Szósta rano. Pobudka. Myślicie, że jestem ranny ptaszek? O nie, nie, nie! Jestem ranny ptaszek, bo muszę być! Syn nie zna litości, chociaż i tak był dzisiaj wyjątkowo łaskawy. Przedwczoraj postawił nas na nogi o 5.30. Uroki rodzicielstwa.
Włóczykij zaplanowany na dziś wydawał mi się wyjątkowo... kiepskim pomysłem. Prawdę powiedziawszy ni w ząb nie miałem ochoty go robić, a uczucie to dojrzało we mnie, niczym pierwiosnek, kiedy poczułem jak bardzo ciężkie i zmęczone mam nogi. A biegaliśmy z tatą tylko godzinę! Najwyraźniej tempo było jeszcze mocniejsze niż się nam zdawało :D.
O 6.30 oznajmiłem Dominice: nie idę! W związku z tym, zgodnie z moją przepotężną asertywnością, dokładnie godzinę później stałem na przystanku i czekałem na autobus. Niebo było zachmurzone, ale wydawało się, że dzień będzie całkiem przyjemny. W powietrzu pachniało wiosną, ale ja tej małpie już nie ufam jak jeszcze jakiś czas temu. Dopóki nie poczuję słoneczka na skórze, nie zobaczę rozkwitających pączków, a PRZEDE WSZYSTKIM nie zmarznę - wtedy uznam, że to już. Wiosna nadejszła.