wtorek, 10 września 2019

Bunt

"I will survive and be the one who's stronger
I will not beg you to stay
I will move on and you should know I mean it
Wild horses run in me."

Płakałem na mecie każdego z dziesięciu maratonów, które dotychczas ukończyłem. Kiedy piszę te słowa też mam ściśnięte gardło, mam tak od kilku godzin. Widzę metę zbliżającą się z każdym krokiem. Jestem o krok od zamknięcia pewnego cholernie ważnego okresu w moim życiu. Kto wie czy nie najważniejszego? I wcale nie myślę o nadchodzącej Koronie Maratonów (40 dni i 2 x 42,195 do celu!).

wtorek, 3 września 2019

Ella

Rozłożyłem się wygodnie na starej, skórzanej sofie, która za dnia służyła kameralnej kawiarence, pracującej do 16. Dzień minął, jak każdy, cicho i niepostrzeżenie. Słońce wsunęło się subtelnie pod wilgotną otulinę horyzontu i nastała noc. Wyszedłem wtedy z domu i, tramwajem linii "2", pojechałem do Centrum. Był wtorek, powietrze było zimne i mgliste, więc ulice były przyjemnie puste. Nie spojrzałem nawet w kierunku Piotrkowskiej, tylko od razu odbiłem w stronę dawnej Spacerowej. Skłamałbym pisząc, że nie lubię już oglądać się za ostentacyjnymi pięknościami, ale od pewnego czasu zbyt łatwo przychodzi mi dopatrywanie się u nich oczywistych wad, takich jak chociażby głupota.

Wytłumaczę się od razu, że nie uważam Piotrkowskiej za głupią ulicę. To tylko metafora.

wtorek, 18 czerwca 2019

Dwadzieścia dziewięć

29 lat temu krzyknąłem po raz pierwszy, biorąc zarazem pierwszy wdech. Była godzina 21.05, czyli późny, ale wciąż jasny, czerwcowy wieczór. Trzy dni przed letnim przesileniem, raptem dwie minuty po zachodzie słońca. Może dlatego dni wydają mi się zawsze zbyt krótkie?

czwartek, 30 maja 2019

Popielniczka

Siedziałem w najbliższym sceny rzędzie widowni, w samym rogu. Ciepłe i kameralne światło padało na scenę, subtelnie doświetlając także miejsca zwyczajnie zajmowane przez publiczność. Tego wieczoru widowni nie było. Siedziałem samotnie, paląc mocnego papierosa. Szklaną popielniczkę postawiłem na sąsiednim fotelu. Dym tworzył mgłę, która osiadała wokół mojej głowy. Wydawało mi się, że musiałem wyglądać dość tajemniczo, ale nie miałem wobec kogo zweryfikować tej opinii. Zaciągnąłem się znów papierosem i poczułem przyjemne drapanie w gardle, które przypomniało mi głęboki, smutny głos, śpiewający w cudownym języku o teatrze.

Może dlatego pomyślałem - gdy pojawiłaś się, cicho stąpając bosymi stopami po deskach sceny - "¡fuera de aquí!"?

piątek, 17 maja 2019

Zachód

Od dłuższego czasu byłaś w naszej sypialni, stojąc przed szafą pełną Twoich ubrań. Lubiłem każdy z tych zestawów i w każdym wyglądałaś naprawdę znakomicie. Ty oczywiście miałaś kompletnie inne zdanie na ten temat i od dłuższego czasu walczyłaś ze swoim niezdecydowaniem i nadmiernym wyborem. Włączyłem muzykę i wlałem nam po kieliszku białego wina. Dzień był słoneczny i naprawdę gorący, więc odrobina zimnego i orzeźwiającego trunku wydawała się być strzałem w dziesiątkę. Wszedłem do pokoju i przysiadłem na brzegu sofy, przez kilka dłuższych chwil obserwując w milczeniu Twoje poczynania. Wydawałaś się kompletnie nie zwracać uwagi na moją obecność. W rozbawieniu przyglądałem się Twojej nieporadności.

wtorek, 30 kwietnia 2019

Rzeka

Spacerowałem szybko, choć nie spieszyłem się ani odrobinę, Piotrkowską. Wieczór zapowiadał się na dość chłodny i cieszyłem się, że jednak wziąłem z domu kurtkę. Póki co odpoczywała, luźno przerzucona przez moje prawe ramię. Miałem w brzuchu to przecudowne uczucie ucisku, które towarzyszy człowiekowi zawsze gdy ogarnia go silne i pozytywne podniecenie. Nie wiem czy bardziej wyrywała mnie do przodu ciekawość, czy powodowało to serce, czy po prostu nogi gnały coraz szybciej i szybciej, jak to moje nogi zawsze miewały w zwyczaju. Gorąca krew, podgrzewana przez błyskotliwy i zwinny umysł i niesiona przez sprężyste, silne łydki. Wystawiłem sobie niezłą laurkę, ale to właśnie cały ja.

środa, 17 kwietnia 2019

Latarnia

Czekałaś na mnie pod latarnią chociaż, broń Boże, nie byłaś prostytutką. Po prostu potrzebowaliśmy spotkać się w miejscu, gdzie byłoby najciemniej. Wieczór był ciepły, choć momentami rześki. Jeszcze pamiętający zimę wiatr powodował u Ciebie gęsią skórkę. Och, nie mogłem się wtedy powstrzymać, żeby nie zerknąć na Twoją koszulkę. Wyglądałaś tak obiecująco.

Wziąłem Cię pod rękę i skręciliśmy w tylną uliczkę, która prowadziła wzdłuż szumiącego potoku. Nikt nią nie spacerował, bo główny deptak miasta znajdował się za budynkami, które mieliśmy po lewej stronie. Miałem straszną ochotę wejść do jednej z knajp, zatrzymać się przy barze i z góry poprosić o kilka kolejek śliwowicy, czy innego lokalnego napitku. Potrzebowałem zdrowo się wychłostać.

Powietrze pachniało kwiatami. Ja nie miałem kompletnie nic do powiedzenia, jak nigdy, a Ty - nie mając czego słuchać i na co odpowiadać - również milczałaś. Miałem cholerny dysonans, bo coś w tej chwili sprawiało, że chciałem, żeby jednocześnie trwała wiecznie i natychmiast się skończyła.

sobota, 13 kwietnia 2019

Codzienność | 46. Maraton Dębno - relacja

Dwudziestego kwietnia 2015 roku przeleżałem pół dnia na kanapie. Głowa bolała mnie tak mocno, jak po bardzo ciężkiej imprezie. Miałem problem z przemieszczaniem się - dokuczały mi mięśnie nóg i odciski na stopach. Czułem się wyjałowiony jak nigdy. Dosłownie tak jakby ktoś wypłukał ze mnie całe, calusieńkie zapasy minerałów. Mimo to byłem diabelnie szczęśliwy. Dobrze zrealizowane przygotowania przed biegiem i odpowiednia strategia w trakcie (chociażby bidony pełne wody podawane przez Najbliższych) zaowocowały nowym rekordem życiowym w maratonie - 3:28:03. Znakomity wynik, choć okupiony ogromnym, przeogromnym wysiłkiem.

Pamiętam jak mówiłem podówczas, że maraton jest dystansem, którego nie powinno się pokonywać "na wynik". Podobną refleksję, podkreśloną jeszcze obietnicą, że nigdy więcej nie będę próbował przebijać się poniżej dotychczasowej życiówki, miałem w 2017 roku. Zdruzgotany po fatalnej próbie zbicia rekordu poniżej 3:20 miałem ochotę w ogóle odpuścić bieganie maratonów.


wtorek, 19 marca 2019

Papier prośbowy

Siedziałem przy biurku, w małym pokoiku. W powietrzu unosił się zapach starych książek, co jakiś czas mieszający się ze świeżym powietrzem wieczoru. Gdy męczyły mi się oczy, zerkałem przez okno, na prostopadłościan sąsiedniego wieżowca, obserwując światła zapalające się i gasnące w uspokajającym bezładzie. Cicha, ledwo słyszalna muzyka nie zagłuszała śpiewu ptaków i szumu liści pośród drzew. Zakreślałem kolejne litery na dużej kartce papieru prośbowego, gryzmoląc jak to ja mam w zwyczaju - czyli niemiłosiernie.

Zastukałaś kilkukrotnie w drewnianą ościeżnicę. Miękki, głęboki dźwięk okazał się być tak przyjemny dla moich uszu, że świadomie nie odezwałem się słowem, czekając aż zrobisz to ponownie. Nie zawiodłaś mnie i basowe dźwięki kolejny raz nakarmiły mój zmysł słuchu. Uśmiechnąłem się lekko, kiedy mówiłem "Wejdź".

czwartek, 28 lutego 2019

Śmieciarka

Byłem dziś na spacerze. Zabrałem na krótką przechadzkę po osiedlu mojego Synka. Dawno nie mieliśmy okazji powędrować sobie po okolicy tylko we dwóch. Staram się dawać mu wolną rękę w kwestii kierunku, w którym idziemy i tak samo było tym razem. Zawsze jestem ciekaw na co zwróci uwagę i w którym kierunku poniosą go jego małe stópki.