i podał mi drugie piwko do otworzenia.
- Reszty "starego" rozkminić nie mogę. - powiedział.
- Oj, możesz możesz. Najlepsze wakacje?
- 09! - ożywił się od razu. - Złodzieje Czasu, drugi PSS i non stop Wągry!
- Haha! - zawołałem - To jest to! A myślałeś kiedyś czemu wtedy było tak fajnie?
- Bo był luz. - odpowiedział od razu.
- Był luz i nie było planów. - potwierdziłem. - Wiesz co mnie najbardziej drażni teraz?
- Nom?
- Teraz, żeby usiąść do pisania to musi być cały rytuał spełniony. Musi być cisza, spokój, dobra muzyka, coś dobrego do picia, wszystko zrobione i w ogóle milion innych warunków. A wtedy? Pamiętam jak wróciłem ze szkoły i napisałem "Energię" na naszą drugą płytę. Po prostu, z marszu. Chyba nawet plecaka nie zdjąłem, bo miałem pierwsze cztery wersy już w głowie. I dziś sądzę, że to jeden z najlepszych tekstów jakie napisałem.
- I myślisz, że dlatego już nie nagrywamy? - zapytał.
- Myślę, że dlatego już pewnie nic nie nagramy.
- Co ty gadasz... - powiedział, ewidentnie rozczarowany.
- A ile już razy próbowaliśmy? I nawet jeden kawałek z tego nie wyszedł. Chociaż kilka dobrych tekstów napisaliśmy.
- Może dlatego, że wtedy skupialiśmy się tylko na tym i na niczym więcej? No może poza piciem piwa.- zaśmiałem się.
- Dlatego chcę, żeby wróciło u mnie drugie "stare". Takie, w którym tworzenie ma pierwsze miejsce. Jest pasją, pracą i codziennością. Bez chrzanienia, że "daję sobie rok na napisanie książki". Sam wiesz kiedy napisałeś 3/4 tekstów na tamtą płytę. - szturchnął mnie.
- No już, nie wypominaj mi tyle. Dobre były?
- Dobre.
- No to nieważne, że na ostatnią chwilę!
Złapała nas zadyszka i paliwo zaczęło się kończyć. Zaproponowałem, żebyśmy zasiedli w Escorcie i skwitowali ten wieczór Porterem. Andrzejek skwapliwie pokiwał głową.
- Wiesz, że się skasujemy? - zapytał, nie bez satysfakcji.
- Nie zapomnę, jak nie mogliśmy wysiąść z auta, bo kupiliśmy sobie po dwa i jakoś nie zauważyliśmy tych ponad 9 procent.
- Ale jest zacne.
- Cudownie zacne! Zdrówko! - brzęknęliśmy się butelkami, a Andrzejek zajrzał do schowka. Wyjął ze środka kasetę. Dopiero zauważyłem, że zmienił radio na kaseciaka.
- Jeszcze "Światła Miasta" z kasety? Przeginamy z oldschoolem! - zawołałem.
- Bo my jesteśmy oldschoolowcy. Lubimy stare czasy, wspominać o nich, przywoływać i zachowywać się jak za dawnych lat! - pokiwałem głową. Miał całkowitą rację.
- Chyba urodziliśmy się o dekadę za późno. Kto wie, może bylibyśmy dziś legendami, jak Familia HP? - powiedziałem.
- Albo chuliganami.
Zerknąłem na niego, unosząc brwi.
- No to co jest trzecim "starym"? - zapytał, widząc że na temat jego chuligańskich ambicji nie będę wypowiadał się publicznie.
- Nie co tylko kto.
- Że ty, Bużku?
- Że ja Andrzejku. To moje początki bycia czyimś starym.
- I jak się z tym czujesz?
- Dobrze. Ale kiedy przypominam sobie nasze odpały - i te dawniejsze i te ostatnie, stwierdzam, że bliżej mi wciąż do roli dziecka, niż do roli starego.
- Nie gadaj.
- Nie gadam. Ty zresztą też jesteś wyrośnięty dzieciak. Już cię za długo znam. Zresztą chyba każdy mężczyzna jest.
- Ale przyznasz, że przynajmniej jest z nami ciekawie.
- Niewątpliwie. - skwitowałem i popadliśmy w zadumę. Przyjemnie kręciło mi się w głowie, a z żołądka pulsowało ciepło Portera. Na dworze mgła była coraz gęstsza.
Patrzyłem na ledwo widoczną latarnię i zastanawiałem się - czy stare znów się zaczynało, czy może jednak nigdy się nie skończyło?
- Cześć Andrzejku. - odpowiedziałem, podając mu dłoń przez uchylone okno. - Parkuj obok Prioryteta. Stałem tam czekając na ciebie, żeby nikt nie zajął miejsca. - dodałem, całkiem serio zresztą.
Andrzejek słynął z punktualności, więc przez te (jedynie) dwadzieścia minut czekania, ktoś mógłby miejsce połasić się na to miejsce. Czy zamierzałem mu robić wyrzut? Bron Boże! Od dawna traktowałem to jako jego znak szczególny. Taki jak u ludzi, którzy nie wymawiają 'r'.
Escort zajechał na szanowne miejsce i chwile później staliśmy przy bagażniku, zaglądając do środka.
- Fiu fiu! - zawołałem widząc zawartość. Zgrzewka Perły Chmielowej i druga Goolmana.
- Pamiętasz te czasy jak Perła była oznaka piwnego szpanu? - zapytał Andrzejek, zacierając ręce.
- Pamiętam. - odparłem - Była wówczas perłą wśród Harnasi. Nomen omen.
- Otóż to Budżasku! I mam jeszcze coś. Coś co poprawi ci humor jeszcze bardziej niż te dwie zgrzewki. - zacząłem się zastanawiać czy powie mi, że ma jeszcze zgrzewkę Donnera na tylnim fotelu, czy może kupił Van Pura na promocji na BP. Andrzejek sięgnął jednak do torby Izostara, za zgrzewkami.
- Uau! - aż zakrzyknąłem z wrażenia. No to mnie chłopak zaskoczył. - Skąd wziąłeś łódzkiego Portera w butelce? To ze starych czasów? - uśmiechnął się szelmowsko.
- Budżu, trzymałem to na specjalną okazję. A sądzę, że twój wpis na bloga to taka okazja.
Zaśmiałem się i poklepałem go po plecach. Miał kamrat łeb i pamięć do takich rzeczy. Zawsze. W przeciwieństwie do mnie. Ja bym te Portery dawno wytrąbił, a na okazję bloga przyniósł byle co.
- Gdzie będziemy siedzieć? - zapytałem, po części z grzeczności - w końcu to on tu był managerem z pasji i wykształcenia.
- Muszę skoczyć na górę, wyprasować kilka rzeczy. - odpowiedział z właściwą dla siebie szczerością, choć nie bez nutki naiwnego poglądu, że to jest właśnie to co chciałem robić tego wieczoru. To też u niego cenię, wbrew pozorom.
Dużo schodów później (bo przecież nie dość, że mieszka na czwartym, to jeszcze w dwupoziomowym!) siedziałem na podłodze strychu, a Andrzejek, z zaangażowaniem pani domu z reklamy płatków śniadaniowych z USA, traktował kolejne ubrania Tefalem. Ja klasycznie robiłem mu burdel w szalikach, podpytując o co ciekawsze.
- Kiedyś mi powiedziałeś, że nie chcesz mieć wszystkich szalików jakie zrobili. - rzekłem. Andrzej nawet nie podniósł wzroku znad koszuli.
- Bo nie chcę. A ty chcesz mnie zdissować na blogu, tak? - zapytał.
- Czemu miałbym cię dissować?
- Bo przecież argumentując to, cytowałem ci Paszczaka z Muminków. - roześmiałem się w głos. Zawsze lubiłem jak mówił o banałach w poważny sposób, właściwy tylko sobie. - No właśnie. Już szydzisz!
- Nie prawda. To był świetny cytat. "Gdybym miał wszystkie, przestałbym być kolekcjonerem, a zostałbym posiadaczem". Największa frajda jest z gonienia króliczka! - Andrzejek rozchmurzył się.
- Zawsze sądziłem, że wiara w fajne jutro jest najważniejsza. Pewnie dlatego pomogła nam przetrwać te wszystkie chujowe czasy... - powiedział. Pokiwałem głową.
- Właśnie! Na moim blogu żadnych rozkmin o Krętaczach czy innych Ł. albo M.! - zmarszczył brwi. - Weź nie pierdziel! - skarciłem go od razu. - Stare czasy były fajne. Zresztą, ta pogoda przypomina mi o tych starych czasach. Jakby zaczynały się na nowo.
- Co masz na myśli? - zapytał zaintrygowany.
- Widziałem dwóch ziomków, którzy szli przez osiedle i gadali. Było dość chłodno, lekka mgła od wilgoci i późny wieczór. Zupełnie jak my za "dawnych dobrych". - wytłumaczyłem. - Weź zostaw te koszule, weźmy po piwku... po dwa piwka i połaźmy jak kiedyś.
15 minut później schodziliśmy po tych samych, upierdliwych schodach.
- Budżu, jedna sprawa... - zagaił Andrzejek na klatce.
- Co tam?
- Okłamujesz ludzi. Nigdy nie mieliśmy takich przeintelektualizowanych rozmów, jak to przedstawiasz na blogu.
- Ano fakt. Zawsze ceniliśmy proste środki wyrazu. Proste, ale nie prostackie. Jednak wybaczcie, Czytelnicy, tę fikcję. Lepiej Wam przeczyta się to co piszę, aniżeli stenogram z naszych rozmów. Tym bardziej, że treści staram się nie ruszać.
Wyszliśmy na chłód dworu.
- Coś zacząłeś mówić o "starym", Budżu.
- Owszem. - zacząłem. Gnaliśmy w kółko po starej, osiedlowej trasie. Ile okrążeń machnęliśmy, zliczyć się nie da. - Czuję, że "stare" właśnie się zaczyna. I stary.
Andrzejek spojrzał się na mnie pytająco.
- Tak, tak. Wiem. Lubisz gadać o konkretach. Już mówię o co chodzi. Mam na myśli trzy kwestie. - powiedziałem.
- Pierwsza to jesień? - zapytał Andrzejek.
- Otóż to.
- Nigdy nie lubiłem jesieni ani zimy. Zawsze łapały mnie krzywe rozkminy i doły.
- Tak było. Jak coś się psuło to wtedy. Jak wybuchały rewolucje to wtedy. Ale czy któraś z nich nie doprowadziła nas do lepszego miejsca niż poprzednie?
- No tu masz rację. Zawsze szło na plus.
- No właśnie. To dobry czas na trudne decyzje. Dlatego go lubię. Mało ludzi wychodzi wtedy z domów, więc biega się i myśli znacznie przyjemniej.
Andrzejek pokiwał ze zrozumieniem głową i podał mi drugie piwko do otworzenia.
- Reszty "starego" rozkminić nie mogę. - powiedział.
- Oj, możesz możesz. Najlepsze wakacje?
- 09! - ożywił się od razu. - Złodzieje Czasu, drugi PSS i non stop Wągry!
- Haha! - zawołałem - To jest to! A myślałeś kiedyś czemu wtedy było tak fajnie?
- Bo był luz. - odpowiedział od razu.
- Był luz i nie było planów. - potwierdziłem. - Wiesz co mnie najbardziej drażni teraz?
- Nom?
- Teraz, żeby usiąść do pisania to musi być cały rytuał spełniony. Musi być cisza, spokój, dobra muzyka, coś dobrego do picia, wszystko zrobione i w ogóle milion innych warunków. A wtedy? Pamiętam jak wróciłem ze szkoły i napisałem "Energię" na naszą drugą płytę. Po prostu, z marszu. Chyba nawet plecaka nie zdjąłem, bo miałem pierwsze cztery wersy już w głowie. I dziś sądzę, że to jeden z najlepszych tekstów jakie napisałem.
- I myślisz, że dlatego już nie nagrywamy? - zapytał.
- Myślę, że dlatego już pewnie nic nie nagramy.
- Co ty gadasz... - powiedział, ewidentnie rozczarowany.
- A ile już razy próbowaliśmy? I nawet jeden kawałek z tego nie wyszedł. Chociaż kilka dobrych tekstów napisaliśmy.
- Może dlatego, że wtedy skupialiśmy się tylko na tym i na niczym więcej? No może poza piciem piwa.- zaśmiałem się.
- Dlatego chcę, żeby wróciło u mnie drugie "stare". Takie, w którym tworzenie ma pierwsze miejsce. Jest pasją, pracą i codziennością. Bez chrzanienia, że "daję sobie rok na napisanie książki". Sam wiesz kiedy napisałeś 3/4 tekstów na tamtą płytę. - szturchnął mnie.
- No już, nie wypominaj mi tyle. Dobre były?
- Dobre.
- No to nieważne, że na ostatnią chwilę!
Złapała nas zadyszka i paliwo zaczęło się kończyć. Zaproponowałem, żebyśmy zasiedli w Escorcie i skwitowali ten wieczór Porterem. Andrzejek skwapliwie pokiwał głową.
- Wiesz, że się skasujemy? - zapytał, nie bez satysfakcji.
- Nie zapomnę, jak nie mogliśmy wysiąść z auta, bo kupiliśmy sobie po dwa i jakoś nie zauważyliśmy tych ponad 9 procent.
- Ale jest zacne.
- Cudownie zacne! Zdrówko! - brzęknęliśmy się butelkami, a Andrzejek zajrzał do schowka. Wyjął ze środka kasetę. Dopiero zauważyłem, że zmienił radio na kaseciaka.
- Jeszcze "Światła Miasta" z kasety? Przeginamy z oldschoolem! - zawołałem.
- Bo my jesteśmy oldschoolowcy. Lubimy stare czasy, wspominać o nich, przywoływać i zachowywać się jak za dawnych lat! - pokiwałem głową. Miał całkowitą rację.
- Chyba urodziliśmy się o dekadę za późno. Kto wie, może bylibyśmy dziś legendami, jak Familia HP? - powiedziałem.
- Albo chuliganami.
Zerknąłem na niego, unosząc brwi.
- No to co jest trzecim "starym"? - zapytał, widząc że na temat jego chuligańskich ambicji nie będę wypowiadał się publicznie.
- Nie co tylko kto.
- Że ty, Bużku?
- Że ja Andrzejku. To moje początki bycia czyimś starym.
- I jak się z tym czujesz?
- Dobrze. Ale kiedy przypominam sobie nasze odpały - i te dawniejsze i te ostatnie, stwierdzam, że bliżej mi wciąż do roli dziecka, niż do roli starego.
- Nie gadaj.
- Nie gadam. Ty zresztą też jesteś wyrośnięty dzieciak. Już cię za długo znam. Zresztą chyba każdy mężczyzna jest.
- Ale przyznasz, że przynajmniej jest z nami ciekawie.
- Niewątpliwie. - skwitowałem i popadliśmy w zadumę. Przyjemnie kręciło mi się w głowie, a z żołądka pulsowało ciepło Portera. Na dworze mgła była coraz gęstsza.
Patrzyłem na ledwo widoczną latarnię i zastanawiałem się - czy stare znów się zaczynało, czy może jednak nigdy się nie skończyło?
wtorek, 27 września 2016
Rzemiosło
- Uspokój się, to że jesteś w obcym mieście, nie oznacza wcale, że sobie nie poradzisz! - wołało do mnie sumienie, kiedy obudziłem się w jakiejś średniej wielkości, europejskiej metropolii. Powiedzmy, że gdzieś w Skandynawii. Wybierzcie sobie Wasze ulubione skandynawskie miasto i mnie tam połóżcie. Gdziekolwiek sobie życzycie - na ławce w parku, na chodniku, w szalecie, na barze knajpy dla tureckich emigrantów albo, jak człowieka, w łóżku blondwłosej Szwedki z dużą potrzebą rozmowy o nowym numerze National Geographic.
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Teraz właśnie woła sumienie. Biorę kilka głębokich wdechów. Sprawdzam kieszenie. Portfel jest, telefon też. Sprawdzam zasięg - łapie. Co ma nie łapać. T-mobile łapie wszędzie, bo jest wszędzie. Myślę do kogo by tu zadzwonić. Przerzucam listę kontaktów, ale po chwili się rozmyślam.
Tuk-tuk-tuk i już włączyłem sobie lokalizację. Kilka sekund i już wiem, że jestem w ... (tak, tak! To jest tekst interaktywny, angażujący czytelnika! Sami se wpiszcie!). Okej. Ciekawe czy mam jakiś hajs ze sobą?
Mam kartę Visa!
To powinno wystarczyć. Dzięki aplikacji Google'a na moim Androidzie błyskawicznie znajduję najbliższy bankomat Euronetu. Wypłacam pieniądze z konta w BGŻ BNP Paribas i upycham gotówkę niedbale do portfela. Potrzebuję przede wszystkim odświeżyć umysł, żeby zaplanować co dalej. Dwa skrzyżowania dalej powinno być Costa Coffe.
Przy kubku kawy obmyślam plan na później. Złapię jakiś samolot SAS, Lufthansy czy innego KLM, byle dostać się do Warszawy, w najgorszym wypadku Berlina. Tylko muszę się przebrać bo te ciuchy, które mam na sobie nie są zbyt wygodne. Po godzince jestem już świeżutko wystrojony w t-shirt, bluzę i dresy z H&M.
Na lotnisko trzeba podjechać kilkadziesiąt kilometrów. Chyba wypożyczę na tę okazję auto. Bardzo przypasowało mi Volvo. Wezmę Volvo. Dam zarobić Szwedom. A Volvo to szwedzka firma, tak jak polski jest Wedel czy Biedronka. Prawda?
W głośnikach auta lecą Ellie Goulding i Coldplay. I fajnie. Lubię ich. Cieszę się, że nawet tu rozbrzmiewają znajome nuty. Parkuję na lotnisku. Bilet kupiłem już wtedy, kiedy piłem kawę, więc muszę tylko jakoś przetrwać 3 godzinki do startu samolotu. Głodnieję. Widzę na piętrze lotniska znajome kolory. Powiększony zestaw z McDonald's z obowiązkową Coca Colą napełnia mój brzuch akurat aż do powrotu do Polski...
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Ach. Dobrze. Jestem w domu. Dominika wolno oddycha nadal śpiąc. Kuba już rozpoczął poranne śpiewy do sufitu. Obracam się na plecy i uśmiecham. Co za dziwaczny sen. Wylądowałem w jakimś obcym zakątku świata, a mimo to czułem się jakbym wyszedł na miasto w Łodzi. Nawet nie do końca pamiętam co to mogło być za miasto. Chyba gdzieś na Węgrzech. Albo w Austrii.
Jakie to uspokajające i cudowne, że świat nam się homogenizuje. Jak serek. Z Danone rzecz jasna, bo przecież nie z Jogo. Będąc nigdzie jesteśmy wszędzie. Będąc wszędzie jesteśmy nigdzie.
Mnie nie smakuje jałowe. Lubię sobie sowicie przyprawić. Ostatnio mam fazę na czarny pieprz, bo w Kredensie mają taką pizzę, z czarnym pieprzem. Poza tym Dominika kupiła młynki do pieprzu i soli morskiej i mogę się wyszaleć.
Tak, tak, jestem hipokrytą. Jem pizzę, globalny symbol wyżerki dla absolutnie każdego. Z pieprzem, tak obrzydliwie powszechną przyprawą, że aż wstyd z nim wyjeżdżać w takim wpisie.
Czemu więc o nich wspominam? Bo to konkretne zestawienie, w tej konkretnie knajpie ma charakter. Różni się od innych cudnymi detalami, które każą mi zamawiać to danie bez patrzenia w kartę, zawsze pierwszego dnia pobytu w Jastrzębiej i zawsze po sezonie (w tym roku sezon ordynarnie zrobił nas w ... i się przedłużył).
Mówi się, że konsumpcja to zło. Konsumpcja nie jest zła. Złe jest to co się konsumuje. Masowo przemieloną papkę, dla masowo przemielonych ludzi, pracujących w masowo przemielonych "Sp. z o.o". Bez smaku, charakteru i wyrazu. Ble.
Jak ja kocham to co inne. To co małe. To co wypracowane poharatanymi dłońmi, ze ślicznym sznytem niedoskonałości, nazywanym powszechnie "tym czymś". Jakże wolę gapić się na zdjęcie zrobione całkowicie spontanicznie podczas spaceru, niż wymuskane pejzaże wmuszane we mnie przez Windows 10.
Uwielbiam jak ludzie mają pełne ręce roboty. Swojej roboty. Jak realizują się w tym co sobie ukochali albo chociaż w tym co robią na mistrzowskim poziomie. I doskonalą się z dnia na dzień w tym pasjonującym pędzie ku niedoścignionemu ideałowi. Ideałowi który nie istnieje, ale i tak pociąga, jak fantasy.
Rozleźmy się po tym ogromnym świecie. Każdy niech znajdzie swoje miejsce i w nim osiądzie, bez nikogo wokół. W małych, pachnących smarem warsztatach. W studio pełnych przybrudzonych farbą pędzli. Za biurkami wiecznie zasypanymi żółknącymi z czasem pędzlami. Na ulicach, kryjących zagadki, tajemnice i ciekawostki wielkości znaczka pocztowego. Tam terminujmy. W znoju, czując zapach krwi i skwaśniałego potu doskonalmy się, aż będziemy mogli nazwać się mistrzami.
Wtedy spotkajmy się. Nie w halach produkcyjnych (jakkolwiek cudownych architektonicznie, panie Poznański), ani przypudrowanych kołchozach. Spotkajmy się na kawę w kawiarenkach z zapomnianych uliczek. Na obiad w restauracjach gdzie ten sam makaron smakuje codziennie nieco inaczej. Słuchając koncertów kapel, które mają równie dużo do powiedzenia na scenie jak do opowiedzenia przy barze. A w wolną niedzielę skoczmy na spływ kajakowy rzeką, którą wykorzystamy dziś tylko my, kaczki i łabędzie.
Jakże bardziej wolałbym chodzić z moją opowieścią od karczmy do oberży, zabawiając gawiedź za chleb, wino i łóżko na dzisiejszą noc, aniżeli promować ją na Facebooku i zliczać like'i... Ale cóż. Signum temporis. Nie odwrócę się do rzeczywistości plecami, bo już tego kiedyś próbowałem. Nawet ją odwróciłem, ale wszyscy wiemy, że z tyłu jest zawsze dupa. I wszyscy wiemy jakie ryzyko niesie ze sobą dupa.
Rzuciłem robotę. Zamierzam pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Inspirację znajdować na ulicach, w lasach czy górach, podczas spacerów, przejażdżek, a pewnie i podróży. Uczyć się języków po to żeby w nich gadać, a nie żeby się tylko w nich doskonalić. Tworzyć swoje rzemiosło, zamiast dokładać cegiełkę do cudzego.
A jeżeli uważasz, że życie to gówno to mam do Ciebie dwie sprawy. Po pierwsze odwróć rzeczywistość w dobrą stronę. A po drugie, to nawet masz rację. Tylko nie zapomnij, że lepiej turlać własną kupkę gówna, niż cudzą
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Teraz właśnie woła sumienie. Biorę kilka głębokich wdechów. Sprawdzam kieszenie. Portfel jest, telefon też. Sprawdzam zasięg - łapie. Co ma nie łapać. T-mobile łapie wszędzie, bo jest wszędzie. Myślę do kogo by tu zadzwonić. Przerzucam listę kontaktów, ale po chwili się rozmyślam.
Tuk-tuk-tuk i już włączyłem sobie lokalizację. Kilka sekund i już wiem, że jestem w ... (tak, tak! To jest tekst interaktywny, angażujący czytelnika! Sami se wpiszcie!). Okej. Ciekawe czy mam jakiś hajs ze sobą?
Mam kartę Visa!
To powinno wystarczyć. Dzięki aplikacji Google'a na moim Androidzie błyskawicznie znajduję najbliższy bankomat Euronetu. Wypłacam pieniądze z konta w BGŻ BNP Paribas i upycham gotówkę niedbale do portfela. Potrzebuję przede wszystkim odświeżyć umysł, żeby zaplanować co dalej. Dwa skrzyżowania dalej powinno być Costa Coffe.
Przy kubku kawy obmyślam plan na później. Złapię jakiś samolot SAS, Lufthansy czy innego KLM, byle dostać się do Warszawy, w najgorszym wypadku Berlina. Tylko muszę się przebrać bo te ciuchy, które mam na sobie nie są zbyt wygodne. Po godzince jestem już świeżutko wystrojony w t-shirt, bluzę i dresy z H&M.
Na lotnisko trzeba podjechać kilkadziesiąt kilometrów. Chyba wypożyczę na tę okazję auto. Bardzo przypasowało mi Volvo. Wezmę Volvo. Dam zarobić Szwedom. A Volvo to szwedzka firma, tak jak polski jest Wedel czy Biedronka. Prawda?
W głośnikach auta lecą Ellie Goulding i Coldplay. I fajnie. Lubię ich. Cieszę się, że nawet tu rozbrzmiewają znajome nuty. Parkuję na lotnisku. Bilet kupiłem już wtedy, kiedy piłem kawę, więc muszę tylko jakoś przetrwać 3 godzinki do startu samolotu. Głodnieję. Widzę na piętrze lotniska znajome kolory. Powiększony zestaw z McDonald's z obowiązkową Coca Colą napełnia mój brzuch akurat aż do powrotu do Polski...
Przecieram oczy. Co jest... (wiecie co jest po "co jest", to nie będę pisał)? Gdzie ja jestem?
Ach. Dobrze. Jestem w domu. Dominika wolno oddycha nadal śpiąc. Kuba już rozpoczął poranne śpiewy do sufitu. Obracam się na plecy i uśmiecham. Co za dziwaczny sen. Wylądowałem w jakimś obcym zakątku świata, a mimo to czułem się jakbym wyszedł na miasto w Łodzi. Nawet nie do końca pamiętam co to mogło być za miasto. Chyba gdzieś na Węgrzech. Albo w Austrii.
Jakie to uspokajające i cudowne, że świat nam się homogenizuje. Jak serek. Z Danone rzecz jasna, bo przecież nie z Jogo. Będąc nigdzie jesteśmy wszędzie. Będąc wszędzie jesteśmy nigdzie.
Mnie nie smakuje jałowe. Lubię sobie sowicie przyprawić. Ostatnio mam fazę na czarny pieprz, bo w Kredensie mają taką pizzę, z czarnym pieprzem. Poza tym Dominika kupiła młynki do pieprzu i soli morskiej i mogę się wyszaleć.
Tak, tak, jestem hipokrytą. Jem pizzę, globalny symbol wyżerki dla absolutnie każdego. Z pieprzem, tak obrzydliwie powszechną przyprawą, że aż wstyd z nim wyjeżdżać w takim wpisie.
Czemu więc o nich wspominam? Bo to konkretne zestawienie, w tej konkretnie knajpie ma charakter. Różni się od innych cudnymi detalami, które każą mi zamawiać to danie bez patrzenia w kartę, zawsze pierwszego dnia pobytu w Jastrzębiej i zawsze po sezonie (w tym roku sezon ordynarnie zrobił nas w ... i się przedłużył).
Mówi się, że konsumpcja to zło. Konsumpcja nie jest zła. Złe jest to co się konsumuje. Masowo przemieloną papkę, dla masowo przemielonych ludzi, pracujących w masowo przemielonych "Sp. z o.o". Bez smaku, charakteru i wyrazu. Ble.
Jak ja kocham to co inne. To co małe. To co wypracowane poharatanymi dłońmi, ze ślicznym sznytem niedoskonałości, nazywanym powszechnie "tym czymś". Jakże wolę gapić się na zdjęcie zrobione całkowicie spontanicznie podczas spaceru, niż wymuskane pejzaże wmuszane we mnie przez Windows 10.
Uwielbiam jak ludzie mają pełne ręce roboty. Swojej roboty. Jak realizują się w tym co sobie ukochali albo chociaż w tym co robią na mistrzowskim poziomie. I doskonalą się z dnia na dzień w tym pasjonującym pędzie ku niedoścignionemu ideałowi. Ideałowi który nie istnieje, ale i tak pociąga, jak fantasy.
Rozleźmy się po tym ogromnym świecie. Każdy niech znajdzie swoje miejsce i w nim osiądzie, bez nikogo wokół. W małych, pachnących smarem warsztatach. W studio pełnych przybrudzonych farbą pędzli. Za biurkami wiecznie zasypanymi żółknącymi z czasem pędzlami. Na ulicach, kryjących zagadki, tajemnice i ciekawostki wielkości znaczka pocztowego. Tam terminujmy. W znoju, czując zapach krwi i skwaśniałego potu doskonalmy się, aż będziemy mogli nazwać się mistrzami.
Wtedy spotkajmy się. Nie w halach produkcyjnych (jakkolwiek cudownych architektonicznie, panie Poznański), ani przypudrowanych kołchozach. Spotkajmy się na kawę w kawiarenkach z zapomnianych uliczek. Na obiad w restauracjach gdzie ten sam makaron smakuje codziennie nieco inaczej. Słuchając koncertów kapel, które mają równie dużo do powiedzenia na scenie jak do opowiedzenia przy barze. A w wolną niedzielę skoczmy na spływ kajakowy rzeką, którą wykorzystamy dziś tylko my, kaczki i łabędzie.
Jakże bardziej wolałbym chodzić z moją opowieścią od karczmy do oberży, zabawiając gawiedź za chleb, wino i łóżko na dzisiejszą noc, aniżeli promować ją na Facebooku i zliczać like'i... Ale cóż. Signum temporis. Nie odwrócę się do rzeczywistości plecami, bo już tego kiedyś próbowałem. Nawet ją odwróciłem, ale wszyscy wiemy, że z tyłu jest zawsze dupa. I wszyscy wiemy jakie ryzyko niesie ze sobą dupa.
Rzuciłem robotę. Zamierzam pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Inspirację znajdować na ulicach, w lasach czy górach, podczas spacerów, przejażdżek, a pewnie i podróży. Uczyć się języków po to żeby w nich gadać, a nie żeby się tylko w nich doskonalić. Tworzyć swoje rzemiosło, zamiast dokładać cegiełkę do cudzego.
A jeżeli uważasz, że życie to gówno to mam do Ciebie dwie sprawy. Po pierwsze odwróć rzeczywistość w dobrą stronę. A po drugie, to nawet masz rację. Tylko nie zapomnij, że lepiej turlać własną kupkę gówna, niż cudzą
sobota, 17 września 2016
Zakompleksiliśmy się
- Napijesz się czegoś? - spytałem odpalając papierosa. Siedziałem na pieńku i patrzyłem się na nią bez cienia skrępowania. Wyglądała bardzo młodo, chociaż twierdziła, że ma 18 lat. Sądzę, że bliżej było jej raczej do 16, ale nie zamierzałem się wykłócać.
- Masz jack'a? - spytała. Wstałem i podszedłem do auta. Wyjąłem z bagażnika kwadratową butelkę. Odkręciłem korek i podałem jej flaszkę. Wzięła sowity łyk. Twarda dziewczyna. Opuściła dłoń z butelką. Przeszył mnie dreszcz podniecenia. W długim swetrze, kończącym się tuż pod biodrami, zdawało się, że nie ma na sobie żadnych szortów ani bielizny. Wyobraźnia robiła swoje.
Odrzuciłem niedopałek.
- Pij do woli. - powiedziałem. - Złożę namiot i będziemy jechać. Kiwnęła głową i odwróciła się w stronę jeziora.
Szybko złożyłem sprzęt i wrzuciłem byle jak do bagażnika. Zawołałem dziewczynę, już nieco wciętą i wsiedliśmy do skody. Zrobiło się już ciemno, a na niebie zaroiło się od gwiazd. Jechaliśmy szybko pustymi, wiejskimi drogami, nie odzywając się do siebie słowem. Nie wiedziałem o czym mam z nią rozmawiać, a poza tym wolałem czerpać radość z jazdy. Lubiłem ten klimat, kiedy białe światła reflektorów kroiły gęstą jak smoła atmosferę lasu w nocy. Ten suchy, sterylny smak, wymieszany z wonią tytoniu i whisky wprawiał mnie w pewien rodzaj transu. Ciąłem kolejne zakręty nie zastanawiając się nad tym czy na którymś z nich nie wypadnę z drogi, albo czy nie wpierdolimy się pod koła ciężarówki. Po prostu gnałem przed siebie.
- Gdzie cię wysadzić? - przełamałem ciszę kiedy wjeżdżaliśmy do Łodzi.
- A dasz radę podjechać na Radogoszcz? - spytała kierując na mnie swoje maślane oczęta.
- Jest mi to całkiem obojętne. - powiedziałem. Było mi obojętne, tak samo jak jej rozpalone alkoholem i adrenaliną spojrzenie.
Nie odezwała się.
Wysadziłem dziewczynę przy Sikorskiego. Sam też wysiadłem i odpaliłem papierosa, opierając się o maskę auta. Podeszła do mnie i chciała złapać mnie na rękę, ale w połowie drogi rozmyśliła się. Szybko zbliżyła swoje usta do mojego policzka, dała mi buziaka i poszła w swoją stronę.
- Adios. - rzuciłem sucho. Obserwowałem jej nagie nogi aż zniknęła mi z oczu, po czym wsiadłem z powrotem do skody. Zerknąłem na zegarek. Była 1.30. W sam raz.
Uruchomiłem silnik i puściłem "Światła Miasta" na pełen regulator. Jadąc z dziewusią nie miałem ochoty słuchać czegokolwiek poza naszymi oddechami, ale samemu to inna bajka. Ruszyłem w miasto porą gdy już światła dnia dawno zgasły. Szybko przeleciałem przez puste ulice i skierowałem się na południowy zachód. Mimo późnej pory czułem się świeżo, jakbym wypił porządne espresso mocząc stopy w rosie poranka, gdzieś nad Biebrzą.
Nie spieszyłem się, miałem spory zapas czasu. Zamiast ekspresówki wybrałem drogę starą krajówką, żeby lepiej posmakować trasę. Co jakiś czas zatrzymywałem się na papierosa i przewietrzenie. Za Wrocławiem zaczęło świtać. Kiedy mijałem Wałbrzych refleksy słońca odbijały mi się od lusterek. Zmieniłem muzykę na drumy. Żwawo wskakiwałem na kolejne zakręty serpentyn, aż do samego Karpacza.
Kiedy zaparkowałem samochód przy Wangu była 8. Wszystko zgodnie z planem. Wyjąłem z bagażnika spakowany plecak i pociągnąłem łyk wody. Czułem się znakomicie. Organizm w Karkonoszach nie pamięta o nieprzespanych nocach. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem papierosy. Już miałem je wrzucić na deskę rozdzielczą, ale zawahałem się i schowałem je z powrotem do kieszeni.
Obudzić się, wyjść na szlak, zmęczyć się, zasnąć. Taki był plan na dziś, tylko obudziłem się jakieś 20 godzin wcześniej. Ruszyłem w góry, a im wyżej wspinałem się ja, tym wyżej wspinało się słońce, coraz bardziej przypiekając. Dzień będzie zbyt gorący. Planowałem bez przystanku dojść do Samotni i tam coś zjeść. Udało się.
Pochłonąłem cztery kanapki, popiłem mineralną i położyłem się nad Małym Stawem. Grań zerkała na mnie z wysoka, a ja czułem się bardzo malutki. Zaśmiałem się. Przypomniał mi się widok mojego syna, leżącego w swoim łóżeczku, podczas gdy my z Dominiką zerkaliśmy na niego z góry. Też był taki malutki i taki... czysty. Nie miał jeszcze zwyczajów, charakteru, nawyków i nałogów. Wszystko było znakiem zapytania, a ja w głowie układałem sobie możliwe odpowiedzi.
Tak samo musieli na mnie zerkać kiedyś moi rodzice. Przynajmniej tak mi się wydaje. Zerkali jak te góry, a ja leżałem drobniutki na dnie tej doliny łóżeczka. Co sobie myśleli? Przewidzieli, że będę zdrowo popijał, palił papierosy nocą przy drodze krajowej i szlajał się Bóg jeden wie po jakich zbyrach? Że towarzystwo wypali na mnie piętno zaniżonej wartości siebie, ich problemy nauczą mnie uciekania od ludzi, a unikanie intymnej konfrontacji z kobietami wywoła we mnie nieuzasadnioną mizoginię?
Mam nadzieję, że skupili się raczej na tym, że będę pisał dobre teksty, czytał dobre książki i wytrwale dążył do każdego celu. Wolałbym żeby tak było. Nic by to nie zmieniło, ale spokojniej by pospali. Ja przynajmniej uznałem, że Kuba będzie fajnym, grzecznym chłopcem. I spałem później tak dobrze jak mi na to pozwolił.
Wstałem z trawy i bez ociągania się ruszyłem w górę. Minąłem Strzechę i przystanąłem na sekundę na grani. Rozejrzałem się i z zadowoleniem stwierdziłem, że w najbliższej okolicy niewiele jest już punktów powyżej tego, na którym stałem.
Wiedziałem, że już nie mogę się ociągać i przyspieszyłem kroku. Złapałem nawet trochę zadyszki. Nie przejmowałem się tym, narastającym zmęczeniem także. Wszystko odpuściło, kiedy już z daleka zobaczyłem tę parę chińskich, zacieszających się oczków. Czekał na kamieniu przy drodze i trzymał, rzecz jasna, jakąś flaszkę. Uśmiechnąłem się szeroko i objęliśmy się z radością.
- Nie chciało mi się czekać o suchym pysku. - zagaił Kaziu, szczerząc z satysfakcją ząbki.
- Co masz? - spytałem
- Trójniaczek. - powiedział i podał mi butelkę z miodem. Napiłem się zdrowo. W międzyczasie zostałem zmiarkowany przez przyjaciela.
- Znowu palisz? - zatrzymał wzrok na kieszonce mojej bluzy.
- Znowu nie znowu. Miałem ochotę sobie zapalić, to kupiłem paczkę.
- Dobra, dobra. Jak było z małolatą? - błyskawicznie zmienił temat.
- Spędziliśmy cudowną noc i cudowny dzień nad jeziorem. - znów się wyszczerzył.
- Dominika wie?
- Tak, pewnie. Wysyłałem jej zdjęcia co chwilę, żeby była na bieżąco. - zaśmiał się głośno, ja zresztą też.
- Co wziąłeś? - zapytał.
- Mam porto, dwie butelki wina i po jasnym pełnym, a ty?
- Miodek, drugi miodek i gorzałkę. I dwa cydry. Jak prawdziwy Pan Zagłoba. - puścił do mnie oko.
- Urżniemy się dziś?
- Urżniemy.
Podałem mu rękę i wstał z kamienia. Szliśmy wolno w kierunku Śnieżki. Jeszcze dziś się nałazimy, bo planowaliśmy nocleg w Odrodzeniu.
- Nie uzależnisz się od tych fajek? - zapytał z troską w głosie.
- Wątpię. Nawet wtedy, gdy wypalałem półtorej paczki na dzień nie czułem się uzależniony. Poza tym nie sądzę abym umiał się uzależnić. - skwitowałem.
- To znaczy?
- Żeby się uzależnić, trzeba poświęcać wszystko dla realizacji tego jednego - nałogu. Ja nie potrafię poświęcić wszystkiego dla czegokolwiek. Zawsze muszę mieć trochę tego i trochę tamtego. Dlatego jestem taki średni. - odpowiedziałem z uśmiechem. Kaziu pokręcił głową.
- Boże, jak ty umiesz sobie wszystko pięknie uzasadnić. Na wszystko masz wymówkę... - powiedział.
- ...a koniec końców i tak jesteś tak samo zepsuty jak wszyscy. - dokończyłem za niego.
Łyknęliśmy trochę miodu.
- Jak to jest... - zacząłem - ... że mamy po 30 lat na karku...
- ...bo urodziliśmy się 30 lat temu - przerwał mi w pół zdania, złośliwa menda. Zmierzyłem go karcąco wzrokiem.
- ...że mamy po 30 lat na karku - kontynuowałem ignorując jego błyskotliwy żart - całe życie marzyło nam się łazić po górach, pić dobry alkohol, zabierać pod namiot cudne dziewuszki, ale dopiero teraz wzięliśmy się za to na poważnie?
Kaziu wzruszył ramionami.
- Ja wiem... Chyba wcześniej brakowało nam odwagi. - odpowiedział bez przekonania w głosie.
- Tak. - potwierdziłem - Chyba tak. Najtrudniej mi było przełamać ten schemat, że muszę się zawsze pytać o zdanie, co mi wolno, a czego nie.
- Nie wyglądałeś nigdy na kogoś, kto przejmuje się takimi pierdołami jak zdanie innych. A szczególnie na imprezach.
- Nie wyglądałem, ale tak było. Ach, jakże tęskniłem do tych dni, kiedy miałem wszystko gdzieś, łaziłem po mieście nocami, jeździłem rowerem wieczorami, popijałem piwko śniadaniami. To minęło. Później stawiałem sobie tylko barierki. Sam sobie!
- Fakt. Największą krzywdę najłatwiej wyrządzić sobie.
- Ale ciężko wymyślić ją samemu. Często przez lata ktoś nam pomaga z tylnego fotela. Później idziemy jego szlakiem, chociaż tego sternika już dawno nie ma.
- Chodzi o niską samoocenę i brak poczucia wartości. Umiesz prowadzić auto, ale wydaje ci się, że tylko z instruktorem obok. I kiedy później wsiadasz do auta samemu, rozglądasz się za instruktorem, zamiast patrzeć na drogę. Wjeżdżasz w drzewa, co tylko umacnia cię w twoim idiotycznym przekonaniu.
Bez słów stanęliśmy.
- Zakompleksiliśmy się. - powiedziałem.
- Zakompleksiliśmy się. - potwierdził Kaziu.
Spojrzeliśmy się na siebie i zaczęliśmy głośno się śmiać. Objęliśmy się barkami i wydudniliśmy miód do cna. Słońce cudownie przygrzewało, alkohol cudownie rozluźniał, a rozmowa i wędrówka cudownie oczyszczały duszę. Długo gadaliśmy o pierdołach, ale widziałem, że Kazia coś gryzie. W końcu nie wytrzymał.
- No weź coś powiedz z tą małolatą, bo jestem ciekaw! - zawołał.
- Ale co mam ci mówić?
- No nie wiem, jak było? Bo chyba było, nie? - zwątpił.
- Właśnie sęk w tym, że nie było. - zmarszczył brwi.
- Jak nie było? Miałeś taką dupencję w namiocie i nic?
- No nic. Nie wiem, nie mogłem jakoś. Nie mogłem zdecydować czy powinienem to robić czy nie. I uznałem, że nie. - odpowiedziałem szczerze. Kaziu wybuchnął śmiechem.
- To mówisz, że dużo się u ciebie zmieniło? - zapytał, z pełną dawką uszczypliwości. Spojrzałem na niego i wyszczerzyłem zęby.
- Nic się nie zmieniło. - powiedziałem i wzruszyłem ramionami. Słońce nadal grzało, a ja nadal nie wymazałem z siebie kłopotliwej przeszłości. Różnica polegała na tym, że przestałem próbować ją wymazać i Kaziu też przestał próbować. Dlatego zasiedliśmy pod Śnieżką, otworzyliśmy jasne pełne i delektowaliśmy się bezsensem.
A kiedy przymknąłem oczy widziałem oddalające się nagie nogi.
- Masz jack'a? - spytała. Wstałem i podszedłem do auta. Wyjąłem z bagażnika kwadratową butelkę. Odkręciłem korek i podałem jej flaszkę. Wzięła sowity łyk. Twarda dziewczyna. Opuściła dłoń z butelką. Przeszył mnie dreszcz podniecenia. W długim swetrze, kończącym się tuż pod biodrami, zdawało się, że nie ma na sobie żadnych szortów ani bielizny. Wyobraźnia robiła swoje.
Odrzuciłem niedopałek.
- Pij do woli. - powiedziałem. - Złożę namiot i będziemy jechać. Kiwnęła głową i odwróciła się w stronę jeziora.
Szybko złożyłem sprzęt i wrzuciłem byle jak do bagażnika. Zawołałem dziewczynę, już nieco wciętą i wsiedliśmy do skody. Zrobiło się już ciemno, a na niebie zaroiło się od gwiazd. Jechaliśmy szybko pustymi, wiejskimi drogami, nie odzywając się do siebie słowem. Nie wiedziałem o czym mam z nią rozmawiać, a poza tym wolałem czerpać radość z jazdy. Lubiłem ten klimat, kiedy białe światła reflektorów kroiły gęstą jak smoła atmosferę lasu w nocy. Ten suchy, sterylny smak, wymieszany z wonią tytoniu i whisky wprawiał mnie w pewien rodzaj transu. Ciąłem kolejne zakręty nie zastanawiając się nad tym czy na którymś z nich nie wypadnę z drogi, albo czy nie wpierdolimy się pod koła ciężarówki. Po prostu gnałem przed siebie.
- Gdzie cię wysadzić? - przełamałem ciszę kiedy wjeżdżaliśmy do Łodzi.
- A dasz radę podjechać na Radogoszcz? - spytała kierując na mnie swoje maślane oczęta.
- Jest mi to całkiem obojętne. - powiedziałem. Było mi obojętne, tak samo jak jej rozpalone alkoholem i adrenaliną spojrzenie.
Nie odezwała się.
Wysadziłem dziewczynę przy Sikorskiego. Sam też wysiadłem i odpaliłem papierosa, opierając się o maskę auta. Podeszła do mnie i chciała złapać mnie na rękę, ale w połowie drogi rozmyśliła się. Szybko zbliżyła swoje usta do mojego policzka, dała mi buziaka i poszła w swoją stronę.
- Adios. - rzuciłem sucho. Obserwowałem jej nagie nogi aż zniknęła mi z oczu, po czym wsiadłem z powrotem do skody. Zerknąłem na zegarek. Była 1.30. W sam raz.
Uruchomiłem silnik i puściłem "Światła Miasta" na pełen regulator. Jadąc z dziewusią nie miałem ochoty słuchać czegokolwiek poza naszymi oddechami, ale samemu to inna bajka. Ruszyłem w miasto porą gdy już światła dnia dawno zgasły. Szybko przeleciałem przez puste ulice i skierowałem się na południowy zachód. Mimo późnej pory czułem się świeżo, jakbym wypił porządne espresso mocząc stopy w rosie poranka, gdzieś nad Biebrzą.
Nie spieszyłem się, miałem spory zapas czasu. Zamiast ekspresówki wybrałem drogę starą krajówką, żeby lepiej posmakować trasę. Co jakiś czas zatrzymywałem się na papierosa i przewietrzenie. Za Wrocławiem zaczęło świtać. Kiedy mijałem Wałbrzych refleksy słońca odbijały mi się od lusterek. Zmieniłem muzykę na drumy. Żwawo wskakiwałem na kolejne zakręty serpentyn, aż do samego Karpacza.
Kiedy zaparkowałem samochód przy Wangu była 8. Wszystko zgodnie z planem. Wyjąłem z bagażnika spakowany plecak i pociągnąłem łyk wody. Czułem się znakomicie. Organizm w Karkonoszach nie pamięta o nieprzespanych nocach. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem papierosy. Już miałem je wrzucić na deskę rozdzielczą, ale zawahałem się i schowałem je z powrotem do kieszeni.
Obudzić się, wyjść na szlak, zmęczyć się, zasnąć. Taki był plan na dziś, tylko obudziłem się jakieś 20 godzin wcześniej. Ruszyłem w góry, a im wyżej wspinałem się ja, tym wyżej wspinało się słońce, coraz bardziej przypiekając. Dzień będzie zbyt gorący. Planowałem bez przystanku dojść do Samotni i tam coś zjeść. Udało się.
Pochłonąłem cztery kanapki, popiłem mineralną i położyłem się nad Małym Stawem. Grań zerkała na mnie z wysoka, a ja czułem się bardzo malutki. Zaśmiałem się. Przypomniał mi się widok mojego syna, leżącego w swoim łóżeczku, podczas gdy my z Dominiką zerkaliśmy na niego z góry. Też był taki malutki i taki... czysty. Nie miał jeszcze zwyczajów, charakteru, nawyków i nałogów. Wszystko było znakiem zapytania, a ja w głowie układałem sobie możliwe odpowiedzi.
Tak samo musieli na mnie zerkać kiedyś moi rodzice. Przynajmniej tak mi się wydaje. Zerkali jak te góry, a ja leżałem drobniutki na dnie tej doliny łóżeczka. Co sobie myśleli? Przewidzieli, że będę zdrowo popijał, palił papierosy nocą przy drodze krajowej i szlajał się Bóg jeden wie po jakich zbyrach? Że towarzystwo wypali na mnie piętno zaniżonej wartości siebie, ich problemy nauczą mnie uciekania od ludzi, a unikanie intymnej konfrontacji z kobietami wywoła we mnie nieuzasadnioną mizoginię?
Mam nadzieję, że skupili się raczej na tym, że będę pisał dobre teksty, czytał dobre książki i wytrwale dążył do każdego celu. Wolałbym żeby tak było. Nic by to nie zmieniło, ale spokojniej by pospali. Ja przynajmniej uznałem, że Kuba będzie fajnym, grzecznym chłopcem. I spałem później tak dobrze jak mi na to pozwolił.
Wstałem z trawy i bez ociągania się ruszyłem w górę. Minąłem Strzechę i przystanąłem na sekundę na grani. Rozejrzałem się i z zadowoleniem stwierdziłem, że w najbliższej okolicy niewiele jest już punktów powyżej tego, na którym stałem.
Wiedziałem, że już nie mogę się ociągać i przyspieszyłem kroku. Złapałem nawet trochę zadyszki. Nie przejmowałem się tym, narastającym zmęczeniem także. Wszystko odpuściło, kiedy już z daleka zobaczyłem tę parę chińskich, zacieszających się oczków. Czekał na kamieniu przy drodze i trzymał, rzecz jasna, jakąś flaszkę. Uśmiechnąłem się szeroko i objęliśmy się z radością.
- Nie chciało mi się czekać o suchym pysku. - zagaił Kaziu, szczerząc z satysfakcją ząbki.
- Co masz? - spytałem
- Trójniaczek. - powiedział i podał mi butelkę z miodem. Napiłem się zdrowo. W międzyczasie zostałem zmiarkowany przez przyjaciela.
- Znowu palisz? - zatrzymał wzrok na kieszonce mojej bluzy.
- Znowu nie znowu. Miałem ochotę sobie zapalić, to kupiłem paczkę.
- Dobra, dobra. Jak było z małolatą? - błyskawicznie zmienił temat.
- Spędziliśmy cudowną noc i cudowny dzień nad jeziorem. - znów się wyszczerzył.
- Dominika wie?
- Tak, pewnie. Wysyłałem jej zdjęcia co chwilę, żeby była na bieżąco. - zaśmiał się głośno, ja zresztą też.
- Co wziąłeś? - zapytał.
- Mam porto, dwie butelki wina i po jasnym pełnym, a ty?
- Miodek, drugi miodek i gorzałkę. I dwa cydry. Jak prawdziwy Pan Zagłoba. - puścił do mnie oko.
- Urżniemy się dziś?
- Urżniemy.
Podałem mu rękę i wstał z kamienia. Szliśmy wolno w kierunku Śnieżki. Jeszcze dziś się nałazimy, bo planowaliśmy nocleg w Odrodzeniu.
- Nie uzależnisz się od tych fajek? - zapytał z troską w głosie.
- Wątpię. Nawet wtedy, gdy wypalałem półtorej paczki na dzień nie czułem się uzależniony. Poza tym nie sądzę abym umiał się uzależnić. - skwitowałem.
- To znaczy?
- Żeby się uzależnić, trzeba poświęcać wszystko dla realizacji tego jednego - nałogu. Ja nie potrafię poświęcić wszystkiego dla czegokolwiek. Zawsze muszę mieć trochę tego i trochę tamtego. Dlatego jestem taki średni. - odpowiedziałem z uśmiechem. Kaziu pokręcił głową.
- Boże, jak ty umiesz sobie wszystko pięknie uzasadnić. Na wszystko masz wymówkę... - powiedział.
- ...a koniec końców i tak jesteś tak samo zepsuty jak wszyscy. - dokończyłem za niego.
Łyknęliśmy trochę miodu.
- Jak to jest... - zacząłem - ... że mamy po 30 lat na karku...
- ...bo urodziliśmy się 30 lat temu - przerwał mi w pół zdania, złośliwa menda. Zmierzyłem go karcąco wzrokiem.
- ...że mamy po 30 lat na karku - kontynuowałem ignorując jego błyskotliwy żart - całe życie marzyło nam się łazić po górach, pić dobry alkohol, zabierać pod namiot cudne dziewuszki, ale dopiero teraz wzięliśmy się za to na poważnie?
Kaziu wzruszył ramionami.
- Ja wiem... Chyba wcześniej brakowało nam odwagi. - odpowiedział bez przekonania w głosie.
- Tak. - potwierdziłem - Chyba tak. Najtrudniej mi było przełamać ten schemat, że muszę się zawsze pytać o zdanie, co mi wolno, a czego nie.
- Nie wyglądałeś nigdy na kogoś, kto przejmuje się takimi pierdołami jak zdanie innych. A szczególnie na imprezach.
- Nie wyglądałem, ale tak było. Ach, jakże tęskniłem do tych dni, kiedy miałem wszystko gdzieś, łaziłem po mieście nocami, jeździłem rowerem wieczorami, popijałem piwko śniadaniami. To minęło. Później stawiałem sobie tylko barierki. Sam sobie!
- Fakt. Największą krzywdę najłatwiej wyrządzić sobie.
- Ale ciężko wymyślić ją samemu. Często przez lata ktoś nam pomaga z tylnego fotela. Później idziemy jego szlakiem, chociaż tego sternika już dawno nie ma.
- Chodzi o niską samoocenę i brak poczucia wartości. Umiesz prowadzić auto, ale wydaje ci się, że tylko z instruktorem obok. I kiedy później wsiadasz do auta samemu, rozglądasz się za instruktorem, zamiast patrzeć na drogę. Wjeżdżasz w drzewa, co tylko umacnia cię w twoim idiotycznym przekonaniu.
Bez słów stanęliśmy.
- Zakompleksiliśmy się. - powiedziałem.
- Zakompleksiliśmy się. - potwierdził Kaziu.
Spojrzeliśmy się na siebie i zaczęliśmy głośno się śmiać. Objęliśmy się barkami i wydudniliśmy miód do cna. Słońce cudownie przygrzewało, alkohol cudownie rozluźniał, a rozmowa i wędrówka cudownie oczyszczały duszę. Długo gadaliśmy o pierdołach, ale widziałem, że Kazia coś gryzie. W końcu nie wytrzymał.
- No weź coś powiedz z tą małolatą, bo jestem ciekaw! - zawołał.
- Ale co mam ci mówić?
- No nie wiem, jak było? Bo chyba było, nie? - zwątpił.
- Właśnie sęk w tym, że nie było. - zmarszczył brwi.
- Jak nie było? Miałeś taką dupencję w namiocie i nic?
- No nic. Nie wiem, nie mogłem jakoś. Nie mogłem zdecydować czy powinienem to robić czy nie. I uznałem, że nie. - odpowiedziałem szczerze. Kaziu wybuchnął śmiechem.
- To mówisz, że dużo się u ciebie zmieniło? - zapytał, z pełną dawką uszczypliwości. Spojrzałem na niego i wyszczerzyłem zęby.
- Nic się nie zmieniło. - powiedziałem i wzruszyłem ramionami. Słońce nadal grzało, a ja nadal nie wymazałem z siebie kłopotliwej przeszłości. Różnica polegała na tym, że przestałem próbować ją wymazać i Kaziu też przestał próbować. Dlatego zasiedliśmy pod Śnieżką, otworzyliśmy jasne pełne i delektowaliśmy się bezsensem.
A kiedy przymknąłem oczy widziałem oddalające się nagie nogi.
czwartek, 8 września 2016
Super Tata
Dzień dobry, Synu!
Wszystko zgodnie z harmonogramem. Mam 26 lat. Skończyłem studia, po studiach dostałem pracę. Krok po kroczku awansowałem i już dziś mogę pochwalić się kierowniczym stanowiskiem. Zarabiam dość dużo, żeby mama nie musiała martwić się o materialne jutro. I żeby mogła odpuścić sobie pracę gdziekolwiek, skupiając się na pełnym etacie w domu. Gotuje, sprząta, oporządza siebie i Ciebie. Na wieczór zawsze znajdzie chwilę również dla mnie. Napracuje się kobieta, więc muszę ją odciążyć.
Byłeś pierwszy, Synu. Pierwszy z planu, który obejmuje również dom i drzewo. Wszystko w swoim czasie. Muszę odłożyć jeszcze parę groszy, żeby kredyt hipoteczny zaczął mi się kalkulować. Jak tylko osiągniemy ten etap (my! Bez Was niewiele bym osiągnął!), kupuję cudowną działkę, stawiam na niej kilkaset metrów kwadratowych do mieszkania, razem wkopujemy kilkadziesiąt sadzonek i wyczesujemy kilka dorodnych psów.
Wybacz mi, że czasem mnie nie widujesz przez kilka dób. Muszę dopinać wszystko na ostatni guzik. Tak, żeby poradzili sobie kiedy mnie zabraknie. Kiedy wezmę te dwa tygodnie długo wyczekiwanego urlopu. Wtedy się wyszalejemy, mój mały świrku! Mama wysyła mi Twoje zdjęcia codziennie i nie mogę się napatrzeć na Twój zjawiskowy uśmiech. Wiesz, cieszysz się całym sobą, z byle czego. Zupełnie jak ja.
Wiem również, że świetnie się rozwijasz. Nie dziwi mnie to. Dążysz do perfekcji, całkiem słusznie. To dobra droga. Ciężką pracą dochodzi się do spektakularnych efektów. Możesz śmiało brać przykład ze mnie. Chętnie wyznaczę Ci drogę na przyszłość. Pomogę w podjęciu decyzji. Było nie było - tata to najlepsza konsultingowa opcja jaką można sobie wyobrazić. Nie dość, że zna Cię najlepiej, to jeszcze swoje rady oddaje za darmo.
Będziesz wielkim człowiekiem i urośniesz wysoko.
Powodzenia i trzymam kciuki,
Zawsze Twój,
Tata Mateusz
***
Cześć Kubi!
Wiesz... kiedy to piszę to siedzę na podłodze naszego pokoju w Jastrzębiej Górze i popijam Specjala. Boję się za mocno klikać w klawisze klawiatury, żeby Cię nie obudzić. Masz strasznie kruchy sen, ale ja wiem dlaczego. Jesteś do przesady ciekawski, a ciekawscy, tacy jak my nie sypiają zbyt dobrze. Wolimy nie spać i widzieć więcej.
Powiem Ci, że nic nie jest takie jak być powinno. Książka wydaje się zbyt wolno (chociaż zgodnie z planem), więc ciułam grosze na etacie. Zresztą nikt mi nie zagwarantuje, że zarobię coś na mojej twórczości. Wybrałem sobie najmniej pewny ze sposobów na zarabianie pieniędzy. Wiesz, pewnie i tak mnie docenią dopiero po śmierci. Nawet tak bym wolał, bo to by oznaczało, że byłem naprawdę dobry.
Etat = brak czasu. I nieważne czy po 12 czy po 8 - w domu mnie i tak nie ma. Ile bym dał, żeby zamienić te bezużyteczne minuty tam na bezużyteczne minuty z Tobą. Bo nie wiem czy robienie Ci piedziocha w pępek rozwija Ciebie lub mnie... W sumie nie obchodzi mnie to, bo ważne że śmiejemy się obaj do rozpuku, kiedy to robimy.
A jutro? Nie mam pojęcia co będzie! Zabiorę Cię w góry i przedepczemy moje jedyne wolne dni, albo przeleżymy je na plaży jak antyJanusze. Czemu anty? Bo przeleżymy na plaży całą noc, a nie cały dzień. I poczytamy gwiazdy. Chociaż znając moje szczęście, to zamiast gwiazd obejrzymy od spodu szczelną kołderkę z chmur.
Marzy mi się dom dla Ciebie. I drzewo. I nawet ten cholerny pies. Cholera jasna, zbuduję ten dom, posadzę to drzewo i będę wyprowadzał tego psa. Nie wiem jeszcze jak, bo póki co mieszkam w mieszkaniu, które dostałem od mojego taty, jeżdżę jego samochodem, a perspektywy na karierę ma Twoja mama, a nie ja. Z moich rzeczy zostają śmierdzące buty w przedpokoju i zbyt dużo butelek po piwie...
Właśnie! Twoja mama...
To jest dopiero ambaras! Kocham ją nad życie, ale w mojej głowie bardzo dużo dziwnych rzeczy się dzieje. Muszę nauczyć się przesiewać te dziwactwa i zbierać tylko rzadkie, ale przepiękne grudki złota i diamenty. A uwierz mi, im człowiek starszy tym trudniej się uczy.
A, co gorsza, im młodszy, tym mniej do nauki skory.
Trzymam w dłoni piasek i rozsypuję go po plaży. Gdzie trafią ziarenka, tego nie wiem. Zresztą jakie to ma znaczenie? Patrzyłem dziś na gwiazdy. Ustaliłem, że są definitywnie zbyt daleko od nas. I w każdej chwili może nastąpić wymarzony dzień na uderzenie asteroidy.
Kochaj siebie. Kochaj świat. Kochaj życie.
Twój,
Prawie Super Tata
Wszystko zgodnie z harmonogramem. Mam 26 lat. Skończyłem studia, po studiach dostałem pracę. Krok po kroczku awansowałem i już dziś mogę pochwalić się kierowniczym stanowiskiem. Zarabiam dość dużo, żeby mama nie musiała martwić się o materialne jutro. I żeby mogła odpuścić sobie pracę gdziekolwiek, skupiając się na pełnym etacie w domu. Gotuje, sprząta, oporządza siebie i Ciebie. Na wieczór zawsze znajdzie chwilę również dla mnie. Napracuje się kobieta, więc muszę ją odciążyć.
Byłeś pierwszy, Synu. Pierwszy z planu, który obejmuje również dom i drzewo. Wszystko w swoim czasie. Muszę odłożyć jeszcze parę groszy, żeby kredyt hipoteczny zaczął mi się kalkulować. Jak tylko osiągniemy ten etap (my! Bez Was niewiele bym osiągnął!), kupuję cudowną działkę, stawiam na niej kilkaset metrów kwadratowych do mieszkania, razem wkopujemy kilkadziesiąt sadzonek i wyczesujemy kilka dorodnych psów.
Wybacz mi, że czasem mnie nie widujesz przez kilka dób. Muszę dopinać wszystko na ostatni guzik. Tak, żeby poradzili sobie kiedy mnie zabraknie. Kiedy wezmę te dwa tygodnie długo wyczekiwanego urlopu. Wtedy się wyszalejemy, mój mały świrku! Mama wysyła mi Twoje zdjęcia codziennie i nie mogę się napatrzeć na Twój zjawiskowy uśmiech. Wiesz, cieszysz się całym sobą, z byle czego. Zupełnie jak ja.
Wiem również, że świetnie się rozwijasz. Nie dziwi mnie to. Dążysz do perfekcji, całkiem słusznie. To dobra droga. Ciężką pracą dochodzi się do spektakularnych efektów. Możesz śmiało brać przykład ze mnie. Chętnie wyznaczę Ci drogę na przyszłość. Pomogę w podjęciu decyzji. Było nie było - tata to najlepsza konsultingowa opcja jaką można sobie wyobrazić. Nie dość, że zna Cię najlepiej, to jeszcze swoje rady oddaje za darmo.
Będziesz wielkim człowiekiem i urośniesz wysoko.
Powodzenia i trzymam kciuki,
Zawsze Twój,
Tata Mateusz
***
Cześć Kubi!
Wiesz... kiedy to piszę to siedzę na podłodze naszego pokoju w Jastrzębiej Górze i popijam Specjala. Boję się za mocno klikać w klawisze klawiatury, żeby Cię nie obudzić. Masz strasznie kruchy sen, ale ja wiem dlaczego. Jesteś do przesady ciekawski, a ciekawscy, tacy jak my nie sypiają zbyt dobrze. Wolimy nie spać i widzieć więcej.
Powiem Ci, że nic nie jest takie jak być powinno. Książka wydaje się zbyt wolno (chociaż zgodnie z planem), więc ciułam grosze na etacie. Zresztą nikt mi nie zagwarantuje, że zarobię coś na mojej twórczości. Wybrałem sobie najmniej pewny ze sposobów na zarabianie pieniędzy. Wiesz, pewnie i tak mnie docenią dopiero po śmierci. Nawet tak bym wolał, bo to by oznaczało, że byłem naprawdę dobry.
Etat = brak czasu. I nieważne czy po 12 czy po 8 - w domu mnie i tak nie ma. Ile bym dał, żeby zamienić te bezużyteczne minuty tam na bezużyteczne minuty z Tobą. Bo nie wiem czy robienie Ci piedziocha w pępek rozwija Ciebie lub mnie... W sumie nie obchodzi mnie to, bo ważne że śmiejemy się obaj do rozpuku, kiedy to robimy.
A jutro? Nie mam pojęcia co będzie! Zabiorę Cię w góry i przedepczemy moje jedyne wolne dni, albo przeleżymy je na plaży jak antyJanusze. Czemu anty? Bo przeleżymy na plaży całą noc, a nie cały dzień. I poczytamy gwiazdy. Chociaż znając moje szczęście, to zamiast gwiazd obejrzymy od spodu szczelną kołderkę z chmur.
Marzy mi się dom dla Ciebie. I drzewo. I nawet ten cholerny pies. Cholera jasna, zbuduję ten dom, posadzę to drzewo i będę wyprowadzał tego psa. Nie wiem jeszcze jak, bo póki co mieszkam w mieszkaniu, które dostałem od mojego taty, jeżdżę jego samochodem, a perspektywy na karierę ma Twoja mama, a nie ja. Z moich rzeczy zostają śmierdzące buty w przedpokoju i zbyt dużo butelek po piwie...
Właśnie! Twoja mama...
To jest dopiero ambaras! Kocham ją nad życie, ale w mojej głowie bardzo dużo dziwnych rzeczy się dzieje. Muszę nauczyć się przesiewać te dziwactwa i zbierać tylko rzadkie, ale przepiękne grudki złota i diamenty. A uwierz mi, im człowiek starszy tym trudniej się uczy.
A, co gorsza, im młodszy, tym mniej do nauki skory.
Trzymam w dłoni piasek i rozsypuję go po plaży. Gdzie trafią ziarenka, tego nie wiem. Zresztą jakie to ma znaczenie? Patrzyłem dziś na gwiazdy. Ustaliłem, że są definitywnie zbyt daleko od nas. I w każdej chwili może nastąpić wymarzony dzień na uderzenie asteroidy.
Kochaj siebie. Kochaj świat. Kochaj życie.
Twój,
Prawie Super Tata
niedziela, 28 sierpnia 2016
Śmierć pije wódkę
- Cieszę się, że znalazłaś chwilę na rozmowę. - zagaiłem jak jakiś uczniak do laski z wyższej klasy. Nic dziwnego, byłem zestresowany jak przed pierwszym lotem paralotnią.
Ona uśmiechnęła się szeroko. Poczułem się jak Charlie Chaplin wklejony do Avengersów. Nic nie pasowało do siebie. A najbardziej do siebie nie pasowała ona. Była taka piękna... Miała cudne migdałowe oczy, niespotykanie szczere i czyste, luźno puszczone grafitowe włosy i, co mnie najbardziej zdziwiło, śniadą cerę, taką... wakacyjną. Wyglądała bardzo pogodnie. Wręcz żałowałem, że widzimy się tu gdzie się widzimy, a nie gdzieś na plaży, gdzieś gdzie mogłaby sączyć wodę kokosową i zarażać swoim pięknem całe zmęczone słońcem towarzystwo.
- Ja zawsze znajduję chwilę. Na rozmowę, na zabawę, na refleksję. To wam ich brakuje. - odpowiedziała śmiejąc się dźwięcznie. Miała głos jak rozbawiona licealistka. Kolejna, przyprawiająca o zawrót głowy, niedorzeczność.
Też sobie wybrałem lokal. Słońce świeciło radośnie przez ogromne szyby witryny, rozkręcając i tak zawsze wesołe towarzystwo. Z głośników plumkała bossa nova wprawiając w beztroski, pachnący kawą i brazylijską radością nastrój....
Gdzie indziej mogłem ją zabrać jak nie do Retro? Przecież Mareczek by mnie zabił, gdybym mu powiedział, że wybrałem się na takie spotkanie gdziekolwiek indziej. Nie zniósłbym jego ględzenia przez najbliższe dwa miesiące, że daję zarobić innym, kiedy on, mój wierny przyjaciel ma dla mnie zawsze wolny stolik.
- Czego się napijesz? - zapytałem, wciąż stercząc przy naszym stoliku jak idiota.
- Wódki. - odpowiedziała bez zastanowienia.
- Wódki? - zapytałem znów, kompletnie zaskoczony.
- Tak, wódki. - za to ona zaskoczona nie była. Patrzyła na mnie wyrozumiale, dzięki Bogu bez cienia drwiny.
- No dobrze, skoro tak sobie życzysz. - powiedziałem i zacząłem drapać się po głowie nie wiedząc co począć.
- A ty co będziesz pił? - przerwała moje nerwowe znieruchomienie.
- Ja... eee... wodę.
- Wodę? Weźże się ogarnij. Mam pić wódkę sama?
- No tak, ale mam jeszcze dziś trening. Nie mogę.
- Przestań się zastanawiać, bo widzę, że się wahasz. Leć do baru, bierz gorzałę i usiądź w końcu. Jestem równie ciekawa tej rozmowy co ty. - strofowanie okazało się skuteczną metodą. Bez zastanowienia odwróciłem się i pognałem do lady.
- Co chce? - zapytał zaintrygowany Mareczek.
- Wódki.
- Wódki?
- Tak, wódki. Też byłem zaskoczony. Dawaj co masz dobrego i zimnego, dwa kieliszki i spadam. Muszę się w końcu rozluźnić.
- Ale to wiesz, że nie możesz jej dać byle czego? - zapytał, wyraźnie przejęty rolą. - Weź Belvedera. Nie wypada brać nic tańszego.
- A ile za to chcesz?
- 150.
- Co?
- No dobra, 120.
- Chyba sobie żartujesz. W Społem u mnie na osiedlu jest po 90. Dawaj mi po 100 i jesteśmy kwita.
Spojrzał na mnie z nieskrywaną złością.
- Niech ci będzie. Zbankrutuję przez te twoje pomysły. - wymamrotał i zanurzył się w chłodziarce.
Już widzę jak zbankrutujesz stary skąpcu. Każdego rżniesz na ile się tylko da, a im lepiej się znacie tym bardziej rżniesz.
Pukałem nerwowo palcami o blat, kiedy mój kochany Mareczek w końcu znalazł butelkę i kieliszki. Zostawiłem na blacie banknot z Jagiełło i wróciłem do stolika. Moja rozmówczyni uśmiechała się bez ustanku. To nie mogło dziać się naprawdę.
- Świetnie wyglądasz. - powiedziałem siadając.
- Dziękuję. - odparła. - Wyglądasz na zmieszanego...
- Bo jestem. Nic tu do siebie nie pasuje. - odpowiedziałem szczerze.
- Co nie pasuje? Ładna pogoda? Fajna muzyka? Mój wygląd? - kiwnąłem głową. - Stereotypy przysłaniają ci zdrowy rozsądek. Wolałbyś, żeby była szarówka, spotkalibyśmy się w jakiejś marnej spelunie, a ja byłabym zasuszoną starowinką, której mógłbyś policzyć wszystkie kości? - to mówiąc poprawiła swój niezbyt obfity, ale kuszący biust.
- No cóż... nie. - rozluźniałem się coraz bardziej, więc pozwoliłem sobie na szeroki uśmiech. Zresztą, autentycznie mnie rozbawiła.
- No to o co ci chodzi? Pogódź się ze mną i ze sobą. Jest jak jest. A jest cudownie, prawda? - zapytała i zręcznie odkręciła zakrętkę. Bezceremonialnie nalała do kieliszków i podniosła swój. Szybko powtórzyłem jej gest.
- Za co? - zapytałem.
- Za nic. - odpowiedziała - Chcę się upić podczas tej rozmowy. Nie muszę wymyślać sobie do tego ideologii. - dodała i przechyliła kieliszek. Uczyniłem tak samo i po chwili spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Wolę piwo. - powiedziałem. - Chociaż to jest niezłe.
- Piwo otępia umysł. Jest dobre dla tych co lubią stać, a w zasadzie siedzieć w miejscu. Nie popycha do czynu. Wódka popycha. - skwitowała.
- No, na przykład do rozpierduchy na ulicy.
- To też czyn. Lepszy taki niż żaden. Gdybyś zobaczył przy naszym stoliku kogoś kogo nie lubisz wolałbyś dać mu w mordę i wziąć co twoje czy usiąść gdzieś indziej i wysączyć sobie w spokoju piwko?
- Dałbym w mordę.
- To kogo chcesz oszukać tym piwem?
- O tym będziemy rozmawiać?
Zaśmiała się.
- Mnie nie oszukasz kochanieńki. Ze wszystkich rzeczy na tym świecie ja jestem tą jedyną, która zawsze żyje w prawdzie. Mnie nie okłamiesz, nie schowasz się przede mną, nie uciekniesz. Pod jakimś względem wiem wszystko. Bo wiem wszystko to co jest mi wiedzieć dane. Pewnie dlatego od razu widzę, kiedy ktoś chce mnie okantować.
- Sugerujesz, że nie jestem z tobą szczery?
- Sugeruję, że nikt nie jest szczery ze sobą. Mnie to obojętne co mi dzisiaj powiesz. Możesz kłamać do woli. Tylko po co ludzie kłamią?
- Żeby odnieść z tego jakieś korzyści, zazwyczaj. Nie zdenerwować żony, nie obrazić kolegi, nie przegonić apetycznej koleżanki.
- A odnoszą te korzyści?
- Z reguły nie.
- To nie można tak od razu? - zapytała i nalała drugi kieliszek. Wypiliśmy bez słowa.
- Kim jesteś? - zapytałem po chwilowej pauzie.
- Motywacją. Tak lubię o sobie sądzić. - odpowiedziała, wyraźnie rozochocona zmianą tematu na ją samą. Z werwą trzepotała rzęsami.
- Motywacją do czego?
- Do wszystkiego, skarbie. Gdyby nie ja niewiele byście osiągali. Pewnie nawet wstawać z łóżka by się wam nie chciało.
- Tak by zapewne było. Wiesz, najgorszy problem z tobą jest taki, że trudno przejść obok ciebie obojętnie. - rzekłem, po czym ostentacyjnie zmierzyłem ją od stóp do głów, nie bez satysfakcji.
- Och, wiem że jestem piękna. Ludzie różnie reagują na piękno. Jedni zaczynają się denerwować, inni milkną, a jeszcze inni są na nie kompletnie obojętni. Każdy coś traci na widok rzeczy pięknych. A straty boicie się najbardziej. To nie ja sama was przerażam, ale poczucie straty, które idzie obok mojego piękna.
- Boimy się zostawić to wszystko co nas otacza?
- Też. Ale najbardziej boicie się stracić szansę, żeby to wszystko mieć.
Napiła się wódki z butelki. Mareczek na ten widok niemalże zszedł na zawał przy barze. Wzruszyłem ramionami i również zbezcześciłem Belvedera. Mareczek wyszedł na zaplecze. Rozmowa się kleiła, alkohol rozluźniał. W końcu zaczynałem cieszyć się tą cudowną atmosferą i towarzystwem pięknej i niebezpiecznej kobiety.
- Czyli twoim zdaniem motywacja polega nie na tym, żeby coś mieć, ale na tym żeby mieć szansę na uzyskanie tego? - zapytałem.
- Gdybyś wiedział że masz dwie szanse, którą starałbyś się wykorzystać bardziej?
- Próbowałbym sobie rozłożyć po równo... no, może trochę więcej włożyłbym w tę drugą, bo to przecież ostatnia.
- I w żadną nie włożyłbyś stu procent.
- Zmarnowałbym obie.
- Ludzie marnują nawet tą jedną. Osiągają mniej niż chcieli, albo osiągają nie to co chcieli.
- Ze strachu?
- Z wiary, że mają drugą szansę. Rozkładają siły na dwie próby. Wiesz w jaki sposób należy postawić sobie cel?
- Hm, dość wysoki, żeby motywował, ale dość niski, żeby był osiągalny?
- Bzdura. Taki, żebyś na myśl o jego osiągnięciu miał ciarki na plecach.
Znowu sięgnęła po butelkę i kiedy mi ją podała ze zgrozą zauważyłem, że robi się niebezpiecznie pusta.
- Tak jak kiedy myślałem o mecie pierwszego maratonu?
- A dobiegłeś?
- I to jak!
- To wiesz o czym mówię.Wódka się kończy. A ja mam ochotę iść na spacer. - oświadczyła bezceremonialnie.
- Potrafisz być urzekająco bezpośrednia. - skomentowałem. Zaśmiała się, wesoło odrzucając włosy na plecy. - A przy tym aż niemożliwie spokojna.
- Kiedy wiesz czego chcesz, przestaje ci się spieszyć i zależeć na byle czym. Ja zawsze mam czas, bo i tak nigdy nie przychodzę w porę. Nie mam powodów do stresu. - wzruszyła ramionami. - Wiesz, w gruncie rzeczy nie różnię się od was kompletnie niczym. Wy też zawsze macie aż nadto czasu. Nigdy wam się nic nie udaje, bo uczycie się tylko przez popełniane błędy. Powiedz mi w takim razie - skąd ten pośpiech i pragnienie bycia idealnym?
- Straszy brak uzyskania drugiej szansy...
- Och, to akurat pożyczyłeś od Adasia Ostrowskiego. Mogłeś spuentować to czymś swoim.
- To może...
- Nie. Straciłeś swoją szansę. Trudno. Czekaj na kolejną.
Tym razem to ja sięgnąłem po wódkę. Dopiłem prawie całą, zostawiając jej resztkę na dnie. Uśmiechnęła się i wypiła.
- Przestałeś mnie szanować po tej rozmowie?
- Przeciwnie. Po prostu zrozumiałem, że ty nie domagasz się szacunku. I tak będziesz robić swoje. Jak doświadczona prostytutka, która już wie, że resztę życia spędzi w burdelu.
- No! W końcu coś twojego i z pazurem! - zawołała, wyraźnie uszczęśliwiona obelgą. - Bierzemy drugą flaszkę, poszlajamy się z nią do zachodu słońca, później zaszyjemy się w Staromiejskim i będziemy się kochać na ławce.
Zakrztusiłem się.
- Że co proszę? Kochać się?
- A dlaczego nie?
- Kochasz się z ludźmi?
- Kotku, ja robię co mi się żywnie podoba. Zresztą, skoro wymyśliłeś, że rozmawiasz ze mną, istniejącą pod ludzką postacią, w wyimaginowanej knajpie, to czemu nie mógłbyś dopisać jeszcze, że uprawialiśmy seks w parku z najgorszą reputacją w Łodzi? Zresztą... - przesunęła dłonią po swoim biodrze - nie mów, że nie miałbyś na to ochoty?
- Miałbym, ale...
- ...ale nic ci nie grozi. Twój czas jeszcze przyjdzie. Więc zamiast rozczulać się nad stówą dla Mareczka zacznij lepiej stawiać na swoją szansę całe sto procent.
Ona uśmiechnęła się szeroko. Poczułem się jak Charlie Chaplin wklejony do Avengersów. Nic nie pasowało do siebie. A najbardziej do siebie nie pasowała ona. Była taka piękna... Miała cudne migdałowe oczy, niespotykanie szczere i czyste, luźno puszczone grafitowe włosy i, co mnie najbardziej zdziwiło, śniadą cerę, taką... wakacyjną. Wyglądała bardzo pogodnie. Wręcz żałowałem, że widzimy się tu gdzie się widzimy, a nie gdzieś na plaży, gdzieś gdzie mogłaby sączyć wodę kokosową i zarażać swoim pięknem całe zmęczone słońcem towarzystwo.
- Ja zawsze znajduję chwilę. Na rozmowę, na zabawę, na refleksję. To wam ich brakuje. - odpowiedziała śmiejąc się dźwięcznie. Miała głos jak rozbawiona licealistka. Kolejna, przyprawiająca o zawrót głowy, niedorzeczność.
Też sobie wybrałem lokal. Słońce świeciło radośnie przez ogromne szyby witryny, rozkręcając i tak zawsze wesołe towarzystwo. Z głośników plumkała bossa nova wprawiając w beztroski, pachnący kawą i brazylijską radością nastrój....
Gdzie indziej mogłem ją zabrać jak nie do Retro? Przecież Mareczek by mnie zabił, gdybym mu powiedział, że wybrałem się na takie spotkanie gdziekolwiek indziej. Nie zniósłbym jego ględzenia przez najbliższe dwa miesiące, że daję zarobić innym, kiedy on, mój wierny przyjaciel ma dla mnie zawsze wolny stolik.
- Czego się napijesz? - zapytałem, wciąż stercząc przy naszym stoliku jak idiota.
- Wódki. - odpowiedziała bez zastanowienia.
- Wódki? - zapytałem znów, kompletnie zaskoczony.
- Tak, wódki. - za to ona zaskoczona nie była. Patrzyła na mnie wyrozumiale, dzięki Bogu bez cienia drwiny.
- No dobrze, skoro tak sobie życzysz. - powiedziałem i zacząłem drapać się po głowie nie wiedząc co począć.
- A ty co będziesz pił? - przerwała moje nerwowe znieruchomienie.
- Ja... eee... wodę.
- Wodę? Weźże się ogarnij. Mam pić wódkę sama?
- No tak, ale mam jeszcze dziś trening. Nie mogę.
- Przestań się zastanawiać, bo widzę, że się wahasz. Leć do baru, bierz gorzałę i usiądź w końcu. Jestem równie ciekawa tej rozmowy co ty. - strofowanie okazało się skuteczną metodą. Bez zastanowienia odwróciłem się i pognałem do lady.
- Co chce? - zapytał zaintrygowany Mareczek.
- Wódki.
- Wódki?
- Tak, wódki. Też byłem zaskoczony. Dawaj co masz dobrego i zimnego, dwa kieliszki i spadam. Muszę się w końcu rozluźnić.
- Ale to wiesz, że nie możesz jej dać byle czego? - zapytał, wyraźnie przejęty rolą. - Weź Belvedera. Nie wypada brać nic tańszego.
- A ile za to chcesz?
- 150.
- Co?
- No dobra, 120.
- Chyba sobie żartujesz. W Społem u mnie na osiedlu jest po 90. Dawaj mi po 100 i jesteśmy kwita.
Spojrzał na mnie z nieskrywaną złością.
- Niech ci będzie. Zbankrutuję przez te twoje pomysły. - wymamrotał i zanurzył się w chłodziarce.
Już widzę jak zbankrutujesz stary skąpcu. Każdego rżniesz na ile się tylko da, a im lepiej się znacie tym bardziej rżniesz.
Pukałem nerwowo palcami o blat, kiedy mój kochany Mareczek w końcu znalazł butelkę i kieliszki. Zostawiłem na blacie banknot z Jagiełło i wróciłem do stolika. Moja rozmówczyni uśmiechała się bez ustanku. To nie mogło dziać się naprawdę.
- Świetnie wyglądasz. - powiedziałem siadając.
- Dziękuję. - odparła. - Wyglądasz na zmieszanego...
- Bo jestem. Nic tu do siebie nie pasuje. - odpowiedziałem szczerze.
- Co nie pasuje? Ładna pogoda? Fajna muzyka? Mój wygląd? - kiwnąłem głową. - Stereotypy przysłaniają ci zdrowy rozsądek. Wolałbyś, żeby była szarówka, spotkalibyśmy się w jakiejś marnej spelunie, a ja byłabym zasuszoną starowinką, której mógłbyś policzyć wszystkie kości? - to mówiąc poprawiła swój niezbyt obfity, ale kuszący biust.
- No cóż... nie. - rozluźniałem się coraz bardziej, więc pozwoliłem sobie na szeroki uśmiech. Zresztą, autentycznie mnie rozbawiła.
- No to o co ci chodzi? Pogódź się ze mną i ze sobą. Jest jak jest. A jest cudownie, prawda? - zapytała i zręcznie odkręciła zakrętkę. Bezceremonialnie nalała do kieliszków i podniosła swój. Szybko powtórzyłem jej gest.
- Za co? - zapytałem.
- Za nic. - odpowiedziała - Chcę się upić podczas tej rozmowy. Nie muszę wymyślać sobie do tego ideologii. - dodała i przechyliła kieliszek. Uczyniłem tak samo i po chwili spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Wolę piwo. - powiedziałem. - Chociaż to jest niezłe.
- Piwo otępia umysł. Jest dobre dla tych co lubią stać, a w zasadzie siedzieć w miejscu. Nie popycha do czynu. Wódka popycha. - skwitowała.
- No, na przykład do rozpierduchy na ulicy.
- To też czyn. Lepszy taki niż żaden. Gdybyś zobaczył przy naszym stoliku kogoś kogo nie lubisz wolałbyś dać mu w mordę i wziąć co twoje czy usiąść gdzieś indziej i wysączyć sobie w spokoju piwko?
- Dałbym w mordę.
- To kogo chcesz oszukać tym piwem?
- O tym będziemy rozmawiać?
Zaśmiała się.
- Mnie nie oszukasz kochanieńki. Ze wszystkich rzeczy na tym świecie ja jestem tą jedyną, która zawsze żyje w prawdzie. Mnie nie okłamiesz, nie schowasz się przede mną, nie uciekniesz. Pod jakimś względem wiem wszystko. Bo wiem wszystko to co jest mi wiedzieć dane. Pewnie dlatego od razu widzę, kiedy ktoś chce mnie okantować.
- Sugerujesz, że nie jestem z tobą szczery?
- Sugeruję, że nikt nie jest szczery ze sobą. Mnie to obojętne co mi dzisiaj powiesz. Możesz kłamać do woli. Tylko po co ludzie kłamią?
- Żeby odnieść z tego jakieś korzyści, zazwyczaj. Nie zdenerwować żony, nie obrazić kolegi, nie przegonić apetycznej koleżanki.
- A odnoszą te korzyści?
- Z reguły nie.
- To nie można tak od razu? - zapytała i nalała drugi kieliszek. Wypiliśmy bez słowa.
- Kim jesteś? - zapytałem po chwilowej pauzie.
- Motywacją. Tak lubię o sobie sądzić. - odpowiedziała, wyraźnie rozochocona zmianą tematu na ją samą. Z werwą trzepotała rzęsami.
- Motywacją do czego?
- Do wszystkiego, skarbie. Gdyby nie ja niewiele byście osiągali. Pewnie nawet wstawać z łóżka by się wam nie chciało.
- Tak by zapewne było. Wiesz, najgorszy problem z tobą jest taki, że trudno przejść obok ciebie obojętnie. - rzekłem, po czym ostentacyjnie zmierzyłem ją od stóp do głów, nie bez satysfakcji.
- Och, wiem że jestem piękna. Ludzie różnie reagują na piękno. Jedni zaczynają się denerwować, inni milkną, a jeszcze inni są na nie kompletnie obojętni. Każdy coś traci na widok rzeczy pięknych. A straty boicie się najbardziej. To nie ja sama was przerażam, ale poczucie straty, które idzie obok mojego piękna.
- Boimy się zostawić to wszystko co nas otacza?
- Też. Ale najbardziej boicie się stracić szansę, żeby to wszystko mieć.
Napiła się wódki z butelki. Mareczek na ten widok niemalże zszedł na zawał przy barze. Wzruszyłem ramionami i również zbezcześciłem Belvedera. Mareczek wyszedł na zaplecze. Rozmowa się kleiła, alkohol rozluźniał. W końcu zaczynałem cieszyć się tą cudowną atmosferą i towarzystwem pięknej i niebezpiecznej kobiety.
- Czyli twoim zdaniem motywacja polega nie na tym, żeby coś mieć, ale na tym żeby mieć szansę na uzyskanie tego? - zapytałem.
- Gdybyś wiedział że masz dwie szanse, którą starałbyś się wykorzystać bardziej?
- Próbowałbym sobie rozłożyć po równo... no, może trochę więcej włożyłbym w tę drugą, bo to przecież ostatnia.
- I w żadną nie włożyłbyś stu procent.
- Zmarnowałbym obie.
- Ludzie marnują nawet tą jedną. Osiągają mniej niż chcieli, albo osiągają nie to co chcieli.
- Ze strachu?
- Z wiary, że mają drugą szansę. Rozkładają siły na dwie próby. Wiesz w jaki sposób należy postawić sobie cel?
- Hm, dość wysoki, żeby motywował, ale dość niski, żeby był osiągalny?
- Bzdura. Taki, żebyś na myśl o jego osiągnięciu miał ciarki na plecach.
Znowu sięgnęła po butelkę i kiedy mi ją podała ze zgrozą zauważyłem, że robi się niebezpiecznie pusta.
- Tak jak kiedy myślałem o mecie pierwszego maratonu?
- A dobiegłeś?
- I to jak!
- To wiesz o czym mówię.Wódka się kończy. A ja mam ochotę iść na spacer. - oświadczyła bezceremonialnie.
- Potrafisz być urzekająco bezpośrednia. - skomentowałem. Zaśmiała się, wesoło odrzucając włosy na plecy. - A przy tym aż niemożliwie spokojna.
- Kiedy wiesz czego chcesz, przestaje ci się spieszyć i zależeć na byle czym. Ja zawsze mam czas, bo i tak nigdy nie przychodzę w porę. Nie mam powodów do stresu. - wzruszyła ramionami. - Wiesz, w gruncie rzeczy nie różnię się od was kompletnie niczym. Wy też zawsze macie aż nadto czasu. Nigdy wam się nic nie udaje, bo uczycie się tylko przez popełniane błędy. Powiedz mi w takim razie - skąd ten pośpiech i pragnienie bycia idealnym?
- Straszy brak uzyskania drugiej szansy...
- Och, to akurat pożyczyłeś od Adasia Ostrowskiego. Mogłeś spuentować to czymś swoim.
- To może...
- Nie. Straciłeś swoją szansę. Trudno. Czekaj na kolejną.
Tym razem to ja sięgnąłem po wódkę. Dopiłem prawie całą, zostawiając jej resztkę na dnie. Uśmiechnęła się i wypiła.
- Przestałeś mnie szanować po tej rozmowie?
- Przeciwnie. Po prostu zrozumiałem, że ty nie domagasz się szacunku. I tak będziesz robić swoje. Jak doświadczona prostytutka, która już wie, że resztę życia spędzi w burdelu.
- No! W końcu coś twojego i z pazurem! - zawołała, wyraźnie uszczęśliwiona obelgą. - Bierzemy drugą flaszkę, poszlajamy się z nią do zachodu słońca, później zaszyjemy się w Staromiejskim i będziemy się kochać na ławce.
Zakrztusiłem się.
- Że co proszę? Kochać się?
- A dlaczego nie?
- Kochasz się z ludźmi?
- Kotku, ja robię co mi się żywnie podoba. Zresztą, skoro wymyśliłeś, że rozmawiasz ze mną, istniejącą pod ludzką postacią, w wyimaginowanej knajpie, to czemu nie mógłbyś dopisać jeszcze, że uprawialiśmy seks w parku z najgorszą reputacją w Łodzi? Zresztą... - przesunęła dłonią po swoim biodrze - nie mów, że nie miałbyś na to ochoty?
- Miałbym, ale...
- ...ale nic ci nie grozi. Twój czas jeszcze przyjdzie. Więc zamiast rozczulać się nad stówą dla Mareczka zacznij lepiej stawiać na swoją szansę całe sto procent.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Kredens cz. 3
Odpowiedź na to pytanie wydaje się być kluczowa do pojęcia co różni moją ostatnią podróż pociągiem, od biegania w cudowny, śnieżny wieczór.
Tym bardziej, że część opisanych przeze mnie na początku wydarzeń miała miejsce już PO, a nawet grubo PO moim załamaniu z 2010. A jednak nosiły w sobie cechy tego co było przed.
Piszę o tym teraz, bo dopiero teraz czuję, że wyczerpałem wszelkie zapasy tego dawnego "czegoś". Stoję przed jednolitą ścianą w labiryncie i pozostaje mi albo dowiedzieć się gdzie skręciłem źle, albo poczekać aż w tym miejscu zostanie kupka moich kości.
Kto mnie zna ten wie. Prędzej przebiję się przez ten pieprzony mur przede mną, niźli stanę w miejscu i pogodzę się z tym myśląc, że tak mi było pisane. Wychowałem się na Legia - Widzew z 18.06.1997. Ja nie przegrywam meczy, które jeszcze trwają.
Są pewne cechy, którymi opisałbym te fajne wydarzenia z pierwszej części i pewne pasujące tylko do klimatu części drugiej. W tym po jednej kluczowej i na nich się skupię.
Co widzę w pierwszej? Swobodę. Nie! Nie Ewę Swobodę, ale lubię sobie zawiesić na niej wzrok jak już ją widzę... Swobodę myśli. Zaistnienie tych czynności nie wynikało z jakiegokolwiek planu. Wydarzenia, jakie są z nimi związane płynęły swoim nurtem. Raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze po swojemu. Decyzji, o którejkolwiek z tych rzeczy nie podejmowałem działając według planu, reguł i ustaleń. One się działy.
Nie działy się same. Nic się nie dzieje samo. Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie jest nam pisany los w gwiazdach. Piszemy go sami. O losie w gwiazdach mówią ci, co wiecznie coś partolą i muszą uzasadnić swoje nieszczęście złym układem planet. Akcja ma reakcję, a to czy te reakcje nam się podobają czy nie, to już nasz problem.
W związku z tym, że nurtu tamtych wydarzeń nie zaburzało z mojej strony nic, żadne kontrdziałanie czy mechanizm obronny, to były one po prostu dobre. Miałem ochotę siknąć w krzaki? Sikałem. Chciałem skopcić jointa w pokoju bursy? Kopciłem. Rozpierała mnie chęć pobawić się w łazience u babci z moją kobietą? Bawiłem się. A jakby mnie ktoś przyłapał, to trudno. Każdy ma coś na sumieniu.
Notabene, ci co mają najwięcej na sumieniu piszą najlepsze książki i robią najlepszą muzykę.
Jednak szeregi niepowodzeń, błędów, bolesnych konsekwencji, plus ta nikczemna świadomość nieuchronnego końca wykształciły we mnie masę blokad i jeden obrzydliwy pomysł. Wszystko co robię musi być dobrze przemyślane i zaplanowane.
Serio, ja non stop myślę o tym co zrobię jutro, pojutrze i popojutrze, jaki to będzie miało wpływ na mnie i moją przyszłość i zastanawiam się czy to co zrobiłem na pewno było ok i czy nie można było lepiej.
Skutek? Bezsenne noce, nadwrażliwość na wszystko, nadmierne pobudzenie i brak poczucia szczęścia. A kiedy już zerwę się ze smyczy, to tak przegnę, że później mam siebie jeszcze bardziej dosyć. Jak w tym pieprzonym pociągu. Bo jestem tak głodny tego co podświadomie pragnę, że zamiast się tym najadać regularnie, to raz na jakiś czas się przeżeram. Powiedziałbym, że jak świnia, ale nie chcę obrażać świni. Tylko człowiek jest zdolny to tak absurdalnych, autodestrukcyjnych zachowań.
Przez to też przestało mi zależeć na czymkolwiek. Nic dla mnie nie ma smaku. Wszystko jest mi obojętne. Każde danie, jakie sobie zaserwuję, zdaje się mieć smak kartonu.
I to jest ta różnica. Kiedyś nie chciałem niczego, ale mi na wszystkim zależało. Dziś chcę wszystkiego, ale na niczym mi nie zależy.
Ciąg dalszy nastąpi.
Będzie wrzesień. Ubiorę się wieczorem w ulubione jeansy i ulubiony t-shirt i pójdę na piwko do Kredensu. Usiądę przy stoliku z brzegu i będę chłonął atmosferę tego unikalnego miejsca. Będę cieszył się ciepłem kominka, wiedząc, że za chwilę zejdę na plażę i solidnie zmarznę, wdychając do nosa słony zapach morza. Wychodząc zerknę na stojący przy barze "tytułowy" kredens. Zobaczę leżącą na nim małą monetę. Schowam ją do kieszeni. A nuż jest magiczna?
Rano obudzę się, przyjemnie wyspany i spojrzę w oczy mojej kobiety i mojego syna. Uśmiechnę się do obojga i wezmę się za parzenie herbaty, koniecznie z dużą ilością cytryny. Parę dni później wbiegnę na metę augustowskiego półmaratonu, pewnie w średniej formie, ale wiedząc, że mam już bazę do poprawy na wiosnę życiówki w maratonie. Bo jednak konkretny, wysoki cel nakręca mnie najlepiej. Dzień po połówce wstanę pierwszy i zbiegnę na dół Piecuszka, szybko wyskoczę na werandę i puszczę sika w kierunku Biebrzy. Napiszę smsa, czy może byśmy nie spalili się na amen, na przykład w następną wolną sobotę, czyli dla mnie w listopadzie. Wykonam międzynarodowe połączenie, aby upewnić się, że na wiosnę rozłożymy jeszcze raz ten basen i zrobimy sequel Killera. I nie będę potrzebował ulewy, żeby się z Tobą bawić, gdzie tylko dusza zapragnie, a najlepiej tam gdzie lepiej się nie przyznawać, że to miało kiedykolwiek miejsce.
A do pociągu będę wsiadał już tylko po to, żeby cieszyć oko widokami, duszę klimatem kolei, a PKP płaceniem im fortuny za normalne bilety.
I najlepiej, jeśli żadna z tych rzeczy się nie spełni.
Ale to już moja decyzja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



