czwartek, 2 marca 2017

Pamięć | Piotrków Trybunalski | [WŁÓCZYKIJ #5]

Swego czasu Piotrków miałem okazję oglądać dość często - z perspektywy drogi krajowej, biegnącej od autostrady do Sulejowa, a dalej do Kielc. Z trudem przypominam sobie kiedy ostatni raz miałem okazję jechać tą trasą. Czas upływa szybko, zmiany zachodzą niezauważalnie, a niezachwiane, zbudowane na silnych fundamentach mury przyzwyczajeń kruszeją, w końcu odchodząc w niepamięć. Dziś do Kielc już prawie w ogóle nie jeździmy, a Piotrków, choć niedaleki, stał mi się całkowicie obcy. Jak kolega z podstawówki, z którym znałeś się z widzenia, a dziś zastanawiasz w tramwaju - powiedzieć "cześć" czy udawać, że wcale nie spotkaliście?

Sądzę, że nie jestem w mniejszości, wybierając zazwyczaj milczenie.


Pierwszy raz na Piotrków najarałem się w zeszłym roku, kiedy zobaczyłem, że organizowany jest tam nocny półmaraton - czyli niemała gratka. Ostatecznie na start się jednak nie zdecydowałem i wizytę w trybunalskim mieście musiałem odłożyć na kiedy indziej. Zacząłem prowadzić "Włóczykija" i od początku wiedziałem, że Piotrków wrzucę do pierwszej dziesiątki moich wycieczek. Jak widać załapał się nawet do "piątki".

Dziecko w autobusie irytująco trajkotało babci o Minecrafcie, z taką pasją jakby budowanie świątyń z cyfrowych klocków było najcudowniejszym doświadczeniem na świecie. Sam sporo czasu strwoniłem na różne gry. Zresztą do dzisiaj lubię zanurzyć się w wirtualną rzeczywistość, ale... wydaje mi się, że nawet w czasach kiedy w ciągu doby graliśmy z Wojtkiem w CS'a przez 18 godzin nadal była to dodatkowa rozrywka w życiu, a nie jego sens.


Właśnie - sens. Nad nim mocno dumałem, kiedy zgrabiałymi dłońmi trzymałem karton z wypisanym słowem "Piotrków". Czekając na uprzejmą duszyczkę, która mnie zabierze autostopem zastanawiałem się, czy aby nie lepiej było wsiąść w PKSa albo pociąg? Trudno o bardziej nieprzewidywalną formę transportu niż łapanie "okazji". Minuty upływały, a ja pogrążałem się w poczuciu rzucania się z motyką na słońce. Nie miałem Bóg wie ile czasu, żeby trwać na posterunku do chwili kiedy szczęście się uśmiechnie. Plan mi się rozjeżdżał.

Wtedy za plecami usłyszałem krótki sygnał klaksonu. Zarośnięta brodą twarz zerkała na mnie wyczekująco. Miałem transport!


Trzeba być niezłym wariatem, żeby podróżować stopem, ale chyba jeszcze większym, żeby ludzi na stopa zabierać. Naprawdę, w dzisiejszych, zimnych czasach, gdzie relacje międzyludzkie są tak... odczłowieczone zatrzymać auto i zabrać nieznajomego we wspólną podróż to wyraz wyjątkowej otwartości i empatii.

Kolego (zapomniałem zapytać o imię!) - jeśli zajrzysz tu i przeczytasz ten wpis - masz ode mnie jeszcze jeden wielki ukłon. Słuchajcie - ten sympatyczny jegomość specjalnie zawrócił swoją Alfę Romeo, żeby mieć gdzie stanąć i zabrać mnie w drogę, bo zatoczka przy której stałem była za krótka i nie zdążył wcześniej wyhamować. Za to, że Ci się chciało - piąteczka!

Droga upłynęła nam na przyjemnej rozmowie - o dzieciach, rodzinie, wartościach i (niestety, nie ustrzegliśmy się tego!) polityce. W PKSie tematy są zgoła inne, ale o tym jeszcze zdążę wspomnieć pod koniec tego tekstu. Kiedy pożegnaliśmy się i każdy odszedł, z niekończącymi się pozdrowieniami, byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się na autostop. Zapomniałem już jaka to jest frajda.


Wylądowałem nie-wiem-gdzie w obcym mieście, ale od czego mamy technologię! Zerknąłem na mapę w telefonie i już wiedziałem, że mogłem wysiąść 2,5 kilometra wcześniej, żeby nie nadrabiać drogi. Pałac Bykowskich, mój pierwszy cel na ten dzień, minęliśmy po drodze, więc teraz te łącznie pięć kilosów musiały wycierpieć moje nogi. Przez chwilę zastanawiałem się czy warto się cofać, ale uznałem, że jeśli będę kiedyś wracał do Piotrkowa (a będę) to tę najbardziej oddaloną od centrum atrakcję będę miał już zaliczoną. Zostanie mi dużo więcej czasu na eksplorację śródmieścia.

Rozebrałem się z kurtki (WIOSNO KOCHAM CIĘ) i dziarsko ruszyłem przed siebie. Samochody i ciężarówki warczały obok, ale wyjątkowo mi nie przeszkadzały. Chyba pogodziłem się z faktem, że wylądowałem w wyjątkowo rozjeżdżonym przez auta zakątku kraju.




Po drodze nie działo się zbyt wiele, poza kilkoma chałupami w starym stylu, toteż z ogromną satysfakcją wychynąłem zza ogrodzenia domu i, za dużą polaną i zagajnikiem, zamajaczył pałac.


Pierwotnie stał tutaj zamek, pamiętający XV wiek, później przebudowany na renesansowy pałac. Właścicielami posiadłości była rodzina Jaxów (dobra, przyznam się, piszę Wam to tylko dlatego, że zajebiście mi się podoba to nazwisko), którzy później przemianowali się na Bykowskich (to już mniej, cóż za banał! ;)). Później obiekt niszczał, aż do czasów powojennych, kiedy został odrestaurowany i od tej pory służy różnym instytucjom rolniczym.

Z ogromną przyjemnością pokręciłem się wokół pałacu, bo jest naprawdę ładny. Oddalony od drogi i jakichkolwiek innych zabudowań pogrążony jest w przyjemnej ciszy. Ptaki wesoło ćwierkały, szczęśliwe z nadejścia wiosny nie mniej niż ja, a ja na przemian - wypatrywałem ciekawych detali, próbowałem ogarnąć spojrzeniem całość, wdychałem wilgotne powietrze, mające w sobie nutkę historycznej nostalgii i cykałem fotkę za fotką. Kiedy już nasyciłem zmysły swoje i aparatu usiadłem na rozległym trawniku przed pałacem i dałem sobie chwilę na oddech.





Oczywiście nie byłem głodny na popasie, więc tylko łyknąłem mineralnej, poczekałem aż stopy nieco się zrelaksują, po czym zarzuciłem majdan na plecy - i udałem się, hm, w zasadzie to do Piotrkowa, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Ledwo pod butami poczułem drogę, a żołądek zawołał: Halo! Jak to tak, bez jedzenia?

Toteż bułkę z serem jadłem w marszu, nawet szczęśliwy, bo dzięki temu nieco monotonna droga powrotna zleciała mi raz-dwa.

Skręciłem w ulicę, której charakter był tak typowo podmiejski i tak banalny, że zacząłem robić sobie wyrzuty, że marnuję siły na łażenie tędy, zamiast poświęcić je na szperanie po zakamarkach Starego Miasta.

Całe szczęście niejednorodność mojej natury (a wręcz jej paradoksalna polaryzacja) dała o sobie znać. Najpierw zachwycił mnie rząd kolorowych garaży, tak zabawnie brzydkich, że aż przykuwających wzrok, a następnie pas industrialnego śmietniska, wzdłuż linii kolejowej. Ten betonowy bałagan potrafi zachwycić mnie nie mniej niż bajecznie szemrzący potok, gdzieś w górach, z dala od jakichkolwiek ludzkich siedlisk.




Tak to jest, jak wychowujesz się na Half-Life, a "Piknik na skraju drogi" jest dla Ciebie jedną z najlepszych lektur wszech czasów.

Kierowałem się w stronę cmentarza żydowskiego i kilka minut za torowiskiem zobaczyłem jego bramę. Jak zawsze miałem mieszane uczucia. Spróbowałem popchnąć metalową furtę, ale ani drgnęła. Zajrzałem więc do środka przez kraty i zobaczyłem rozległy obiekt, pokryty licznymi macewami i porośnięty wysoką, żółtą trawą. Zaniedbany, na swój sposób, jak każdy kirkut, miał w sobie ten egzotyczny klimat, potęgowany przez wszechobecną, słomianą barwę. Wyglądało to trochę tak, jakbym patrzył na groby na pustyni.


Ruszyłem wzdłuż ogrodzenia, w nadziei znalezienia alternatywnego wejścia i... znalazłem je. Mur okalający cmentarz jest mocno wyszczerbiony. Wygląda na to, że ktoś zapragnął "pożyczyć" sobie cegły na własny użytek. W jednym miejscu wejście na teren kirkutu stoi właściwie otworem, wystarczy nieznacznie podnieść nogę. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie skorzystać z tej okazji, ale sumienie mi nie pozwoliło. Nie wyobrażam sobie, żeby na cmentarzu, na którym będę leżał, ktoś wchodziłby sobie przez ogrodzenie, bo główne wejście jest zamknięte. Szanujmy się.

Dotarłem do końca muru, zwiedzając i fotografując z zewnątrz. Mógłbym tam spędzić cały dzień na szukaniu ciekawych ujęć, bo co chwilę w oko wpadał mi kolejny detal, kolejna perspektywa. Piękne miejsce. Zachwycająco niecodzienne.





W ten sposób, nieświadomie, rozpocząłem wędrówkę po cmentarzach czterech kultur. Na odcinku kilkuset metrów znajdują się kolejno: żydowski, katolicki nowy, katolicki stary, ewangelicki i prawosławny. Moja mama śmiała się dziś ze mnie, że kolejny raz będę pisał o cmentarzach. Trudno. Gdzie jak nie tu wyraźniej zapisana jest historia danego miejsca? Odpowiedzi na pytania o społeczeństwo, o wydarzenia, o ludzi znajduje się właśnie tutaj. Abstrahując rzecz jasna od walorów estetycznych.

Chociażby cmentarz katolicki nowy - tak niecodziennie ulokowany, że nagrobki wydają się tworzyć przedziwne, najeżone pole. Kameralną alejką, wysadzoną drzewami przechodzi się do starych cmentarzy. Ewangelicki - dziko zarośnięty, z poduszką mchu na płytach chodnika, śpi sobie dostojnie. Stary katolicki - pełen efektownych nagrobków, przypominających o najliczniejszej grupie wyznaniowej. Pełen polskiej dumy. Prawosławny? Trochę na uboczu, ale nie pozbawiony swoistej pychy. Powiem szczerze, że musiałem na siłę uciekać z tego pola historii, tak wciągnęło mnie odczytywanie dat, nazwisk i wyszukiwanie najbardziej oryginalnych monumentów.






To trochę jak czytanie starej kroniki, woluminu z pożółkłymi stronicami, zapisanego masą osobliwych wspomnień, którego lektura może nie jest najlżejsza, ale dostarcza jasnych odpowiedzi na najwięcej pytań. Jak zmaganie się z Biblią albo Koranem.

Tym bardziej, że nawiązując do Eldo, z tym wszystkim kojarzy mi się cytat - "Jeśli po nich nic, to co po nas zostanie?". W hip-hopie jest takie określenie "piąty element". Oznacza doskonalenie wiedzy o subkulturze - poszukiwanie nowych artystów, ich niekoniecznie nowych płyt i jak najlepszą orientację w tym całym gąszczu utworów, wersów i postaci. Wizytowanie cmentarzy to chyba jedna z najlepszych metod na rozwijanie "piątego elementu" w życiu. Bez podstaw, bez znajomości historii i kontekstu nie da się zrozumieć, a tym bardziej KREOWAĆ teraźniejszości.


Zadumany opuściłem tę cmentarną dzielnicę i z lekką niepewnością wszedłem na drogę (a później ścieżkę) wzdłuż rzeki Strawy. W oddali majaczyły już hełmy staromiejskich kościołów, a kamienice dumnie górowały nad rzeczną dolinką. Lubię takie miejsca, gdzie budynki, szczególnie nieco zaniedbane i obdrapane, wystają ponad płaszczyznę wokół rzeki. Szczególnie imponująco wygląda to w Grudziądzu, ale tutaj też jest na czym oko zawiesić.



Dałem kilka susów przez rozdeptany, bagnisty kawałek ścieżki i znalazłem się tuż przy Zamku Królewskim. Rzuciłem mu tylko przelotne spojrzenie, bo najpierw chciałem zobaczyć Wielką Synagogę. I słusznie, bo jest to obiekt imponujący i to zarówno ze względu na swoją architekturę, jak i funkcję jaką pełnił.


I znów muszę uderzyć w sentymentalne tony. Bo przecież patrząc na ten egzotyczny, orientalny budynek aż serce się kraje. Czemu złośliwa historia, za sprawą hitlerowskich rąk, zostawiła w Polsce tak mało tego typu budynków? Czemu nie możemy dziś podziwiać Alte Szil i Ezras Izrael w Łodzi? Może właśnie odpowiedzią na te pytania jest to co napisałem trzy akapity wcześniej. Nieświadomość rodzi głupie, barbarzyńskie zachowania.

Krajobraz zmienił się diametralnie. Z poukładanych, grzecznych, ale nudnych przedmieść trafiłem do chaotycznego Starego Miasta. Zerknąłem na Zamek Królewski, który dumnie góruje nad najbliższą okolicą. Jagielloński orzeł wmurowany w elewację budynku i biało czerwona flaga powiewająca na szczycie dają jednoznaczny komunikat: tu jest Polska. Rozejrzałem się. Gruzy zburzonego budynku. Biednie wyglądający mieszkańcy, spozierający z bram i podwórek. Sterczące samotnie kamienice, zapewne ledwo ostałe po licznych wyburzeniach w całych kwartałach.

To wszystko Polska.




Ruszyłem w stronę Rynku Trybunalskiego. Wąskie, tajemniczo załamujące się uliczki stanowiły wyraźny znak obecności średniowiecznej tkanki miejskiej. To esencja upływu kilkuset lat i pozostawienia trwałych elementów z dawnych czasów.


Zadarłem głowę, aby spojrzeć na bryłę najstarszego kościoła miasta - pw. Świętego Jakuba. Nieopodal panowie budowlańcy mocno kurzyli, wymieniając nawierzchnię. Znów uciekłem w uliczkę i zajrzałem w przezabawną bramę, całą pomalowaną na żółto-pomarańczowo. Chwilę dalej kolejna brama, już bardziej zaniedbana. Cichcem minąłem barokowy kościół jezuitów, zbudowany zgodnie z założeniami epoki - wielki i zapierający dech w piersiach. Zakręciłem razem z biegiem ulicy Łaziennej Mokrej i wszedłem na Rynek.





Plan był taki: dotrzeć w to miejsce, zainstalować się gdzieś na jedzonko i kawkę i jeszcze trochę pozwiedzać po posiłku. Niestety! Jakież było moje przykre zaskoczenie, kiedy okazało się, że Rynek cały zastawiony jest samochodami. Otóż, kręcili tu jakiś film czy serial i ekipa musiała się ustawić akurat tutaj. Zabawna scena, bo na środku rynku tkwiła świąteczna szopka, a nieopodal jakiś aktor, przebrany w strój mikołaja rozdawał autografy grupce rozwrzeszczanych dzieciaków. Poza tym z witryn spozierały na mnie napisy: Do wynajęcia oraz Likwidacja. Pusto i nieprzyjemnie.


Teraz możecie zarzucić mi brak wytrwałości, ale kompletnie straciłem wenę do zwiedzania. Zapragnąłem znaleźć się w czymkolwiek co zawiezie mnie do Łodzi. O jedzeniu czy kawce nie było mowy. W ramach poczucia dziennikarskiego obowiązku przeszedłem się jeszcze z jednej uliczki do drugiej i, zerknąwszy tęsknie na Rynek, oddaliłem się ulicą Słowackiego w kierunku dworca. Skromną nadzieję wiązałem z zajrzeniem do malowniczo położonego parku Jana Pawła II, ale tam trwała jakaś paskudnie hałaśliwa budowa.


Nawet widok dżentelmena grającego na harmonijce i podśpiewującego sobie, na przeciwko cerkwi pw. Wszystkich Świętych, a tuż obok majestatycznego gmachu sądu nie poprawił mi humoru. Zmęczenie? Pogorszenie się pogody na bardziej pochmurną i szarą? Rozczarowanie miastem? Jeszcze nie umiałem zdecydować, czemu byłem taki rozgoryczony.

Mrowie młodych ludzi, chaotycznie pędzących między dworcem PKP i PKS jeszcze pogłębiło we mnie ochotę opuszczenia Piotrkowa. Niestety - pociąg mi zwiał, a kolejny był za kilka dobrych godzin. Na szczęście, jakimś cudem, trafiłem na pośpieszny pekaes, odjeżdżający za kilka chwil.

Tu popełniłem poważny błąd. Zapytałem się kierowcy, czy staje przy Broniewskiego. Odparł, że nie wie, ale staje przy Białym Kościele (czyli, że tak). Nie byłoby w tym pytaniu nic dziwnego i niebezpiecznego, ale... wywołało dyskusję między szoferem, a dwójką starszych pań siedzących za nim. Począwszy od ustalenia, że stajemy przy dawnej Gagarina (co ktoś przyjdzie to swoje nazwy daje!), przez politykę zagraniczną Polski i Rosji (tam to tylko Moskwa, a tak to bieda piszczy!), aż po smak eko-pomidorów (dobre, ale wie pani, jak oni to hodują?!) - dyskusja trwała zawzięcie przez całą, żmudną drogę do domu. Jeśli czyta to któryś z moich współpasażerów - wybaczcie mi! Więcej nie zapytam!


I mimo trudności związanych z ogólnie pojętym pieprzeniem towarzystwa z przodu - oddałem się refleksji. Bo widzicie - tak szybko jak opuściłem Piotrków, tak zachciałem do niego wrócić. Muszę przyznać otwarcie - Stare Miasto w pierwszej chwili odrzuciło mnie. Chaos, wyraźna, liczna obecność biedy i puste lokale przy zagraconym autami rynku. Pozornie - paskudztwo.

Pozornie, bo należy wziąć pod uwagę kilka istotnych elementów. Dogrzebałem się do dokumentu będącego podstawą rewitalizacji najstarszej części Piotrkowa. Bez zdziwienia obejrzałem mapki wskazujące na fakt największej degradacji tkanki miejskiej i największej obecności biedy akurat w tym rejonie. Nie dziwi w związku z tym decyzja o rewitalizacji.


A skoro rewitalizacja, to i puste lokale przy rynku. Nie jestem pewien czy mam rację, ale wygląda to tak, jakby liczne prace budowlane "wyrżnęły" życie na Starym Mieście. Kanjpy popadały, bo nikt nie chciał odwiedzać placu budowy. Zresztą - mnie się w sumie z tego samego powodu odechciało tam być.

Tu przypomniała mi się Łódź dwa czy trzy lata temu. Z rozpiżdżoną Piotrkowską (o ironio! ;)) i wielkim armageddonem zamiast trasy W-Z. Dzisiaj - mamy to za sobą. Czy jest ładniej, czy nie to już kwestia gustu (mnie się podoba). Grunt, że rewitalizacja przyniosła co innego. (Zresztą - zwróćcie uwagę - reWITAlizacja. Ponowne ożywienie.) Łodzianie polubili swoje miasto. Zaczęli je doceniać. Na Piotrkowskiej zrobiło się ludnie, ale też jakby... przyjemniej. Nie jest już (aż) tak speluniasto jak do tej pory, za to zrobiło się bardziej gwarno i wesoło. Bardziej jak na Rynku we Wrocławiu, niż na Placu Kilińskiego w Zgierzu ;).


Może dlatego początkowo nie zauważyłem bardzo istotnego detalu. Powierzchowność miasta przysłoniła mi fakt, że gdzieś w powietrzu unosi się... duma. Mieszkańcy, chociaż zerkali na mnie i mój aparat jak na wariata, zdawali się rzucać ukradkowe spojrzenia mówiące "No! Dobrze! Tu jest na co popatrzeć!".

Łatwo zapomnieć, że piszę o jednym z najistotniejszych miast w historii Polski. Warszawa, Kraków, Wilno, Lwów - to są sztandary, wiadomo. Ale te mniejsze ośrodki też stanowią element tej układanki. To tu zbierał się Trybunał!


Tę polskość, tę historię, tę (jak łatwo dziś, w dobie panicznego strachu przed islamem, o tym zapomnieć!) wielokulturową mozaikę, tworzącą niepowtarzalną, najbardziej środkowoeuropejską z środkowoeuropejskich, krainę - można uchwycić w Piotrkowie. I na cmentarzach i wędrując od świątyni żydowskiej, przez katolickie, mijając ewangelicką i kończąc na cerkwi. W niewielu miejscach ta żywa pamięć jest tak dobrze zachowana i tak namacalna.

Wrócę tu na pewno, chociaż nieprędko. Za rok-półtora. Latem. Zakwateruję się gdzieś i pójdę na piwko na Starówkę. W sobotę poświęcę tej dzielnicy tyle uwagi ile na nią zasługuje (może nie będą nic kręcić), a w niedzielę poszperam wśród dzielnic mieszkalnych, na południe od Starego Miasta. To chyba pierwsze miejsce, gdzie chciałbym zostać na noc. Tylko trochę cierpliwości - dla mnie przy zwiedzaniu i dla miasta - przy odżywaniu na nowo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz