sobota, 15 lipca 2017

Ludwik Wolta - Strefa Komfortu - recenzja

Jeszcze zanim zacząłem czytać tę książkę musiałem opuścić swoją strefę komfortu. Jestem przyzwyczajony do sytuacji, w której autor czytanej przeze mnie publikacji nie żyje lub (rzadziej) mieszka gdzieś na drugim krańcu świata i jest dla mnie postacią całkowicie abstrakcyjną. Po polskich autorów sięgam niezmiernie rzadko (hipokryta - chciałbym, żeby po "mnie" sięgali wszyscy). Po autorów, których znam nie sięgam nigdy. Głównie dlatego, że nie znam zbyt wielu autorów, a właściwie to jeszcze do niedawna nie znałem żadnego.

Fakt jest jednak taki, że Ludwik był uprzejmy odezwać się do mnie jakiś czas po premierze "Dwóch świątyń", powiedzieć, że spoko powieść napisałem, a następnie oznajmić, że wpadł na ten sam durny pomysł napisania swojej książki. Tyle pożytecznych rzeczy można zrobić przez ten czas, a nam się pisać zachciało...





Niemniej jednak poczułem się zobowiązany do przeczytania jego powieści, tym bardziej że z opisu wydawała się całkiem ciekawa. Okładka też całkiem udana, a zapowiedź na youtubie całkiem bardzo udana. Przebrnąwszy przez "Władcę Pierścieni" siadłem do "Strefy komfortu" i...

...po pierwszych stronach miałem wrażenie, że jednocześnie czytam coś czego się spodziewałem i coś czego się nie spodziewałem. Przeczuwałem, że powieść będzie pełna neologizmów, dziwacznego słowotwórstwa oraz wulgaryzmów, a forma będzie oszczędna i bezpośrednia i tak było. Nie wiedzieć jednak czemu byłem zaskoczony, że powieść jest... powieścią. Może to przez tę sugestię z okładki "Antyporadnik w stylu noir"? Umysł, zdaje się, spłatał mi figla i oczekiwał czegoś bardziej przypominającego podręcznik ;).

Głównym bohaterem książki jest niejaki Bernard "Berno" Jakim. Cytując pewną reklamę "zwykły chłopak z Podlasia", z tą różnicą że Berno jest z... Pabianic. Ja Ci dam, Ludwik, "Januszowice" (tak określa podłódzkie miasto jeden z bohaterów, zaraz na początku książki)!

No dobra. W tym kraju każde miasto to Januszowice.

Berno ma dziewczynę, coś tam zarabia ze zleceń, gra w counter strike'a i jara fajkę za fajką. Jest typowo typowy i kończy (choć to dopiero początek historii!) również typowo. Blanka go rzuca i zostawia z solidną porcją tematów do ponownego rozważenia. Tematów przyjemnych jak piasek chrupiący między zębami.

Bo widzicie, jak się okazuje, Berno nie ma nic. Ani stałej pracy, ani mieszkania, ani fachu w ręku, ani (od paru chwil) dziewczyny. Dociera w życiu do momentu, kiedy uświadamia sobie dość jednoznacznie, że poprzednie lata zwyczajnie poszły psu w dupę.

Nieco zdesperowany sięga po płytę jednego z "guru" mentalnych, czyli tak zwanego coach'a. Zachęcony do działania, nakierowuje umysł na skrywane dotąd pragnienie - pragnienie dokonania morderstwa. Rozpoczyna się proces planowania, kombinowania, zdobywania środków i czynienia ogólnie pojętych przygotowań.

Ludwik w swojej książce pokazuje proces szumnie określany "kryzysem męskości". Berno, działając pod wpływem zbrodniczych impulsów, odkrywa jak niewiele potrafi i jak bierna i pełna tchórzostwa jest jego postawa w stosunku do życia. Roszczeniowe oczekiwania tłuką się jak kryształowy żyrandol w zderzeniu z nieustanną indolencją i bylejakością.

Główny bohater, ostentacyjnie gardząc szeroko pojętą współczesnością, szuka swojej niszy, która w rzeczywistości okazuje się być gówno warta. Jedyne jako-takie sukcesy zaczyna odnosić dopiero w momencie bolesnego wpasowania się w sztuczne, pełnie namalowanych wizerunków otoczenie.

Berno we wszystkich swoich działaniach nie jest ani całkowicie na tak, ani całkowicie na nie. Miota się między własną, kompletnie odklejoną od rzeczywistości dumą, a potrzebą odniesienia sukcesu i uzyskania akceptacji (lub przynajmniej zwrócenia nań uwagi).

Razem z bohaterem miota się także czytelnik. I nie jestem, wzorem Berna, w stanie jednoznacznie zdecydować czy to jest fajne, czy nie. W "Strefie komfortu" jest tak wiele różnych odcieni, tak często zmienia się stylistyka i narracja, że naprawdę trudno mi opisać o czym właściwie jest i jaka właściwie jest ta książka.

Są chwile kiedy jest pasjonującą analizą umysłu zagubionego w XXI wieku chłopaka. Kiedy indziej staje się groteskową jazdą, mnie przypominającą prozę Bułhakowa (i w ogóle ten "postrzelony", rosyjski styl narracji). Jest kilka chwil intelektualnych i filozoficznych uniesień i parę scen... "zwykłej" powieści, która dzieje się we współczesności.

Mnie brakło w "Strefie komfortu" jednolitej koncepcji, która spajałaby historię w całość. Kolejne fragmenty fabuły jednoczy właściwie tylko osoba Berna. Cała otoczka zmienia się tak często, że chwilami miałem ochotę zawołać - "hej! Daj mi się jeszcze tym pobawić! Dopiero co się rozkręciłem!".

Długo zastanawiałem się - z czego to może wynikać? Wiedząc, że Ludwik to także debiutant, szukałem odniesień w sobie i swojej powieści. I wiecie co? Chyba znalazłem.

Mam nieodparte wrażenie, że w "Strefie komfortu" jest zawarte dosłownie wszystko, czym autor chciałby się "popisać". Kiedy dziś patrzę na "Dwie świątynie" widzę w nich dokładnie to samo - potrzebę zabłyśnięcia za wszelką cenę. Pokazania, że "ja potrafię, zwróćcie JUŻ na mnie uwagę!". Łatwo wtedy o zbytnią powierzchowność (jak u mnie) albo o wrzucenie nadmiernej ilości odcieni (jak u Ludwika). Ma być efekt!

Debiutujący pisarz ma przekichane. Nie może wrzucić fragmentu na youtube, gdzie ktoś go sobie posłucha, oceni i albo puści dalej, albo spuści w kiblu. Blogowanie i inne krótkie formy? Uwierzcie mi, nijak się to ma do pisania czegoś tak złożonego jak powieść. Wydajesz książkę i to jest Twoja pierwsza i jedyna szansa. Albo Ci się (w miarę) uda i ktoś to zauważy, albo - nara. Przynajmniej tak się (nomen omen) wydaje przed debiutem.

Poza tym, trudno określić co właściwie spodoba się w naszej twórczości czytelnikowi i jaki ten czytelnik w ogóle będzie. Loteria.

Ludwik! Mnie osobiście najbardziej przypadły do gustu te absurdalne fragmenty w ćpalni u Szwajora. Majstersztyk! Rechotałem co chwilę, pełen podziwu dla znakomitego zestawienia fizjonomii bohaterów, ich usposobienia, a także zdrowo szurniętego języka. Coś czego nie da się opisać - tylko kontekst dodaje tym scenom takiego smaku. Chętnie poczytałbym więcej w tym klimacie spod Twojego pióra.

I to nie jest tak, że reszta mi się nie podobała. Książkę czyta się bardzo przyjemnie i do samego końca zastanawiałem się do czego to wszystko zmierza. Bohaterowie są dość jednoznaczni, ale to wychodzi na plus, bo dostają dzięki temu taki fajny sznyt komiksowości. Ich cechy i zachowania są przejaskrawione (albo takie się wydają przez pryzmat obserwacji Berna) co mi przypadło do gustu. Persony dramatu są wyraziste i zapadają w pamieć (genialny, wspomniany wcześniej ćpun-programista Szwajor albo siostra Izabela z pękniętym naczynkiem).

Najlepsze z perspektywy dalszej twórczości wydaje się być to, że... nie wiem czego miałbym się spodziewać po kolejnej książce Ludwika. Widzę wyraźnie, że paleta pomysłów i koncepcji jest tu naprawdę szeroka i może się okazać, że to co trochę rozmyło obraz "Strefy komfortu", będzie atutem przy kolejnych powieściach. Myślę, że kiedy będę miał okazję przeczytać coś więcej od Ludwika łatwiej będzie mi ocenić co było warte zauważenia i zapamiętania w jego debiucie.

Tak sobie myślę, że jak czytałem debiuty Hłaski czy Hemingway'a miałem podobnie. Myślałem - o co mu właściwie chodzi? Co on chce przekazać? Dopiero po łyknięciu kolejnych utworów "łapałem" odpowiednią falę i rozumiałem lepiej autora. Wtedy wracałem do początku i myślałem - no tak, że też wcześniej tego nie zauważyłem/nie doceniłem/nie wpadłem na to.

Poświęćcie chwilkę na lekturę "Strefy komfortu". Mam wrażenie, że autor tej książki jeszcze nieźle namiesza. Jeśli, rzecz jasna, wcześniej nie trafi go szlag, podczas babrania się w polskim rynku literatury ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz