wtorek, 3 października 2017

Śmierć nie potrzebuje dowodu

Stęskniłem się za nią. Wpatrując się w kolejny zachód słońca o barwie grejpfruta wpadłem w tę sztampową nostalgię podszytą refleksją o przemijaniu. Typowe umysłowe bla bla bla, podobne do pytań "skąd ja się tu wziąłem?" i "a co jeśli to tylko ja widzę i czuję, a reszta dookoła to jakieś dziwaczne projekcje?". Banalne, nudne, niemożliwe do rozwikłania. A jednocześnie dziwnie podniecające, jak tafla jeziora nocą. Podniecające jak Śmierć.

Odkąd poznałem ją osobiście, nie jako medyczny stan agonii, a jako osobę... bardzo się zmieniłem. Nie jestem w stanie określić (i pewnie nigdy nie będę) czy więcej mi dała czy zabrała. Nie umiem już tak mocno i szczerze cieszyć się życiem jak dawniej. Nie potrafię pozwolić sobie na brak rozsądku w zachowaniu i beztroskę. Mam tę drażniącą świadomość wartości każdej upływającej sekundy. A z drugiej strony nauczyłem się smakować. Delektować. Wartościować. Zachwycać tym co majestatyczne, ale też schylać się do tego co maluczkie. Być świadomym obecności detali, kontrastów, które przecież tworzą charakter. To co nijakie nie ma szczegółów i jest jednowymiarowe. Ona nauczyła mnie próbować, bo bez empiryzmu nie da się świadomie oceniać.

czwartek, 14 września 2017

Kołtun/Myśleć jak Ty

Niczego nie potrafię. Poza kilkoma umiejętnościami niezbędnymi do przeżycia jestem kompletnym zerem. Chociaż może trafniejsze byłoby określenie - kompletnie wyzerowany. Potrafię oddychać, przełykać pokarm, wydalać. Plus tę parę rzeczy, które kontroluje za mnie mój mózg samoistnie. Może to i lepiej.

Brzmi przygnębiająco, co? Pewnie myślicie, że dopadła mnie jesienna chandra. Że mam doła i walnę Wam zaraz tekst o tym jak to zleciał już prawie rok od czasu rzucenia przeze mnie pracy na etacie, a u mnie nadal nic. Że zawiodłem siebie i być może kilka osób, które mi kibicują. Kilka tego typu tekstów w 2017 popełniłem. Nawet mama zwróciła mi uwagę, że z moich wpisów "paruje" gorycz i niezadowolenie. Miała całkowitą rację.

Ja napiszę to jeszcze raz, Wy przeczytajcie na głos: niczego nie potrafię. I niech zabrzmi to w Waszych ustach optymistycznie.

czwartek, 7 września 2017

Setka

- Cześć - powiedziałaś. Świat wkoło błyszczał jak w teledysku disco. Kałuże na chodniku, mokry asfalt, krople wody na karoseriach samochodów. Wszystko to tworzyło tę specyficzną atmosferę wieczornego miasta po ulewie. Słońce w końcu odważyło się śmielej wychylić zza chmur - niestety uczyniło to kilka minut przed zachodem. Latarnie jeszcze się nie paliły, ale mrok gęstniał z każdą leniwą sekundą. Ludzi wałęsało się niewielu, bo wieczornych spacerowiczów wygnał do domów deszcz.

Twoje oczy również migotały, piękne jak tafla jeziora muskanego oddechami wiatru w sierpniowy, jeszcze wakacyjny wieczór.

środa, 6 września 2017

Waldemar Łysiak - Szachista

Książka, nad którą się tym razem pochylę trafiła do mnie zupełnie przez przypadek - dostałem ją jako prezent urodzinowy. Przeleżała dwa miesiące na półce czekając na swoją kolej, aż wreszcie się do niej dopadłem. Nie spodziewałem się po niej kompletnie niczego. Prawdę powiedziawszy - póki nie rozpocząłem lektury nie byłem do końca pewien czy to książka o Napoleonie (jego wizerunek znajduje się na okładce), czy to podręcznik szachowy, czy jeszcze coś innego.

Co ciekawe autor książki napisał ją w sumie... również przez przypadek. Podczas drążenia tematu pewnego mnicha z klasztoru filipinów w Gostyniu został odwiedzony przez Hiszpana, ponoć także zainteresowanego osobą duchownego. Hiszpan okazał się być w posiadaniu tekstu pod tytułem "Memoriał", który poruszał między innymi kwestię wspomnianego wcześniej zakonnika. Łysiak miał tylko kilka dni na zapoznanie się z tekstem i jego przepisanie, co też - na całe szczęście - uczynił, choć robił to w szalonym tempie.

Co sprawiło, że pan Waldemar zaczął gorączkowo kopiować tekst o "jakimś tam" zakonniku?

wtorek, 5 września 2017

Pod wiatr i z wiatrem | Łaskowice - Szadek - Wojsławice | [WŁÓCZYKIJ #13]

Mądry Polak po szkodzie. Teraz, prawie dwa miesiące po zrobieniu tej wycieczki, jestem absolutnie pewien, że nie miała ona prawa wypalić. W końcu to numer trzynaście. W końcu to był drugi lipca, a od paru lat w lipcu dostaję największe wpierdy. W końcu (co jest, zdaje się, najważniejsze) nie robi się rowerowych wycieczek na południowy zachód kiedy wieje wschodni wiatr.

Ale ja zrobiłem. Od rana Dominika pracowała, a ja biegałem za tym sympatycznym, młodym jegomościem - moim synem. Później zrobiłem obiad i zjadłem go w tempie sprinterskim - w międzyczasie zadzwonił Piotr, że ma dla mnie wycieczki do zrobienia. No delikatnie rzecz biorąc - zestresowałem się. Miałem wreszcie oprowadzić poważne towarzystwo w imieniu poważnego Towarzystwa.

Kto normalny wali w takich okolicznościach 90-100 kilometrów na rowerze w pięć godzin? Ja!


środa, 16 sierpnia 2017

Kim jesteś, chłopcze? | Przygody Tomka Sawyera - recenzja

Cześć. Ten tekst adresuję do chłopaków. Jeśli jesteś dziewczyną przestań go czytać w tej chwili!

Dobrze wiem, że lepiej nie mogłem Was, kobiety, zachęcić do lektury tego tekstu ;).

Wierzysz w duchy? Nie? Spójrz mi w oczy. Wierzysz, prawda? Każdy wierzy. A im bardziej zaprzeczasz, tym bardziej wiem, że wierzysz. Tylko się boisz. Nie bój się. Jesteś mężczyzną. Mężczyzna się nigdy nie boi. Znasz jakiegoś pirata, który się boi? Albo zbója?

Mówisz, że znasz kilku? Ale skąd, z książek? Nie? To pewnie nie są prawdziwi piraci ani zbóje.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Na lewą stronę | Kędziorki - Koluszki (Brzeziny - Koluszki) | [WŁÓCZYKIJ #12b]

Zawsze zastanawiam się skąd się biorą te błogie obrazki włóczęgów takich jak ja, którzy siedzą sobie pod drzewkiem z wyciągniętymi nogami i w stanie nieopisanego, głębokiego relaksu kontemplują nad sensem życia. Ja postoje dzielę na dwie grupy:

a) No dobra już stanę, mimo wszystko człowiek czasem musi jeść, pić i wydalać.
b) Osz kur... mam dość. Siadam i nie wstaję.

Wydaje mi się absolutnie nie do pogodzenia moja ciekawość świata i potrzeba aktywności z koniecznością robienia postojów. Jeśli gdziekolwiek trafia mi się leniwy moment, to najczęściej już po zakończeniu wędrówki, kiedy mogę wreszcie klapnąć, otworzyć piwo i oznajmić: na dziś wystarczy.

Nie potrafię usiedzieć w miejscu.

To ja z miną wyrażającą ogromne zadowolenie z faktu, że odpoczywam.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Truskawki, czy marakuja?

Świat nam się skurczył. Odległości się zmniejszyły na przekór fizyce. Bariery językowe przełamujemy, grając na nosie Wieży Babel. Do tego wszystkiego - o zgrozo! - wirtualnie możemy być w każdym dowolnym miejscu świata, nie ruszając wygodnickich pośladków z fotela. Wewnętrzna złośliwość kazała autorowi tego tekstu zerknąć na Monachium. A co! "Lewego" może nie spotkam, ale mogę później błysnąć w towarzystwie - ze stolicą Bawarii znamy się z widzenia!
Jakże łatwo dziś też o informację! Klik, klik, klep, klep i już wiem z kilkunastu źródeł co jest NAJ w Polsce, na Słowacji czy nawet w Burkina Faso! Uzbrojony w specjalistyczną wiedzę mogę zabrać się za arbitralne uznawanie co warto zobaczyć, a czego nie. Oczywiście gdyby brakło mi własnego osądu, mogę posiłkować się ocenami "użytkowników" tych wszystkich miejsc. Dzięki temu wiem już gdzie śmierdzi, gdzie drogo i gdzie niemiłe towarzystwo. Na pozytywy raczej nie liczę. Internet przyjmuje jeno żółć.


środa, 19 lipca 2017

Pod wezwaniem... | Brzeziny (Brzeziny - Koluszki) | [WŁÓCZYKIJ #12a]

Tak się składa, że w momencie pisania tego tekstu jestem w trakcie aktywnego poszukiwania pracy. Wiecie - rozmowy, normalne pytania - dziwne odpowiedzi, dziwne pytania - normalne odpowiedzi i tego typu sprawy :).

Po ostatniej wycieczce zastanawiam się czy pośród moich atutów kiedykolwiek wymieniłbym elastyczność, otwartość oraz radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Chyba nie (choć to wyjątkowo fajne do "sprzedania" cechy). Często mam wrażenie, że w takiej, a takiej sytuacji to sobie nie poradzę "bo cośtam". A później przychodzi co do czego i śmigam improwizację nie gorzej niż Mickiewicz.



sobota, 15 lipca 2017

Ludwik Wolta - Strefa Komfortu - recenzja

Jeszcze zanim zacząłem czytać tę książkę musiałem opuścić swoją strefę komfortu. Jestem przyzwyczajony do sytuacji, w której autor czytanej przeze mnie publikacji nie żyje lub (rzadziej) mieszka gdzieś na drugim krańcu świata i jest dla mnie postacią całkowicie abstrakcyjną. Po polskich autorów sięgam niezmiernie rzadko (hipokryta - chciałbym, żeby po "mnie" sięgali wszyscy). Po autorów, których znam nie sięgam nigdy. Głównie dlatego, że nie znam zbyt wielu autorów, a właściwie to jeszcze do niedawna nie znałem żadnego.

Fakt jest jednak taki, że Ludwik był uprzejmy odezwać się do mnie jakiś czas po premierze "Dwóch świątyń", powiedzieć, że spoko powieść napisałem, a następnie oznajmić, że wpadł na ten sam durny pomysł napisania swojej książki. Tyle pożytecznych rzeczy można zrobić przez ten czas, a nam się pisać zachciało...