środa, 29 lipca 2015

Leczenie

Temat zaczął się dla mnie od tych dwóch artykułów z NG (klik i klik, całość pierwszego do przeczytania w czerwcowym wydaniu). Przed lekturą niespecjalnie wiedziałem czego się spodziewać, bo co jeszcze można powiedzieć o gandzi? To że się ją demonizuje, przykleja łatki śmiertelnego wroga ludzkości, popierając wszystkie teorie wyssanymi z palca stereotypowymi tezami, jest oczywistą oczywistością, maglowaną tysiące razy. Dużo wody w Wiśle upłynie zanim cokolwiek zmieni się w tym temacie, przynajmniej w Polsce. Wolimy alkohol etylowy, miękką używkę, nie mającą właściwości uzależniających, depresyjnego oddziaływania, nie powodującą uszczerbków na zdrowiu i odnotowanych przypadków śmiertelnych :).

Mniejsza. Wracając do marihuany - przyznam szczerze, że słyszałem o medycznym zastosowaniu konopi indyjskich, ale nie miałem pojęcia jak to w ogóle wygląda, działa i czy faktycznie pomaga. Troszkę ulegałem poglądowi, że "medyczna marihuana" to przykrywka, pierwszy stopień do depenelizacji i legalizacji tej używki. Troszkę też sądziłem, że działanie lecznicze sprowadza się do łagodzenia bólu (fizycznego i egzystencjalnego) i rozluźniania obolałych (z różnych, także tych bardzo poważnych powodów) mięśni.

Ot, coś jak nalewka z orzechów od babci, pomagająca na ból brzucha.

Otóż nie. Okazuje się, że w dużej mierze leki na bazie konopi indyjskich to ulga w cierpieniach w przypadkach lekoopornej padaczki. Co ciekawe, bynajmniej nie chodzi o wypalanie codziennie kilkunastu blantów przez chore dzieci, ale o zażywanie olejów "wyciąganych" z odmian marihuany ubogich w psychoaktywne THC. Znaczy się - wydaje się, że fajnie!

Do tego przykłady dzieciaków, którym ataki epilepsji nie pozwalały normalnie funkcjonować, bo takich ataków było... kilkaset w ciągu doby! Tymczasem po zażyciu preparatów z marihuany liczba ataków spada nawet o 90%, pozwalając względnie normalnie funkcjonować. W USA popularne jest już przeprowadzanie się do stanów, w których są to zabiegi legalne. Rodzice wolą poświęcić dotychczasowe życie, żeby ulżyć dzieciom w cierpieniu.  Pomyślałem sobie - rewelacja! Nic tylko badać, testować, rozwijać, szukać i likwidować niepożądane skutki (jeśli są), a w końcu - leczyć i wyleczyć! W końcu zdrowie jest najważniejsze, wiadomo to już od Kochanowskiego.

Wydaje się proste i logiczne. Nie dziwi więc, że pewien odważny ktoś postanowił zacząć stosować tę terapię w Polsce. Mowa o doktorze Marku Bachańskim, związanym z Centrum Zdrowia Dziecka. Świetnie! Im więcej będzie podejmowanych prób, tym większa szansa, że uda się odnieść sukces.

Niestety kilka dni temu gruchnęła bomba.

Ja dowiedziałem się z tego artykułu. Doktor Bachański dostał zakaz prowadzenia swojej nowatorskiej terapii. Czemu? Tłumaczenia wydają się mgliste. Bo nie spełnia wymagań, bo nie złożył odpowiednich dokumentów... no właśnie. Bo nie. I już.

Nie jestem specjalistą, ani w zakresie neurologii, ani w zakresie etyki lekarskiej. Nie będę osądzał kto ma tutaj rację. Nie mogę jednak pozbyć się podejrzeń, że chodzi tu o coś więcej, niż o wypełnienie dokumentów. No bo czemu, dziwnym trafem, grupie leczonych zaproponowano alternatywną terapię, również na bazie konopi. Czy skuteczniejszą nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że na bazie preparatu sativex, produkowanego przez duży koncern farmaceutyczny, liczący sobie, bagatela, 2,5 tysiąca złotych za opakowanie leku. Koszt eksperymentu mieliby pokryć... rodzice badanych dzieci. Tzn. teraz oczywiście mówi się, że firma sama zapłaci za to wszystko. Trzeba szybko zamglić oczy, bo wybuchła afera. Chyba jednak jest już za późno. Odsyłam na przykład tutaj, masa ciekawych argumentów i ciekawa reakcja społeczeństwa :).

Co mnie w tym boli najbardziej? 

To, że okazuje się, że nic po przysięgach, obietnicach, że zdrowie pacjenta jest najważniejsze. Najważniejszy jest interes i obrona tego interesu. Koncerny farmaceutyczne i związani z nimi "lekarze" mają ogromny problem. Otóż medycyna idzie do przodu, coraz więcej leków i terapii pozwala teraz wyeliminować dotychczas stosowane, kosztowne środki. Wyeliminować w najgorszy dla nich sposób - poprzez całkowite wyleczenie pacjentów.

Przecież nikt zdrowy nie będzie kupować leków i odwiedzać lekarzy. W takim razie tworzenie skutecznych rozwiązań nie ma sensu, bo jest strzelaniem w stopę. Brak popytu, to brak zysku. A przecież, nie oszukujmy się, o to tutaj chodzi. O kasę. Grubą, tłustą, brudną kasę. Kasę zdobytą na ludzkim cierpieniu.

Bo nie chodzi o to żeby wyleczyć, tylko żeby leczyć.

Włączcie sobie radio czy tv. Ogromna większość reklam, to reklamy leków i suplementów. Już nie wystarczy wymyślić coś na typowe ludzkie przypadłości. Taki przykład. Ostatnio strasznie urzekła mnie reklama środka przeciw poceniu się. Strasznie przejęty "pacjent", mówi o tym, że ma z tym problem. Zawsze? Nie, nie zawsze, ale zawsze w najmniej odpowiednim momencie! (W tle obrazek, jak rozmawia z jakąś kobietą, znaczy się - przez pot bzykania nie będzie). Straszny temat - pan poci się w stresowych sytuacjach! Tak być nie powinno, to się powinno leczyć! Muszę gnać do apteki i coś z tym zrobić.

Serio? Mnie się wydaje, że pocenie się w takich sytuacjach to norma. Tak jak normalne jest, że po sowitym obiedzie idziesz do wc zdobić kupę. Ktoś wymyśla nam dolegliwości, które pasują do każdego osobnika naszego gatunku. To co jest normalne i naturalne, urasta do rangi schorzenia, które koniecznie musisz leczyć. Leczyć, ale nigdy wyleczyć. Bylebyś kupił.

Jeszcze jedna ciekawostka. Jako zapalony alergik ;), odkąd pamiętam szukaliśmy z rodzicami leku na moje dolegliwości. Testowaliśmy wszystko - szczepienia, tabletki, syropy, różne niekonwencjonalne wynalazki. Gdybym miał kierować się reklamami, już dawno powinienem być wyleczony - tyle jest dostępnych leków i możliwości. Otóż nie. Lekarstwo, które mnie pomogło odkryła moja matula, pracująca w aptece. Jest to wyciąg z czarnuszki siewnej. Olej z roślinki, po prostu. Nie jakieś syntetyczne, chemiczne gówno. Po prostu, troszkę przerobiona roślinka. Nie wyleczyła mnie w stu procentach, ale złagodziła objawy o jakieś 90%. Coś mi to przypomina...

Czekam jak zakażą hodowli czarnuszki ;).

Nie dajmy się nabić w butelkę. Nie wierzmy firmie, która reklamuje się biało-czerwonym serduszkiem, że daje Ci to co najlepsze z Polski, bo to co zarobi to wywozi do Niemiec. Podobnie jak ta, z sympatycznym owadem w logo, postrzegana pewnie przez 80% społeczeństwa jako polska, a jest z Portugalii.

Nie wszystko co szybkie i pod ręką oznacza lepsze, jak nam się wmawia.

Może lepsze warzywa niż te z marketu, ma pan z warzywniaka na rogu, hm? Są droższe o złotówkę na kilogramie? No są. Jak chcesz zaoszczędzić to leć do marketu, pewnie. Tylko nie gadaj później przed wiadomościami w tv, że złodzieje ze skupów okradają polskich rolników z pieniędzy. Złodzieje ze skupów mają podpisane umowy z sieciami, które są gotowe kupić całość zbiorów z danego roku, bo wiedzą, że im się sprzedadzą. A skoro biorą całość, to chcą to dostać za grosze.

Dziś jest moda na wolność i niezależność. Szkoda, że oznacza to, że jesteśmy uzależnieni od stereotypów, bo ten napój to się kojarzy z wolnością i wakacjami, tamta mineralna też, a tego piwa to nie piję bo jest dla zgredów. A jeśli jesteśmy uzależnieni, to nie jesteśmy wolni. Nie dajmy się wkręcić w opartą na selektywności i skojarzeniach retorykę, bo robi nam wodę z mózgu.

Rozpisałem się, ale mierzi mnie ten temat okrutnie. Jednak nie mogę się powstrzymać, kiedy z półki zerka na mnie "Rok 1984" Orwella. Kto czytał ten pewnie wie o co mi chodzi. Kto nie czytał - niech przeczyta. Komu nie chce się czytać, niech żałuje, ale może znajdzie chociaż 3:08 na przesłuchanie tego.

Tego nie ma w głównym strumieniu, ale zazwyczaj w głównym strumieniu pływa najwięcej gówna i śmieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz