Och, jesteś. Dobrze Cię widzieć. Zostaw płaszcz w przedpokoju. Co u mnie słychać? Właściwie to najlepiej będzie jeśli sama sobie odpowiesz na to pytanie. Bo w zasadzie to dobrze, że wpadłaś. Mam trochę dość siebie. Może Ty zechcesz pobyć dziś mną?
Rozsiądź się wygodnie na strandmonie. Lubię siadać tam w kącie, przy regale z książkami. Panuje w tym miejscu literacka aura. Bo chociaż ze mnie, ch... nie literat, to mam chociaż kilka mocnych nazwisk na grzbietach książek.
Jestem taki zmęczony, naprawdę. Może Tobie uda się wyspać za mnie? I nie budzić cały czas w nocy? Czy to przez stres, alkohol czy fazę księżyca... sam nie wiem. Sprawdź to proszę.
Zanim pójdziesz spać możesz przejść się po ulicach tego miasta i poszukać śladów Paryża. Nie wierzysz mi? Są tam, nie ściemniam. Musisz tylko wyostrzyć wzrok na tę kontekstową estetykę. Widoki, powidoki - to przecież miasto awangardy i secesji!
Zapal koniecznie kilka papierosów. Niech to będzie pierwszy w moim życiu tytoń, który będzie smakował tak dobrze, jak apetycznie wygląda jego dym.
Wróć do domu z jedną myślą, z jednym słowem, do którego napiszesz całą historię. Bo moje pisanie to trochę rozbudowana gra w skojarzenia. To trochę muzyka w jaskini, gdzie echo odbija fale dźwiękowe od ścian tworząc wciąż to nowe efekty. Musisz wiedzieć, że wszystko zaczyna się od jednej nutki.
Nie czekaj na wenę. Wena nie istnieje. Jest tylko ciężka praca. Trudna praca. Praca bez widocznego efektu. Praca, która w myśli jest arcydziełem, a stając się słowem i zdaniem nazbyt często nadaje się tylko do tego, by popłynąć w rynsztoku.
Dlatego, spragniona, sięgnij do lodówki po coś naprawdę wytrawnego. I wychyl za wszystkie gorzkie myśli, wszystkie genialne myśli, którym nigdy nie udało się zstąpić do widzialnej rzeczywistości.
Zmęczona, tak naprawdę zmęczona jak ja teraz, wróć do mnie. I zobaczymy co uda nam się na to wszystko zaradzić.
piątek, 7 grudnia 2018
środa, 28 listopada 2018
Impresja 3
Było późno w nocy. Nie pamiętam dokładnie, która godzina? Trzecia? Czwarta? Chyba bliżej trzeciej, takie mam przeczucie. Obudziłem się z cholernie intensywnego snu. Śniły mi się dziesiątki wyrazistych osobowości, ogromne przestrzenie pod moimi stopami i zdarzało mi się mnóstwo sytuacji, które sprawiają, że moje serce zaczyna dudnić w piersi. Kiedy zorientowałem się, że to już jawa, musiałem aż usiąść.
Poprawiłem poduszki i kołdrę. Nie do końca wiedziałem co się dzieje wokół mnie. Dlatego nie pamiętam tej cholernej godziny. Mój mózg pracował intensywnie, jakbym był w środku jakiejś burzliwej dyskusji naukowej. Myśli błyskawicznie uciekły z ciemnego pokoju w kosmos.
To było dziwne uczucie, ale będąc tu gdzie jestem spoglądałem na świat z perspektywy gwiazd. Szybko doznałem tego przytłaczającego poczucia, że jestem tak malutki, a to wszystko dokoła - tak niemożliwie ogromne. Zawsze kiedy łapię tę myśl - boję się w pierwszej chwili, moment później odczuwam swoiste podniecenie, a na końcu... mój mózg synchronizuje się z jakąś uniwersalną falą.
Wszystko wydaje mi się wspólne. Nasze nawyki, nasze problemy, nasze rozterki. Przeżywamy to, każdy z nas każdego dnia. I w tym momencie mam wrażenie, jakbym miał dostęp do tego skarbca doświadczenia. Moje zmartwienia wydają się nagle błahe, a rozwiązania - aż nazbyt oczywiste. Z tej dużej perspektywy przestaję być wyjątkowy. Jestem jednym z wielu. Bezimiennym jak w genialnym "Planscape: Torment".
Łączy nas wiele. Jemy podobne rzeczy w podobnych porach. Spędzamy wolny czas grając w planszówki albo na konsoli. Popijamy colę (nawet ci z nas, którzy prowadzą blogi). Lubimy używki - czy te proste, czy bardziej wyszukane. A po dobrym śnie, uśmiechając się przez zaspane oczy, odczuwamy tę doskonałą ulgę opróżniając pęcherz.
That's funny.
Wyjątkowi jesteśmy tylko w detalach. Tylko pod lupą, a czasem nawet - mikroskopem. Nie pielęgnujemy ich zbyt często, tych atomów. A to nasze dzieci, nasze drobinki, które wymagają stałej opieki.
Oczy zaczęły mi się na powrót kleić. Melatonina i serotonina zaczęły dopaminać... pardon, dopominać się o swoje. Zsunąłem się na powrót do leżenia. Ułożyłem się tak jak uwielbiam, na lewym boku. Zrobiło mi się ciepło i doprawdy znakomicie. Mój umysł znów był przyjemnie otępiały i spokojny. Czułem na sobie spojrzenie gwiazd, które odwiedziłem przed momentem.
Vanitas vanitatum et omnia vanitas brzmiało cichą nutą pośród nocy i miało wyjątkowo radosny wydźwięk. Zasnąłem.
To musiało być bliżej trzeciej, tak sądzę.
Poprawiłem poduszki i kołdrę. Nie do końca wiedziałem co się dzieje wokół mnie. Dlatego nie pamiętam tej cholernej godziny. Mój mózg pracował intensywnie, jakbym był w środku jakiejś burzliwej dyskusji naukowej. Myśli błyskawicznie uciekły z ciemnego pokoju w kosmos.
To było dziwne uczucie, ale będąc tu gdzie jestem spoglądałem na świat z perspektywy gwiazd. Szybko doznałem tego przytłaczającego poczucia, że jestem tak malutki, a to wszystko dokoła - tak niemożliwie ogromne. Zawsze kiedy łapię tę myśl - boję się w pierwszej chwili, moment później odczuwam swoiste podniecenie, a na końcu... mój mózg synchronizuje się z jakąś uniwersalną falą.
Wszystko wydaje mi się wspólne. Nasze nawyki, nasze problemy, nasze rozterki. Przeżywamy to, każdy z nas każdego dnia. I w tym momencie mam wrażenie, jakbym miał dostęp do tego skarbca doświadczenia. Moje zmartwienia wydają się nagle błahe, a rozwiązania - aż nazbyt oczywiste. Z tej dużej perspektywy przestaję być wyjątkowy. Jestem jednym z wielu. Bezimiennym jak w genialnym "Planscape: Torment".
Łączy nas wiele. Jemy podobne rzeczy w podobnych porach. Spędzamy wolny czas grając w planszówki albo na konsoli. Popijamy colę (nawet ci z nas, którzy prowadzą blogi). Lubimy używki - czy te proste, czy bardziej wyszukane. A po dobrym śnie, uśmiechając się przez zaspane oczy, odczuwamy tę doskonałą ulgę opróżniając pęcherz.
That's funny.
Wyjątkowi jesteśmy tylko w detalach. Tylko pod lupą, a czasem nawet - mikroskopem. Nie pielęgnujemy ich zbyt często, tych atomów. A to nasze dzieci, nasze drobinki, które wymagają stałej opieki.
Oczy zaczęły mi się na powrót kleić. Melatonina i serotonina zaczęły dopaminać... pardon, dopominać się o swoje. Zsunąłem się na powrót do leżenia. Ułożyłem się tak jak uwielbiam, na lewym boku. Zrobiło mi się ciepło i doprawdy znakomicie. Mój umysł znów był przyjemnie otępiały i spokojny. Czułem na sobie spojrzenie gwiazd, które odwiedziłem przed momentem.
Vanitas vanitatum et omnia vanitas brzmiało cichą nutą pośród nocy i miało wyjątkowo radosny wydźwięk. Zasnąłem.
To musiało być bliżej trzeciej, tak sądzę.
poniedziałek, 19 listopada 2018
Minnie
Jechaliśmy pustymi ulicami, nie odzywając się do siebie od dobrej godziny. Miasto zdawało się nie mieć końca. Nie miałem potrzeby nawet zerkać w jej kierunku, sprawiał mi przyjemność sam fakt, że siedzi obok mnie. To trochę banalne stwierdzenie, ale kompletnie nie miałem pojęcia skąd właściwie Minnie wzięła się w moim życiu. W samochodzie poniekąd też. Wlokłem się Pabianicką, zjeżdżając właśnie z trasy donikąd, kiedy napisała mi smsa. Ciężko nie przyznać, że czytam i piszę wiadomości prowadząc samochód. Nie inaczej było tym razem. Odblokowałem ekran, stuknąłem w odpowiednim miejscu i przeczytałem "Hej, czekam przy 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Do zobaczenia, M.".
Psiakrew, cenię ją z tę cholerną interpunkcję i polskie znaki w wiadomości. I to też banał, a pewnie nawet grafomania, ale kto mi zabroni cenić kobietę za przecinki i ogonki przy literkach?
Psiakrew, cenię ją z tę cholerną interpunkcję i polskie znaki w wiadomości. I to też banał, a pewnie nawet grafomania, ale kto mi zabroni cenić kobietę za przecinki i ogonki przy literkach?
wtorek, 13 listopada 2018
Impresja 2
W powietrzu unosił się ostry zapach siarki. Drewno zapałki powoli tliło się w żywo rozpalającym się kominku. Duże, pełne drewnianych mebli pomieszczenie wypełniło się światłem. Płomienie odbijały się od jego szaro - zielonych tęczówek, kiedy patrzał na nie. Uśmiechał się bardzo nieznacznie. Ciepło ognia rozgrzewało mu zgrabiałe dłonie.
czwartek, 8 listopada 2018
Po trupach
Łatwo Ci odnaleźć się w "dziś"? Mnie nie. Wciąż zanadto dławię się wymiotami "wczoraj", żeby móc choćby zorientować się czy mamy noc czy dzień. Kompasu ani mapy nie odczytam po ciemku. Zgubiłem się. Przykro mi. Tylko... czy to mnie powinno być przykro?
środa, 24 października 2018
I znów pierwszy krok
Biegnąc dziś mój pierwszy "oficjalny" trening pod kwietniowy maraton w Dębnie przypomniałem sobie moje pierwsze wpisy na jeszcze starych blogach, o których już trochę zapomniałem. Pisałem relacje z całych treningów, przeżywałem kolki, kace, gorsze samopoczucia czy zbyt duży ruch samochodowy na Rzgowskiej (serio!). Pamiętam, że każde wyjście z domu na trening było wyzwaniem. Świetną przygodą, to fakt, ale nigdy nie wiedziałem czego się spodziewać.
Dziś? Wyszedłem z domu zrobić swoje. Zacząć. Jak? Najlepiej z wysokiego "c". Czy się udało? Oczywiście, że tak. Czemu miałoby się nie udać? Znakomicie przepracowałem lato, mam już sześć lat doświadczenia, a przede wszystkim - mam chęci. Złapałem coś czego baaardzo dawno nie miałem. Potrzebę przekraczania granicy na każdym treningu.
Dziś? Wyszedłem z domu zrobić swoje. Zacząć. Jak? Najlepiej z wysokiego "c". Czy się udało? Oczywiście, że tak. Czemu miałoby się nie udać? Znakomicie przepracowałem lato, mam już sześć lat doświadczenia, a przede wszystkim - mam chęci. Złapałem coś czego baaardzo dawno nie miałem. Potrzebę przekraczania granicy na każdym treningu.
poniedziałek, 22 października 2018
Impresja
Siedziałem cholernie wygodnie na kanapie, w luźnych, krótkich szortach i lekkiej, bawełnianej koszulce. Kąciki moich ust bardzo delikatnie unosiły się ku górze. Podkręciłem kaloryfer na maksimum, nie dbając o kropelki wilgoci zbierające się na oknach. Zależało mi tylko, i to było próżne, wiem, na komforcie. Przyglądałem się z jakąś dziwną satysfakcją płomieniowi świecy, prostemu i niezmąconemu.
To był udany wieczór. Póki co siedziałem w ciszy, ale wiedziałem, że za chwilę włączę głośną muzykę. Miałem ochotę na coś wyrazistego. Może Queen albo Budka Suflera?
sobota, 20 października 2018
Iskierka
Pamiętam mój pokój, ciemny prawie jak w nocy, chociaż była to jakaś godzina koło południa. Leżałem na łóżku i nie chciało mi się kompletnie nic. Prawdopodobnie zmagałem się z depresją, ale wtedy nie byłem świadomy, że to może być ta choroba, a poza tym... nigdy nie zdecydowałem się wybrać do specjalisty, żeby potwierdzić czy to faktycznie było to. Dziś nie ma to właściwie żadnego znaczenia. Istotne jest to, że pamiętam siebie całkowicie odrętwiałego, z poczuciem, że niczego nie osiągnąłem i już raczej nie osiągnę. Że zawsze marzyło mi się zrobić coś bardzo dużego i że Dziadek Jasiu mówił, że Mateusz kiedyś zajdzie naprawdę wysoko, a ja go zwyczajnie zawodzę.
I od lutego 2001 roku nie mogę mu powiedzieć o tym, że mi Go naprawdę brakuje. Wnosił do mojego życia beztroską radość, której później bardzo zabrakło, zresztą pewnie nie tylko mnie.
I od lutego 2001 roku nie mogę mu powiedzieć o tym, że mi Go naprawdę brakuje. Wnosił do mojego życia beztroską radość, której później bardzo zabrakło, zresztą pewnie nie tylko mnie.
niedziela, 14 października 2018
Kubuś Puchatek
Trwające aż nazbyt długo lato zmotywowało mnie do pójścia na spacer, do lasu. Wysiadłem z auta, dumnie obnosząc się krótkim rękawkiem koszulki, zupełnie tak jakbym tylko ja wiedział, że dziś jest tak ciepło. Zresztą, kto wie, czy to nie jest tak, że tylko ja odczuwam to w ten sposób. Niekiedy mam takie chwile, gdy wydaje mi się, że tylko ja potrafię widzieć świat w ten obleśnie bezpośredni sposób, z czubkiem nosa tworzącym mglistą plamę pośrodku każdego pejzażu i z tymi dłońmi, które podobają się wszystkim, tylko nie mnie i z tym brzuchem i tymi żylastymi stopami. Nie lubię patrzeć na siebie. Wolę patrzeć na Ciebie, kimkolwiek jesteś.
Albo na las.
Albo na las.
środa, 3 października 2018
Szczęście | 40. PZU Maraton Warszawski - relacja
Jest 6.00 w niedzielę. Jestem w środku urlopu. Obudziłem się dosłownie minutę temu, bez budzika. Wyłączyłem go, zanim zaczął dzwonić. Nie powinienem pospać tego dnia dłużej? Zabalować mocniej w sobotę? Wyjechać na koniec świata i położyć się spać o świcie (czyli tego dnia o 6.38, ale to w Łodzi, a nie na końcu świata ;))?
Zdecydowałem, już jakiś czas temu, że nie. Że moim celem będzie zdobycie Korony Maratonów Polskich, a to oznacza przebiegnięcie pięciu maratonów w dwa lata. Pierwszy krok wykonałem (a ze mną oczywiście mój Tata) w Krakowie, 22 kwietnia, w piekielnym upale kończąc 42,195. Byłem trochę rozczarowany tamtym biegiem i swoją dyspozycją, ale wiedziałem, że w taki gorąc i przy takiej trasie (bardzo kiepskiej!) wiele więcej bym nie wyciągnął.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
