niedziela, 16 sierpnia 2015

Zapchaj, upchaj, dopchaj i jeszcze, żeby jakoś wyglądało, czyli zabudowa. (Miasto zasadom wbrew cz. 4b)

Piękno jest w oku patrzącego.


Stare Polesie...


"Ładność", estetyka wyglądu, ocena powierzchowności - czy może być coś bardziej subiektywnego?

Zaplanowałem sobie na dziś pogadankę o architekturze Łodzi, o moich ulubionych stylach, plusach i minusach i do tego kilka ładnych fotek. Tak sobie jednak sądzę, że wolę przytrzymać się tonu jaki nadaje tytuł mojego cyklu i, wbrew zasadom, napisać kilka zdań o poczuciu estetyki Łodzi.
Sielankowa niedziela na placu Dąbrowskiego.

Panowie wpiszcie sobie teraz w wyszukiwarkę hasło "piękna kobieta". Panie - uczyńcie podobnie z hasłem "przystojny mężczyzna". Popatrzcie sobie na zdjęcia jakie Wam "wyskoczą" i zastanówcie się ile z osób na tych zdjęciach rzeczywiście Wam się podoba. Niektórym pewnie wszystko, niektórym tylko kilka, a niektórzy, jak ja, uznają, że co będą się gapić na fotki, skoro piękno jest tuż obok nich :).
Za Teatrem Wielkim.

Nieważne co tam sobie wypatrzycie i wywnioskujecie, ja jestem pewien jednego - oglądając te zdjęcia, czy cokolwiek innego zawsze znajdziecie coś co Was zachwyci i zawsze znajdziecie coś co wywoła w Was reakcję "eee, że co? Przecież to jest brzydkie...".

Rynek Bałucki.


Śmiesznie to brzmi, ale po prostu spodoba Wam się to co ma się spodobać, kropka.

Tak właśnie jest z Łodzią. Dlatego rozumiem wszystkie negatywne głosy na temat mojego miasta. Żeby docenić jej urok trzeba mieć odpowiednie, inne zdaje się, od stereotypowego, poczucie pojmowania piękna.

Bałuty.

Jak jest w moim przypadku? Pozwolę sobie przywołać scenę z filmu "Midnight in Paris". Adriana pyta Gila, która z prostytutek mu się podoba. On odpowiada, że wszystkie, że po prostu lubi taką wyuzdaną, bezpruderyjną, trochę brudną estetykę.


Tak właśnie postrzegam Łódź, jej kamienice, ulice i pejzaże. Jak prostytutkę. Jest w tym mieście coś niegrzecznie seksownego, coś co straszliwie działa mi na wyobraźnię, pobudza jej najgłębsze miejsca, te pełne mrocznych instynktów.

Do kupienia atrakcyjny budynek przy Wólczańskiej :)

Łódź, jak kurtyzana zachęcająca do swoich usług, gdzieś w bocznej uliczce, po prostu kusi. Puste ściany kamienic przypominają odsłonięte długie nogi, przez które wzrok ucieka znacznie wyżej, tam gdzie nie powinien. W przybrudzone okna i bramy, które niczym dwoje bezczelnie spoglądających oczu, pobudzają pytania "co kryje się za wami? Co jest w środku?". Czy to obdrapane fasady, czy pięknie wyremontowane zdobienia, wszystkie zdają się przypominać tandetne czerwone szpilki, lukrowe, różowe topy i nalakierowane fryzury.

Cukierkowy szpital Barlickiego

Nie każdy to lubi, nie każdemu się to podoba. Dlatego niektórzy wolą "ugłaskane" miasta, z grzecznie uporządkowanym układem, wyremontowanymi fasadami cudownych pałaców i szerokimi, oświetlonymi arteriami.

Ja wolę spędzić noc gapiąc się z piwnego ogródka na opuszczony gmach "Siemensa", zaglądać w ciemne bramy i nieśmiało rzucać okiem na drewniane klatki schodowe chojeńskich kamienic.

I znów Bałucki Rynek.
Średniowieczne ślady Starego Miasta...
Estetyczny misz-masz, czyli Plac Wolności.

Piękniejcie nam kamienice, piękniejcie!

Modernistyczna Narutowicza.

"SEPEC"

Ania, nie świruj, bo policja już idzie!

Ach te okna, ach te linie, ach te podziały...

Wyjątkowe podwórko...

...wyjątkowej kamienicy. Szkoda patrzeć na kłódkę i mur w oknach dawnego domu...

Gotyk w łódzkim wydaniu!

Ładne? Mnie się na swój sposób podoba.

Elegancka, ale fikuśna.

Puste, zagadkowe, fascynujące...

Pozdrawiam serdecznie! :)

Warto kupić? Bo chyba nadal na sprzedaż?

Łódź bajkowa :).

Smutne, posępne, funkcjonalne.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Zapchaj, upchaj, dopchaj i jeszcze, żeby jakoś wyglądało, czyli zabudowa. (Miasto zasadom wbrew cz. 4a)

Jeżeli uważnie czytaliście wcześniejsze części mojego cyklu, to wiecie już, że Łódź powstawała według planu tylko przez pierwsze kilka lat swojego fabrycznego życia. Później zaczęło się to co nigdy nie powinno mieć miejsca. Dziki, niekontrolowany, a do tego nazbyt intensywny rozwój tkanki miejskiej spowodował, że zabudowa rozrosła się w patologiczny sposób.

Przykład? Chociażby mnogość ślepych ulic, o czym pisałem w poprzedniej części. Jeśli jednak mowa tylko o zabudowie, to najlepiej zobrazują to słynne podwórka przy Piotrkowskiej (szczególnie w północnej części. Są na tyle oryginalne, że doczekały się przewodnika na swój temat. Zerknijcie na to słynne archiwalne zdjęcie.


Zdjęcie zostało wykonane w bramie przy Piotrkowskiej 38. Gdyby fotograf zrobił kilka kroków do tyłu zobaczyłby mniej lub bardziej efektowną elewację frontową zdobiącą "główną" część kamienicy. Tam znajdowały się najczęściej najlepsze mieszkania, sklepy, kawiarnie itp. Za tą ładną wizytówką zaczynały się rozciągać oficyny, stanowiące jakby dwoje ramion. 

Tutaj już nie było tak różowo, bo lokale były raczej o niskim standardzie. Trudno zresztą, żeby ktoś zamożny zażyczył sobie mieszkać w niedoświetlonej studni ciągnącej się daleko, niczym wagon pociągu osobowego. Do tego cuchnącego, bo kanalizacji przecież nie było. Bardzo często takie podwórko dłużyło się aż do następnej przecznicy, zwieńczone kolejną kamienicą frontową. Do tego, z czasem, budowano jeszcze oficynę poprzeczną, dzielącą podwórko na dwie połówki.

Jakby napadało więcej deszczu, to można by basen urządzić, gdyby pozatykać wszystkie odpływy ;).

Dlaczego tak budowano? Otóż w początkowej fazie rozwoju Łodzi osadnicy otrzymywali równej wielkości działki, które były zazwyczaj bardzo wąskie, za to wyjątkowo długie. Od frontu budowano dom, a z tyłu znajdował się ogród.

Z czasem działki zmieniały właścicieli, albo ci bogacili się, i zabudowa zwiększała rozmiary. Niestety nikt nie pokusił się o dostosowanie wielkości placów do potrzeb. Najlepiej widać to po zachodniej stronie Pietryny, w jej północnej części, gdzie działki do dziś biegną ukośnie. Jest to pozostałość z czasów przedfabrycznych i przebiegu traktu piotrkowskiego, który podówczas biegł sobie wężykiem. Działki (wtedy na polach) wytyczane były prostopadle do drogi. Trakt piotrkowski wyregulowano i "machnięto" na przestrzał z północy na południe, a krzywe linie zostały...

Oto właśnie przyczyna śródmiejskiego "zapchania" Łodzi. Budynek na budynku, budynkiem pogania, bo każdy stawiał gdzie mu tylko było wygodnie. Jednak pal sześć, gdyby były to tylko budynki mieszkalne. Nie ma jednak tak dobrze! W tej całej ciasnocie stawiano obok siebie kamienice czynszowe, warsztaty, browary, a przede wszystkim - fabryki. Skoro traktowano Łódź jako rozrośniętą strefę ekonomiczną, to ciężko oczekiwać, że przemysł nie będzie miał priorytetu...


Może jednak udało się jakoś tę przestrzeń chociaż minimalnie podzielić? Na szczęście tak. Zacznijmy znów od Piotrkowskiej. Z czasem nabrała ogromnego znaczenia reprezentacyjnego i najwięksi "gracze" łódzkiej sceny przemysłowej woleli wykorzystać tamtejsze działki do stawiania ogromnych kamienic, w których mieściły się tzw. składy główne lub budowali sobie rezydencje. Szczególnie popularny był odcinek między Dzielną (dzisiejsza Narutowicza-Zielona), a Główną (dzisiejsza trasa W-Z). 




Nie przeszkodziło to jednak postawić przy Pietrynie fabryki np. Juliuszowi Heinzlowi (Piotrkowska 104, tam gdzie dzisiaj jest łódzki Magistrat), czy Markusowi Silbersteinowi (numer 242/250). Mimo wszystko panowie odstawali jednak od reguły. Gdzie w takim razie stawiano fabryki?


Troszku dalej :). Sporo budowało się przy Wólczańskiej, przy Widzewskiej (dziś Kilińskiego), przy Milsza (Kopernika), Łąkowej, Lipowej, Długiej (Gdańskiej) czy Średniej (Pomorskiej). Zerknijcie na mapkę Łodzi, gdzie są te wszystkie ulice. Zabudowania fabryczne tworzyły w zasadzie pierścień wokół Piotrkowskiej. 


W wolne miejsca powtykane były czynszówki. Sporo ich było wzdłuż Widzewskiej, Narutowicza, czy wokół rynku Nowego Miasta. Jednak największym skupiskiem czynszówek stało się Polesie. Dzielnica na zachód od Piotrkowskiej, ciągnąca się dziś do granic miasta, tuż przy Konstantynowie, "rozkwitła" setkami kamienic. Nie była to nigdy dzielnica reprezentacyjna, toteż zabudowa tam jest wyjątkowo mało urokliwa (poza wyjątkami rzecz jasna) i jeszcze bardziej przytłaczająca niż ta przy Piotrkowskiej. 


Budynek, na budynku, całymi rzędami wzdłuż identycznie wyglądających ulic. Dzisiaj można tam znaleźć elementy przełamujące te betonowe ciągi, ale pojawiły się one w wyniku wyburzeń. Tam nikt nie planował tych narożnych skwerków, na jakie dziś można licznie się natknąć. Brzydkie porównanie przychodzi mi do głowy, ale przypomina to trochę klatki dla masowo hodowanego drobiu, upchane jedna obok drugiej, byle zmieściło się ich jak najwięcej...


Gdzieś jednak ci wszyscy robotnicy z rodzinami mieszkać musieli. Ci którzy nie zmieścili się w Łodzi, tłoczyli się w na przedmieściach. Wspominałem już o gigantycznie rozrośniętych Bałutach i Chojnach. Dziś dużo więcej dawnego charakteru zachowało się na tych pierwszych. Tam dopiero się dzieje!

W Łodzi w ryzach odrobinkę trzymały wytyczone na początku ulice. Na Bałutach zabudowywano jak leci. Nie da się tego opisać słowami, nawet zdjęcia nie oddają tego unikalnego chaosu urbanizacyjnego. "Połamane" kamienice, wijące się między nimi wąziutkie uliczki, często ślepe, wyrastające znikąd skwery i parki. Z dzisiejszej perspektywy cudowne i pasjonujące, ale kiedyś... No cóż, było to siedlisko biedy, patologii, przestępczości. Bałuty swoją mroczną reputację budowały przez wiele, wiele lat. Warto jednak się zapuścić w tamte okolice, bo tak niepowtarzalnego klimatu nie znajdzie się nigdzie indziej!



Nie wszystkim fabrykantom mimo wszystko odpowiadało, że pracownicy ich fabryk mieliby mieszkać gdzieś daleko za miastem, w miejscach o wątpliwej renomie. Tym bardziej, że rodziło to problemy z dojazdami (zupełnie jak dziś), edukacją dzieci itp. Pewien mądry pan, a później za jego przykładem wielu kolejnych, wpadł na genialny pomysł. W związku z tym, że miał możliwości zarówno finansowe, jak i posiadał dostatecznie dużo ziemi, wymyślił sobie zbudowanie kompleksu mieszkaniowo - fabrycznego.


Jeden człowiek, z jednej (choć ogromnej) fabryki stworzył coś co jest unikatem, a jednocześnie pokazuje absolutną nieudolność władz miasta w zakresie radzenia sobie z problemami mieszkaniowymi łodzian. Tym właśnie jest Księży Młyn. Kompleksem budynków, które stanowiły dosłownie miasto w mieście.



Oprócz budynków fabrycznych obejmował całe osiedla domów mieszkalnych (tzw. famuły), szkołę, straż pożarną czy nawet sklepy, w których płacono wewnętrzną walutą! Czy można sobie wyobrazić lepszy pomysł na przywiązanie pracownika do siebie i czerpanie zdwojonych korzyści? Karol Scheibler miał łeb, a dzięki niemu możemy dziś spacerować po wyjątkowo urokliwym miejscu na mapie Łodzi, które polecam każdemu, bo słowa atmosfery nie oddadzą.

Tym bardziej, że drugi podobny kompleks, stworzony przez Izraela Poznańskiego, robi wrażenie, ale w inny sposób. Kto był w Manufakturze ten wie z czym to się je. Jest głośno, kolorowo i efekciarsko, ale dawnego klimatu tam za wiele nie ma. Taki trochę Disneyland ;). Nie jestem fanem, ale z drugiej strony nie ma co obrażać się na największą wizytówkę Łodzi, bo sporo korzyści z tego miejsca czerpiemy. Szkoda, że to inwestycja prywatna, bo gdyby była w rękach miasta, to pewnie, fiu fiu, troszkę by się Magistrat wzbogacił ;). 

Oprócz fabryk i tanich czynszówek jednak coś jeszcze w tej Łodzi się budowało! Po pierwsze - świątynie. Określenie "Miasto Czterech Kultur" zobowiązywało. Bo skoro inne kultury to i inne religie. A skoro różne religie, to każda musiała mieć swoją świątynie. Toteż trochę ich powstało. 

Nadmienić należy, że żadna z nich nigdy nie stanęła na najważniejszym odcinku Piotrkowskiej. Do dziś zdają się stać w teoretycznie istotnych miejscach, ale nadal są to lokalizacje gdzieś nieco na uboczu. No bo tak - kościół św. Trójcy stoi na Placu Wolności. Efektowny ze względu na rozmiary i architekturę może zrobić wrażenie, szczególnie gdy patrzymy jak Kościuszko - na południe Pietryny. Tylko, jak już wcześniej pisałem, Plac Wolności nigdy tak istotny jak sama Piotrkowska się nie stał. Malutki minusik. 


Katedra św. Stanisława Kostki, piękna, neogotycka, z ażurową wieżą i zadbanym placem wokół, też robi świetne wrażenie. I do tego stoi przy Piotrkowskiej! Niestety, w tej południowej części, będącej już zdecydowanie na uboczu... Kolejny minusik.



Istotne z historycznego punktu widzenia kościoły Podwyższenia Krzyża Świętego (bo pierwszy katolicki murowany) i Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (bo w historycznym miejscu) przyczajone są jakby za parawanem. Ten staromiejski (NMP) widać z niemal całej deptakowej Piotrkowskiej, ale kawał drogi trzeba do niego przejść. Ten drugi natomiast - schowany niedbale za wielkomiejskimi kamienicami, nie krzyczy wcale "to ja, to ja, jestem ważny, zerknijcie na mnie!". 


W najważniejszym bodaj miejscu stoi za to Sobór św. Aleksandra Newskiego, czyli prawosławna katedra, usytuowana tuż przy dworcu Fabrycznym. To tamtędy, a dalej Dzielną do Piotrkowskiej, podążał cały miejski ruch, bo przecież to tu znajdował się najważniejszy dworzec kolejowy! Cóż się jednak dziwić, że taka świątynia stoi w takim miejscu, skoro była postawiona, żeby hm... troszku podlizać się carowi i podziękować "Bogu" za ocalenie władającego wtedy Rosją Aleksandra, po nieudanym zamachu.


Tak więc jak to zwykle bywa - religia religią, każdy powie, że ważna, ale tam gdzie w grę wchodzą pieniążki to już miejsca na religię nie ma. Dlatego świątynie nam uciekają z głównego widoku na miasto, nieśmiało wyglądając zza ważniejszych kamienic, rezydencji i fabryk...

I kolejny raz, przechadzając się po Łodzi, widzimy głównie chaos i materializm. Ważniejsze od planów okazują się chęć zysku i możliwości kapitałowe. Przedsiębiorcy robią co im się żywnie podoba, wypinając się na miasto i stawiając swoje własne, tuż obok. Do dziś ten chaos wpływa na nasze życie i charaktery. Do dziś też pokutujemy, bo nie potrafimy pokazać, że Łódź jest piękna jako całość, jako zbiór różnych elementów urbanistycznych, które razem tworzą unikalną w skali świata całość. Zazdrościmy Warszawie Zamku Królewskiego czy Poznaniowi ratusza, ale zapominamy, że nie będziemy nigdy mieć jednego topowego miejsca. Tu za każdym rogiem czai się coś topowego i fajnie, że zaczynamy to powoli rozumieć!
 

Tym bardziej, że sama ta zabudowa, o której się rozpisałem, jest też przybrana w cudowne architektoniczne formy. Ale o tym już w następnym "pododcinku"! Zapraszam!

czwartek, 6 sierpnia 2015

Przyjaźń

Rodzisz się. Pierwszych trzech – czterech lat nie pamiętasz, wiadomo. Później krótka chwila na całkowitą beztroskę dzieciństwa. Bez szkoły, bez dojrzewania, bez obowiązków, bez seksualnych napięć, bez presji otoczenia. Możesz się wyszaleć, robić na co tylko masz ochotę. Bawisz się życiem, chyba ten jedyny raz tak całkiem beztrosko.
Czas ucieka ci szybko, ani się obejrzysz, a z pól kwitnących makiem i znad rzek pachnących pokrzywami przeniesiesz się do... przedpokoju. Mama, z dłońmi zalanymi potem z nerwów (ale ty tego nie dostrzegasz, sam jesteś zbyt przejęty), dopina ci ostatni guzik w nieco za dużej, białej koszuli. Tata wziął wolne, żeby móc zawieźć cię na to wielkie wydarzenie.

Właśnie skończyła się beztroska. Idziesz do szkoły. Robisz pierwszy krok w dorosłość, ale z tego zdasz sobie sprawę jakieś piętnaście lat później. Wchodzisz sam do tego groźnie wyglądającego betonowego bunkra...

Chociaż nie. Może inaczej. Po długich wakacjach na wsi wracasz do domu. Zimowych wakacjach. I wcale nie jesteś w domu. Wylądowałeś w obcym miejscu, które od dzisiaj masz nazywać domem. Jest ładniejsze od poprzedniego, ale jakieś takie... zimne. Ściany nie są kolorowe, jak poprzednio, tylko nieprzyjemnie białe, meble niby te same, ale poukładane inaczej, widok z okien całkiem obcy. 

Próbujesz oswoić się z tym miejscem, ale nie przychodzi ci to z łatwością. W końcu przychodzi wymarzona wiosna, możesz wyjść z tych paskudnych ścian. Prosisz mamę o zgodę, ubierasz się w cokolwiek i wybiegasz na trawnik pod blokiem, żeby go w końcu ze sobą oswoić...


A może na wakacjach? Może na klubowym boisku? Może gdzieś na spotkaniu twoich rodziców i ich znajomych? Może nocując u babci, akurat wtedy kiedy zaprosiła koleżankę z wnuczką lub wnukiem?

Tam go poznałeś. Przyjaciela. Tego pierwszego, jedynego, prawdziwego. Obaj nie znaliście na świecie nic. Zaczęliście poznawanie od siebie. Błądziliście ślepo po krzywo wijących się korytarzach rzeczywistości. Mieliście nadal w garści dzieciństwo i korzystaliście. To z nim biegałeś po zamarzniętych stawach, z nim jeździłeś na rowerze dalej niż wyobraźnia sięga, z nim siedziałeś do 5 gadając o kosmosie, filozofii i Magdzie z IIb.

Z nim przełykałeś pierwsze w twoim życiu pigułki goryczy. Mimo jego rad i asysty, nie udało ci się zdobyć... się na rozmowę z tą z e-klasy. Z nim współdzieliłeś ból rozstania, bo jednak dziś nie możecie... spędzić nocy razem.

Mamie mówiłeś co innego, ale tak naprawdę to to była najważniejsza osoba w twoim życiu. Dzwoniłeś do niego kiedy byłeś chory, on dzwonił do ciebie, kiedy olał sprawdzian z matmy. Znał twoje tajemnice, jak fascynacja bliską wam koleżanką, ty znałeś jego, jak to czy nosi majtki czy bokserki. Bez cienia krępacji, bo nie zasmakowaliście jeszcze wstydu i niezrozumienia. 


Czasem próbował dostać się do was ktoś trzeci, ale wasza dwójka była jak monolit. Nie do ruszenia, nie do dotknięcia, nie do zrozumienia. Odrębna, dwuosobowa rzeczywistość, której nic nie jest w stanie naruszyć. 

Świat się zmieniał, czasy się zmieniały, wy ani odrobinę. Dojrzewaliście powoli, nieświadomi procesu, który w was zachodzi. Dotykaliście coraz ciemniejszych głębin, nie wiedząc, że te głębie będą kiedyś waszym codziennym środowiskiem. 

Nagle coś się zmieniło. Ani wtedy, ani dziś nie byłbyś w stanie określić kiedy dokładnie miało to miejsce. Stało się to tak naturalnie, jak naturalna jest... śmierć, ale o tym dowiesz się dużo później. Po prostu, z dnia na dzień, odpuściłeś i on też odpuścił. Przestaliście się kontaktować, spotykać, nawet przelotnie widywać. 

Tydzień, miesiąc – jeden, drugi, trzeci, wydają się wiecznością, kiedy patrzysz w przód. Kiedy jednak odwracasz się, okazuje się, że te minione przemknęły z obłędną prędkością. Właśnie dlatego nie zauważałeś mijającego czasu. Po prostu płynął, a gdy zastanowiłeś się kiedy ostatni raz rozmawialiście...

...już się nie znaliście. Tak po prostu, najzwyczajniej w świecie. Bezboleśnie. To was uratowało. Od tej pory miałeś tracić bliskich, wynosząc blizny. Od tej pory każde rozstanie miało oznaczać ból, piętnować na przyszłość, powracać jak niechciany koszmar. Każde, poza tym jednym. Poza tym jednym, które było idealne, bo kończyło idealną przyjaźń. 

Spotkacie się kiedyś. Kilka razy, przelotem. Kiwniecie sobie ręką na przywitanie i zapomnicie dalej. Przyjdzie jednak dzień, kiedy wpadniecie na siebie całkiem przypadkiem, w jakimś mało znaczącym miejscu. Może ty zagaisz do niego, może on do ciebie, to nie ma znaczenia. Znów spotkacie się jak kiedyś, w wolny, swobodny dzień i zapragniecie robić to na co tylko macie ochotę, tak jak się nauczyliście. 

Popłyniecie. Wypijecie piwo, dwa, dużo więcej. Pojedziecie gdzieś daleko, jak za dawnych czasów. Rozkręcicie się jak kiedyś. Zrobicie parę głupstw, zachłyśniecie się szczęściem i wolnością, o jakich zdążyliście zapomnieć (a których jesteście synonimem). W końcu rozstaniecie się z trudem, ściskając się nawzajem i ściskając gardło z nerwów. Jakiś wewnętrzny głos powie wam, że to już naprawdę ostatni raz. 


Owszem, zobaczycie się tu i ówdzie. Czasem uśmiechniecie się do siebie, czasem tylko jeden zauważy drugiego, czasem mimochodem obaj odwrócicie wzrok. Tak czy siak – każdy pojedzie w swoja stronę. Każdy odjedzie.

Przyjaźń uśnie. Nie, nie umrze. Taka przyjaźń nigdy nie umiera. Nie umiera bo była zbyt szczera gdy powstawała. Obaj dobrze wiecie, że nawet dziś twój numer telefonu jest dla niego numerem ratunkowym, chociaż zapewne nigdy nie będzie już użytym. Wciąż możecie na siebie liczyć, ale pewnie nie będzie wam dane sprawdzić tego.

Każdy przeżył taką przyjaźń. Jest nam pisana, kształtuje nas i ma większy wpływ na przyszłość niż byśmy sobie życzyli. Chowa w sobie tajemnice, które chcielibyśmy ukryć aż do śmierci, dodaje otuchy w momentach, kiedy czujemy się aż nadto dorośli, choć nie chcemy, tuli do snu, kiedy już nic nie pozwala zasnąć. Jest fundamentem, bazą, kotwicą, która nie pozwala wypłynąć na zbyt odległe wody.

Nie ma sensu jej ratować, bo jej korzenie tkwią dużo głębiej niż sami dosięgamy. Można jej  zostawić należne miejsce w sercu i pamięci, traktować jak pocztówkę z dawnych wakacji. Można też o niej zapomnieć i żyć tworząc antytezę tego co kiedyś się tworzyło. Można wyciągnąć z niej wnioski i tworzyć przyszłość, według wartości wyniesionych stamtąd. Można wszystko, ale tylko dzięki niej, bo to ona jest punktem odniesienia. 

Taka ona jest i taka była i taka bywa. Przyjaźń.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Dużo tego, a i tak nie działa, czyli ulice. (Miasto zasadom wbrew cz. 3)

Na dzień dobry przywitam Was mapką, coby łatwiej nam się rozmawiało o łódzkich ulicach. Mapkę zapożyczyłem z http://mapa.lodz.pl/. Specjalnie, chociaż wiem, że wydaje się być nieco mniej czytelna niż google maps. Po prostu wszyscy używają google mapsa, to ja wolę użyć czegoś swojskiego ;). Jak klikniecie to się powiększy, będzie łatwiej się zorientować.


Oto Łódź i jej ogólnie pojęte centrum. Przyjmijmy, że ten obszar wyznaczają ulice - na północy Lutomierska i Wojska Polskiego (troszkę poza granicą wrzuconej mapki), na zachodzie Al. Włókniarzy i Jana Pawła II, na południu Wróblewskiego - Czerwona - Przybyszewskiego (też poza mapką), na wschodzie - Rydza Śmigłego - Kopcińskiego - Palki.

Przyjmijmy, bo wyznaczenie centrum w Łodzi należy do wyjątkowo paskudnych zadań. O tym jednak w następnej części, o zabudowie miasta. Niech to jednak świadczy o tym, że zorientować się w tym szaleństwie nie jest łatwo.

Co rzuca się w oczy tuż po spojrzeniu na mapkę, to spore zagęszczenie ulic na zachód i północny wschód od Piotrkowskiej. Wydaje się to logiczne, bo przecież mowa o najściślejszym centrum miasta i tak być powinno. Zwróćcie jednak uwagę, że więcej jest ulic o przebiegu południkowym (czyli z północy na południe :)). Tak jakby ktoś nienaturalnie "rozciągnął" plan miasta w tym kierunku.

Sytuacja ta tyczy się zarówno zachodniej, jak i wschodniej części centrum. Zerknijcie jednak, że po prawej stronie, tak jakby wszystkie te ulice ucinały się w jednym miejscu i po chwili przerwy biegły dalej. Tworzy się biała plama. Ta biała plama to linia kolejowa, kończąca się dworcem Łódź Fabryczna. Dziś chowamy ją pod ziemię i spróbujemy przebić się górą, ale do tej pory rozrywała ona miasto na dwie części. Fatalna sprawa...

Co gorsza. Nie tylko te ulice, które "zamyka" Fabryczna urywają się nagle. Przykłady? Proszę bardzo. Gdańska na północy, przy Ogrodowej, Wólczańska na północy przy Próchnika, Kościszki na południu przy Radwańskiej, czy nawet Sienkiewicza w ścisłym centrum, przy Narutowicza. Czy to jakiś labirynt? No chyba, zerknijcie na zachodnie zakończenie Próchnika. Nagły skręt w lewo i jedziemy już Lipową... Dziwoląg na dziwolągu dziwolągiem pogania.

Lipowa/Próchnika fot. http://kaarolcia26.pinger.pl/p/70
Skąd takie "uliczne jajca"? Wspomniałem w części pierwszej i dużo razy wspomnę w części czwartej, że Łódź do pewnego momentu korzystała z uroków budowy miasta na "surowym korzeniu". Można było wszystko zaplanować, wymierzyć, wyliczyć. Później niestety, została zostawiona sama sobie. Wytyczanie nowych ulic kłóciło się z przebiegami tych starych, działki dzielono jak wygodnie, a jeśli ktoś się zaparł, to na końcu postawił kamienicę i najpiękniejsze nawet plany szlag trafiał. Istny żywioł to stworzył, dlatego dzisiaj poruszanie się po Łodzi to też istny żywioł :).

Łódzkie korki fot. www.fakt.pl
Z północy na południe powinno być łatwo się przedostać, skoro tyle ulic ma południkowy przebieg. Niestety, nic z tego, większość jest "zatkana". De facto, jedyną śródmiejską ulicą, jaką przepchasz się wędrowcze z Chojen na Bałuty jest Kilińskiego. Jedna ulica w ośmusettysięcznym mieście! To znaczy, przepraszam, wprowadzam w błąd. Wędrowiec przepcha się Piotrkowską i Nowomiejską. Kierowca niestety nie, bo pół Pietryny jest deptakiem.

ul. Kilińskiego fot. wiadomosci24.pl
Zostają trasy szybkiego ruchu - krajówki 1 i 14. Fajnie obiegają miasto, pozwalając teoretycznie szybko dostać się wszędzie, unikając śródmiejskiego ścisku. Niestety, krajówki mają to do siebie, że są krajówkami. Pędzi nimi tranzyt, który skutecznie zapycha, już i tak oblegane arterie. Do tego jeszcze, żadna z tych dróg nie jest bezkolizyjna. Co to oznacza? Ano tyle, że na każdym skrzyżowanku postoimy sobie na światłach, bo przecież inaczej to byśmy się pozabijali...

al. Śmigłego-Rydza fot. lodz.naszemiasto.pl

al. Włókniarzy fot. www.kemy.pl
To może zamiast z Chojen na Bałuty, to chociaż z Retkinii, albo Teofilowa na Widzew? Znów look na mapkę i tu dopiero mamy dramat. Jedna, jedyna całkowicie prosta droga między zachodem, a wschodem, to słynna już, remontowana właśnie, trasa W-Z. Oczywiście, równie poszatkowana światłami, co wcześniej wymienione... Zbudowana w latach 70. XX w. arteria to jedyna opcja, która, co gorsza, łączy ze sobą tylko Retkinię z Widzewem.  Teofilów jest skazany na pchanie się przez centrum, albo dobijanie do wuzetki wspomnianą już Włókniarzy. Armageddon na co dzień, a co dopiero teraz w trakcie remontów...

Trasa W-Z w trakcie remontu fot. www.skyscrapercity.com
Czemu z zachodu na wschód też tak blado? Głównie dlatego, że Łódź z ciągnącego się z północy na południe węża, w całkiem kształtne jabłuszko zmieniła się stosunkowo niedawno, bo dopiero w połowie XX wieku. To wybudowanie gigantycznych blokowisk na Retkinii i Widzewie sprawiło, że Łódź to bardziej okrąg niźli prostokąt. Nikt nie projektował i nie planował ulic, które mogłyby przebić się równoleżnikowo, bo i po co? Przecież tam wtedy były tylko lasy i wsie, na co komu komunikacja z lasami?

Swoją drogą "Retkę", "Teofkę" i Widzew pięknie odcinają także linie kolei obwodowej, której zalety powoli zaczynamy zauważać dopiero teraz... Nadrabiamy dziś dwa stulecia opóźnień i zaniedbań, do tego pracując na żywym organizmie...

Najfajniejsze w tym wszystkim są dwie kwestie. Po pierwsze - remont trasy W-Z, ma być lekiem na zapchane Mickiewicza i Piłsudskiego, ale niczego nie rozwiąże, jedynie odsunie korki troszkę bardziej na wschód. Ruch ma iść pod ziemią, ale jedynie do Kilińskiego (patrząc od zachodu, w tym kierunku było zazwyczaj najgorzej). Tam wyładuje się znów na powierzchnię i klops...

Po drugie - cudujemy z rozwiązywaniem tej katastrofy komunikacyjnej, nie czekając na zbudowanie kluczowej z punktu widzenia tranzytu autostrady A1. Może się okazać, że odciążenie Łodzi od "przelotówek", sprawi że system okaże się całkiem sprawny i wydajny. Łatwo policzyć jak dużo aut na obcych "blachach" szczelnie dopełnia nasze drogi... W każdym razie efekt poznamy dopiero w przyszłym roku.

Jak zapewne zauważyliście, rozpatrywałem komunikacyjność Łodzi pod względem samochodów. A co z transportem miejskim, a szczególnie słynnymi, łódzkimi tramwajami? Otóż powiem tak - są, ale niewiele do gadania mają. No bo tak - ze wschodu na zachód - prawie tylko trasą W-Z. W centrum robi się ciasno, bo jeździ kilka linii po jednym torowisku. Na Pomorskiej jest linia, ale korki są tam niewyobrażalne. Na Zielonej też słabo, dopiero na Narutowicza za Kilińskiego można się rozpędzić. To już jednak trochę za daleko od centrum...

fot. www.komunikacjazbiorowa.pl
Dalej - z północy na południe - mamy linie na Gdańskiej, Kościuszki i Kilińskiego. Jedynie na Kościuszki torowisko jest całkowicie wydzielone od ruchu samochodowego. W pozostałych przypadkach tramwaje, współtworzą korki z autami, czyli to też nie działa. Do tego miasto polikwidowało linie, które łączyły poszczególne nitki (tak jak na ten przykład na Czerwonej i Wróblewskiego), więc ewentualnych awarii nie ma jak omijać.

Poza tym - wbrew temu co się mówi, komunikacja tramwajowa nie ma u nas priorytetu i tramwaje tkwią grupami w korkach przed światłami, chociaż to one miały mieć absolutne pierwszeństwo...

O stanie nawierzchni i torowisk, to momentami aż żal wspominać. Niech za przykład posłużą ulice Legionów i Dąbrowskiego. Cud, że to jeszcze się nie zapadło pod ziemię... ze wstydu.

Torowisko na Dąbrowskiego fot. www.komunikacjazbiorowa.pl
To może coś pozytywnego o łódzkich ulicach? Będzie mi naprawdę trudno. Problem jest taki, że w zasadzie poza Piotrkowską, wszystkie pozostałe to istne pandemonium. W Śródmieściu uliczki są wąziutkie, pozastawiane zaparkowanymi autami, pełne pędzących jeden za drugim pojazdów. Do tego tłumy pieszych gnieżdżących się na chudziutkich chodniczkach... Co z tego, że w wielu miejscach jest ładnie i klimatycznie, skoro strach się gdziekolwiek zatrzymać i porozglądać. Znów powraca problem braku jednego głównego rynku/placu, który troszkę uspokajałby tę transportową kakofonię... Nawet deptak na Piotrkowskiej ma przekichane, bo co chwilę skrzyżowania i kolumny aut ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód...

Pod tym względem Łódź to, niestety, dno. Wątpię czy da się to poprawić, bez gigantycznych naruszeń oryginalnej tkanki miejskiej. Raczej nikt się na tak karkołomne zadanie nie zdecyduje. Cała nadzieja w zmianie mentalności, że auta są jedynym słusznym środkiem komunikacji... Jednak w takie cuda ja nie wierzę.

Żeby jednak nie było wszystkim smutno, na koniec uraczę Was obrazkiem z google street view, który, mam nadzieję, poprawi humory.

Bo nie wierzę, że nie poprawi Wam humoru widok ulicy Szczęśliwej!


No co jak co, ale ulice to nam się, Łodzianie, nie udały...